Dr Robert Wójcik w swoim żywiole – klimatycznych meandrów i swojej wiedzy o tej dziedzinie nauki zaprasza na artykuł. Jest specjalistyczna wiedza, historia, ciekawostki – w życiu nie sądziłam, że tak to właśnie było kiedyś… – Marzanna Leszczyńska

Autor artykułu dr Robert Wójcik
Paraliż komunikacyjny. Ogromne kłopoty z dostawą prądu: setki wsi, miasteczek, miast odcięte od energii elektrycznej. Zerwane trakcje kolejowe, tramwajowe, ludzie bezdomni zamarznięci, zamknięte szkoły, setki awarii na liniach ciepłowniczych, trudności w odpalaniu samochodów, wielogodzinne opóźnienia pociągów, oblodzone pasy startowe na lotniskach, oblodzone samoloty, fatalny stan czystości powietrza, na SOR ach – kolejki ludzi z połamanymi kończynami, zabłąkane i głodne zwierzęta ….ale finalnie wzrost tak bardzo brakującej dziś „Solidarności” w społeczeństwie… A żyjemy w świecie niezwykłego postępu informatycznego – ale nas nie interesuje pogoda czy klimat – ona nas dopiero zaczyna interesować wtedy, kiedy nam przemarznie pewna część ciała która zaczyna się na literę „d” a kończy na literę „a”.

Przełom grudnia/ stycznia / lutego 2026 roku – nie jest jeszcze „zimą stulecia” –, ale jest wyjątkowo mroźny i śnieżny ( w niektórych regionach Polski) i odciska piętno na funkcjonowanie naszego kraju – a zwykłych „Kowalskich” ( takich jak Ty drogi Czytelniku czy ja) „ bije” na portfelu – rachunki za ogrzewanie mieszkania, domu – będą wysokie . Co ciekawe – eksperci są zgodni, że takie sytuacje będą się powtarzały.
Pojawia się zatem pytanie, czy jesteśmy w stanie w jakikolwiek sposób wpłynąć na wydarzenia w pogodzie i zastopować bieg takich wydarzeń?
Problem jest taki, że bardzo często zapominamy o tym ( a w zasadzie nie wiemy), co działo się w pogodzie na przestrzeni lat czy wieków. Nie pamiętamy niektórych ważnych wydarzeń. Gdy raz sypnęło nam bardzo mocno, od razu nazwaliśmy to wydarzenie „zimą stulecia”. Czy słusznie? Nie do końca – według mnie – absolutnie nie. W XIX wieku i wcześniej, tego typu zimy występowały co chwilę. Na nikim nie robiły takiego wrażenia. Na przestrzeni ostatniego 25 lecia – które można uznać za ekstremalnie ciepłe i wyjątkowo suche, obecne temperatury zimowe szokują i co niektórzy politycy czy rządzący krajami ( szczególnie w kręgach prawicowych) – uważają, że ocieplenie klimatu – to mit i bzdury. Oj mylą się bardzo – bardzo !
Śmiało mogę powiedzieć – a jestem osobą , która kończy za chwilę 67 lat – w trakcie ostatnich pięćdziesięciu lat mieliśmy tylko kilka razy „białe święta” lub inaczej – mroźną i śnieżną zimę. Często bywało tak, że w Wigilię było naprawdę ciepło, a dopiero drugi dzień świąt był ze śniegiem. Zdarza się to bardzo często. Jednak nie w całym kraju. Mamy dużą powierzchnię państwa. Dlatego mówi się, że żyjemy w klimacie zmiennym-przejściowym. Jest w nim zarówno wpływ kontynentalny, jak i morski. Ten drugi pochodzi znad Atlantyku.
Jedyna rzecz, której jestem pewny to jest to, że takie anomalie będą się powtarzać. Paradoksalnie słowo „anomalia” jest nadużywanie. Takie sytuacje stają się normą. Zepsuliśmy klimat. W skrócie: do atmosfery wpuściliśmy za dużo gazu. Chodzi o dwutlenek węgla i metan. Można to zobrazować bardzo prosto. Gdybyśmy stanęli przy „dwóch wielkich szybach” łatwiej byłoby nam to pojąć. W środku pomieszczenia mielibyśmy na przykład 20 stopni, a na zewnątrz minus 10. Ciepło od nas nie ucieka, a mróz nie dociera. Dlaczego? Między „szybami” utrzymuje się gaz. Blokuje wszystko. Działa to trochę, jak… super termos. Niby się nie poparzymy, ale konsekwencje naszych czynów będą złe. Planeta nagrzewa się, a ciepło nie ucieka. Stworzyliśmy „kołdrę gazową”. Błędne koło. Dodatkowo, oceany się ocieplają. Kumulują bardzo dużo ciepła. Mają wpływ na to, co się dzieje w pogodzie i w klimacie całego naszego globu. Klimat – dostał zawrotu głowy – głupieje. A Ziemia kręci się i wszystko wiruje w tym szoku klimatycznym , który nas dotyka – Ba ! – nie dotyka , tylko ustala dziwne reguły gry…
Sytuacji z klimatem już nie zmienimy. Możemy ją jedynie powstrzymywać. Bądźmy realistami. Za daleko to zabrnęło. Żyjemy w świecie, w którym przybywa coraz więcej ludzi. W trakcie II wojny światowej na naszej planecie żyło około miliarda ( do półtora) osób. Teraz jest ich ponad osiem. Niebawem doliczymy się dziesięciu miliardów. Klimat psujemy wspólnie od około 200-250 lat – od momentu kiedy wymyśliliśmy pierwszą maszynę parową – za chwile – spalinową. Zaczęło się to wtedy , gdy na świecie żyło niecałe pół miliarda osób. A teraz? Niech każdy dokończy tę myśl sam.
A teraz trochę historii … o zimach – mrozie i śniegu…
Najniższa temperatura, jaką kiedykolwiek odnotowano w naszym kraju, padła w 1940 roku w Siedlcach -41°C . Było to w samym środku wojennej zimy, jednej z najostrzejszych w XX wieku. Ludzie marzli wówczas w niedogrzanych domach, a zimno było tak dotkliwe, że metalowe elementy mostów pękały na masową skalę!
Zima 1928/1929 to kolejny punkt zwrotny w historii najniższych temperatur w Polsce. W Tarnowie temperatura spadła wtedy do -43°C, aczkolwiek nigdy tego rekordu oficjalnie nie uznano. Ludzie opowiadali, że woda w studniach zamarzała na kamień, a mleko w butelkach rozsadzało szkło.
Jeszcze większe chłody nadeszły w styczniu 1987 roku. Pociągi wówczas nie kursowały, autobusy nie odpalały, a rury pękały w całych miastach. To był armagedon. Warszawa notowała -30,7°C, Kielce -33,9°C, a w Zamościu było -31,6°C.
Mówiąc o zimnie w Polsce, nie można pominąć miejsc, które regularnie odnotowują najniższe temperatury. Pierwsze na myśl przychodzą Suwałki, od lat określane mianem „polskiego bieguna zimna”. I rzeczywiście – zimy w tym regionie potrafią być surowe, zwłaszcza gdy nad Polskę napływają masy powietrza z Syberii – od carów i Putina…
Jednak paradoksalnie, to nie tam notuje się absolutnie najniższe temperatury. Prawdziwym biegunem zimna w Polsce jest bowiem Kotlina Orawsko-Nowotarska i tatrzańskie mrozowiska.
Szczególnie fascynujące są Litworowy Kocioł i Dolina Pięciu Stawów, gdzie temperatury mogą spadać do ekstremalnych poziomów. W tych miejscach zimne powietrze nie ma dokąd uciec – zatrzymuje się w kotlinach i nocą wychładza się jeszcze bardziej.
W 2010 roku w dolinie Filipka w Tatrach odnotowano -37°C, a w 2012 roku na Hali Gąsienicowej było -35,5°C. Możliwe, że w niektórych niedostępnych dolinach bywało jeszcze zimniej.
Co sprawia, że czasami Polska doświadcza temperatur, które bardziej pasowałyby do Syberii niż do Europy Środkowej?
- Napływ arktycznego powietrza – gdy wyż znad Skandynawii lub Syberii ściąga zimne masy powietrza, temperatura spada gwałtownie.
- Bezchmurne niebo – w pogodną noc ziemia oddaje ciepło, co powoduje szybkie wychłodzenie.
- Brak wiatru – jeśli nie ma wiatru, zimne powietrze gromadzi się przy ziemi i nie miesza się z cieplejszymi masami wyżej.
- Ukształtowanie terenu – doliny i kotliny, szczególnie w górach, potrafią zatrzymać zimne powietrze na wiele dni.
Mrozy nie były i nie są jedynie meteorologiczną ciekawostką. Bywały zimy, które wpływały na losy ludzi i wydarzenia historyczne. Oto przykłady :
- 1655 rok („potop szwedzki”) – Gdy Wisła zamarzła, wojska szwedzkie mogły przekraczać rzekę suchą stopą, zdobywając kolejne miasta.
- 1709 rok („wielka zima”) – Zima była tak surowa, że wymroziła plony w całej Europie, przyczyniając się do ogromnej klęski głodu. Kilkaset tysięcy ludzi zmarło z powodu braku żywności.
- 1929 rok (paraliż II RP) – Ekstremalne mrozy zatrzymały pociągi na kilka dni, telegrafy nie działały, brak połączenia miedzy miastami, wilki wchodziły do pociągów, które stały w zaspach i atakowały oraz zżerały ludzi – setki ludzi umarło z głodu ( brak żywności) , ale przede wszystkim z wychłodzenia.
- 1941 rok (klęska Hitlera pod Moskwą) – Niemcy nie przewidzieli, jak ostra będzie rosyjska zima. Armia niemiecka – faszyści – dosłownie zamarzała na froncie wschodnim. Ta zima pomogła sowietom bardzo.
- 2026 rok – dramat w Kijowie – całe miasto odcięte od prądu – temperatury poniżej minus 20 stopni już od trzech – czterech tygodni się utrzymują. Tragedia. Setki ludzi umarło z wychłodzenia.
Dobra – koniec. Teraz inaczej…
Na przełomie lat 1978/79 roku miała miejsce w Polsce zima stulecia, którą pamiętam. Kilkunastostopniowe mrozy i potężne zaspy sparaliżowały wówczas życie całego kraju. W niektórych rejonach Polski wprowadzono nawet stan klęski żywiołowej, a do akcji wkroczyły zastępy wojska. W tym czasie wiele osób nie mogło dotrzeć do pracy, zaś dzieci przestały chodzić do szkoły na długie tygodnie. . Przestały kursować PKS-y, wiele linii PKP nie kursowało przez tygodnie – zaś obywatele ruszyli z łopatami na drogi i chodniki, by je odśnieżać. Do ośnieżania użyto też czołgów, których gąsienice zrywały z dróg grubą warstwę zbitego i zmrożonego śniegu. W wyniku siarczystego mrozu zaczęły pękać szyny kolejowe, co spowodowało poważne zakłócenia w dostawie węgla do elektrociepłowni. Ten stan rzeczy trwał do marca 1979 roku, a więc do pojawienia się dodatnich temperatur. Tą zimę pamiętam dokładnie – miałem wtedy jeszcze 19 lat – pamiętam jak ruszyłem z Poznania do Warszawy ekspresem – pociągiem – chyba on się nazywał „Lech” wsiadłem o 6.00 do pociągu – 30 grudnia 1978 roku, aby dojechać do Warszawy na bal sylwestrowy ( za dużo powiedziane – tzw. prywatkę), na który byłem zaproszony – dojechałem… 2 stycznia 1979 roku. Chwała Bogu, że zaopatrzyłem się w kanapki i picie ( niestety Szampan…) . Ale taka jaka była impreza sylwestrowa w tym pociągu – tego nie zapomnę nigdy – wszyscy wiedzieli , że nie dojadą do Warszawy na czas – nikt się nami nie interesował – staliśmy gdzieś pod Kutnem. I wtedy ( praktycznie drugi dzień – 31 grudnia – godzina 21.00) wszyscy pasażerowie wyjęli swoje prowianty i alkohole – impreza nieziemska – Pamiętam, że ktoś miał radio tranzystorowe i coś tam grało , potem ktoś zaczął grać na gitarze. Zabawa była przednia – młodzi i starzy. Było fajnie – mimo, że było upiornie zimno, ciemno – ale była więź między ludźmi…
Wielu Polakom okres ten utkwił niezwykle mocno w pamięci, jeszcze dziś się o nim wspomina – tak jak ja to robię.
A teraz takie ciekawostki sprzed wieków… bo nie wiem czy wiecie drodzy Czytelnicy, że kiedyś były takie mrozy, że morze Bałtyckie zamarzało od Szwecji aż do Polski !!! To musiały być zimy !
O zamarzaniu Bałtyku wiemy sporo, gdyż kronikarze często odnotowywali je jako ciekawostki. W 1854 roku historyk Thomas Milner, napisał dzieło, w którym zebrał m.in. dawne informacje meteorologiczne. Z dawnego wykazu dowiemy się m.in., że w 1408 miała miejsce jedna z najsroższych zim w średniowieczu. Bałtyk był zamarznięty pomiędzy Olandią a Gotlandią i pomiędzy Norwegią a Danią, tak że wilki po lodzie przechodziły do Jutlandii. Wilki nie były jednak jedynymi lodowymi pasażerami. W kronikach są też wspomnienia o przejazdach saniami.
Kronikarze już w 1323 roku zauważyli, że zima była tak ciężka, że zarówno piesi jak i konni podróżowali po lodzie, pomiędzy Danią a Lubeką i Gdańskiem. Komunikacja trwała sześć tygodni i punkty odpoczynku dla podróżnych znajdowały się wzdłuż drogi, gdzie palono ogniska i rozstawiano obozowiska.
Przy dacie 1548 zanotowano, że pomiędzy Danią a Rostokiem podróżowały po lodzie sanie ciągnięte przez konie lub osły. Częste są też notatki o lodzie, który nie pozwalał na żeglugę – nierzadko aż do końca kwietnia. Między Gdańskiem a Helem transport drogą „lodową” potrafił utrzymać się do końca marca. Podobnie było na Mierzei Wiślanej, gdzie konno dostawano się do miejscowości położonych po drugiej stronie zamarzniętego Zalewu Wiślanego.
W klimatologii spotkamy się też często z tzw. małą epoką lodowcową, której szczyt miał miejsce w XVII wieku (około lat 1600–1660). W 1658 król Szwedzki Karol X, z całą armią, końmi, taborami i parkiem artyleryjskim, po lodzie przekroczył Wielki Bełt i Mały Bełt – czyli cieśniny położone między duńskimi wyspami. Z tego też czasu zachowały się kronikarskie zapiski o targach odbywających się na środku Morza Bałtyckiego, dokąd zjeżdżali saniami kupcy z różnych krajów.
Jeszcze w 1809 roku Rosjanie z Finlandii zaatakowali Szwedów przechodząc przez zatokę Botnicką, również przeprowadzając wojsko wraz z całym taborem i artylerią. Późniejsze lata rzadziej przynosiły tak srogie warunki zimą. Po raz ostatni spora połać lodu pozwalająca na przejście z Gdańska do Helu lub między duńskimi wyspami była z 1986 na 1987 rok.
Bałtyk zamarzał nie raz. Historie, które dziś brzmią niewiarygodnie.
Bałtyk jest jednym z najpłytszych i najsłabiej zasolonych mórz na świecie. Dzięki temu w czasie surowych zim może, przynajmniej częściowo, zamarznąć. Czy w dawnych wiekach, gdy klimat był chłodniejszy od obecnego, istniała możliwość podróżowania po skutym lodem akwenie? I ile prawdy jest w opowieściach o karczmach budowanych na lodzie? Trudno sobie dziś wyobrazić sytuację, w której polska linia brzegowa Bałtyku po horyzont pokryta jest lodem. Mało kto wie, ale taka sytuacja miała miejsce stosunkowo niedawno. Podczas wyjątkowo mroźnej zimy przełomu 1946 i 1947 roku niemal całe Morze Bałtyckie pokryte było lodem.
W Szwecji temperatura spadła do -50 stopni Celsjusza, a w polskich portach lód próbowano rozbić za pomocą dynamitu. Pod koniec lutego 1947 roku wzdłuż polskiego wybrzeża utrzymywała się pokrywa lodowa o szerokości nawet 6 kilometrów. W połowie marca duńskie cieśniny wciąż był zamarznięte, a 90% powierzchni morza pokrywała kra.
To był ostatni raz, gdy Bałtyk zamarznął w takim stopniu. Dziś nadal „nasze” morze pokrywa się lodem, choć na dużo mniejszej powierzchni. Lód jest jednak na tyle gruby, by w krajach takich jak Szwecja i Estonia w sezonie zimowym otwierać na zamarzniętym morzu drogi dla ruchu samochodowego.
Tym bardziej prawdopodobne wydają się historyczne przekazy mówiące o podróżach odbywanych po zamarzniętym Bałtyku. Czy jednak, zgodnie z popularnym mitem, między Polską a Szwecją można było przemieścić się saniami, a w połowie drogi pokrzepić w karczmie? Według mnie tak.
O zamarzaniu Bałtyku pisano w średniowieczu. Gall Anonim, nadworny kronikarz Bolesława Krzywoustego, notował, że jego pryncypał mroźną zimą 1110/1111 roku udał się na podbój bałtyckiego plemienia Prusów, przemieszczając się po zamarzniętych jeziorach i bagnach. W tym czasie, jak czytamy w innym źródle, Bałtyk pokryty był grubą warstwą lodu.
W kronikach zanotowano, że w 1204 roku można było przejść z bagażem po zamarzniętym Bałtyku z wybrzeża duńskiego na niemieckie. O zamarznięciu akwenu mowa była też w 1285 roku. Z kolei wyjątkowo mroźną zimę roku 1306 odnotowano w kilku źródłach. Dowiadujemy się z nich, że duża część Morza Bałtyckiego pokryta została lodem: mowa jest o podróżach z niemieckiego Rostocku do Danii i o pokrywie lodowej łączącej duńskie wybrzeże ze szwedzkim, a także wyspy Olandię i Gotlandię z Estonią.
Kolejna sroga zima nawiedziła tę część Europy w 1323 roku. Źródła podają informacje o okrętach, które utknęły w zamarzniętym morzu, a do tego cały Bałtyk pokryty miał być lodem. Jeszcze w marcu podróżowano konno po zamarzniętym akwenie. Co więcej, w Rocznikach Lubeki (nadbałtyckiego miasta w Niemczech) pisano o słowiańskich rozbójnikach, którzy urządzali najazdy przez lód na ziemie duńskie.
Wzmianek o zamarzniętym Bałtyku było w poprzednich stuleciach dużo więcej (m.in. podczas zim 1393/1394, 1397/1398, 1406/1408, 1495/1496, 1545/1555). Podobnie sprawa się tyczy „lodowych” podróży po morzu między wyspami, miastami i państwami, o których pisano wielokrotnie.
W 1423 roku podobno (kronikarz dystansował się słowami: „mówiono, że”) przemieszczano się konno między Lubeką a Prusami. W czasie srogiej zimy przełomu 1459 i 1460 roku podróżowano po lodzie m.in. z Inflant (ob. Łotwa i Estonia) do Szwecji i Danii oraz z Gdańska na Hel. O zamarznięciu Zatoki Gdańskiej i podróżach na Hel wspominano jeszcze kilkukrotnie w późniejszych źródłach, np. w latach 1608, 1635, 1674, 1686 czy 1740.
Trzeba zaznaczyć, że od końca średniowiecza do przełomu XVIII i XIX wieku nastało wyraźne ochłodzenie klimatu. Okres ten przeszedł do historii jako wspomniana już „mała epoka lodowcowa”. Zimy bywały wówczas naprawdę srogie. Taką bardzo mroźną zimę w Europie odnotowano m.in. w 1658 roku.
Trwała wówczas II wojna północna (1655-1660), w Polsce znana bardziej jako potop szwedzki. W konflikcie jednym z polskich sojuszników była Dania, która wypowiedziała agresywnym skandynawskim sąsiadom wojnę. Do historii przeszło wydarzenie z początku wspomnianego 1658 roku, gdy szwedzkie wojska pod wodzą króla Karola X Gustawa przeprowadziły udaną ofensywę na duńskie wyspy przez zamarznięte cieśniny Mały i Wielki Bełt.

Nie ma zatem wątpliwości, że Bałtyk w poprzednich wiekach, przynajmniej częściowo, zamarzał. Wiarygodne wydają się też informacje o przemieszczaniu się ludzi po bałtyckiej pokrywie lodowej. A co ze słynnymi karczmami stawianymi na środku Morza Bałtyckiego?
Rzeczywiście, informacja o takim zjawisku pojawiła się w dawnych zapiskach. Autor wspomnianych Roczników Lubeki, wiadomość o słowiańskich najazdach na ziemie duńskie w 1323 roku, uzupełniał wzmianką, że „po środku morza na lodzie były założone gospody i szynki dla przyjezdnych”. Mamy więc źródłowe potwierdzenie, że na zamarzniętym Bałtyku stawiano karczmy. Być może to właśnie ta wzmianka przyczyniła się do powstania mitu o gospodach budowanych na środku zamarzniętego morza, w których zatrzymywali się podróżni przemieszczający się saniami między Szwecją a Polską.
Autorowi Roczników zapewne jednak chodziło o tę część morza pomiędzy wybrzeżem duńskim i niemieckim, po której, jak wiemy, przy odpowiednio mroźnej zimie, podróżowano. Należy w tym miejscu wspomnieć o wyjątkowej mapie „Carta Marina” stworzonej w XVI wieku przez szwedzkiego geografa i historyka Olausa Magnusa. Widać na niej pokrywę lodową utrzymującą się wzdłuż południowego i południowo-wschodniego wybrzeża Bałtyku. Na całej powierzchni tego lodu umieszczone zostały budynki, zapewne słynne karczmy.

Prawdopodobnie zatem stawiano karczmy na tafli zamarzniętego Bałtyku, ale nie na środku akwenu, a niedaleko brzegu.
Czy teraz tak będzie – nie wiem. Ale ostrzegam przed jednym. Proszę przeczytać.
Tej zimy nietypowa cyrkulacja atmosferyczna nad Europą nadzwyczaj sprzyja nie tylko siarczystym mrozom, ale też potężnym śnieżycom. Śnieżny kataklizm na Warmii, Mazurach i Mazowszu z końca grudnia 2025 roku, może się powtórzyć. Meteorolodzy przewidują kiedy.
Historia największych śnieżyc w Polsce sięga głównie dwudziestego wieku, kiedy to rekordowe opady białego puchu paraliżowały kraj wielokrotnie. Najbardziej pamiętana jest zima stulecia z przełomu 1978 i 1979 roku, podczas której w Suwałkach zmierzono 84 cm pokrywy śnieżnej, a w Gdańsku nawet 92 cm.


Intensywne opady śniegu w jeden dzień dochodziły do pół metra, a zaspy sięgały kilku metrów wysokości. Podobne ekstremalne wydarzenia odnotowano też wcześniej, np. na Kasprowym Wierchu w Tatrach w 1939 roku, gdzie śnieżna kołderka osiągnęła 388 cm. Te rekordy pozostają niepobite do dziś, mimo okazjonalnych śnieżnych epizodów w ostatnich latach.
Jednak końcówka 2025 roku przyniosła wydarzenie, które wielu uznało za porównywalne z dawnymi śnieżnymi zimami. Według danych IMGW-PIB w Mławie, na północnym krańcu województwa mazowieckiego, odnotowano aż 57 centymetrów śniegu. To najwyższa pokrywa śnieżna w tym mieście od marca 1970 roku. Jednak wtedy tak gruba pokrywa tworzyła się wiele dni. Tym razem spadła w jedną dobę.
Szczególnie obficie sypało nieustannie wzdłuż drogi ekspresowej S7, na której na wiele godzin utknęło setki podróżujących. Tak ekstremalnie silne śnieżyce zdarzają się w Polsce bardzo rzadko. Ta była jedną z najbardziej intensywnych na tle historii.

To jednak wcale nie musi być wyjątek. Tej zimy czekają nas kolejne olbrzymie śnieżyce. Zgodnie z prognozami długoterminowymi jedna z nich może nas nawiedzić już w drugiej dekadzie lutego 2026. Będzie związana z układem niżowym z południa Europy. Te rodzaje cyklonów latem przynoszą nam ulewy grożące powodziami, a zimą paraliżujące śnieżyce.
Anomalie klimatyczne paradoksalnie mogą sprzyjać intensywniejszym opadom śniegu w okresach zimowych. Cieplejsza atmosfera utrzymuje więcej wilgoci, co oznacza, że gdy napływają masy arktycznego powietrza, jak to miało miejsce pod koniec 2025 roku, opady stają się równie obfite jak dawniej.
Eksperci wskazują, że właśnie ten mechanizm odpowiada za coraz częstsze „śnieżne bomby” w Europie, w tym w Polsce, gdzie tradycyjnie łagodniejsze zimy przerywane są od czasu do czasu gwałtownymi, rekordowymi epizodami, zarówno mroźnymi, jak i śnieżnymi.
Anomalie pogodowe, takie jak zaburzenia cyrkulacji atmosferycznej, np. osłabienie prądu strumieniowego czy ekstremalne wahania oscylacji arktycznej, ułatwiają wtargnięcie zimnego powietrza znad Rosji lub Arktyki w głąb kontynentu.
W połączeniu z wilgotnymi masami powietrza znad Atlantyku lub Morza Śródziemnego tworzą idealne warunki do ekstremalnych śnieżyc, podobnych do tej z Mławy. Modele klimatyczne sugerują, że w najbliższych dekadach takie kontrasty temperaturowe i wilgotnościowe mogą występować częściej, zwiększając prawdopodobieństwo nowych rekordów opadów śniegu.
Drodzy Czytelnicy – pamiętajcie o jednym . Z prognozą pogody jest jak z wygraną w „totolotka” . Jak będzie – zobaczymy. Ale trzeba „dmuchać” na zimne i śnieżne dni. Nie tak jak nasze służby drogowe, które sypią sól z piaskiem na drogi – wtedy , kiedy to już nie jest potrzebne… I tak jest od dziesiątek lat i nic się nie zmienia.
I jeszcze jedna prośba – pamiętajmy o naszych ptaszkach zimą – dokarmiajmy je. Pamiętajmy o pieskach w schroniskach – one cierpią w te mrozy. Wspomóżmy schroniska. Pomagajmy w dokarmianiu zwierząt w lasach – sianko i warzywa. To wszystko żyje – i chce żyć… Im jest zimno – tak jak nam – ludziom….
dr Robert Wójcik


Anna Wiśniewska – ” Świetny tekst! Fajnie pokazuje, że ekstremalne zimy nie są niczym nowym, tylko my już odwykliśmy od prawdziwej zimy. Klimat się zmienia, ale to nie znaczy, że nie będzie mrozu i śniegu, wręcz przeciwnie, takie nagle śnieżne bomby będą się zdarzać coraz częściej. Warto sobie przypomnieć historie, bo wtedy takie zjawiska nie były aż tak szokujące ” .