Pasje

Doceniajcie ludzi za życia

tekst dr Roberta Wójcika o zmarłym tragicznie pośle Łukaszu Litewce. Nie – nie znałem tego Pana – wspaniałego człowieka. Słyszałem tylko w mediach o jego czynach – niezwykłych i dobrych – dla ludzi i dla zwierząt. Geniusz? Anioł, który chodził po ziemi i rozdawał dobro ? TAK ! Osobiście po tej tragedii – internet, telewizja , gazety czy inne media – rozszalały się. Setki wywiadów, opinii ludzi z pierwszych stron gazet – polityków, posłów, senatorów, celebrytów, aktorów itd. itp. Od paru dni o nikim się nie mówi – tylko o Nim . Zastanawia mnie tylko jedno – Dlaczego dopiero po tragicznej śmierci tego człowieka – mówi się – jaki On był dobry. Czy musi się stać coś takiego smutnego – że dopiero teraz mówi się o jego niezwykłym sercu ? A gdyby żył jeszcze … Och nie chcę o tym pisać. Wiem, że pozostała jakaś wielka pustka. Osobiście największe wrażenie zrobiły na mnie pewne posty – zwykłych ludzi – chociażby pewnej dziewczynki, której bardzo pomógł w jej chorobie. Łukasz Litewka kochał zwierzęta i ludzi. Jego działania angażowały rzesze osób dobrej woli, które jednoczyły się w dziele pomagania słabszym i pokrzywdzonym przez los. Miał też inną pasję – jazdę na rowerze. To właśnie podczas przejażdżki został potrącony przez samochód kierowany przez 57-letni Sosnowiczanina. Łukasz Litewka zmarł tragicznie w wieku 36 lat – w kwiecie wieku. Urodził się w 1989 roku w Sosnowcu. Jego ojciec był górnikiem, a matka prowadziła stoisko warzywne, co ukształtowało w nim szacunek do ciężkiej pracy i zrozumienie potrzeb zwykłych ludzi. Ukończył socjologię, co z pewnością pomogło mu w zrozumieniu mechanizmów społecznych i potrzeb mieszkańców. Już od wczesnych lat zaangażował się w życie lokalnej społeczności, aktywnie działając na rzecz potrzebujących. Jego działalność szybko zyskała rozgłos w sieci, gdzie nagłaśniał akcje pomocowe, angażując internautów w zbiórki pieniędzy i wspieranie lokalnych inicjatyw. To właśnie te działania sprawiły, że mieszkańcy Sosnowca dostrzegli w nim młodego, energicznego człowieka z otwartym sercem, gotowego do niesienia realnej pomocy. Największą rozpoznawalność Łukasz Litewka zyskał dzięki swoim spektakularnym akcjom pomocy potrzebującym. Jako założyciel Fundacji #TeamLitewka, regularnie porywał serca internautów, którzy na jego prośbę wpłacali pieniądze na organizowane przez niego zbiórki. Wystarczyło kilka minut, a na konta wpływały tysiące. Jego profile w mediach społecznościowych stały się platformą do mobilizowania ludzi do działania, a on sam stał się symbolem nadziei dla wielu osób w trudnej sytuacji. Ważną częścią działalności wspaniałego społecznika była pomoc zwierzętom. Na początku tego roku mocno zaangażował się w sprawie  schroniska w Sobolewie. Łukasz Litewka pełnił również funkcje publiczne; był radnym miejskich w Sosnowcu, a później posłem. Stworzona przez niego społeczność nie traktowała go jednak jak polityka, lecz jednego z nich – reprezentanta interesów potrzebujących i wykluczonych. Choć życia Łukasza Litewki nie da się już przywrócić, jego wpływ na innych pozostaje wyraźny. Widać to w inicjatywach takich jak akcja w Jaśle, gdzie mieszkańcy zamienili żałobę w konkretne działanie – tysiące paczek z karmą dla psów, które zamiast zniczy wypełnił jeden ze skwerów w Parku Miejskim w Jaśle. To dowód, że wartości, które reprezentował, nadal inspirują i przekładają się na realną pomoc. Akcja została zainicjowana przez lokalnych działaczy zajmujących się ochroną zwierząt. W zaproszeniu podkreślili, że najlepszym sposobem na uczczenie pamięci Łukasz Litewka będzie dobry uczynek. „Dziękujemy za Twoje serce, nigdy nie zapomnimy” – napisali organizatorzy, nie kryjąc wzruszenia. Śmierć Łukasza Litewki poruszyła całą Polskę i wywołała falę wzruszających wspomnień. Wśród nich szczególnie przejmujący jest głos Julki,  nastolatki chorej na miopatię, której pomógł spełniać marzenia. „Dzięki Tobie ludzie zobaczyli nie tylko moją chorobę, ale też mnie” – napisała. W emocjonalnym pożegnaniu dodała: „Mówią, że niebo zabiera najlepszych … dziś zabrało dyrygenta” .   Kolejne poruszające świadectwo pokazuje, jak wielkie dobro zostawił po sobie parlamentarzysta. Mama 22-letniej Jagody, walczącej z agresywnym guzem mózgu, nie kryje wzruszenia. To właśnie dzięki jego zaangażowaniu zbiórka na kosztowne leczenie w Monachium w krótkim czasie nabrała ogromnego tempa – w ciągu godziny przybyło nawet pół miliona złotych. Jak wspomina pani Ewelina, wszystko wydarzyło się nagle, jak lawina dobra, na którą nikt nie był przygotowany. Dziś Jagoda przebywa w Niemczech, gdzie trwa walka o jej życie. Choć planowana terapia została przesunięta z powodu pogorszenia stanu zdrowia, zebrane środki pozwalają rodzinie skupić się wyłącznie na ratowaniu córki. Kobieta podkreśla, że bez pomocy Litewki nie byłoby to możliwe. Szczególnie bolesny jest fakt, że poseł interesował się losem dziewczyny niemal do ostatnich chwil. Jeszcze dzień przed śmiercią dopytywał o jej stan i planowane leczenie. Jego nagłe odejście było dla bliskich Jagody ogromnym ciosem. – Tego nie da się pojąć, nikt go nie zastąpi – mówi poruszona matka. Po śmierci Łukasza Litewki głos zabrali także duchowni. Biskup Artur Ważny podkreślił , że był to człowiek „ o niezwykle pięknej duszy” , który wiarę wyrażał przede wszystkim czynami i pomocą potrzebującym. Zwrócił uwagę, że jego postawa była świadectwem prawdziwych wartości. Litewka otwarcie mówił o swojej wierze, ale jednocześnie krytykował Kościół, podkreślając, że najważniejsza jest realna pomoc, a nie deklaracje.  Łukasz Litewka wyróżniał się na tle innych parlamentarzystów. Na co dzień unikał medialnego rozgłosu, rzadko udzielał wywiadów i konsekwentnie skupiał się na działalności społecznej. Aktywnie angażował się w pomoc potrzebującym, a prowadzone przez niego w mediach społecznościowych zbiórki często osiągały ogromny zasięg i realne efekty. Na tle swojego ugrupowania zwracał uwagę także podejściem do kwestii wiary. Jako jedyny poseł wybrany z list Lewicy podczas ślubowania dodał do przysięgi słowa „Tak mi dopomóż Bóg” „ Nie mam też w zwyczaju zmieniać swoich poglądów, wierzę w Boga. Nie będę za to nikogo przepraszał. Lewica według mnie to partia, w której każdy ma prawo wierzyć w to, co chce” Jak zawsze bywa – człowiekowi „sukcesu” się zazdrości. Ciekawe są słowa prezydenta Mysłowic Pana Dariusza Wójtowicza, który takimi słowami pożegnał Łukasza Litewkę „ Do zobaczenia Przyjacielu, gdzieś, kiedyś, może w lepszym świecie” , mówiąc dalej „ Wiele osób darzyło go jakąś taką histeryczną nienawiścią. Hejtowało go, że zbiera pieniądze, że lansuje się na biednych ludziach. Tymczasem to był człowiek, który walczył do końca, potrafił spod ziemi wyciągnąć pieniądze dla dzieci. Jednymi drzwiami go wyrzucili, wchodził innymi ” Wspomina zaangażowanie posła Litewki w ludzkie sprawy i oddolne, lokalne inicjatywy „ Ten człowiek wiele dobrego zrobił dla naszego domu dziecka — podkreśla samorządowiec.

Doceniajcie ludzi za życia Dowiedz się więcej »

ODŻYŁY DRZWI DO…SPALENIA

Zapraszam na krótka historię o renowacji starych drzwi, które miały pójść do spalenia. To była piękna przygoda, choć trzeba powiedzieć, że nie pozbawiona stresu – Marzanna Leszczyńska Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film z muzyką i zdjęciami, którego bohaterem są stare poniemieckie drzwi i ich przemianę w czasie renowacji. Gdy je zobaczyłam – miały dziury po klamkach, metalowy wkład, którego nie można było usunąć bez demolki drewna, były upstrzone szarym szpachlem, miały ślady białej farby, którą kiedyś ktoś próbował zedrzeć i śmierdziały stęchlizną. Stare, poniemieckie, dwuskrzydłowe, asymetryczne drewniane drzwi. – Jak ich nie weźmiesz to Kowalski je spali w piecu – usłyszałam. Nie miałam pojęcia po co mi one, ale wzięłam. Dla mnie były piękne. Postawiłam w drewutni na dwa lata. Przyszedł czas na remont sypialni – po 35 latach. Stwierdziłam, że czas na fantazję. Pokój jest duży więc mogę jedną ścianę uczynić bezużyteczną. Na tej ścianie będą te stare poniemieckie drzwi, które będą pełniły funkcję dekoracyjną, będą jak obraz – drzwi donikąd – wymyśliłam. Zadanie okazało się trudne dla kogoś, kto nie zna się na renowacji. Za tę pracę zabrał się Janek ( facet techniczny, „złota rączka”, z wyczuciem estetycznym, ale nie samodzielny). I tak zostałam „kierownikiem tej operacji”. Natchnieniem dla mnie stały się drzwi w Pałacu Cieleśnica na wschodzie Polski. Na zawsze utkwiły mi w pamięci wysokie, białe dwuskrzydłowe drzwi, których jedyną ozdobą była piękna mosiężna klamka. Renowację zaczęłam od klamki. A było to jej poszukiwanie na internecie. Klamki luxury wykonywane na zamówienie to było to. Tylko jedna z całej oferty idealnie pasowała do fragmentu drzwi, które w tym miejscu były beznadziejnie zniszczone i przykrywała ten szkaradny fragment rozwiązując problem usunięcia żelastwa ze środka. Padło na najdroższą, no cóż jakoś to przełknęłam i zamówiłam. Czekałam chyba 3 tygodnie aż mi ją przysłano. Janek drzwi oszlifował z resztek farby i uzupełnił ubytki szpachlem. Ja właściwie to nie wiedziałam, czy zostawić je w kolorze naturalnego drewna, pomalować na zielono czy na biało. Jakaś dobra dusza doradziła, żeby pomalować pokostem lnianym. Niestety efekt był żałosny, ponieważ pokost nie „chwycił” miejsc pokrytych szpachlem i wyszły drzwi łaciate. Zadecydowałam, że będą zielone. Po pomalowaniu jedną warstwą farby już było widać, że nie jest pięknie. Kolejne „pudło”. Kolor za jasny, klamka – przecież piękna- się na nich gubiła. Stwierdziłam, że jednak drzwi będą białe. Trzeba było położyć trzy warstwy białej matowej farby olejnej, aby nie było przebicia zieleni. I to było to. Drzwi zostały zawieszone na ścianie. Nie były równe, trzeba je było nieco podciąć. Nie idealność ich przykryła listwa, która połączyła dwa skrzydła. Zrodził się pomysł, aby dodać im stylizacji pałacowej, tym bardziej, że między holką przy suficie a drzwiami pojawiła się przestrzeń, którą chciałam uzupełnić początkowo jakimś elementem z metaloplastyki. Szukając go na internecie w oko wpadł mi na „temu” pewien tryptyk, który w sumie tworzył koło z francuskiej czy indyjskiej kultury. Po trudach udało mi się to cudo sprowadzić – okazało się, że wymiarowo kompletnie nie pasuje – każdy element był za krótki i za szeroki. Wybrałam środkowy i odcięłam ramki -były za szerokie. Dwa pozostałe elementy popsułam, aby poszerzyć element, który wybrałam. Trzeba było dokonać dosztukowania ciętych na półokrągło elementów koła i potem wszystko skleić. Udało się, a że jest tam dużo ażurów to nie widać kombinacji. Chciałam też uzyskać efekt głębi, więc cała ozdoba została odsunięta od ściany dodaniem dystansów. Jenek wykonał nowe ramki, pomalował na biało i wszystko przymocował między drzwiami i sufitem. Całość postanowiłam wykończyć sztukaterią, która spełniła rolę futryn. Cała sztuka polegała na tym, aby dobrać spośród wielu wzorów ten, który będzie pasował grubością i estetycznie. To była prawdziwa łamigłówka, chyba dwie godziny spędziłam w sklepie i kupiłam dwie listwy i wpadł mi do głowy pomysł aby na szczycie po obu stronach umieścić głowice. Te głowice chciałam zrobić z dodatkowej listwy, która miała być pocięta i niestety tutaj wyobraźnia mnie zawiodła. Po wycięciu i przymiarce efekt okazał się „ kijowy”. Ostatecznie wynalazłam idealnie dopasowaną grubością i wysokością listwę – portal, której końcówki zostały odcięte i to one tworzą głowice z boku drzwi. Przyznam szczerze, że zabawa ze sztukaterią to duże wyzwanie, ale też satysfakcja, gdy efekt zadowala. Wszystkie szczeliny Janek wypełnił akrylem i pomalował na biało. Czekam na opinię jak się Wam podobają drzwi donikąd ? Marzanna Leszczyńka

ODŻYŁY DRZWI DO…SPALENIA Dowiedz się więcej »

Lubuski fenomen

O zachwycających fotografiach Marka Kaźmierskiego z Nowin Wielkich, ale też o nim samym po raz kolejny na http://www.idealzezgrzytem.pl. Naciśnięcie czerwonego guzika z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi projekcję zdjęć z muzyką. Są to fotografie Marka Kaźmierskiego. Fotografie Marka Kaźmierskiego, które uwieczniają bajeczne krajobrazy Nowin Wielkich, Ujścia Odry mają swoich naśladowców. Przeglądam posty na fb – widzę podobne kadry, ale podpisane innym imieniem i nazwiskiem. No cóż, to jest tylko naśladownictwo, szukanie podobnych ujęć, podobnych motywów – ale oryginał jest tylko jeden – tym oryginałem jest już tak łatwo rozpoznawalny Marek Kaźmierski. Wszystkim naśladowcom radzę szukać swojej drogi, swoich motywów – jeśli chcą być wyjątkowi, oryginalni, prawdziwi – inaczej będą tylko tymi drugimi, tymi naśladowcami. Zresztą tam, gdzie są jego naśladowcy, Marka już tam nie ma. Może jest w tym samym miejscu, ale jeśli chodzi o zdjęcia to wszedł już w inną rzeczywistość, odkrył coś, a może zrobił skok w przyszłość – tak sądzę patrząc na Jego świeże zdjęcia i kręcę przecząco głową, bo może zrobił je jakimś innym aparatem fotograficznym? Tak, ma nowy, „ ale stary” aparat fotograficzny, którym mi się pochwalił – bardzo kosztowny zresztą, ale czy już go używa? Przede wszystkim zadziwia mnie ta ogromna ilość udanych zdjęć. Te zdjęcia działają na mnie porażająco, bo nie dają mi spokoju, każą odkładać na później rozpoczętą robotę, zaprzątają myśli, w głowie powstają jakieś pomysły, nagle tworzę jakieś scenariusze filmowe, piszę bajki jakich nie było, przypominają mi się stare piosenki, lata szczęśliwego dzieciństwa… Fajnie. Miałam okazję widzieć się z Markiem Kaźmierskim. Co u niego słychać? To, że rzeczywistość się zmienia, a my się tego nie spodziewamy. Zmniejszyło się stadko danieli, które w tamtym roku tak uroczo pozowało Markowi do zdjęć. Niestety to wina wilków. Markowi zdarzają się bliskie spotkania z tymi drapieżnikami podczas fotograficznych wypadów w plener. Co się czuje, gdy namierza się obiektywem wilka, a jednocześnie zauważa , że z boku obserwują cię oczy dwóch innych towarzyszy nie wiadomo jak licznego stada? Czuje się tylko stres. Bo w tę pasję, jaką jest fotografia przyrody wpisane jest ryzyko, a w przyrodzie nie ma idealnych warunków, to nie studio – to natura, to przyroda… Umiłowanie do uwieczniania terenu wokół Nowin Wielkich jest podyktowane miłością do tego miejsca zamieszkania, dostrzeżenia jego wyjątkowości i piękna. Na tych zdjęciach oglądamy teren nieskażony, bez znaków cywilizacji, bez ludzi. Jeśli są – to pasują, podkręcają zdjęcie , nie są intruzem psującym całość . ??? Marek Kaźmierski jest nie tylko mieszkańcem i fotografem tej bajecznej krainy, ale jest jednocześnie kimś , kto walczy o ten teren. Kto by pomyślał, że ta jak wyjęta z baśni dębowa aleja, którą tak niesamowicie uwiecznia Marek miała być wycięta? Zadaję sobie pytanie ile jest takich alei jeszcze w Polsce tak niezwykle położonych? Ba, w ogóle czy jest taka druga? Jakie to podłe i maluczkie decyzje, jacy beznadziejni, pozbawieni wyobraźni są ludzie, którzy chcieli się tego dopuścić, którzy podjęli taką decyzję. O tym nie można milczeć. Takich ludzi nie warto pytać dlaczego chcieli tak zrobić? Bo urzędnicy zawsze znajdą wytłumaczenie swojej decyzji. Po co chcieli to zrobić ? Żeby samochody mogły szybciej jeździć? Dla pieniędzy?, Dla dębowych desek, które można drogo sprzedać w Niemczech? Pozostaje pytanie czy takie miejsca mają swoją ochronę, czy są obrońcy, którzy wiedzą jak chronić i zabezpieczać takie miejsca, ratować nawet wtedy gdy te drzewa będą stwarzać zagrożenie. Jest to droga ruchu, ale może powinna powstać droga alternatywna do tej. To są już pytania do władz, samorządowców i decydentów, którzy powinni doceniać i widzieć to co mają i czym zarządzają i jak zrobić z tego wartość, aby i nawet dzięki tym krajobrazom mogła ludność gminy żyć i ciekawie w niej zarabiać. Marek mówi, że te lasy są bardzo przetrzebione, odkrywa podczas swoich wędrówek masę łysych połaci, stosy wyciętych drzew gotowych do wywózki. Teorii uzasadniających róże decyzje znawców od lasów, wygłaszających mnóstwo dziwnych argumentów– jest dużo – tylko czy na pewno mają rację? Marek mówi, że prowadzi swoją walkę z myśliwymi, publikuje zdjęcia wyciętych drzew w lesie, docieka prawdy, dzięki niemu ta zjawiskowa aleja dębowa jest nadal. Jak mi opowiada – dostaje wzruszające komentarze z całego świata, od ludzi, którzy są urzeczeni krajobrazami uwiecznionymi na jego fotografiach. Ta aleja jest już znana na świecie, doceniana bardziej niż tu na miejscu. Intryguje mnie osobowość Marka Kaźmierskiego. Wiem, że jest świadomy swojej wartości jako fotograf, ale też zna swoje braki, widzi lepszych od siebie – jeśli tacy się pojawiają. Jest jak wilk, lubi szukać swojej drogi i kroczyć samotnie, bo droga – popularnie mówiąc – kariery nie jest jego marzeniem i szczęściem. Życzymy dalszego rozwoju, czekamy na fotografie robione „nowym- starym” aparatem i czekamy na namiary wystawy Twoich zdjęć Marku, które będzie można podziwiać, bo o niej wspominałeś. Gospodarze gminy !!! – macie wyjątkowe miejsce, wyjątkowego fotografa – podrapcie się po głowie, albo znajdźcie kogoś do pomocy i zróbcie coś ciekawego. I na Boga !!! tylko nie piły – ścięte drzewa!!! Błagam Życzę wam współpracy i pomysłów. Marzanna Leszczyńska O fotografiach Marka Kaźmierskiego pisaliśmy w następujących artykułach : https://idealzezgrzytem.pl/2024/03/24/zauroczenie/ oraz https://idealzezgrzytem.pl/2024/04/24/gratulacje/  Czytelniku! Jeśli życzysz sobie nas wesprzeć w zamian za wytrwałe głoszenie prawdy, zachęcam na wejście na stronę https://patronite.pl/idealzezgrzytem.pl i założenie konta, aby nam pomóc działać aktywnie, rozwijać kanał, umożliwiać realizowanie nowych projektów jak np. tłumaczenie artykułów na obce języki.

Lubuski fenomen Dowiedz się więcej »

PORCELANOWA PASJA MARII

Marzanna Leszczyńska rozmawia z Marią Galisiewicz o pasji kolekcjonowania żarskiej porcelany a nawet misji … Marzanna L –Mario, jesteśmy dobrymi znajomymi już od 15 lat. Przeżyłyśmy ze sobą nie jeden wyjazd, nie jedną przygodę, mnóstwo spotkań, wspólnych organizacji ale muszę przyznać, że zawsze będziesz mi się kojarzyć z żarską porcelaną. Nie tylko dlatego, że jesteś posiadaczką imponujących zbiorów, których nie zobaczysz w muzeum, czy na wystawach ale u Ciebie widać miłość do tych przedmiotów, pasję a nawet dostrzegłam misję i o tym właśnie chciałam z Tobą porozmawiać. Ale oczywiście zacząć należy od pytania podstawowego dlaczego nie kolekcjonujesz znaczków, monet, obrazów tylko żarską porcelanę? A jeśli już wybrałaś porcelanę to dlaczego żarską, jest tyle innych pięknych, tańszych, popularnych jak np. rosenthal? Maria G.– Porcelana zawsze mi się podobała. Zwłaszcza w kolorze ecri. Oczywiście ludzie kolekcjonują monety, znaczki i obrazy. Dla mnie zawsze było ważne, aby to były rzeczy piękne ale również do używania a nie tylko do podziwiania. Porcelana jest piękną dekoracją w domu, w kredensie. Jest piękną dekoracją stołu, podbije rangę: uroczystości, świąt, urodzin, imienin czy spotkania towarzyskiego. Z niej obiad i deser na pewno smakuje lepiej niż z duraleksu. Długo wydawało mi się, gdy oglądałam porcelanę w muzeach, że dla mnie jest nieosiągalna, za droga, nie śmiałam o niej nawet pomarzyć. Zawsze ją jednak podziwiałam. Zadecydował przypadek o moim kolekcjonerstwie. Potrzebowałam biurka, ale nie chciałam takiego ze sklepu, chciałam kupić stare, stylowe, może nawet antyk. W tym celu pojechałam na giełdę staroci. Znalazłam takie, które mi się podobało i zaczęłam dobijać targu. Sprzedawca w pewnej chwili powiedział zdenerwowany : ” Mam tu jeszcze komplet porcelany. Niech to pani weźmie za tysiąc złotych. To droga porcelana. Proszę sobie sprawdzić na internecie. Ja tego nie będę już woził, bo ja to ku..a ( tu zaklął siarczyście) w końcu potłukę i tylko będę miał kłopot”. Nie miałam pojęcia, czy to jest tyle warte, tych 12 filiżanek, dwa dzbanki, cukiernica – cały komplet herbaciano-kawowy. Patrzyłam i podobał mi się: niebieskie kwiaty, złote paseczki. To były „Osty Ingrid”. Wahałam się, nawet nie miałam tyle pieniędzy przy sobie. Ale osoba, która mi towarzyszyła przeważyła szalę mojej decyzji i doradziła: „Jak Ci się podoba to sobie kup”. Podjęłam decyzję bardzo niepewnie , miałam wątpliwości czy dobrze zrobiłam. Za mną stał klient, który w milczeniu czekał aż się wycofam. On był zdecydowany, świetnie zorientowany, dla niego to była okazja. Gdybym po wycofaniu się przemyślała i wróciła po pięciu minutach już by tego zestawu nie było. Po powrocie do domu sprawdziłam w internecie na allegro – jedna filiżanka z talerzykiem kosztowała 350 zł. Tak, to był dobry zakup. I jak się okazało zaczęłam kolekcję tak jak zacząć należało, jak radziły podręczniki kolekcjonerskie : ” Zacząć należy od tego co ci się podoba. A potem rozwijasz pasję. Dokupujesz, poszukujesz, sprawdzasz, jednym słowem polujesz”. Dziś trudno o okazję, czyli taką sytuację, że ktoś sprzedaje za bezcen coś wartościowego i nie wie co to jest, ile jest warte. Poszukiwaczy jest wielu, a ci ,którzy sprzedają mają wysokie ceny i posiadają wiedzę. I tak to się zaczęło. Zaczęłam się interesować, szukać wiadomości w internecie, kupowałam książki, katalogi wzorów, patrzyłam na sygnatury. Zaczął się dla mnie dobry czas bo te rzeczy stały się dla mnie dostępne finansowo, było mnie na nie stać. Mogłam je gromadzić czyli zacząć kolekcję. Odwiedzałam giełdy, targi staroci, jeździłam po lubuskim bo jest tyle targów w każdym mieście. Można trafić na ciekawe rzeczy, okazje się zdarzają, ale to też jest praca, czas poświęcony, to trzeba lubić, wstawać wcześnie rano po to aby być na targu o odpowiedniej porze, przejechać 100 -200 km. Na to nie można żałować czasu, to potrzebuje studiów, poszukiwań wiadomości. Kiedyś to była domena ludzi w tym kierunku wykształconych. Dzisiaj jest internet i jego pozytywne, edukacyjne oblicze i to jest dobrodziejstwo bo można zdobywać wiedzę szybko, rozwijać swoje zainteresowania. Teraz nie muszę odwracać filiżanek aby się dowiedzieć co to za porcelana, rozpoznaję jak to się mówi z daleka . Marzanna L.- Jest teraz tyle porcelany współczesnej: Villa Italia, Villeroy & Bosh, Rosenthal, Miśnia. Nasz polski Bolesławiec -znany na całym świecie, Ćmielów, Chodzież itd. Ty pozostałaś przy Sorau. Nie pragnęłaś innych sygnatur, wspierania polskiej przedsiębiorczości? Nie szkoda Ci, gdy kupujesz filiżankę za 500 zł. a ona jest przecież taka krucha, gdy się zbije to przecież człowiek ma ochotę zabić się własną pięścią. Mówi się, że te rzadko używane naczynia, nie dotykane częściej się tłuką, gdy je wyciągamy raz na jakiś czas. Gotowa jestem twierdzić, że coś w tym jest, bo u mnie tak się właśnie stało: zaprosiłam gości, nakryłam stół a potem było zmywanie i wręcz nieprawdopodobne , gdy talerzyk „osty Ingrid” Sorau nagle odłożony na suszarkę i postawiony w jej kolczaste przekładki na moich oczach powoli się zsunął i roztrzaskał w drobny mak… W dzisiejszych czasach gdy są zmywarki a ludzie wygodni, zapracowani to komu chce się chuchać i dmuchać na starocie takie delikatne? Mycie w zmywarce jest nie tylko wygodniejsze ale i tańsze. Niestety porcelany Sorau nie można wkładać do zmywarki, bo ma złocenia, które się ścierają , wzory płowieją a porcelana się rysuje i niszczy. Maria G.-Tak to prawda, Sorau musi być myty ręcznie. Złocenia w zmywarce ulegną starciu. Jeśli mamy porcelanę Sorau ze złoceniami tzn. że wyprodukowano ją przed wojną. W czasie wojny też była produkcja, ale Hitler zabronił złocenia. Wtedy stosowano tzw. malaturę, czyli malowano brązowe paski, ale złoceń nie było, ponieważ był  czas wojny, oszczędności a pieniądze potrzebne były na zbrojenia. Sorau istniał do 1945 r. po czym całą fabrykę zniszczyli Rosjanie, strzelali do tej porcelany, bo to było niemieckie. Na szczęście znaleźli się mądrzy ludzie i wiele naczyń zostało wywiezionych do Niemiec, Rosji. Pozostała porcelana Sorau, która była produkowane do 1945 r. i jest jej coraz mniej. I  jest dla mnie bardzo wzruszające i  mnie właśnie pociąga to – że są to rzeczy ginące, unikaty, których już nikt nie produkuje. Można robić repliki. Np. wzór łabędzi replikuje Miśnia. Oryginału jednak już nie ma. Sorau nie jest reprodukowany, bo fabryka nie istnieje. Na to miejsce powstała w Niemczech jej „siostra”- Reichenbach

PORCELANOWA PASJA MARII Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry