Autor: Robert Wójcik

MIERZĘCIN – MAGICZNY OGRÓD

Wersja zaktualizowana. Minęło parę lat od publikacji art. „Mierzęcin – o ogrodzie przedziwnym „, który napisał dr Robert Wójcik o autorze tego ogrodu – Alicji Wójcik. Tekst – połączenie bajki, poezji to wspomnienie, pożegnanie tego miejsca i jednocześnie hołd oddany Ogrodnikowi. Alicja Wójcik poświęciła temu miejscu, jakim jest Park Zabytkowy i Japoński Ogród wokół Pałacu w Mierzęcinie kawałek swojego życia , pokazała w nim swój talent, wiedzę, pracowitość. Gdy jestem w tym ogrodzie zawsze staje mi przed oczami genialny obraz Józefa Mehoffera – ta sama magia zwłaszcza w letnie pogodne dni i te przeskalowane rośliny niczym ta potężna ważka z obrazu wielkości helikoptera. Wtedy w 2022 roku, gdy powstawał ten artykuł miałam dużo nadziei, że kiedyś sam Ogrodnik – Alicja Wójcik, twórca tego miejsca napisze swoje wspomnienia. Jednak przez ten czas nic takiego się nie wydarzyło, co nie znaczy, że się nie wydarzy – Marzanna Leszczyńska Zapraszam na krótki film – zdjęcia z muzyką. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi film. Tekst dr Robert Wójcik ( prywatnie mąż Alicji Wójcik ) Warto przywołać w takich momentach zdjęcia z tamtego okresu. Na zdjęciu autor tekstu dr Robert Wójcik z synem Witkiem i jednocześnie odtwórca stawu, administrator Pałacu w Mierzęcinie w latach 1998-2008 .             Dziś będzie inaczej – może ciężko dla mnie – pamiętam ten dzień – wstałem o czwartej czy o trzeciej  rano, było jeszcze ciemno, ale gasnące gwiazdy  i świt  poranka,  drogę mi pokazywały , tak cicho, bezszelestnie, smutnie, a może  proroczo …. psy nawet spały – Mucha  i Munio – chyba wiedziały, że muszę być sam,  czuły żeby mi nie przeszkadzać, jakie to były mądre stworzenia, chyba dlatego, że dziś tam ich nie ma. I może mnie nie ma. Cichym krokiem, tak aby nikt nie widział, myślałem, przemierzałem drogę w ten  dziwny  majowy poranek.  Pamiętam miałem mokre buty od  rosy, którego roku  – czy to ważne?  Drżały mi dziwnie  nogi,  jakiś  katar od oczu mnie zaatakował, czułem na twarzy jakieś dziwne zachowanie, nie powiem co mi się działo z moją krtanią – przełykałem rozstanie.              Po  pewnej chwili odnalazły mnie pieski i przybiegły za mną – i z nimi  widziałem moje złote pola rzepakowe, zielone kłoszące się zboża, bociany na łące, winnicę nad jeziorem, orła na niebie – i ten dźwięk żurawi i dziki, które jesienią straszyłem. Przebiegł mi drogę borsuk, psy przywołałem  do siebie, bardzo się przestraszyły, uspokoiły się przy mnie. Doszedłem do kapliczki – nikogo tam nie było, cicho się pomodliłem, podziękowałem i ktoś  mi powiedział – dziś to jest już koniec pracy i marzeń.             Powracając,   po modlitwie szczerej i gorącej, do tego ogrodu nie chciałem wejść, a było to po drodze….ominąłem go kołem, bałem się aby nikt na mnie nie patrzył, nie widział,  na moją twarz smutną, na moje myśli tak bliskie i szczere. Chciałem się pożegnać, lecz sił mi zabrakło. Bóg mi wybaczył i chyba zrozumiał – usłyszałem dziwny głos z nieba – „Pamiętaj o jednym – Spotkamy się kiedyś tu znów  razem…”              Dziś będzie o narkotyku, opium,  marihuanie – o ogrodzie przedziwnym, przedziwnym ogrodzie  – o parku zabytkowym, tajemniczym i  jak  historia niesie jest  jak bóstwo , jak Światowid, który pyszni się swym widokiem i patrzy z góry na cztery strony świata , aby tylko  jego podziwiali. Czy to jest prawda ?  Nie wiem.  Wszak to jego  dążenia do doskonałości przetrwania , oszukania natury a może czasu. Jeszcze raz – nie wiem, oceńcie to Sami…zaznaczam jedno – dziś ten ogród bez  Flory – ogrodnika twórcy –  chyba niemy, czy bez duszy i serca ? , inny…. Wiem jedno –  z okiem wypalonym,  jest jak platan nad stawem – najstarsze drzewo w tym przedziwnym ogrodzie – może trzystu – czterystu letnie -ludzie to oko mu wypalili… ale on widzi i żyje – i co roku wypuszcza i gubi liście w czterech porach roku, jak nasze wspomnienia i myśli  w  naszym  życiu, jak  kartki pożółkłe  z kalendarza, które wydzieramy, a potem w jakiejś ciszy w  dobrych snach szukamy. Ten stary platan daje życie innym, z jego konarów wyrastają drzewa. Jaki on mądry i prawy, dobry – jaki on uczciwy. Często przytulałem ucho do jego gołego konaru, a On mi wtedy mówił co widział i słyszał na przestrzeni dziejów –  powieść by można było napisać – huczne bale, potańcówki, przepyszne wesela,  często bijatyki, może i nawet pojedynki … rozstania, wyznania, zdrady i miłości i te kobiety w swych delikatnych, gustownych sukniach do ziemi, kapeluszach przedziwnych jak  skrzydła motyli, panowie w cylindrach, w eleganckich  surdutach z apaszką na szyi, palący cygara….              Dziś będzie o przyrodzie, o dziwnym  ogrodzie, przedziwnym ogrodzie, o radości jego  tworzenia, o smutku z nim rozstania, o tęsknotach roślin, drzew, owadów, ptaków , zwierząt i nawet  niemych ryb czy grzybów, o ściętych kwiatach,  o  uczuciach  przyrody i ludzi,  którzy go tworzyli i odeszli i  innych – tych, którzy nieświadomie go dziwnie ranili – może nie jego – ale pasję tworzenia, nie byli idealni jak sobie myśleli. Dziś będzie o niezwykłej  miłości , ogromnym przywiązaniu  i  wierze , że jak się chce – można wszystko dokonać, że tak można inaczej w tych dzisiejszych  dziwnych  czasach, aby ludzie się kochali nawzajem, razem z przyrodą i swymi tęsknotami, by się szanowali wspólnie. Nikt nie jest kamieniem – mówię o człowieku.             Nie wiem czy ktoś wie, ale  empatia roślin jest prawdziwa i szczera, nikogo nie okłamie – bo to jest przyroda, nie uczucia ludzi.                Chyba jest tak, że nie ma dwóch  podobnych nocy, dni czy poranków, dwóch tych samych spojrzeń w oczy, dwóch tych samych pocałunków,  bezsennych i upojnych  świtów, każdy inny w młodości,  w starości inaczej – ale chyba bardzo szczerze – bo tam już wygrała nad wszystkim dojrzałość uczucia, poznanie czy  przywiązanie do siebie, a może prawdziwa miłość, taka do końca.             Czy tęsknię ? – byłoby nieprzyzwoicie gdybym powiedział  – nie. Boże – ja kłamię, krótkie spędziliśmy z sobą chwile, i choć one przeszły tak słodko , tak mile, zostaję dziś tylko ze swymi snami  – a tam mogę zostać już tylko myślami….             To postanowienie

MIERZĘCIN – MAGICZNY OGRÓD Dowiedz się więcej »

Doceniajcie ludzi za życia

tekst dr Roberta Wójcika o zmarłym tragicznie pośle Łukaszu Litewce. Nie – nie znałem tego Pana – wspaniałego człowieka. Słyszałem tylko w mediach o jego czynach – niezwykłych i dobrych – dla ludzi i dla zwierząt. Geniusz? Anioł, który chodził po ziemi i rozdawał dobro ? TAK ! Osobiście po tej tragedii – internet, telewizja , gazety czy inne media – rozszalały się. Setki wywiadów, opinii ludzi z pierwszych stron gazet – polityków, posłów, senatorów, celebrytów, aktorów itd. itp. Od paru dni o nikim się nie mówi – tylko o Nim . Zastanawia mnie tylko jedno – Dlaczego dopiero po tragicznej śmierci tego człowieka – mówi się – jaki On był dobry. Czy musi się stać coś takiego smutnego – że dopiero teraz mówi się o jego niezwykłym sercu ? A gdyby żył jeszcze … Och nie chcę o tym pisać. Wiem, że pozostała jakaś wielka pustka. Osobiście największe wrażenie zrobiły na mnie pewne posty – zwykłych ludzi – chociażby pewnej dziewczynki, której bardzo pomógł w jej chorobie. Łukasz Litewka kochał zwierzęta i ludzi. Jego działania angażowały rzesze osób dobrej woli, które jednoczyły się w dziele pomagania słabszym i pokrzywdzonym przez los. Miał też inną pasję – jazdę na rowerze. To właśnie podczas przejażdżki został potrącony przez samochód kierowany przez 57-letni Sosnowiczanina. Łukasz Litewka zmarł tragicznie w wieku 36 lat – w kwiecie wieku. Urodził się w 1989 roku w Sosnowcu. Jego ojciec był górnikiem, a matka prowadziła stoisko warzywne, co ukształtowało w nim szacunek do ciężkiej pracy i zrozumienie potrzeb zwykłych ludzi. Ukończył socjologię, co z pewnością pomogło mu w zrozumieniu mechanizmów społecznych i potrzeb mieszkańców. Już od wczesnych lat zaangażował się w życie lokalnej społeczności, aktywnie działając na rzecz potrzebujących. Jego działalność szybko zyskała rozgłos w sieci, gdzie nagłaśniał akcje pomocowe, angażując internautów w zbiórki pieniędzy i wspieranie lokalnych inicjatyw. To właśnie te działania sprawiły, że mieszkańcy Sosnowca dostrzegli w nim młodego, energicznego człowieka z otwartym sercem, gotowego do niesienia realnej pomocy. Największą rozpoznawalność Łukasz Litewka zyskał dzięki swoim spektakularnym akcjom pomocy potrzebującym. Jako założyciel Fundacji #TeamLitewka, regularnie porywał serca internautów, którzy na jego prośbę wpłacali pieniądze na organizowane przez niego zbiórki. Wystarczyło kilka minut, a na konta wpływały tysiące. Jego profile w mediach społecznościowych stały się platformą do mobilizowania ludzi do działania, a on sam stał się symbolem nadziei dla wielu osób w trudnej sytuacji. Ważną częścią działalności wspaniałego społecznika była pomoc zwierzętom. Na początku tego roku mocno zaangażował się w sprawie  schroniska w Sobolewie. Łukasz Litewka pełnił również funkcje publiczne; był radnym miejskich w Sosnowcu, a później posłem. Stworzona przez niego społeczność nie traktowała go jednak jak polityka, lecz jednego z nich – reprezentanta interesów potrzebujących i wykluczonych. Choć życia Łukasza Litewki nie da się już przywrócić, jego wpływ na innych pozostaje wyraźny. Widać to w inicjatywach takich jak akcja w Jaśle, gdzie mieszkańcy zamienili żałobę w konkretne działanie – tysiące paczek z karmą dla psów, które zamiast zniczy wypełnił jeden ze skwerów w Parku Miejskim w Jaśle. To dowód, że wartości, które reprezentował, nadal inspirują i przekładają się na realną pomoc. Akcja została zainicjowana przez lokalnych działaczy zajmujących się ochroną zwierząt. W zaproszeniu podkreślili, że najlepszym sposobem na uczczenie pamięci Łukasz Litewka będzie dobry uczynek. „Dziękujemy za Twoje serce, nigdy nie zapomnimy” – napisali organizatorzy, nie kryjąc wzruszenia. Śmierć Łukasza Litewki poruszyła całą Polskę i wywołała falę wzruszających wspomnień. Wśród nich szczególnie przejmujący jest głos Julki,  nastolatki chorej na miopatię, której pomógł spełniać marzenia. „Dzięki Tobie ludzie zobaczyli nie tylko moją chorobę, ale też mnie” – napisała. W emocjonalnym pożegnaniu dodała: „Mówią, że niebo zabiera najlepszych … dziś zabrało dyrygenta” .   Kolejne poruszające świadectwo pokazuje, jak wielkie dobro zostawił po sobie parlamentarzysta. Mama 22-letniej Jagody, walczącej z agresywnym guzem mózgu, nie kryje wzruszenia. To właśnie dzięki jego zaangażowaniu zbiórka na kosztowne leczenie w Monachium w krótkim czasie nabrała ogromnego tempa – w ciągu godziny przybyło nawet pół miliona złotych. Jak wspomina pani Ewelina, wszystko wydarzyło się nagle, jak lawina dobra, na którą nikt nie był przygotowany. Dziś Jagoda przebywa w Niemczech, gdzie trwa walka o jej życie. Choć planowana terapia została przesunięta z powodu pogorszenia stanu zdrowia, zebrane środki pozwalają rodzinie skupić się wyłącznie na ratowaniu córki. Kobieta podkreśla, że bez pomocy Litewki nie byłoby to możliwe. Szczególnie bolesny jest fakt, że poseł interesował się losem dziewczyny niemal do ostatnich chwil. Jeszcze dzień przed śmiercią dopytywał o jej stan i planowane leczenie. Jego nagłe odejście było dla bliskich Jagody ogromnym ciosem. – Tego nie da się pojąć, nikt go nie zastąpi – mówi poruszona matka. Po śmierci Łukasza Litewki głos zabrali także duchowni. Biskup Artur Ważny podkreślił , że był to człowiek „ o niezwykle pięknej duszy” , który wiarę wyrażał przede wszystkim czynami i pomocą potrzebującym. Zwrócił uwagę, że jego postawa była świadectwem prawdziwych wartości. Litewka otwarcie mówił o swojej wierze, ale jednocześnie krytykował Kościół, podkreślając, że najważniejsza jest realna pomoc, a nie deklaracje.  Łukasz Litewka wyróżniał się na tle innych parlamentarzystów. Na co dzień unikał medialnego rozgłosu, rzadko udzielał wywiadów i konsekwentnie skupiał się na działalności społecznej. Aktywnie angażował się w pomoc potrzebującym, a prowadzone przez niego w mediach społecznościowych zbiórki często osiągały ogromny zasięg i realne efekty. Na tle swojego ugrupowania zwracał uwagę także podejściem do kwestii wiary. Jako jedyny poseł wybrany z list Lewicy podczas ślubowania dodał do przysięgi słowa „Tak mi dopomóż Bóg” „ Nie mam też w zwyczaju zmieniać swoich poglądów, wierzę w Boga. Nie będę za to nikogo przepraszał. Lewica według mnie to partia, w której każdy ma prawo wierzyć w to, co chce” Jak zawsze bywa – człowiekowi „sukcesu” się zazdrości. Ciekawe są słowa prezydenta Mysłowic Pana Dariusza Wójtowicza, który takimi słowami pożegnał Łukasza Litewkę „ Do zobaczenia Przyjacielu, gdzieś, kiedyś, może w lepszym świecie” , mówiąc dalej „ Wiele osób darzyło go jakąś taką histeryczną nienawiścią. Hejtowało go, że zbiera pieniądze, że lansuje się na biednych ludziach. Tymczasem to był człowiek, który walczył do końca, potrafił spod ziemi wyciągnąć pieniądze dla dzieci. Jednymi drzwiami go wyrzucili, wchodził innymi ” Wspomina zaangażowanie posła Litewki w ludzkie sprawy i oddolne, lokalne inicjatywy „ Ten człowiek wiele dobrego zrobił dla naszego domu dziecka — podkreśla samorządowiec.

Doceniajcie ludzi za życia Dowiedz się więcej »

Niezwykły Ksiądz – Człowiek…

motto : „To nie dręczenia i opętania powinniśmy bać się najbardziej, ale grzechu” Ks.kan. Piotr Spychała Czy ktoś się zastanawiał nad jednym – jakie musi mieć obciążenie psychiczne czy duchowe – ksiądz, który jest egzorcystą ? Jakie musi być to trudne ? Trzeba mieć wielkie serce i namaszczenie od Boga – aby taką misję wypełniać. Znam Takiego księdza i dziękuję Bogu , że kiedyś ścieżki naszego życia się spotkały… Egzorcyzm jest rozka­zem wydanym w imię Boga demonowi, aby opuścił miejsce, rzecz lub osobę. Początkowo egzor­cyzmowanie nie było regulo­wane prawem, dopiero z bie­giem czasu na egzorcystę był wybierany i wyświęcany kon­kretny kapłan. Egzorcystą nu­mer jeden w Kościele był za­wsze biskup i to nie zmieniło się do dzisiaj. To w jego gestii leży mianowanie egzorcystów. Jest kilku pracujących w Diecezji Zielonogórsko – Gorzowskiej kapłanów – mających taki dekret od biskupa. –„ Mianowanie to daje pozwolenie na posługę i umacnia kapłana do jej pełnie­nia” – wyjaśnia ks. kan. Piotr Spycha­ła – wspaniały Proboszcz – człowiek w parafii PW. Świętego Józefa w Dobiegniewie – powiat Strzelecko-Drezdenecki. Pracował w seminarium duchownym w Paradyżu. Jaki jest egzorcysta i jak ma wyglądać jego praca, określa Kodeks Prawa Kanonicznego. Czytamy w nim m.in., że powinien odznaczać się „pobożnością, wiedzą, roztrop­nością i nieskazitelnością życia”, a sprawowane przez niego eg­zorcyzmy winny „zachowywać obrzędy i formuły zatwierdzone przez władze kościelną”. Ksiądz Piotr Spychała – tego doświadczył – bo jest nieskazitelnym kapłanem i człowiekiem. To trudne zadanie, choć piękne zarazem, zwłaszcza wte­dy, gdy widać radość uwolnionych osób. Trud wynika z nieustan­nej walki duchowej, która się to­czy nie tylko podczas modlitwy o uwolnienie.Jeśli do egzorcysty zgłasza się osoba, której wydaje się, że ma problem z demonem, to eg­zorcysta rozpoznaje jej stan. Po rozmowie i rozeznaniu, jeże­li istotnie zachodzi działanie złe­go ducha, podejmuje się modlitwę o uwolnienie. Stan penitenta ocenia się również od strony psychologicz­nej. Często osoby, które zgła­szają się do nich , są już po kon­sultacjach psychologicznych, a nawet po leczeniu psychiatrycz­nym. „Jest też konieczna konsulta­cja duchowa” – to słowa Ks. Kan. Piotr Spychały. Po rozpo­znaniu sytuacji, egzorcysta wy­biera środki, które w tym danym przypadku będą najskuteczniej­sze. – Zawsze należy zaczynać od środków najważniejszych, ja­kim są sakramenty, a więc sakra­ment pojednania, Eucharystia, namaszczenie chorych, a tak­że modlitwa zmierzająca w ra­zie potrzeby do egzorcyzmów, które odprawia się raz, dwa czy więcej, jeśli to konieczne. Egzorcy­sta nie powinien przystępować do egzorcyzmu, jeśli wpierw nie nabierze przekonania, że oso­ba, nad którą ma się modlić, jest naprawdę opętana przez złe­go. Zgodnie z uznaną praktyką uważa się, że o opętaniu świad­czą następujące objawy: rozu­mienie i posługiwanie się nie­znanym sobie językiem, wyja­wianie spraw dalekich i ukry­tych, nadzwyczajna, niepropor­cjonalna do wieku i naturalnych możliwości siła. Mogą też wy­stąpić inne zachowania: gwał­towna nienawiść do Boga, do Matki Bożej i Świętych, Kościo­ła, do przedmiotów sakralnych, obrazów, obrzędów, zwłaszcza sakramentalnych. Ścisłe opęta­nia nie są częste, ale egzorcy­sta pomaga nie tylko w takich przypadkach, lecz również wte­dy, gdy człowiek jest dręczony, znajduje się w opresji, czy depresji – gdy do­świadcza nadmiernych pokus i niepowodzeń i pychy – „ Pomagam wtedy roz­mową i modlitwą” – mówi Ks. kan. Piotr Spychała ( za : GOŚĆ Zielonogórsko- Gorzowski – nr 5 ; 2006 rok) Ten artykuł jest opowieścią o kapłaństwie i kapłanie, który nie stracił wiary i nie odszedł z zawodu. Jak ma On trudne zadanie – ile potrzeba tam wiary i siły – odwagi psychicznej. Ale tkwi w nim całą swoją duszą – niezwykle prawą, mądrą i uczciwą. Może ta opowieść będzie trochę przesiąknięta smutkiem, bo chyba nikt sobie nie zdaje sprawy, że po wielu latach posługi kapłańskiej wielu księży – tak ciężkiej – stają się mocno zgorzkniali i wypaleni odrzuceni. Dlaczego ? Przede wszystkim księża to ludzie bardzo samotni, po pierwsze oczywiście nie mogą założyć rodziny, co dla wielu jest prawdziwym dramatem. Poza tym ksiądz nie zna dnia ani godziny: jeśli pracuje w jakiejś parafii, to z dnia na dzień może być przeniesiony przez biskupa kilkadziesiąt (albo kilkaset) kilometrów dalej i musi zaczynać od nowa – zatem warto ,nie warto nawiązywać głębokich relacji z wiernymi ? Ale Ksiądz Piotr – taki nie jest i ból rozstania jest mniejszy. I jeszcze jedna ważna rzecz , nie ma solidarności zawodowej wśród księży, jeśli któryś z nich wpada w jakieś kłopoty – inaczej – osamotnienie. Przykładem jest na przykład choroba czy starość – wiem jedno – to wszyscy ludzie się od niego odwracają i zostaje zupełnie sami. To dosyć ciekawe, że księża zachowują się jak bankierzy inwestycyjni: w tej profesji masz przyjaciół, gdy wszystko idzie dobrze, ale gdy wpadniesz w jakieś kłopoty, nie licz na nikogo. Akurat wśród kapłanów nie spodziewałbym się takiej postawy. Ale tak jest. To bardzo smutne – ale taka jest prawda. Bo wielu znanych mi księży to potwierdza. Innym źródłem wielkich frustracji jest absolutna zależność od biskupa, który jest panem życia podwładnych, rzuca ich po parafiach zupełnie przypadkowo, często niszcząc im w ten sposób życie. Niestety, w wyniku arbitralnej decyzji biskupa zostaje gdzieś tam…. , i nikt się nie zastanawia nad tym – że na tym stanowisku będzie się męczył straszliwie przez następne kilka lat, a potem już jest tylko zgorzkniałym i wypalony człowiekiem. Miejmy świadomość – ksiądz to człowiek – taki sam – jak Ty drogi Czytelniku, czy ja. Poza tym księży, którym wynajduje się jakieś „ kłopoty” – eliminuje się. Wczoraj byli – następnego dnia nie ma , następnego dnia – ich nie ma ! Tak – stara prawda – Nie ma księdza – nie ma problemu. Podobnie feudalne stosunki pracy panują na niektórych uczelniach wyższych (profesor – asystenci) i myślę że też w policji lub wojsku czy szpitalach. Ale w tych instytucjach można się odwołać do instancji wyższych, bywają związki zawodowe, są sądy pracy, w ostateczności można się zwolnić. W kapłaństwie od decyzji biskupa nie ma odwołania (chyba, że do Watykanu), więc można tylko porzucić sutannę, co wielu czyni, ale koszty tej decyzji są smutne. To w ogóle niesamowite, że biskupi tak fatalnie zarządzają kadrami -w korporacji takiego menadżera pogoniono by prędzej czy później, a biskupowi kto podskoczy… Ważne, żeby kasa się zgadzała, a że się niszczy ludzi, kogo to

Niezwykły Ksiądz – Człowiek… Dowiedz się więcej »

„ Mierzęcin – śmierć drzewa”

Autor tekstu Dr Robert Wójcik –  administrator Pałacu Mierzęcin w latach 1998 – 2008 Zapraszam na zdjęcia i muzykę – krótki film. Naciśnięcie białego trójkąta na obrazie poniżej uruchomi film. Zbliża się Wielkanoc, najważniejsze ze wszystkich świąt chrześcijańskich, upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa. Dlatego postanowiłem przypomnieć legendę, związaną właśnie z tym świętem. Różne wersje tego podania, opowiadają o drzewach, które zostały wybrane, by wypełnić tragiczną misję. Właśnie z nich bowiem miał być zbity krzyż, na którym powieszono Jezusa. Z pewnością część z Was słyszała tę historię, opowiadaną przez ojców, mamy czy dziadków, babć… Legenda wspomina o wysłannikach Piłata, którzy przed dokonaniem się tragicznego losu Jezusa, wyruszyli do lasu, by znaleźć odpowiednie drzewa na zbicie z jego pni krzyża. Drzewa jednak szukały różnych wymówek, żadne bowiem nie chciało mieć udziału w śmierci Zbawiciela. Nie do końca znane jest pochodzenie legendy, wiadomo, że jedną z jej wersji spisał Julian Ejsmond w swym dziele „Żywoty drzew”. Opowieść pojawia się też częściowo w twórczości Henryka Sienkiewicza, a konkretnie w zbiorze jego nowel i figuruje pod tytułem „Osiczyna”. A oto jak brzmi… „Tuż przed ukrzyżowaniem Jezusa z Nazaretu rzymski prefekt Judei Piłat wysłał dwóch mężczyzn do lasu, by znaleźli odpowiednie drzewo na krzyż, na którym miał zawisnąć Chrystus. Wzięli więc do garści siekierę i żagę, po czym poszli spełnić zadanie. Drzewa, widząc tak uzbrojonych mężczyzn, szybko domyśliły się o co idzie, przez co ogarnęła je straszna boleść, bo przecież żadne nie chciało być narzędziem męczeństwa swego Stworzyciela. Zakołysał się więc w przerażeniu cały las i zajęczał w obliczu takiego nieszczęścia. Chodzili ludzie długie godziny po rozległym gaju, siejąc wśród drzew postrach. Wreszcie dotarli do samego serca puszczy, gdzie rósł potężny, wiekowy dąb. W tym samym momencie, gdy się do majestatycznego drzewa zbliżyli, ono poczęło się trząść jak wątła trawa na wietrze. Tymczasem żołnierze stanęli przed nim, obejrzeli je dokładnie i uznali, że doskonale nadaje się na krzyż. Do tej pory dąb nie znał lęku, teraz jednak wiedział, po co przyszli bezwzględni ludzie. Odezwał się więc przerażony z prośbą do drwali: – Nie chcę na wieczność być krzyżem dla tego, który światu przyniósł prawdę wieczną. Mężczyźni postanowili wysłuchać prośby dębu i poszli dalej. Podeszli do lipy, która też zaszumiała: – Słodka jestem! Ptaszętom – schronienie, pszczołom daję najwonniejsze miody, a poetom – spokój i natchnienie… – odezwała się. – Inne drzewo na krzyż sobie weźcie. Nie tykajcie mię rękami brudnymi. Nie mnie plamić krwią niewinną tego, który miłość zwiastował na ziemi. Wysłannicy Piłata i jej prośby wysłuchali, ruszając dalej w głąb puszczy. Tam doszli do brzozowego gaju, gdzie rosły młode brzózki. Zachwycili się jednak ich bielą i czystością, po czym uznali, że tak niewinnie wyglądających roślin nie mogą przeznaczyć na czyjś krzyż…” Od wielu lat pewne rzeczy pozostają niezmienne, mimo że cały świat ewoluuje. Przykładem tego jest (niestety BYŁ) wiekowy dąb w Mierzęcinie (pomnik przyrody – prawem chroniony !!!) , która od co najmniej dwustu lat zdobił otoczenie pałacu, oficyny i dawnej powozowni. Przetrwał rozmaite zawirowania historii, takie jak działania wojenne, trudne czasy PGR – ów, gdzie każdy kawałek drewna był na wagę złota i oczywiście próby jego okaleczenia przez przeróżnych osobników. Zastanawiam się, jakim cudem to drzewo stało się w zasadzie nienaruszalne, ale kiedyś – broniło się swoim życiem. Ile razy pod tym dębem widziałem par siedzących pod miłym cieniem jego gałęzi , które dawały listki jego życia. Ile widziałem tam dziwnych rozmów – miłości czy rozstań. Moje dzieci się pod nim bawiły ze swoimi kolegami i koleżankami i pieskami … Dawał cień w upalne lato – dawał jakąś taką energię do życia nawet wiosną czy jesienią. To było drzewo mego życia – strasznie je kochałem – dziś już go nie ma. Jak zobaczyłem co z nim zrobili ludzie – byłem zszokowany. Jeszcze w 2023 roku – osobiście pod nim siedziałem i cieszyłem się cieniem jego liści w upalny lipcowy dzień. To była moja ostatnia „ degustacja” jego piękna, jego siły życia. Prawie 20 lat temu – często przytulałem ucho do jego gołego konaru, a On mi wtedy mówił co widział i słyszał na przestrzeni dziejów –  powieść by można było napisać. Teraz jego pień może już tylko zapewnić chrząszczom kilkuletnią sutą stypę… Tak – wiem jedno – wszystko było za zgodą odpowiednich jednostek administracyjnych. Jestem pewien – znając Właścicieli tego obiektu – że wszystko było zrobione zgodnie z prawem. Jednak wydaje mi się, że prawo jest niedoskonałe. Chyba zabrakło wyobraźni – według mnie uczuć – pewnego rodzaju zastanowienia. Nie wiem. Tak – to drzewo chorowało co widać na zdjęciach jego już uciętych gałęzi czy konarów. Ale też były zdrowe konary – pełne życia ! Pamiętam – były jeszcze kiedyś rozmowy na temat jego wyleczenia. Ale to było kiedyś. Mam pytanie do obecnych Właścicieli – czy jesteście z tego zadowoleni ? Czy Wam się to podoba – ten kikut , który zostawiliście ? Przysięgam wszystkim Czytelnikom, którzy przeczytają ten artykuł – Moja żona – i ja – którzy tworzyli ten park – nigdy by do tego nie dopuścili – za naszych czasów – drzewa wiekowe – były leczone. Byli fachowcy, którzy to robili dobrze – i do dziś są efekty – co najważniejsze – drzewa żyją – i wypuszczają co rok swoje zielone liście. Jak ktoś nie wierzy – niech przyjedzie do parku w Mierzęcinie. Przekona się. A specjalistów leczących dziś drzewa – jest też dużo – uznanych praktyków, naukowców. Polska chirurgia drzew – jest uznana na świecie. Mamy się czym chwalić. Trzeba tylko było chcieć – ale tam już nie ma „Flory” , która własnymi rękoma broniła wszystkiego co żyje… Szkoda , że jej już tam nie ma. Nawiązując do początku tekstu – napiszę tak – nawet prości drwale w swej legendzie – okazali się ludźmi , którzy mają jakieś uczucia. Wy – mówię o Właścicielach Mierzęcina – chyba nie mieliście. Można było chcieć – wykazać się jakąś empatią, próbować coś uratować – teraz został wam tylko kikut – pień drzewa. No ale uratowaliście budynek – dawną powozownię, oficynę – ganeczek ich łączący. Oczywiście – koszty ewentualnej naprawy są duże, w przypadku gdyby w czasie

„ Mierzęcin – śmierć drzewa” Dowiedz się więcej »

ŚWIETY GRAAL – LUBUSKIM ŚLADEM ???

Autor artykułu dr Robert Wójcik Czy Święty Graal istnieje i gdzie się znajduje? Czy w ogóle prowadzone są poszukiwania Świętego Graala i czy kielich Jezusa daje nadprzyrodzoną moc niczym kamień filozoficzny? Okazuje się, że zdaniem niektórych historyków, Templariusze mogli ukryć Święty Graal w Polsce – na terenie regionu lubuskiego. To sensacyjna wiadomość – jeszcze niczym nie potwierdzona, ale może prawdziwa. Święty Graal – historycy i poszukiwacze skarbów próbują go odnaleźć od setek lat. Czy kielich, którego użył Jezus Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy, naprawdę istnieje? A może opowieść o Świętym Graalu została zmyślona i to jedynie mistyfikacja, która zawładnęła naszą wyobraźnią? Przecież każdy poszukiwacz skarbów chciałby odnaleźć artefakt mający cudowną moc, zapewniający bogactwo i nieśmiertelność. A może mamy go pod nosem, patrzymy na niego, ale nie wiemy, że to właśnie chrześcijańska relikwia? Dwoje uczonych hiszpańskich twierdzi, że zidentyfikowali prawdziwego świętego Graala. Ale teorii związanych z tym tajemniczym kielichem jest wiele. Był związany z Całunem Turyńskim? Używali go pierwsi papieże? A może to wcale nie kielich, tylko księga lub pewna konkretna kobieta? Kielich zrobiony z agatu, złota i onyksu, inkrustowany szlachetnymi kamieniami, składa się z dwóch połączonych ze sobą czarek, jednej zwróconej do góry, a drugiej do dołu. Znany jest też jako kielich infantki Urraki (znajdujący się w tzw. panteonie romańskiej kaplicy grobowej), córki Ferdynanda , króla Leonu i Kastylii w latach 1037-1065. Po analizie egipskich źródeł pochodzących prawdopodobnie z XI wieku, gdzie mowa jest o pucharze z Grobu Pańskiego, naukowcy doszli do wniosku, że być może znajdujący się w hiszpańskim Leonie kielich to właśnie św. Graal. Jakie są inne opowieści związane z tym tajemniczym naczyniem?   Legendy czy mity, sensacje czy prawda ? Po raz pierwszy wzmianka o nim pojawia się w XIII wieku w dziele Roberta de Borona „Józef z Arymatei”. Zgodnie z tą wersją Józef po pogrzebie Jezusa otrzymuje od Piłata kielich, którego Jezus miał używać podczas Ostatniej Wieczerzy. Według jednej z legend do naczynia mężczyzna zebrał krople krwi Zbawiciela. Gdy Żydzi odkrywają, że w grobie nie ma Jezusa, to Józef zostaje oskarżony o Jego ukrycie, następnie uwięziony i głodzony. Zgodnie z tą wersją w więzieniu ukazuje się Józefowi zmartwychwstały Jezus. Zwraca mu kielich, który zabrali mu Żydzi, a następnie Chrystus wydaje polecenie, by odtąd Józef został strażnikiem tego kielicha. To od Jezusa otrzymuje on wskazówki dotyczące odprawiania mszy świętej. Żywi go, by mężczyzna nie umarł z głodu. Ostatecznie, według przekazu de Borona, po zburzeniu Jerozolimy w 70 roku Józef ucieka ze swoim szwagrem Bronem do Brytanii i tam ukrywa relikwię. Potomkowie Brona noszą miano Bogatego Rybaka. Jest też druga legenda związana z kielichem i Józefem z Arymatei. Ona nawiązuje już do przypuszczeń, że z naczynia pił Jezus. Potem tego kielicha użył żydowski kupiec Józef, który napełnił go krwią wyciekającą po śmierci Jezusa z jego przebitego boku. Legenda głosi, że za głosem anioła opuścił Ziemię Świętą i udał się do Brytanii, gdzie posłuszny rozkazowi Boga, osadził się w tym miejscu i wybudował zamek. Miała to być Strażnica Graala, w której został ukryty kielich. Strażnica miała być ukryta na granicy świata materialnego i duchowego. Do jej wnętrza mógł się dostać jedynie człowiek prawy i uczciwy. Na jego poszukiwanie rzekomo wyruszyli rycerze króla Artura, ale bezskutecznie, naczynia nie mogli znaleźć. Jedni podają, że do wspomnianego zamku dotarł Percewal i to właśnie on odnalazł kielich. Inni zaś utrzymują, że Graal trafił w ręce nieślubnego syna Lancelota, Galahada, jednego z rycerzy Okrągłego Stołu. To legendy – a może trochę tam jest prawdy ??? Inną legendą o Graalu jest Cykl Wulgaty: Post-Vulgate Merlin oraz Vulgate Mortu Artu. Obejmuje ona dwie anonimowe opowieści, które powstały między 1210 a 1230 rokiem. W nich też jest mowa o dwóch Graalach. Jeden z nich pochodzić miał z Ostatniej Wieczerzy, a drugi miał być książką napisaną przez Jezusa. Warto zaznaczyć, że pod koniec XIII wieku słowo „graal” używa się na określenie kielicha. Święte naczynie było przypisywane własności krzyżaków, zwłaszcza między XII i XIII wiekiem. Idżmy dalej – bo mamy hiszpański wątek legend … Jak święty Graal znalazł się w Hiszpanii? Jest z tym związana teoria, że został odebrany chrześcijanom w Jerozolimie. Po zajęciu miasta przez muzułmanów został przywieziony do Kairu. Następnie kielich został podarowany władcy muzułmańskiemu w podziękowaniu za pomoc, jakiej udzielił mieszkańcom Egiptu. Ten z kolei podarował kielich królowi Ferdynandowi na znak pokoju. Dwoje hiszpańskich historyków, Margarita Torres i Jose Manuel Ortega del Rio oceniają, że naczynie może pochodzić z okresu między I w. przed Chr. a I w. po Chr. Co ciekawe, pierwsze jego 400 lat okrywa tajemnica. Wiemy, że od IV wieku znajdował się w kościele zbudowanym nad Grobem Pańskim. Hiszpańscy naukowcy twierdzą, że nie ma wątpliwości co do tego, że jest to kielich czczony już przez pierwszych chrześcijan jako świadek Ostatniej Wieczerzy. Natomiast nie ma przekonującego dowodu na to, że tym naczyniem posługiwał się Jezus. Celtycki wątek – „ przedmiot o niezwykłej mocy” Pochodzenia kielicha poszukiwano również w celtyckich mitach. Uważano, że święty Graal jest celtyckim kamieniem posiadającym niezwykłą, magiczną moc. Moc kielicha łączono również z celtyckim podaniem o magicznym kotle.  Wzmianka o Graalu pojawiła się także w poemacie z 1190 roku. Nazywana jest „un graal”, wykonana w sposób przypominający tacę, ozdobiona kamieniami i używana do przetrzymywania hostii. Mamy tu więc nawiązanie do naczynia pełniącego istotną funkcję podczas sprawowania mszy świętej. Są też zapiski historyczne, w których to kielich trafił w 1436 roku do Walencji, do katedry Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny jako prezent od króla Alfonsa Aragońskiego. Od 713 roku kielich przebywał w rejonie Pirenejów, potem dotarł do San Juan de la Pena. Następnie w XIV wieku trafił do Saragossy, następnie do wspomnianego króla Aragonii. Z kolei władca wysłał kielich do pałacu w Walencji.  Jest też legenda rzymska… Według niektórych historyków wcześniej święty Graal znajdował się w Rzymie, a trafił tam dzięki św. Piotrowi. Ale obecność kielicha w tym miejscu została poświadczona do połowy III wieku. W tradycji traktuje się Graala jako kielich używany przez następców św. Piotra, kolejnych papieży aż do św. Sykstusa II, kiedy to został wysłany do Huesca, aby uwolnić go spod prześladowania cesarza Waleriana.  A może skupmy się wokół arturiańskich opowieści ? Kielich pojawia się także w jednej z arturiańskich legend, a

ŚWIETY GRAAL – LUBUSKIM ŚLADEM ??? Dowiedz się więcej »

NIENAWIŚĆ …PO POLSKU

Tekst dr Robert Wójcik Poza ziemią, przyrodą, moją żoną i dziećmi, moimi czworonożnymi przyjacielami które kocham od wielu, wielu lat – w swoim życiu doświadczyłem trochę nieba – ale zdecydowanie więcej piekła – nienawiści i zawiści. Jak kiedyś powiedział perski matematyk, astronom, poeta Omar Chajjam – niebo (dobro, miłość) i piekło ( zło, nienawiść, zawiść) są w nas – i sami możemy wybrać, w których w tych stanów rzeczy chcemy przebywać. Wielu z nas – Polaków – wybrało to drugie – i tak jest od wieki wieków do dziś – dziś – wczoraj … parę minut temu, godzin, dni, miesięcy,… parę lat, parę wieków… Kiedy to się zmieni ? – na pewno nie za mojego życia – po prostu nie wierzę w tą przemianę naszego narodu. Człowiek  w ciągu swojego życia podlega różnym emocjom. Przeżywa strach, zagubienie, depresję, nienawiść, zawiść, zadowolenie, dobro, miłość, zdenerwowanie. Jednak najsilniejszymi uczuciami, jakie przeżywa człowiek są miłość i nienawiść. To one pobudzają do działania – dobrego i złego. Kiedy kochamy jesteśmy gotowi do największych poświęceń dla ukochanej osoby, bliskich, przyjaciół, ojczyzny… Miłość dodaje nam skrzydeł, wszystko, co robimy nabiera sensu i jest radośniejsze. Dzięki niej stajemy się lepszymi ludźmi. Dante  pisał o miłości, że jest tym, „co wprawia w ruch słońce i gwiazdy”. Uwzniośla i ubogaca człowieka. W Nowym Testamencie św. Paweł w Liście do Koryntian pisał o sile miłości. „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość”. Daje ona człowiekowi ogromną siłę, bo jest uczuciem czystym i prawdziwym. Czyni człowieka cierpliwym, uczy wybaczenia i nie kierowania się złością. Bez miłości nasze życie staje się puste i nic nie warte. Przecież tak mało nam potrzeba – tylko kochać – i być kochanym. Zapewniam – o wiele lepsze – niż nienawidzić – jest kochać i pomagać. Miejmy to zawsze w myślach naszych codziennych – w każdej chwili życia, w każdej sytuacji – bardzo Was proszę czytelnicy – Bardzo !!! Jednak człowiek jest taki, że ulega pokusom – lubi gdzieś tam w swoim sercu zło, które bardzo łatwo może się zamienić w niszczycielską siłę nienawiści. Przykład – jeżeli zostanie nam odebrana ukochana osoba, budzą się w nas najgorsze instynkty. Nieutulony ból, zazdrość rodzi gniew i nienawiść. Targani sprzecznymi uczuciami nie umiemy poradzić sobie z otaczającym nas światem. Gubimy się w tym wszystkim – mamy pretensje do całego świata, szukamy winnych – co ciekawe – przede wszystkim w rodzinie, swoich bliskich, przyjaciołach, sąsiadach … Dziwne jest to, że nie szukamy winy u siebie – czy ja wszystko zrobiłem aby tak nie stało się ? Jacy my jesteśmy mali – odrzucamy wtedy od siebie całe zło – mówimy sobie – to nie ja – to inni – … i szukamy tych winnych. Trochę tak jak myślę …. Szeroko pojęta literatura, kroniki historyczne – od swych początków opisuje wszystko, co dotyczy człowieka. Nie ma nic bardziej ludzkiego od miłości i nienawiści, dlatego motyw tych namiętności jest w literaturze bardzo częsty. Niestety w obecnych nośnikach informacji – przewaga zawiści , która doprowadza do nienawiści – już dawno pobiła informacje i więzi, miłości czy dobrych uczuć między ludźmi. Ktoś powie, że piszę bzdury – Drodzy Czytelnicy – zobaczcie co się dzieje w internecie , na różnych portalach i przede wszystkim na Fb. Oglądacie telewizje różnych programów ( jest ich na świecie około 1200 – w Polsce – minimum 50 – znaczących – oglądalnych ) , słuchacie radia – różnych stacji ( w Polsce około 30 – znaczących) Przeczytajcie komentarze o prezydentach, premierach, politykach, posłach, senatorach, kongresmenach, biznesmenach, gwiazdach muzycznych czy filmowych, celebrytach, papieżach, biskupach, księżach, ludzi o innym kolorze skóry, o innej kulturze – ludzi o innym wyznaniu niż religia chrześcijańska, ludzi o innych poglądach i zdaniu niż dowodzący tą naszą kulą ziemską – przeraża mnie to i martwi. Najbardziej martwi mnie nienawiść w rodzinie – a Polacy w tym przodują – my Polacy jesteśmy dziwnym narodem – nawet w Wigilię czy Świata Wielkiej Nocy potrafimy się pokłócić i nienawidzić . Nie powiem o uroczystościach rodzinnych – weselach , imieninach, urodzinach. A jeśli tam się nie pokłócimy – to jak już wracamy z tych uroczystości – na których byliśmy gośćmi czy gospodarzami – to nic innego nie robimy – tylko komentujemy . Komentarze o swoich bliskich czy znajomych są zazwyczaj – krótko mówiąc – złe. Napiszę tylko to, że są też dobre. Ale to rzadkość. Ale generalnie sondujemy po „polsku” , oceny typu „ no widziałeś(aś) jak się upił („a”)? , jak on (ona) się ubrał , co za fatalna sukienka, co za fatalny garnitur, jak się on ( ona) ubrała, co on (ona) mówił, ty słyszałaś co on( ona) mówił o polityce ? , to taka i on taki – i teraz nie chcę już pisać o poglądach politycznych czy religijnych na tych spotkaniach czy uroczystościach rodzinnych. Wiele razy w swoim życiu dowiadywałem się – jaki jestem – od swoich bliskich , rodziny , przyjaciół – jeden raz przepłaciłem to w wizycie w szpitalu – bardzo mnie to zabolało – bardzo. Ale cóż – jak ktoś Cię uderzy – nadstaw drugi policzek – to on (ona) przegra – nie ty… Nazwano mnie tzw. „ lewakiem” – bardzo to przeżyłem – i nie będę mówił jemu ( jej) – jak to wyglądało w czasie rozmowy towarzyskiej, czy przez telefon. Zawsze myślę – czy taka osoba zdaję sobie sprawę – jaką wyrządza krzywdę drugiemu człowiekowi- nie mówię o rodzinie. Ile razy słyszałem krytyczne słowa od swoich znajomych czy rodzinie bardzo krytyczne słowa – i co najgorsze – były one wypowiedziane przy małych dzieciach – a One doskonale słuchają – i zapisują w swej pamięci tą nienawiść – po prostu – uczą się jej . Przeszłość i teraźniejszość jest brudna – nie ma uczuć – i poglądów. Jest ona zlepkiem tego co oglądamy – a w zasadzie tym czym się kierujemy na opiniach różnych szarlatanów na Fb i innych nośnikach informacji. Co ciekawe – Ci wszyscy co uważają , że mają w sercu – dobro i uważają , że niosą miłość – właśnie noszą nienawiść i zawiść – myślą , że są nad tym wszystkim i im wszystko wolno. Tak jak mnie skrzywdzono – podłe to było . Ale miłość w moim sercu jest inna – ja zawsze wyciągam „ Gałązkę Palmową” – wyciągam rękę. A Ci co mnie obrażają – nawet nie stać ich na słowo – bardzo proste

NIENAWIŚĆ …PO POLSKU Dowiedz się więcej »

Zimy tysiąclecia i stulecia …

Dr Robert Wójcik w swoim żywiole – klimatycznych meandrów i swojej wiedzy o tej dziedzinie nauki zaprasza na artykuł. Jest specjalistyczna wiedza, historia, ciekawostki – w życiu nie sądziłam, że tak to właśnie było kiedyś… – Marzanna Leszczyńska Autor artykułu dr Robert Wójcik Paraliż komunikacyjny. Ogromne kłopoty z dostawą prądu: setki wsi, miasteczek, miast odcięte od energii elektrycznej. Zerwane trakcje kolejowe, tramwajowe, ludzie bezdomni zamarznięci, zamknięte szkoły, setki awarii na liniach ciepłowniczych, trudności w odpalaniu samochodów, wielogodzinne opóźnienia pociągów, oblodzone pasy startowe na lotniskach, oblodzone samoloty, fatalny stan czystości powietrza, na SOR ach – kolejki ludzi z połamanymi kończynami, zabłąkane i głodne zwierzęta ….ale finalnie wzrost tak bardzo brakującej dziś „Solidarności” w społeczeństwie… A żyjemy w świecie niezwykłego postępu informatycznego – ale nas nie interesuje pogoda czy klimat – ona nas dopiero zaczyna interesować wtedy, kiedy nam przemarznie pewna część ciała która zaczyna się na literę „d” a kończy na literę „a”. Przełom grudnia/ stycznia / lutego 2026 roku – nie jest jeszcze „zimą stulecia” –, ale jest wyjątkowo mroźny i śnieżny ( w niektórych regionach Polski) i odciska piętno na funkcjonowanie naszego kraju – a zwykłych „Kowalskich” ( takich jak Ty drogi Czytelniku czy ja) „ bije” na portfelu – rachunki za ogrzewanie mieszkania, domu – będą wysokie . Co ciekawe – eksperci są zgodni, że takie sytuacje będą się powtarzały. Pojawia się zatem pytanie, czy jesteśmy w stanie w jakikolwiek sposób wpłynąć na wydarzenia w pogodzie i zastopować bieg takich wydarzeń? Problem jest taki, że bardzo często zapominamy o tym ( a w zasadzie nie wiemy), co działo się w pogodzie na przestrzeni lat czy wieków. Nie pamiętamy niektórych ważnych wydarzeń. Gdy raz sypnęło nam bardzo mocno, od razu nazwaliśmy to wydarzenie „zimą stulecia”. Czy słusznie? Nie do końca – według mnie – absolutnie nie. W XIX wieku i wcześniej, tego typu zimy występowały co chwilę. Na nikim nie robiły takiego wrażenia. Na przestrzeni ostatniego 25 lecia – które można uznać za ekstremalnie ciepłe i wyjątkowo suche, obecne temperatury zimowe szokują i co niektórzy politycy czy rządzący krajami ( szczególnie w kręgach prawicowych) – uważają, że ocieplenie klimatu – to mit i bzdury. Oj mylą się bardzo – bardzo ! Śmiało mogę powiedzieć – a jestem osobą , która kończy za chwilę 67 lat – w trakcie ostatnich pięćdziesięciu lat mieliśmy tylko kilka razy „białe święta” lub inaczej – mroźną i śnieżną zimę. Często bywało tak, że w Wigilię było naprawdę ciepło, a dopiero drugi dzień świąt był ze śniegiem. Zdarza się to bardzo często. Jednak nie w całym kraju. Mamy dużą powierzchnię państwa. Dlatego mówi się, że żyjemy w klimacie zmiennym-przejściowym. Jest w nim zarówno wpływ kontynentalny, jak i morski. Ten drugi pochodzi znad Atlantyku. Jedyna rzecz, której jestem pewny to jest to, że takie anomalie będą się powtarzać. Paradoksalnie słowo „anomalia” jest nadużywanie. Takie sytuacje stają się normą. Zepsuliśmy klimat.  W skrócie: do atmosfery wpuściliśmy za dużo gazu. Chodzi o dwutlenek węgla i metan. Można to zobrazować bardzo prosto. Gdybyśmy stanęli przy „dwóch wielkich szybach” łatwiej byłoby nam to pojąć. W środku pomieszczenia mielibyśmy na przykład 20 stopni, a na zewnątrz minus 10. Ciepło od nas nie ucieka, a mróz nie dociera. Dlaczego? Między „szybami” utrzymuje się gaz. Blokuje wszystko. Działa to trochę, jak… super termos. Niby się nie poparzymy, ale konsekwencje naszych czynów będą złe. Planeta nagrzewa się, a ciepło nie ucieka. Stworzyliśmy „kołdrę gazową”. Błędne koło. Dodatkowo, oceany się ocieplają. Kumulują bardzo dużo ciepła. Mają wpływ na to, co się dzieje w pogodzie i w klimacie całego naszego globu. Klimat – dostał zawrotu głowy – głupieje. A Ziemia kręci się i wszystko wiruje w tym szoku klimatycznym , który nas dotyka – Ba ! – nie dotyka , tylko ustala dziwne reguły gry… Sytuacji z klimatem już nie zmienimy. Możemy ją jedynie powstrzymywać. Bądźmy realistami. Za daleko to zabrnęło. Żyjemy w świecie, w którym przybywa coraz więcej ludzi. W trakcie II wojny światowej na naszej planecie żyło około miliarda ( do półtora) osób. Teraz jest ich ponad osiem. Niebawem doliczymy się dziesięciu miliardów. Klimat psujemy wspólnie od około 200-250 lat – od momentu kiedy wymyśliliśmy pierwszą maszynę parową – za chwile – spalinową.  Zaczęło się to wtedy , gdy na świecie żyło niecałe pół miliarda osób. A teraz? Niech każdy dokończy tę myśl sam. A teraz trochę historii … o zimach – mrozie i śniegu… Najniższa temperatura, jaką kiedykolwiek odnotowano w naszym kraju, padła w 1940 roku w Siedlcach -41°C . Było to w samym środku wojennej zimy, jednej z najostrzejszych w XX wieku. Ludzie marzli wówczas w niedogrzanych domach, a zimno było tak dotkliwe, że metalowe elementy mostów pękały na masową skalę! Zima 1928/1929 to kolejny punkt zwrotny w historii najniższych temperatur w Polsce. W Tarnowie temperatura spadła wtedy do -43°C, aczkolwiek nigdy tego rekordu oficjalnie nie uznano. Ludzie opowiadali, że woda w studniach zamarzała na kamień, a mleko w butelkach rozsadzało szkło. Jeszcze większe chłody nadeszły w styczniu 1987 roku. Pociągi wówczas nie kursowały, autobusy nie odpalały, a rury pękały w całych miastach. To był armagedon. Warszawa notowała -30,7°C, Kielce -33,9°C, a w Zamościu było -31,6°C. Mówiąc o zimnie w Polsce, nie można pominąć miejsc, które regularnie odnotowują najniższe temperatury. Pierwsze na myśl przychodzą Suwałki, od lat określane mianem „polskiego bieguna zimna”. I rzeczywiście – zimy w tym regionie potrafią być surowe, zwłaszcza gdy nad Polskę napływają masy powietrza z Syberii – od carów i Putina… Jednak paradoksalnie, to nie tam notuje się absolutnie najniższe temperatury. Prawdziwym biegunem zimna w Polsce jest bowiem Kotlina Orawsko-Nowotarska i tatrzańskie mrozowiska. Szczególnie fascynujące są Litworowy Kocioł i Dolina Pięciu Stawów, gdzie temperatury mogą spadać do ekstremalnych poziomów. W tych miejscach zimne powietrze nie ma dokąd uciec – zatrzymuje się w kotlinach i nocą wychładza się jeszcze bardziej. W 2010 roku w dolinie Filipka w Tatrach odnotowano -37°C, a w 2012 roku na Hali Gąsienicowej było -35,5°C. Możliwe, że w niektórych niedostępnych dolinach bywało jeszcze zimniej. Co sprawia, że czasami Polska doświadcza temperatur, które bardziej pasowałyby do Syberii niż do Europy Środkowej? Mrozy nie były i nie są jedynie meteorologiczną

Zimy tysiąclecia i stulecia … Dowiedz się więcej »

„Wszeteczni” polscy królowie i książęta…

Tekst dr Robert Wójcik Walczyli z rywalami, zdobywali ziemie, rządzili mądrze lub niezbyt mądrze. Polscy władcy to nie tylko dostojne postacie z dawnych malowideł. Najwyższa pozycja w państwie pozwalała im luźniej traktować niektóre moralne nakazy i zakazy. Czasem ku zgorszeniu najbliższego otoczenia, czasami za jego przyzwoleniem. Kim byli najbardziej rozpustni władcy Polski? Postrzeganie władcy w dużej mierze zależało od tego jak go postrzegali jemu współcześni. Jeżeli był lubiany, to patrzyli przez palce na jego wybryki. Król był traktowany jak reprezentacja swojego królestwa. Dla autorów średniowiecznych grzeszność króla ściągała gniew Boga na cały naród. Dlatego czasem niepowodzenia i klęski kraju wiązano ze złym prowadzeniem się władcy. Z drugiej strony jeszcze starszy był archetyp (pierwotny wzorzec lub pierwowzór postaci, motywu, symbolu czy schematu zachowania, głęboko zakorzeniony w ludzkiej psychice i kulturze, wspólny dla wszystkich ludzi niezależnie od epoki czy miejsca) władcy-ojca narodu. Jego potencja seksualna oznaczała płodność i dobrobyt, a zdolność do spłodzenia dużej ilości potomków pozwalała nawiązywać sojusze z innymi krajami i zapewniała ciągłość dynastii. Władcy Słowian przed chrystianizacją praktykowali wielożeństwo, tak jak wielu starożytnych władców wielkich cywilizacji Bliskiego Wschodu. Dla chrześcijańskich kronikarzy to jednak była praktyka „dzikich” pogan, którą należało wyplenić. To zmieniło się w renesansie. W okresie renesansu posiadanie kochanek nie było aż tak silnie potępianie jak w poprzedniej epoce. Nieślubne dzieci mieli szlachcice, królowie i duchowni. Nierzadko zdobywały one wysoką pozycję w państwie czy lokalnej polityce samorządnego miasta. Ten model był powszechny przede wszystkim na Półwyspie Apenińskim. Wielu papieży nie kryło się ze swoimi romansami i promowało otwarcie swoje nieślubne dzieci. Nie było wcale rzadkością, że same matki pchały następców tronu w ramiona doświadczonej kochanki, która zarazem była szpiegiem królowej-matki. Model dotarł i do Polski wraz z włoskimi nauczycielami królewskich dzieci, a przede wszystkim z dworem Bony Sforzy. Przymykanie oka na kochanki królów było jeszcze bardziej powszechne w czasach demokracji szlacheckiej. Wobec możliwości wyboru władcy spośród szlachty potomstwo nie było pierwszym jego zmartwieniem. Ważne, żeby nadawał się do zadań jakie w danym momencie stały przed krajem. W XVIII wieku rozwiązłość na dworach królewskich – tym razem głównie na wzór Wersalu – była po prostu w modzie, a faworyty królewskie miały ogromny wpływ na politykę i decyzje personalne władcy. Średniowieczni władcy Polski byli znani z gwałtownego charakteru, co było uważane przeważnie za dobrą cechę. Do ich wybryków seksualnych kronikarze odnosili się różnie. Bolesław Chrobry – z pewnością dokonał przynajmniej jednego, szczególnie haniebnego gwałtu na kijowskiej księżniczce, kiedy zdobył to miasto. Był to jednak raczej akt polityczny. Wiemy, że Chrobry był człowiekiem bezwzględnym, raczej okrutnym niż rozpustnym. Przecława , którą zgwałcił i uprowadził jako nałożnicę z Kijowa, odgrywała w konflikcie z Jarosławem Mądrym ważną rolę polityczną. W ten sposób nie tylko zdobył kobietę, której pożądał, ale upokorzył swojego przeciwnika i jego sojuszniczkę. Jako oznakę politycznej bezwzględności czyn ten był chwalony przez kronikarza. Władysław Laskonogi – nie tylko słynął z rozpusty, ale zginął z rąk dziewczyny, którą prawdopodobnie chciał wziąć gwałtem. Zabójczyni księcia była Niemką i zdecydowanie ich spotkanie nie miało nic z miłosnej schadzki. W późniejszej kronice Jan Długosz , opierając się na nieznanych źródłach, stwierdził wprost, że Laskonogibył nielubiony z powodu „rozpusty i wszeteczeństw”. Kazimierz Wielki – to chyba najbardziej znany lubieżnik wśród Piastów. Z całą pewnością wiemy, że miał słabość do wielu kobiet, Jan Długosz (choć nie wiadomo na jakiej podstawie) przypisuje mu nawet tworzenie rozbudowanego haremu . Faktem jest, że jeżeli jakaś pani działała na jego zmysły, to nie miało znaczenia czy była chłopką, mieszczką czy szlachcianką, chrześcijanką czy żydówką. Jedna z jego najsłynniejszych kochanek to przecież, na wpół legendarna –Esterka. To z jej powodu miał Kazimierz rozszerzyć prawa Żydów w Polsce. Wcześniej kochanką, a potem żoną króla była czeska mieszczka – Krystyna Rokiczana. Kronikarze wspominają też o córce kasztelana sieciechowskiego – Cudce. Jednym z największych żartów historii było to, że Kazimierz, mając wiele nieślubnych dzieci (w tym zdrowych synów), nie doczekał się prawowitego potomka. Paranoja – a niby taki mądry król – Bo zastał Polskę drewnianą – a zostawił murowaną. Wiemy, że kochanki mieli też Mieszko II, Bolesław Śmiały i książę sandomierski Kazimierz Sprawiedliwy. Jednak to nie rozpusta była główną wadą przedstawicieli tej dynastii. Jagiellonowie na tle innych renesansowych rodów Europy wypadają raczej blado (lub jak kto woli – cnotliwie…). Ten obraz w oczach Polaków utrwalił przede wszystkim Kazimierz Jagiellończyk. Król z pewnością aniołem nie był, ale unikał alkoholu, dbał o higienę i tężyznę fizyczną oraz płodził kolejne dzieci z niezbyt urodziwą, ale prawowitą żoną – Elżbietą Rakuszanką. Maciej z Miechowa twierdzi jednak, że król lubił uciechy łoża i stołu, miał też kochanki. Jednak dbał o wizerunek i nie zatracał się w rozpuście. Był przede wszystkim władcą i odpowiedzialnym politykiem. Kto z tej dynastii zasłużył na miano naprawdę rozwiązłego władcy? Przede wszystkim dwóch królów: Jan Olbracht – nigdy się nie ożenił, ale od miłości cielesnej nie stronił. Lubił też dobrze zjeść, a przede wszystkim obficie wypić. Kronikarze zapisali, że co najmniej raz wdał się w bójkę po pijaku. Przyczyną bezpotomnej śmierci polskiego króla była prawdopodobnie kiła, co jest najlepszym świadectwem „ciekawego” życia jakie prowadził. Możliwe jednak, że tak jak jego ojciec i bracia miał skłonność do udaru mózgu i chorób układu krążenia. Poza tym był człowiekiem renesansu – lubiącym naukę, sztukę, ale i dobrą zabawę. Rozpusta na pewno nie była jego dominującą cechą. Zygmunt II August – być może postać tego króla została uromantyczniona, ale bardziej pasuje do niego określenie „kochliwy” niż „rozpustny”. Mówi się nawet, że w ramionach kobiet szukał ucieczki od swojej depresji, zimnej relacji z matką, a później lekarstwa na liczne dolegliwości. Chociaż nie stronił od kochanek, prawdziwą miłością jego życia była (podobno równie rozwiązła…) Barbara Radziwiłłówna. Ten król jest może bardziej znany jako patron okultyzmu niż rozpustnik. Co czyni go postacią równie ciekawą, ale z zupełnie innych powodów. Chętnie współpracował z ówczesnymi magami, alchemikami oraz astrologami. Jednym z jego celów miało być przecież przywołanie ducha ukochanej Barbary. Zmieniały się czasy, obyczaje i kryteria wyboru władcy. Tylko Wazowie liczyli na zakorzenienie na polskim tronie. Co oczywiście nie powstrzymywało ich przed romansami. Z tej dynastii najbardziej rozpustny był Jan Kazimierz– młodszy syn Zygmunta III Wazy. Jego

„Wszeteczni” polscy królowie i książęta… Dowiedz się więcej »

Trzej Królowie … inaczej …

Dr Robert Wójcik o Trzech Królach w Święto obchodzone co roku 6 stycznia. 6 stycznia, czyli Dzień Objawienia Pańskiego i święto Trzech Króli to jedno z najstarszych świąt w historii, które swoimi korzeniami sięga aż III wieku. Wtedy było ono jednak obchodzone jako rzeczywiste Boże Narodzenie, jedynie pod koniec IV wieku nastąpiło rozłączenie tych dwóch świąt. Od tego czasu chrześcijanie mieszkający na wschodzie Imperium Rzymskiego tego dnia celebrowali przybycie do Betlejem i oddanie pokłonu małemu Jezusowi przez mędrców ze Wschodu oraz ofiarowanie Mu darów: złota (100 gramów złota w formie sztabki kosztuje w grudniu 2025 roku około 50 000 – 54 000 zł brutto) , kadzidła(  symbolizuje boską naturę Jezusa, Jego godność kapłańską oraz rolę pośrednika między Bogiem a ludźmi, a jego dym wznoszący się ku niebu symbolizował modlitwy) i mirry( wonna, gorzka żywica pozyskiwana z drzew balsamowca – Commiphora – – rosnących w Afryce i na Bliskim Wschodzie, znana od starożytności jako cenny dar, kadzidło, lek i środek balsamujący. Ma ciepły, balsamiczny zapach, a jej właściwości antyseptyczne, przeciwzapalne i kojące znajdują zastosowanie w aromaterapii, medycynie ). Imiona – wiele dyskusji od wieków wywołuje także kwestia imion trzech mędrców. Najczęściej mówi się jednak o imionach takich jak Kacper (Jaspar, Gaspar, Gathaspa, Jaspas), Melchior (Melichior) i Baltazar (Balthasar, Balthazar, Balthassar, Bithisarea).  Pochodzenie – Kacpra (Gaspara) najczęściej określa się jako króla Indii, Melchiora jako władcę Persji, zaś o Baltazarze niekiedy mówi się jako o królu Arabii lub Etiopii. Dary – prezenty przekazane przez królów Jezusowi są różnie interpretowane, dlatego niezmiernie ważna jest ich symbolika. Złoto to symbol godności królewskiej Chrystusa – poprzez to królowie udowodnili, że naprawdę traktują Go jako prawdziwego króla. Kadzidło to natomiast symbol godności kapłańskiej Jezusa – znak tego, że nie jest on zwykłym człowiekiem. Z kolei mirra podobno symbolizowała męczeńską śmierć, która czekała Go w dorosłym życiu. Ciekawostka – wokół przyszłości darów krąży wiele legend. Jedna z najciekawszych mówi o kradzieży złota przez dwóch złodziei, którzy zostali później ukrzyżowani razem z Jezusem, natomiast ta najpopularniejsza przekazuje, że złoto zostało wykorzystane przez Marię i Józefa, kiedy musieli uciekać z Betlejem przed Herodem, który, jak wiemy, chciał zamordować Jezusa. Nie tylko złoto ma swoje ciekawe historie. Istnieje także opowieść mówiąca o tym, że mirrę wykorzystano do namaszczenia ciała Chrystusa po Jego ukrzyżowaniu.  W klasztorze św. Pawła na górze Athos w Grecji znajduje się pochodząca z XV wieku skrzynia z umieszczonymi w niej rzekomymi darami mędrców… Trzej Królowie – według niektórych badaczy w przenośnym znaczeniu mają oni utożsamiać trzy etapy życia człowieka, a także trzy aspekty etniczne. Najczęściej możemy zauważyć starszego człowieka przedstawianego z białą brodą, który ofiarowuje złoto – Kacpra. Melchiora widzimy jako człowieka w średnim wieku, który przekazuje Jezusowi kadzidło, natomiast Baltazar, najczęściej czarnoskóry, to młody człowiek, który składa w darze mirrę. Mogli być zaratusztriańskimi kapłanami,(„Zaratusztrianizm” – także mazdaizm – był religią ludów posługujących się językami irańskimi, które przybyły z Azji Środkowej ok. 1000 lat p.n.e. i osiedliły się na Płaskowyżu Irańskim), albo też astrologami wnikliwie obserwującymi niebo. Niektórzy twierdzą, że byli bogaczami z różnych zakątków świata. Mogli też w ogóle nie istnieć, a opowieść o nich jest jedynie symboliczną legendą biblijną. Kim byli Trzej Królowie i dlaczego ich święto było jednym z najważniejszych w Kościele? Jak to zazwyczaj bywa w historii, o trzech królach wiemy znacznie więcej niż znaleźć możemy na ich temat w źródłach. Tradycja dopisała wspaniałą opowieść o bogatych monarchach z różnych stron świata– Kacprze, Melchiorze i Baltazarze – którzy za wskazaniem gwiazdy przybyli do betlejemskiej stajenki, aby oddać hołd nowonarodzonemu Chrystusowi i wręczyć mu wspaniałe dary. W takiej formie wyobrażenie o niezwykłych przybyszach utrwaliło się w kulturze chrześcijańskiej i narracji o narodzinach Jezusa. Zwyczajowo świętem Trzech Króli nazywane jest też obchodzone 6 stycznia święto Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego. W tych dniach ani żadne jasełka, ani rozliczne atrapy groty bożonarodzeniowej nie mogą obyć się bez tajemniczych wędrowców w bogato zdobionych szatach. O śpiesznie dążących do Betlejem monarchach mówi też tekst znanej polskiej kolędy. Problem w tym, że najbardziej pierwotny ze znanych nam przekazów dotyczących ich wizyty – nie mówi ani o królach, ani o imionach, ani – co więcej – nie określa żadnej liczby. Pierwszą – i jedyną w Nowym Testamencie – wzmiankę opisującą to wydarzenie znajdujemy w Ewangelii według św. Mateusza. Ewangelista pisze o nim tak: „Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon». Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela». Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny”. W polskim tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia, skąd pochodzi powyższy fragment, przybysze nazywani są nie królami – jak nakazywałaby tradycja – lecz mędrcami. Nie jest to w polskich tłumaczeniach pojęcie nowe. Jeśli bowiem sięgniemy do Wulgaty (łacińskie tłumaczenie całej Biblii, stworzone głównie przez św. Hieronima w IV/V wieku, które stało się oficjalnym i powszechnie używanym przekładem Pisma Świętego w Kościele Rzymskokatolickim przez wiele wieków, aż do czasów współczesnych), albo – być może pierwotnej – greckiej wersji ewangelii, to tam również nie znajdziemy słowa o monarchach, lecz

Trzej Królowie … inaczej … Dowiedz się więcej »

Mierzęcin- zaczarowane choinki Alicji

W pewien grudniowy, zwyczajny, słoneczny dzień 2025 roku udałam się do pałacu w Mierzęcinie specjalnie po to, aby zobaczyć jak jest udekorowany na Święta Bożego Narodzenia. Zachęcam, aby samemu zobaczyć nie tylko jak jest w środku pałacu, ale również w obejściu. W tym roku przy fontannie do pałacu zaprasza zielona świerkowa brama przystrojona czerwonymi bombkami, które jakby rozsypały się na bukszpanowy żywopłot. Przy drzwiach stoją jak żołnierze na warcie dwie doniczki z ostrokrzewem na nóżce. Wypatruję jak zwykle tego co nie komercyjne, wykonane ludzkimi rękami, inne – taka już jestem. Pani Izabella Serafin – pracująca jako grafik komputerowy, która wykonała tak wiele karykatur i portretów kiedyś tak powiedziała o Pałacu w Mierzęcinie – „ Tam jest na tyle pięknie, że za wiele nie trzeba”… W pierwszych latach funkcjonowania pałacu zaraz po odbudowie było inaczej, naturalnie. Jeszcze dzisiaj po niemal dwudziestu latach często słyszę, że dekoracje w tamtym czasie były niesamowicie piękne i zadziwiały swoją oryginalnością i tym, że były naturalne. Ludzie zjeżdżali z okolic, aby je zobaczyć, z dalekiego Gorzowa Wielkopolskiego również, bo wieść się niosła – chociaż nie było jeszcze mediów społecznościowych. Chcę napisać i przypomnieć, że tak bajkowo było dzięki Pani Alicji Wójcik, która pracowała tam wtedy jako „specjalista do spraw terenów zieleni”a potem dodano jej funkcję kierownika hotelu. To Pani Alicja jest twórcą całego założenia parkowego w obiekcie Pałac Mierzęcin i oczywiście ogrodu japońskiego (który niestety nie doczekał się nazwy własnej). Na zdjęciu Alicja Wójcik Dzisiaj zapraszam w podróż w latach 2000- 2008 i na krótkie wspomnienia dr Roberta Wójcika ( męża Alicji Wójcik) o tym jak te przepiękne dekoracje Bożo-Narodzeniowe przed Wigilią wtedy powstawały. Zapraszam na zdjęcia dekoracji świątecznych w Pałacu – nie są idealnej jakości, ale to dokument tamtych czasów – ,które się przecież już nie powtórzą. Tutaj w świątecznym klipie z muzyką K. Praisnera. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką uruchomi krótki film z przeszłości – Marzanna Leszczyńska Tekst dr Robert Wójcik „Wszystko było planowane praktycznie już od listopada ,a w zasadzie od lipca – ponieważ trzeba było już zbierać pewien materiał roślinny . Wszystko było planowane – szkice, rysunki – i najważniejsze było to – czy to jest wykonalne?. Alicja bardzo często rozmawiała z załogą parkową. Był podział – Panowie – kwestie techniczne – Panie– ogromna pomoc w stworzeniu tych dekoracji. Ja byłem tylko odpowiedzialny za materiał – aby to zrobić i stworzyć – absolutnie nie uczestniczyłem w żadnych pracach – byłem tylko – dostawcą odpowiednich materiałów czy towarów. Autorką, pomysłodawcą wszystkich dekoracji była tylko Alicja – Natomiast Panie tzw. „ parkowe” – ogromnie jej pomagały i uczestniczyły we wszystkim – to była potężna praca zespołowa – od rana do wieczora – Jaki tam był duch … jaka atmosfera – to było ogromnie budujące dla tych naszych pracowników – a my z nimi też ogromnie to przeżywaliśmy i cieszyliśmy się. Nam zależało przede wszystkim na tym – aby wszystkich zaskoczyć – i żeby było „ bajkowo” . I tak zawsze było . Co roku był inny pomysł i inne kompozycje. Staraliśmy się jak tylko było to możliwe. Zawsze było pięknie – i ludzie podziwiali – nie tylko z Gorzowa – z całej Polski. Ale wszystko ma swój koniec. Co do ludzi – ekipa męska – to byli Panowie Robert, Darek, Jurek, Marcin, Władek. Pan Robert zawsze był odpowiedzialny za wszystkie iluminacje świetlne – na jego barkach spoczywała słynna choinka umieszczona w środku fontanny – tam było zawsze około 3000 lampek – wyglądało jak w baśni. Co do Pań , które pracowały z Alicją były to Panie – Hania, Grażyna i Ania. Jednak jeszcze bardzo ciekawa rzecz- do pracowni – gdzie powstawały te wszystkie cuda świąteczne – uwielbiały przychodzić dzieci naszych pracowników. To było magiczne jak Alicja ze swoimi koleżankami ( paniami pracownikami) uczyła ich robić różnego rodzaju stroiki, choinki, dekoracje. Wiem jedno, że niektóre dzieciaki zamiast iść do szkoły – robiły sobie wagary – i już od rana siedziały w pracowni – Jaki tam był klimat…. Ile tam było radości, twórczości – jak te dzieciaki były dumne z tego , że pomagały robić dekoracje „ dla pałacu”. I jeszcze jedno – wszystkie choinki które były w obiekcie – a było ich zawsze kilkanaście – były wybierane z lasu . Miałem dobre układy z leśnikami – np. z Panem Karpińskim – razem z ekipą męską „parkową” – jechałem traktorem do lasu – i je wybieraliśmy . Takie to były czasy. Ważną rzeczą jest też to – że zawsze ekipa parkowa z Alicją– dekorowała kościół na Święta Bożego Narodzenia – uważaliśmy to za nasz obowiązek i wręcz stało się to taką tradycją w tym czasie kiedy tam byliśmy ( Alicja i Ja) . A ksiądz Henryk Wojnar – na pasterce – zawsze dziękował tzw. „Pałacowi „ za dekoracje – Kościół w Mierzęcinie zawsze błyszczał – i wielu ludzi z innych wsi przyjeżdżało podziwiać dekoracje – jakie tam były. Nie da się ukryć – te wszystkie rzeczy – tworzenie, strojenie, dekorowanie obiektu „ Pałac Mierzęcin” zajmowały dużo czasu – to było około trzech tygodni bardzo wytężonej pracy – ale to bardzo wytężonej pracy. Ale ile było w tym wszystkim radości. Z drugiej strony – Alicja jako kierownik hotelu – musiała tez czuwać nad wieloma innymi sprawami związanym z jego funkcjonowaniem – kuchnia, personel sprzątający, recepcja, Zawsze wszystko było przygotowane na „tip – top”. Kulminacją tego wszystkiego była wigilia dla pracowników ( wszystkich) firmy Novol i zaproszonych gości – zawsze był około 250 osób. Tradycją było goszczenie znaczących ludzi w gminie i powiecie – od starostów po wójtów, leśniczych , księży, nauczycieli … itp. Itd. I takie to były wigilie w Mierzęcinie w latach 2000 – 2008. Łza się w oku kręci . Nawet stajnia w Mierzęcinie miała specjalne dekoracje – a koniki to uwielbiały – bo wyżerały sianko, czy jabłuszka z tych dekoracji … jakie były zadowolone…„ Robert Wójcik

Mierzęcin- zaczarowane choinki Alicji Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry