Kultura

O musicalu „Księga Dżungli” w Filharmonii Gorzowskiej

W Gorzowskiej Filharmonii ruszył z początkiem grudnia musical „ Księga dżungli”. Razem z dwójką dorosłych znajomych i trójką pociech w wieku: 5, 8 i 11 lat wybrałam się na niego i ja w dniu 8 grudnia 2024 roku. Mniej więcej po pół godzinie koncertu jedna mama wyniosła pod pachą z sali bardzo głośną i najwyraźniej mocno znudzoną swoją pociechę. Można powiedzieć, że takie rzeczy się zdarzają, mimo wszystko. Szczerze powiedziawszy nie dziwię się temu dziecku i przyznaję, że mocno mnie ten musical rozczarował. Szłam z nastawieniem, że skoro tematem jest dżungla to porwie mnie egzotyczna, rytmiczna muzyka, samby- które uwielbiam. Byłam ciekawa jak to przełoży orkiestra. Wyobrażałam sobie jakie zobaczę popisy taneczne i akrobatyczne na scenie dzieci i młodzieży, jakie ładne głosy w piosenkach usłyszę i jakie kostiumy wymyślą projektanci bo taki temat to zawsze źródło szerokiej inspiracji artystycznej. Tymczasem całość dla mnie: bardzo monotonna, ciągnąca się dłużyzna, smutna, ospała pozbawiona porywów. Sama opowieść rozmyta, raczej trudna do zorientowania się o co w tym właściwie chodzi dla przeciętnego dziecka w różnym wieku. Może przeszkadzał w tym problem z dźwiękiem, bo słowa były trudne do zrozumienia, czasem nie wiadomo było o czym tam śpiewano. W tym momencie muszę wtrącić pewną dygresję: otóż od niecałego roku mamy w Gorzowskiej Filharmonii nowe krzesła i dosłownie wczoraj usłyszałam od pewnej melomanki, że to właśnie te nowe krzesła są przyczyną tego, że teraz źle się odbiera muzykę w Gorzowskiej Filharmonii. Myślałam, że właśnie spadnę z krzesła, gdy usłyszałam tę teorię, ale kto wie może jest w tym jakaś prawda? W każdym bądź razie wszyscy stwierdziliśmy po koncercie, że mamy podobne odczucia co do dźwięku – dobrze, że były napisy, które dużo pomogły. Sztuka przełożona na aktualne czasy z przesłaniem ekologicznym, aluzjami do złej polityki korporacji, było też coś o tęczy… Brakowało mi dopracowania tego musicalu. Amatorszczyzna była zbyt widoczna w przejściach między scenami. Z punktu widza widać dużo -mimo tłumu na scenie. Nie ukryje się: że ktoś zrobił inny ruch, że nie ma pewności, że jest spóźnienie, że aktor jest znudzony, zniecierpliwiony, że wygasła energia aktorów. Bardzo często wyglądało to tak jakby aktorzy co pewien czas się przebudzali z jakiegoś marazmu i nagle zaczęli żywiej wymachiwać rękami. Choreografie ubogie, nie pokazujące szczególnych umiejętności aktorów. Mikro w skali grupy pokazało jakieś umiejętności akrobatyczne. To nie wina dzieci, raczej odpowiedniej obsady. I jeszcze jedna refleksja, a mianowicie – „ GWIAZDY ”. Ten musical miał ich zdecydowanie za mało i za krótko występowały, a to one są motorem, lokomotywą całości – są wisienką na torcie i powodują, że reszta niedociągnięć się gubi. Niewątpliwie była tą gwiazdą potężna dżdżownica czy też wąż raczej. Dla mnie skradła cały show, przykuła całą moją uwagę i zostanie zapamiętana z tego całego widowiska, które warte jest zapomnienia. Zresztą gdy tylko wypełzła na scenę siedzący koło mnie 8-letni Igorek głośno powiedział : „Ale ładna dziewczyna”. Nie tylko ładna, ale i utalentowana dodała bym. Miała krótkie 5 minut, ale jakie to było 5 minut! Wyszła swoim tanecznym krokiem, zachwycił mnie sposób stawiania stóp, poruszania się, ułożenia rąk – zatykało z wrażenia. Świetna interpretacja taneczna granego gada. Genialnie oddała całą istotę potwora, jego ukryte możliwości zabijania, pewności siebie, ważności zajmowanej pozycji, uniżoności pozostałych zwierząt. Wyszła „jej wysokość” groza, pokazała, że wszystko może na skinienie leniwego „palca”. Piękny potwór. Oddała całą istotę i pozycję tego gada, trudnego w poruszaniu się ze względu na długość ciała w związku z tym ta długa reszta niesiona była przez kilka uniżonych zwierząt. Taki piękny potwór, który umiał się dobrze urządzić. Wrażenie dopełnił wyjątkowy i fantazyjny strój koloru błyszczącego beżowego różu. Pięknie odznaczał się na tle panującego wszędzie zielonego koloru. Egzotyka gada i jego pochodzenie podkreślone zostało czapką jak od egipskiego derwisza. Strój połączony z czarnymi getrami, interesująco noszony. Brawo dla GWIAZDY. Nie rozumiem tylko dlaczego to przy niej nie ustawiały się dzieci i nie pozowały do zdjęć. W centrum znalazła się czarna pantera. Główny aktor (aktorka) według mnie za ubogo wystrojony. Te szare porcięta, tenisówki na nogach pokazały taka szarą sierotkę. Szkoda, ze nikt nie miał pomysłu na ten kostium, w rezultacie mało widoczny. No cóż – szkolne przedstawienie w filharmonii. Pytanie czy warte 80 zł. (dorośli), 40 zł. ( dzieci). Raczej nie. Do tej pory ukazały się na http://www.idealzezgrzytem.pl następujące recenzje Koncertów Familijnych w Gorzowskiej Filharmonii: https://idealzezgrzytem.pl/2022/12/10/musical-piotrus-pan-w-filharmonii-gorzowskiej/ oraz https://idealzezgrzytem.pl/2023/11/11/koncert-familijny-z-koczkodansem/ Marzanna Leszczyńska Czytelniku! Jeśli życzysz sobie nas wesprzeć w zamian za wytrwałe głoszenie prawdy, zachęcam na wejście na stronę https://patronite.pl/idealzezgrzytem.pl i założenie konta, aby nam pomóc działać aktywnie, rozwijać kanał, umożliwiać realizowanie nowych projektów jak np. tłumaczenie artykułów na obce języki.

O musicalu „Księga Dżungli” w Filharmonii Gorzowskiej Dowiedz się więcej »

Filmowe Lato 2024 – Łagów

Wszystko wskazuje na to , że powoli stanę się entuzjastką Festiwalu Filmowego w Łagowie i co roku będę na nim obecna. Wciągnęłam się w „męczące” fabuły, chyba „połknęłam bakcyla”, właściwie to zawsze miałam filmowego bakcyla, tylko został uśpiony na długie lata. Zapraszam na spostrzeżenia z tegorocznego fragmentu festiwalu – 53 Lubuskie Lato Filmowe – Łagów 2024 – Marzanna Leszczyńska 30 czerwca 2024 r. zakończyło się 53 Lubuskie Lato Filmowe w Łagowie. To moje drugie spotkanie z festiwalem. Zaczęłam późno, bo rok temu ( a swoje ubiegłoroczne wrażenia opisałam na www.idealzezgrzytem.pl (https://idealzezgrzytem.pl/2023/07/13/lagow-i-lubuskie-lato-filmowe-2023/ ). Tak jak ostatnio obejrzałam tylko trzy filmy. Nadal dawkuję jeden dziennie, nadal wychodzę z seansów lekko oszołomiona tym co zobaczyłam, potem długo muszę to przetwarzać w sobie, albo dzielę się wrażeniami z osobą, z którą przyjechałam oglądać film. Wielu z tych, którzy chętnie się wybrali pierwszy raz – na tym jednym razie pozostają. Dołożyłabym jeszcze jedną funkcję osobie mi towarzyszącej w oglądaniu tych filmów – aby mnie co pewien czas szczypała. Zaczęłam od „ Kobiety z” Małgorzaty Szumowskiej. Czasem migają mi na fb krótkie posty, które pokazują facetów ubranych w damskie fatałaszki, z torebką, na wysokich obcasach, umalowanych. Na ulicach mojego 120 000 miasta jeszcze takich obrazków nie widziałam. Film Małgorzaty Szumowskiej opowiada historię jednego z takich właśnie mężczyzn, jego drogę jaką przebył, aby z faceta stać się kobietą a na końcu tej drogi – szpital i upragnione oczekiwanie na operację, która zmieni jego męskie narządy płciowe na damskie. Bohater filmu pokazany jest jako poszukujący prawdy, szczęścia i pełni życia. Muszę przyznać, że był wyjątkowym szczęściarzem. Trafił na żonę anioła – oddana, tyrająca ciężko na rodzinę z dwójką dzieci, z łatwością znosząca trudy ciężkiego życia, wyrozumiała, wspierająca męża długo w jego problemie nawet zakochuje się w nim- niej powtórnie na nowo, bezgranicznie, może nawet platonicznie jakoś tak idealnie ( nie przeszkadza jej to, że on już ma innych kochanków, jego przestępcza działalność, więzienie). Bohater ma wspaniałe dzieci, tolerujące jego odmienność już od niemowlęctwa, nie ma z nimi żadnych problemów wychowawczych, jego osobowość nie zaburza ich rozwoju chociaż jak żony nie ma w domu to korzysta z okazji aby ubierać sukienki i buty na wysokim obcasie, wyrosły na podporę dziwnego taty, bez problemu odwiedzają go w nocnych klubach dla gejów, gdy już ich porzucił i to w latach polskiej małomiasteczkowej rzeczywistości. Bohater ma niesamowitych rodziców, którzy też zadziwiająco sprawnie i gładko przyjęli tę transformację, w ogóle społeczeństwo w naszym kraju jest zdumiewająco tolerancyjne, a najbardziej to środowisko kościoła, w którym mógł znaleźć schronienie. Nic – tylko pozazdrościć. W filmie gra epizod znana nam jako posłanka na sejm, z nieodłącznej pary z Januszem Palikotem – Anna Grodzka. Trudno „kupić” całą tę historię i w jakiś sposób uwierzyć w możliwość takiego życiorysu, na którego końcu będzie happy end. Zresztą po opuszczeniu seansu ( szczęśliwie dotrwałam do końca, bo myślałam, że towarzyszka koleżanka nie da rady i będą musiała solidarnie z nią opuścić amfiteatr jak w pewnym momencie szepnęła: „Podoba ci się ten film? Ja jestem załamana…”) pewien młody człowiek wdał się z nami na krótką chwilę w wymianę zdań o świeżo obejrzanym filmie i powiedział : „ Ale podobno operacja niczego nie zmieni, a ci ludzie po czasie chcą powrotu do swojej pierwotnej płci, ale to już nie jest możliwe”. Być może ten młody człowiek słuchał wykładów zmarłego przed rokiem Krzysztofa Karonia, który jako jeden z nielicznych tak właśnie o tym mówił. Pozdrawiam młodego człowieka na hulajnodze – gratuluję lektur i zdrowego rozsądku. Drugi film czesko – słowackiej produkcji pt: „ŚWIT”– też z tego typu gatunku tematyki przeniósł widzów w lata przedwojenne. Oglądając go doznałam dużego oszołomienia, szczypanie potrzebne mi było średnio co 15 minut. Akcji towarzyszyła tajemniczość jak w filmach „ Z archiwum X”. Tematem filmu jest hermafrodytyzm i przypadek urodzenia dziecka przez kogoś kto wyglądał jak facet. W filmie w akcję i opowieść jest wpleciona wiedza medyczna. Wyszłam z seansu z przeświadczeniem, że otacza mnie świat ludzi, skrywających tak dziwne tajemnice, że moje tajemnice to nic i właściwie to co ja wiem o świecie? Miało być spotkanie on-line z reżyserem, ale nie udało się nawiązać połączenia. Szkoda. Długo rozmawiałyśmy z koleżanką po seansie, analizując różne przypadki spotkane w naszym życiu i zaobserwowane, czy też zasłyszane. No cóż odmieńcy nie mają łatwo, przypisuje się im złe cechy, izoluje się ich. Film przekazuje przesłanie, że nie są to ludzie źli i zawsze znajdą się tacy, którzy staną w ich obronie ale obrońcy to ludzie światli, wykształceni i szlachetni. „ Doppelgaenger” Jana Holoubka – film , o którym dużo czytałam, wysłuchałam wywiadów z reżyserem i bardzo chciałam go obejrzeć. Nareszcie coś normalnego chciałoby się powiedzieć. Przybyło dużo widzów, sala „Leśnika” trzeszczała, najpierw stałam 1/3 seansu, potem siedziałam na schodach. W sali duszno, ale wszystkie krzesła, schody i miejsca stojące zostały zajęte. Wyszliśmy zachwyceni – tym razem ja i dwóch panów mi towarzyszących ( 58- letni i 22-letni). Film sensacyjny o tematyce szpiegowskiej, nakręcony w bliskim mi Wrocławiu. Jak z Hollywood, ale bez chorej i naiwnej szczęśliwości i brawury, która polega na tym, że bohater ma cechy człowieka nie z tej ziemi ( czyli jakiś szalony akrobata, który wykonuje nieprawdopodobne czyny i nie rozpada się na tysiąc kawałków). Chyba wszyscy mamy tych baśni, udających prawdę już dosyć, jesteśmy nimi przesyceni. Reżyser puszcza do widza perskie oko i przez chwilę nawiązuje do słynnego Agenta 007 sugerując widzowi: „ O nie! Nic z tych rzeczy. Pokaże wam agenta prawdziwego z krwi i kości osadzonego w realiach polskiej rzeczywistości, czasów JP2, Jerzego Popiełuszki na politycznym tle tych czasów”. Film odsłania rąbka tajemnicy ludzi -cieni, ich psychiki, świata strzegącego swoich mrocznych tajemnic. Wszyscy chórem stwierdziliśmy, że dawno czegoś takiego nie widzieliśmy, jesteśmy spragnieni takich filmów. Jak powiedział 22-letni Jakub: „Nie lubię dzisiejszych filmów akcji typu „zabili go i uciekł”. Ten mi się bardzo podobał. Skupiłem się na ciekawej i inteligentnej fabule. Poświęciłem uwagę i nie nudziłem się ani na moment”. Żaden z tych filmów, które zobaczyłam nie został nagrodzony ani nie otrzymał żadnego wyróżnienia na tegorocznym festiwalu. Z gali najbardziej dała się zapamiętać mowa Pawła Maślony

Filmowe Lato 2024 – Łagów Dowiedz się więcej »

Noc Świętojańska w Bogdańcu

Młyn, strumyk, wierzby głowiaste, olchy, ognisko, wianki, ludowa muzyka na żywo – to idealna sceneria na spędzenie Nocy świętojańskiej z autentyczną Janiną. Tak było w Zagrodzie Młyńskiej w Bogdańcu 20 czerwca 2024 r. Zapraszam na tekst i krótki film ( naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką uruchomi zdjęcia z muzyką) – Marzanna Leszczyńska Są imiona, które mają przywilej oryginalnego i swoistego rodzaju świętowania – że tylko pozazdrościć. Do takich imion należy Jan. Ciasto, kawa czy suto zasłany stół to za mało, za ubogo, aby świętować imieniny Jana, Janeczki, Janiny -jeśli mamy taką osobę w gronie znajomych. Zawsze w tym dniu myśli uciekały w kierunku odpowiedniej scenerii: lasu, strumyka, łąki, rusałek. Kwiat paproci wszak zakwita tylko raz w roku, tylko w imieniny Jana, w Noc Świętojańską. Ileż to opowieści, bajek, piosenek o tym… Zagroda Młyńska w Bogdańcu wpisała się znakomicie w święto Nocy świętojańskiej, bo młyn do tego pasuje idealnie. Całość stanowiła w tym dniu – miejsce jak z bajki. Paprocie w oknach, liście paproci na szybach, prace malarskie lokalnych twórców rozstawione w plenerze, ludowa muzyka na żywo, stosy bluszczu i kwiatów do zaplatania wianków, ognisko i autentyczna burza z deszczem na koniec spotkania…( nie taka straszna zresztą, przeczekałyśmy pod wiatą) i autentyczne rusałki – czegoż chcieć więcej. To miejsce pulsuje, żyje. Nie jesteśmy odgrodzeni sznurem od eksponatów – wchodzimy do młyna jak do pięknego, zadbanego domu. A kto nie chciałby tak zamieszkać na chwilę, spać na takim łóżku i pod taką pościelą jak tam, we młynie? Tęsknota została wzbudzona. Interesujące i barwne opowieści Pani Igi Borowskiej- Krajnik (opiekuna ekspozycji i przewodnika ) oraz Pana Józefa Wiatrowskiego ( który we młynie przepracował 40 lat) przybliżyły to miejsce historycznie. Dr Mirosław Pecuch również zaangażowany był tego dnia i do dyspozycji ciekawskich, odpowiadał na zadawane pytania. W obejściu kręciły się ubrane na ludowo panie i „świtezianki” w lnianych sukienkach i imponujących prześlicznych wiankach na głowach – jak z ginącego ruczaju. Zaangażowanie lokalnych mieszkańców i sympatyków tego miejsca było świetnym pomysłem. Jeśli się szuka ginącego świata, ocalałego jeszcze, który mamy gdzieś w pamięci, a który się tak szybko kurczy i znika to tutaj można go było znaleźć. Jak dobrze, że nie było dmuchanych zamków, cukrowej waty, grillów, muzyki typu w „Zakopanem polewamy się szampanem”, piwa… We wrześniu ubiegłego roku byłam na otwarciu Zagrody Młyńskiej w Bogdańcu – co opisałam na www.idealzezgrzytem.pl art: https://idealzezgrzytem.pl/2023/10/03/mlyn-w-bogdancu-otwarty/ . Od tego czasu minęły zaledwie miesiące, a tak wiele się zmieniło i się dzieje, są pomysły na życie tego miejsca i artystyczne pisanki już historycznego konkursu znalazły tutaj swoje miejsce ( miejsce zaszczytne i godne , a prezentują się tutaj oskarowo). Również można poczytać o pisankach: https://idealzezgrzytem.pl/2023/04/19/muzeum-gorzowskie-a-w-nim-pisanki-zapisane-swiaty/. Cieszy to, że są pomysły na życie tego miejsca, że na wakacjach, które właśnie się rozpoczynają będzie tutaj półkolonia dla dzieci. To miejsce wyzwala inwencję twórczą i uczy estetyki – tak szalenie potrzebnej w życiu. Zagroda Młyńska w Bogdańcu otrzymała nagrodę Ministerstwa Kultury im. Oskara Kolberga. SERDECZNIE JEJ GRALULUJEMY !. Jak widać rozpoczęła wakacje z przytupem… Marzanna Leszczyńska

Noc Świętojańska w Bogdańcu Dowiedz się więcej »

Być jak – Andie MacDowell

Taka jest prawda – „nie musisz być młoda, aby być piękną” Witam Serdecznie – jestem mężczyzną – ale wczuwam się dziś w rolę kobiety – jej myśleniem na temat mody i jej trendów… Ale zacznę inaczej – toczy się dyskusja na temat zmiany nazwy Gorzowa Wielkopolskiego – na inną nazwę. Jest wiele różnych propozycji – Gorzów, Gorzów nad Wartą, Kobyla Góra, Gorzów Przystań…. A ja proponuję inną nazwę – San Escobar – to już nie miasto – ale jakieś państwo – a wymyślił je, nie kto inny – tylko Minister Spraw Zagranicznych (Polak) – mówiąc o tym „kraju” – „ mieście” na forum ONZ w Nowym Jorku – dokładnie 10 stycznia 2017 roku. Jeżeli ktoś nie wierzy co opisuję – proszę – niech sprawdzi. Ja jako Wielkopolanin – popieram zmianę nazwy – ale nie z powodu historycznego – tylko z racji tego , że wstydzę się bardzo – że Gorzów w swojej nazwie ma przymiotnik – „wielkopolski”. Nie chcę rozmawiać czy polemizować z decydentami, naukowcami, dziennikarzami związanymi z Gorzowem Wielkopolskim – chcą zmiany – niech mają. Ale proponuję taką światową nazwę – a co – z grubej rury! – wszak macie wspaniałą wieżę Eiffla – tzw. pająka – no i ta nowa nazwa będzie Wam pasować – „ogarniecie świat” – będziecie już wtedy słynni… No już jesteście – chociażby w sejmie – gratulacje. To takie światowe – wszak macie takie aspiracje do lansowania mody w Gorzowie Wielkopolskim – Wróć ! – już teraz mówimy o „San Escobar” – ja jako Wielkopolanin już do Was się nie przyznaję… Cóż ja – jako facet mam powiedzieć ? Chyba tylko tyle, że odnalezienie piękna kobiet w obecnej kulturze gloryfikującej przede wszystkim modę, szpan i kluczący za nim biznes – nie jej młodość, czy dojrzałość, czy starość – jest jakimś ogromnym niedopatrzeniem jej urody i inteligencji – jej dojrzałości. Ona – kobieta – może być „wyzwaniem”, ale dziś – w świecie mediów i fleszy , czy błysków aparatów i po chwili megafonów – a potem na „forach komputerów” w naszym domu, czy na tzw. komórce (fb….) – nie jest to jakimś dobrym zwiastunem. Tak mi się wydaje. Jej życia jest smutne i … Smutne jest to, że nie mamy innego wyboru – upokarza się. I chyba toczy się wewnętrzna dyskusja w jej myślach – dlaczego? Jeśli chcemy być „na siłę” szczęśliwi – to szczęście jest naszym nieszczęściem. Chyba żadna kobieta nie zadała sobie tego pytania? To takie „lustro” w wodzie – dziś jest dobre -bo nie ma wiatru – a jutro jest zamazane – bo jest wiatr. Ale ten „czas” oglądania w lustrze – jest cenny i nie można go marnować – ono jest Jej twarzą. Zmarszczki na czole czy policzkach, siwe włosy – mogą być piękne. Ale to wiele aspektów dojrzałości kobiety, które są niesamowicie urodziwe, ale czasami to pojęcie jest bardzo upokarzające i przykre. Nie oglądaj się za siebie, chyba że chcesz zobaczyć, jak daleko zaszłaś? Wierz mi -ludzie Cię ocenią. Ktoś by powiedział – A po co to pytanie? Chyba każda kobieta podejmuje temat starzenia się i otwarcie mówi o tym (oczywiście w swoich myślach), co sądzi o „społeczeństwie mającym obsesję na punkcie młodości”. – Czy odnalezienie piękna dojrzałych kobiet jest sztuką czasu? Trzeba to tylko czuć i być normalnym jak tykanie zegara. Czas jest cenny i nie można go marnować, a jest tak wiele aspektów dojrzałości, które są. Nie oglądaj się za siebie – patrz na to co dziś i jutro. W kontekście starzenia się nie używaj słowa „akceptacja”.–To sugeruje, że z dojrzałością jest coś nie tak. Ja starzenie się – afirmuję. Nie odmładzam się na siłę, nie staram się wyglądać młodo, tylko zdrowo – być ciekawym. Ktoś kiedyś zapytał mnie, jak to jest tracić piękno? Oburzyłem się. Utarło się, że mężczyźni z wiekiem stają się bardziej interesujący, a My – kobiety – wręcz przeciwnie. To szkodliwy stereotyp, w który kobiety uwierzyły. Trzeba zmienić ten sposób myślenia. Nie musisz być młodą, aby być piękną. Wiek nie jest przeszkodą. Nie musimy gonić za młodością, wszyscy powinniśmy cieszyć się każdą chwilą naszego życia. Wiek – jest w głowie – nie w ciele. A na koniec – to najważniejsze – od pewnego czasu – ktoś lansuje dziwną modę – typową dla „San Eskobar” – zaznaczam – przy oklaskach włodarzy tego miasta „ może państwa”, mediów i innych „poetów”. To jest pokazane na „fb” – muszę powiedzieć jedno – jest to niesmaczne- to mało powiedziane – niezjadliwe nawet wtedy kiedy się jest bardzo głodnym. Jeśli się mylę – przepraszam. To moje odczucia – nie tylko moje – i nie będę przytaczał wielu postów na temat tych obrazów, które widziałem. Najlepsze jest to, że jakaś osoba napisała, że to „poezja” – Droga osobo – Mickiewicz i Słowacki dziś wstali z grobu i każą się puknąć w głowę – ale tak konkretnie. Proszę nie wypisywać takich bzdur. Jaka moda ? – o taka – jak na zdjęciach poniżej – „operetka” z klakierami… Chce się powiedzieć jedno – szybko – byle szybciej i bez smaku – zaspokoić głód – tak jak szybko zjedzony – podły hot dog na stacji benzynowej. Więcej kolekcji – to większy zysk. Cały czas się zastanawiam – czy „etyczna” moda jest możliwa ? – chyba nie w Gorzowie Wielkopolskim – ale w „ San Eskobar” – tak. A ja wolę patrzeć na zdjęcia Andie Mac Dowell (lat 65 , siwe włosy)- Dlaczego? Bo jest naturalna – szkoda tylko, że nie urodziła się w Wielkopolsce. No cóż – wszystkiego nie można mieć – ale Wy – Gorzowianie teraz jak będziecie mieli w nazwie „ San Eskobar” – świat należy do Was. Życzę Wam wszystkiego najlepszego – przede wszystkim – „ dobrego smaku…..” Rafał Wilk

Być jak – Andie MacDowell Dowiedz się więcej »

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA 2023

Zapraszamy do opowieści o bogatej tradycji i historii wigilii Świąt Bożego Narodzenia. Dr Robert Wójcik opracował temat skrupulatnie, szeroko i z rozmachem. Wszystkie wątki Autor ujął oryginalnie, przywołał czas miniony i zaprosił do refleksji nad obecnymi czasami Świąt Bożego Narodzenia. Mam nadzieję , że pomogą w tym obrazy malarstwa historycznego i niezwykłej urody zdjęcia Ziemi Lubuskiej autorstwa Marka Kaźmierskiego z Nowin Wielkich. Całość dopełnia muzyka w wykonaniu Marcina Pesosa Stachowiaka. Przytulmy się do tradycji i historii w ten święty czas. Marzanna Leszczyńska i dr Robert Wójcik  Naciśnięcie czerwonego kwadratu z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi film. Czytelniku! Jeśli życzysz sobie nas wesprzeć w zamian za wytrwałe głoszenie prawdy, zachęcam na wejście na stronę https://patronite.pl/idealzezgrzytem.pl i założenie konta, aby nam pomóc działać aktywnie, rozwijać kanał, umożliwiać realizowanie nowych projektów jak np. tłumaczenie artykułów na obce języki.

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA 2023 Dowiedz się więcej »

KONCERT FAMILIJNY z „Koczkodansem”

O ostatnim wydarzeniu dla dzieci w Filharmonii Gorzowskiej w ramach KONCERTU FAMILIJNEGO – Marzanna Leszczyńska Ooooo! Co to tam było? Trzy i pół letnia dziewczynka wyciąga paluszek i pokazuje w kierunku sceny. Na twarzyczce dziecka maluje się zdumienie, a duże piękne oczy robią się jeszcze większe. Słychać pytania dziecka, które same się wypowiedziały głośno w ciszy wyciemnionej sali. Tak, małe dzieci są spontaniczne, zwłaszcza wtedy gdy w grę wchodzą emocje. A na scenie jak w lesie o poranku: słychać świergot ptaków, szum strumyka, stukanie dzięcioła i na podłodze w dymie snującym się nisko niczym poranna mgła turlają się tancerze- aktorzy. Teatr tańca z Poznania przygotował dla dzieci w ramach Koncertu Familijnego – sztukę ” Koczkodans”. Była taneczna uczta bo tancerze zamienili swoje umiejętności i pokazali świat zwierząt. Trudna sztuka ale trafnie zobrazowana. Prześmiesznie poprzebierani, weszli w rolę ptaków, ssaków i innych egzotycznych zwierząt. Podpatrzyli naturę i przedstawili swoją fantastyczną taneczną wizję. Podjęli się jeszcze innego wyzwania – przedstawili naturalny świat zwierzęcy, który zamienił się w sztuczny świat wykreowany przez człowieka, jego ambicję, biznes. Fantazja na temat uczynienia ze zwierząt artystów, wykreowania świata niemożliwego, naprężonego ludzkim ego i nadmiernymi ambicjami. Ale też przedstawione zostały konsekwencje takiego „chcenia” a one mogą być tylko złe, złe dla obu stron. Na końcu jest tylko nieszczęście stworzeń i smutek, że nie potrafią sprostać oczekiwaniom ludzkim, bo są ograniczeni ale przecież doskonali w inny sposób i w innych warunkach -naturalnych. Ludzie też są sfrustrowani, agresywni i rozczarowani miernymi wynikami, a dużymi nakładami swojego wysiłku. Aluzje do kontrowersyjnego cyrku, można powiedzieć bojkot. Sztuka została ciekawie skonstruowana z różnymi elementami kontrastującymi ze sobą. Zaskoczyły widzów fragmenty filmu, wywiad z dyrektorem poznańskiego ZOO, który podzielił się wiedzą na temat zachowania się zwierząt i z drugiej strony wizja dyrektora – dziecka, który próbuje „zagospodarować „zwierzęta na swój wydumany i szkodliwy sposób. Brawurowo zagrał swoją rolę mały aktor, który wcielił się w dorosłego, ambitnego i sfrustrowanego dyrektora cyrku. Zawsze jest ciekawie, kiedy utalentowany dorosły zagra rolę dziecka i odwrotnie, gdy utalentowane dziecko wczuje się w dorosłego, ponieważ te wykluczające się cechy są widoczne i robią duże wrażenie. Jeszcze raz brawo na małego aktora. Powtórzę raz jeszcze – tak- małe dzieci są spontaniczne, zwłaszcza gdy w grę wchodzą emocje, a takie były z pewnością na tej sztuce pełnej tańca, ruchu, ekologii, szacunku dla zwierząt i wolności, muzyki, melodii jaką niesie las. „Koczkodanse” niosła wartości, pozytywne emocje, na końcu wzmocnione zabawą z bańkami mydlanymi do, której zostały zaproszone wszystkie dzieci z sali. Tak było w październiku, a jutro w listopadzie będzie patriotycznie, wojskowo, niepodległościowo- myślę , że odświętnie też. Ciekawe. Koncerty Familijne, comiesięczne odbywające się w Filharmonii to fantastyczna formuła obcowania dzieci z muzyką koncertową, dawną nie komercyjną. Zaszczepiają piękno i wrażliwość oraz zamiłowanie do obcowania z kulturą wyższą. A najważniejsze, że odbywa się to bez nudy, wymuszania posłuszeństwa, terroru i tortur jakie z pewnością temu towarzyszyły by przez uczestnictwo w koncertach z formułą dla dorosłych. Czytelniku! Jeśli życzysz sobie nas wesprzeć w zamian za wytrwałe głoszenie prawdy, zachęcam na wejście na stronę https://patronite.pl/idealzezgrzytem.pl i założenie konta, aby nam pomóc działać aktywnie, rozwijać kanał, umożliwiać realizowanie nowych projektów jak np. tłumaczenie artykułów na obce języki.

KONCERT FAMILIJNY z „Koczkodansem” Dowiedz się więcej »

Jak za „Dotknięciem ręki” Krzysztofa Zanussiego

Coroczny od dziesięciu lat Festiwal Muzyki Współczesnej organizowany przez Gorzowską Filharmonię zakończyło w dn. 19.10.2023 r. wyświetlenie filmu „Dotknięcie ręki” w reżyserii Krzysztofa Zanussiego, który przybył do Gorzowa i spotkał się z widzami. Film ” Dotknięcie ręki” powstał w 1992 r. jest produkcją polsko-duńsko-angielską i nigdy nie był rozpowszechniany w kinach. Jak powiedział przed wyświetleniem filmu reżyser – fabuła filmu dotyczy utworu muzycznego Wojciecha Kilara ” Exodus „, który ma związek z życiem Artura Rubinstaina i melodią, którą zaczerpnął z żydowskiego folkloru . I tylko to jest prawdą a poza tym cała fabuła jest fikcją. Zazwyczaj muzyka filmowa stanowi tło dla filmu i powinna być z tyłu, film niejako poniża muzykę filmową, która zresztą sama w sobie nie jest wysoka, zazwyczaj powstaje na końcu i reżyser nie powinien wtrącać się kompozytorowi do niej – wspominał o swoich doświadczeniach reżyserskich K. Zanussi. Próbował innych doświadczeń, które skończyły się klęską i mogły grozić utratą współpracy z porywczym z natury W. Kilarem. Wojciech Kilar z muzyki filmowej – uznawanej za niższą- potrafił stworzyć jednak arcydzieła, które są ukochane, wykorzystywane ( jak polonez z „Pana Tadeusza” A. Wajdy) przez odbiorców i dzięki nim zrobił karierę międzynarodową, napisał muzykę do tak wielu kultowych filmów światowego kina i dla światowej sławy reżyserów jak Francis Ford Coppola. Wszystkie utwory W. Kilara do filmów K. Zanussiego były trafione – tak ocenia reżyser. Wojciech Kilar miał ucho do muzyki pop, której presji jednak się nie poddawał . W gruncie rzeczy w naszym kraju, w Polsce nie był doceniony przez tzw. „salony Warszawki i Krakówka”, którego środowiska szczerze nie cierpiał. Bardzo negatywnie przeżył krytykę, gdy pojawiła się recenzja, że ” ogarnęła go mania religijna i skończył się jako kompozytor” -Krzysztof Zanussi podzielił się tymi i wieloma innymi informacjami z życia i wzajemnej współpracy z kompozytorem. Na szczęście los bywa nieprzewidywalny a zabiegi marketingowców nie zawsze działają skwitował K. Zanussi perypetie twórcy muzyki do Jego filmów. Obu panów spotkał podobny los. Filmy K. Zanussiego nie spotykają się z życzliwością salonowych krytyków w naszym kraju, czego dowodem ostatni film ” Liczba doskonała”. Reżyser często podkreślał, jak to niezrozumiałe jest dlaczego ten film nie został dopuszczony do Festiwalu w Gdyni. K. Zanussi wyraził nadzieję, że minister kultury Piotr Gliński przestanie być nim zapewne niedługo. Będziemy jednak świadkami przyznanej mu nagrody w Toruniu już w listopadzie. Chciałoby się powiedzieć , jaka szkoda, że reżyser, który chciałby jeszcze wiele powiedzieć swoją twórczością światu nie ma zielonego światła, bo decydenci najwyraźniej nie chcą jego filmów. Efektem tego jest to, że musi tworzyć filmy za granicą, ale nie ma później do nich wyłącznego prawa czego przykładem „Dotknięcie ręki”. O filmie O czym jest film „Dotknięcie ręki”? Oh.. dotyka wielu kwestii. Dla mnie główny wątek filmu czyli romans 75-letniego geniusza z młodą kobietą wcale nie jest ważny, nie stanowi w filmie pretekstu do moralnego oburzenia się. ” Dotnięcie ręki ” pozbawiony jest moralizatorstwa w tym względzie tak jakby chciał powiedzieć, że są inne ważniejsze sprawy w życiu. Ale też nie trywializuje problemu, bo bezlitosne konsekwencje, prawda obiektywna, bez tzw. ściemy jest w filmie ukazana. Ta historia do niczego nie zachęca ani nie zniechęca, raczej każe zadać sobie pytanie: „A ty widzu chciałbyś tak?”… W filmie aktorzy polscy grają tylko epizodyczne role, nawet nie minutowe – mam wrażenie. Przewija się Beata Tyszkiewicz, Wiktor Zborowski, Sławomira Łozińska, jest nawet prof. Aleksander Bardini. Zaskakujące jest, że główna rola powierzona Lothaire Blutean, który wciela się w postać młodego studenta z Polski jest tak przekonująco zagrana – jakby był Polakiem. Biedny student z Polski, który znajduje się w bogatym kraju i próbuje nawiązać relację jak równy z równym, z kimś z kim dzieli go tak naprawdę przepaść. Czasy się zmieniły, między tym jak jest teraz a jak było w latach 90 -tych, latach transformacji czy też czasów komuny – zrobiła się różnica i dziś już nie ma takiej młodzieży jak była wtedy, wyrównaliśmy do innych, ale czy to na pewno jest lepiej? Czy dziś student z Polski przenocuje w dziupli drzewa w parku? Nie, wstydziłby się. Kiedyś , cieszył się, że po prostu stoi na wymarzonej ziemi. Kiedyś wstydziliśmy się innych rzeczy, dzisiaj wstydzimy się innych. Młodzieniec z honorem, dumny, nadzwyczaj dojrzały i mądry, znający swoje miejsce w szeregu, biedny ale z poczuciem misji – taki na” boso ale w ostrogach”. Dla mnie jest to film o równości ludzi a nawet przewadze tych wydawałoby się ludzi z gorszym startem, przegranym startem ( chociażby pochodzenia z biednego kraju) o tym, że ci „lepsi” mogą czegoś potrzebować od tych „gorszych” i nie chodzi tu o tańszą usługę, ale o coś czego sami nie posiadają i nie posiada nikt z tych, którymi się otaczają i płacą im pieniądze za najlepsze kwalifikacje. Film jest o roli metafizyki, czegoś niematerialnego, duchowego w życiu człowieka, o tym, że to coś niewytłumaczalne może się zawsze pojawić, nawet u schyłku życia człowieka coś takiego czego symbolem w filmie jest różdżka do wykrywania żył wodnych czy bioprądy w ręce człowieka. Film o pokorze w drodze do szczęścia , o tym, że stabilizacja, święty spokój, procedury, schemat postępowania choć ustalony w najlepszym dla nas rozkładzie dnia życia przez najlepszych specjalistów może być gwoździem do trumny, powodem frustracji, wegetacji, może nas zablokować w naszej twórczości. Jest to też film o przepracowaniu tematu bez skrótów, oszustw, z całym porządnym wysiłkiem i mozołem z ceną jaką się za to płaci ale na końcu tak przerobionego tematu nie ma depresji – jest wyzwolenie, prawdziwa wolność, spokój i wtedy można odejść szczęśliwym. Jest to też opowieść o fantastycznych relacjach ludzi dobrze ze sobą dobranych, jak wiele konfiguracja taka może zmienić w życiu. Rewelacyjna kreacja aktorska Maxa von Sydow – ulubionego aktora Ingmara Bergmana, który w Polsce w Lubuskim pozostawił swoje arystokratyczne korzenie. Również rewelacyjna rola Sarah Miles, która zagrała kobietę idealną, anioła taką kobietę dla artysty, któremu wszystko wolno a ona ma być podporządkowana, służebna, wyrozumiała, tolerancyjna, mądra. Zadaniem kobiety geniusza i artysty jest znosić to co najgorsze bez buntu, rozumieć , wszelka eksentryczość to normalność i należy dodać, że bycie piękną, cierpliwą, służalczą, pracowitą, wyrozumiałą i

Jak za „Dotknięciem ręki” Krzysztofa Zanussiego Dowiedz się więcej »

Baśniowe Przelewice

O nocy bajek w Przelewicach we wspomnieniach i refleksjach z roku ubiegłego tuż przed nocą bajek, która odbędzie się 9 września 2023 roku. Marzanna Leszczyńska i Halinka Henseler Fotografie użyte w clipie: Marzanna Leszczyńska i Halinka Henseler 9 września 2023 roku w Przelewicach odbędzie się kolejna „Noc bajek”. Tym razem – urodzinowa, arboretum obchodzi w tym roku 90-te urodziny. Z pewnością będzie wyjątkowo i z pewnością pojawią się tłumy dorosłych z pociechami. Uczestniczyłyśmy w „Nocy bajek” w roku ubiegłym – 2022 i zaskoczyła nas ogromna frekwencja. Duże widowisko, kilka scen, teatr, wychowawcze spektakle, piosenki przy, których podrygują nogi, hity które się nie starzeją i te, które śpiewa już trzecie pokolenie. Piosenki Majki Jeżowskiej i małej Natalii Kukulskiej nigdy nie umrą. Ogród nocą w Przelewicach, oświetlony kolorowymi światłami, które stworzyły nową rzeczywistość w parku tej letniej nocy . Była to nie tylko bajkowa sceneria ale również sceneria fantastyczna, poniekąd kosmiczna jak z „Gwiezdnych wojen” czy też filmowa z gatunku grozy i horroru. Niezwykłe wydarzenie nie tylko dla dzieci ale i dla dorosłych, raj dla fotografów. Uczestnik imprezy miał możliwość nie tylko oglądania ale w pewnym sensie poruszania się w tej rzeczywistości, w której czekały go różne niespodzianki. Organizacja tego zeszłorocznego przedsięwzięcia była na pewno trudna, wielka i skomplikowana i dlatego na pewno warto pamiętać o pewnych kwestiach będąc już tam razem ze swoimi pociechami. Warto zastanowić się i przemyśleć sposób skorzystania z tej imprezy. Miałyśmy sporo refleksji po imprezie jaką była „Noc bajek ” w Przelewicach. Wprawdzie chciałyśmy ze sobą zabrać 5-letniego Igorka , ale jego rodzice po zapoznaniu się z faktem, że jest to impreza od godz. 20.00 wycofali się, argumentując, że chodzenie po parku nocą z dzieckiem, które jest wrażliwe nie wchodzi w grę, bo wiedzą, że potem mogą być lęki, silne przeżycia i boją się go przestraszyć, że jest po prostu jeszcze za mały. Uważamy, że to była rozsądna decyzja rodziców. Będąc tam widziałyśmy bardzo dużo małych dzieci, przedszkolnych, w wózkach. Te najmniejsze w wózkach spacerowych po prostu szybko zasnęły i z pewnością nic już nie widziały i było im pewnie już wszystko jedno. Ale były też takie, które szły przez ten udekorowany- tak aby straszyć – park i one się po prostu bały, co rusz słyszałyśmy jak rodzice zachęcają swoje dzieci do pokonywania przeszkód. Przyznałyśmy szczerze, że pewne fragmenty parku były szczególnie straszne, psychodeliczne. Fragment parku, gdzie pod drzewami siedziały lalki i słychać było psychodeliczną muzykę przeszłam błyskawicznie. Nie oglądałam horroru o lalce, która zabijała, ale ponoć był wyjątkowo straszny. Wrażenie robiły zawieszone na drzewach ramy z maskami. To były dekoracje, które sugerowały duchy, morderstwa, upiorność. To były miejsca raczej dla starszych dzieci, młodzieży i dorosłych. Miłośnicy i poszukiwacze mocnych wrażeń, świadomi swojej wytrzymałości, dojrzali emocjonalnie i wiekowo czuli się z pewnością usatysfakcjonowani. Ale czy dzieci w wieku wczesnoszkolnym czy przedszkolnym, które się tam znalazły niewiele rozumiejąc? Zadałyśmy sobie pytanie retoryczne: Czy aby rodzice nie będą mieli jakiś problemów ze swoimi dziećmi po takich wrażeniach, czy nie odbiją się te obrazy negatywnie? Na pewno warto przemyśleć sposób uczestniczenia swojej pociechy, wziąć pod uwagę wiek i wrażliwość swojego dziecka. Czy na pewne wrażenia nie jest jeszcze za wcześnie, a wtedy gdy dziecko płacze i się boi – zakończyć imprezę na jakimś etapie, wiedzieć gdzie lepiej się nie zapuszczać. Organizator nie jest w stanie czuwać nad wszystkim, w rękach rodziców spoczywa wiele, oni najlepiej znają swoje dzieci i to co dla jednych jest łatwe dla innych już takie być nie musi i nie ma się co sugerować, że inni dają radę. Inną sprawą , o której warto wiedzieć jest to aby raczej nie wracać w miejsce, w którym już byliśmy, bowiem bajki odgrywane są cyklicznie i się powtarzają. Po prostu czar pryska i odsłaniają się kulisy teatru. Lepiej nie pozbawiać za wcześnie dzieci naiwności dziecięcej, wiary w to co widziały za pierwszym razem. Bo to co było mówione tylko do nich, aby czuły się wyjątkowo nagle widzą, że to samo jest mówione do innych widzów. Przypomina to rozczarowanie, gdy odkrywamy, że powierzona nam tajemnica za chwilę szeptana jest do ucha innej osoby. Nad pewnymi kwestiami muszą czuwać rodzice, aby impreza była w pełni pozytywnych wrażeń wyjątkową i udaną imprezą. I jeszcze jedno. Jest to też znakomita okazja, aby pięknie przebrać swoje pociechy. Jednak przebrania, które widziałyśmy jak na … Halloween – naprawdę budzą litość. Jaka będzie „Urodzinowa noc” w 90-te urodziny arboretum w Przelewicach? Zobaczymy już w najbliższą sobotę.

Baśniowe Przelewice Dowiedz się więcej »

Łagów i Lubuskie Lato Filmowe 2023

O trzech przypadkowo wybranych filmach: „Banger„, „ Sailent twins ” oraz „ Kobieta na dachu” z tegorocznej 52 edycji Lubuskiego Lata Filmowego – najstarszego festiwalu filmów fabularnych w Polsce czyli imprezy, która rozpoczęła się w 1969 r. rozpisuje się –Marzanna Leszczyńska „Banger” to czeski film. Wybrałam ten film zamiast recitalu Zbigniewa Zamachowskiego z okazji 40-lecia Jego pracy artystycznej. Recital w amfiteatrze i film w kinie Leśnik” odbywały się w tym samym czasie. Kino było niemal puste. Obejrzenie tego filmu to było jak jazda na rollercoaster w wesołym miasteczku. Miałam ochotę uciec z kina „Leśnik” już po kilku minutach, a potem jeszcze może z cztery razy. Pomyślałam sobie: Ale trafiłam! I za jakie grzechy ja się tak pałuję?! Tematyka dealera narkotykowego, patologicznej rozrywki dzisiejszego świata opowiedziana bez lukru, ze szczegółami i bez litości dla widza. Po prostu degrengolada tego półświatka. Patrzenie na te obrazy to prawdziwe tortury. Przerażał ubogi język bohaterów pełen wulgaryzmów, mocno zawężony świat wszelkich sfer funkcjonowania, niemal dzikość i zbliżone życie do zwierząt we współczesnym świecie doby internetu. Chciałoby się rzec, że obrażam zwierzęta. Erotyka w tym środowisku…Trudno znaleźć odpowiednie słowa jak ją opisać. Sfera życia która zwykle dotyczy dwóch osób – po narkotykach, a co gorsza po dopalaczach staje się erotyką : jednej osoby samej ze sobą, żenującą, odpychającą, pozbawioną samokontroli i jakiegokolwiek piękna, pozbawioną świadomości i bliską śmierci. Trochę też jak u ginekologa. Co najśmieszniejsze, że przy młodych, zgrabnych, szczupłych ciałach te obrazy są obrzydliwe. Żal. Chce się krzyczeć- szkoda! To obraz cywilizacji śmierci. Przeraża obraz młodego społeczeństwa, wrzeszczącego w swoim złym uporze – bo to wieszczy zagładę i nicość. W filmie poruszony jest problem ludzi nie umiejących nic a chcących mieć wszystko, niestety to w dzisiejszych czasach jest możliwe. Ale w tym smutnym filmie, w którym koniec był oczywisty, tylko jeden -przewidywalny fatalny wynik takiego życia – została dana duża dawka nadziei. A mianowicie nadzieja, że w tym chorym narkotycznym świecie Ci młodzi ludzie, którzy zostali źle uformowani mają jednak zaszczepione ludzkie pozytywne instynkty, pragną oczyszczenia, nie boją się kary, są zdolni do poświeceń i tak naprawdę nie chcą niczyjego nieszczęścia. Prawda jest jednak okrutna, konsekwencje trzeba ponieść. Film wzywa, jest dzwonem do pobudki: zróbcie coś! , nie udawajcie obojętności na taki świat i nie tkwijcie w przekonaniu, że nie da się zawrócić z tak źle obranej drogi. „Sailent twins” to produkcja polsko-brytyjska. Film oparty na faktach opowiada historię dwóch sióstr bliźniaczek o czarnym kolorze skórze, które jako małe dziewczynki odcięły się milczeniem przed zewnętrznym światem i to na wiele lat. Film sugeruje, że podłożem takiego zachowania była rasowa dyskryminacja w szkole. Dziewczynki wrażliwe i zdolne odcięły się również od własnej rodziny, porozumiewały się tylko ze sobą i zaskakujące było jak potrafiły sobie radzić w stworzonej przez siebie rzeczywistości i osiągać zamierzone cele, bardzo ambitne zresztą. Tajemnica i zagadka wpływów więzi krwi jakim jest bycie bliźniakiem w tym przypadku jest szczególnym wyjątkiem i opowiada zadziwiającą historię, którą niezwykle trudno jest zrozumieć przez ludzi z zewnątrz a pomoc graniczy z bezsilnością najlepszych psychologów. W tym przypadku została przekroczona cienka linia, która doprowadziła do otarcia się o chorobę psychiczną i niemalże nieodwracalne zmiany, które zamykały powrót do życia w społeczeństwie. Wzajemne zależności, miłość siostrzana, dominacje, uległości, brak akceptacji separacji, która zakończyć się mogła tylko próbą samobójczą i toksyczne oddziaływanie na siebie – po prostu jak w zamkniętym, zaklętym kręgu. Zaskakujące, że rozwiązanie tego węzła po wielu, wielu latach okazało się możliwe i pozytywne tylko dla jednej z nich. Nie zdradzę jakie. Możliwe i szczęśliwe tylko dla jednej z dwóch sióstr – sądzę, że tylko dlatego, że znalazły się osoby, które walczyły o nie mimo niewdzięczności, osoby, które nie odpuściły, osoby poza procedurami. W końcu może sam los wynagrodził lata cierpień , walki. Film dający nadzieję, że wszystko może się zdarzyć, ofiary nie idą na marne, a to, że mimo długotrwałej autentycznej walki nie zawsze osiągamy założony cel to jednak czeka nas inna nagroda czasem jeszcze większa, która jest niespodzianką ale możliwa jest tylko w przypadku autentyczności starań, czystości intencji i dużej ilości poniesionych ofiar. „Kobieta na dachu „z rewelacyjną rolą Doroty Pomykały. Film polsko-szwedzki. Zobaczyć dziś dojrzałą aktorkę bez botoksu i retuszu, nawet nago to luksus . Dzięki tej naturalności to bardzo przekonująca rola. Film niezwykle realnie, bez lukru przedstawia przeciętną polską rodzinę osadzoną w realiach polskiej rzeczywistości, pracy mało opłacanej, skromnych warunków mieszkania w blokowisku i jakichś pragnień starzejącej się kobiety aby było lepiej. Samotność człowieka w domu, mimo że jest rodzina. Obcość męża, właściwie bez szans na porozumienie inne niż tylko zapłacone rachunki i wykonane obowiązki domowe. Niby nie ma zdrady, jest bezpieczeństwo ekonomiczne ale jest straszna , ziejąca pustka. Syn też niby nie stwarzający problemów ale uciekający od problemów rodziców. Życie obok. Tragiczny los wrażliwej kobiety, która coś chciała zmienić w tej statecznej ale przerażającej rzeczywistości. Film pokazuje jak łatwo można popaść w pułapkę życiową, bez szans na rozwiązanie gdy jest się uczynnym dla najbliższych. O tym jak osoby z otoczenia, z którymi się mieszka i są rodziną potrafią bezdusznie wykorzystać swoich najbliższych i chętnie przerzucają odpowiedzialność z siebie na osobę, której powinni być wdzięczni i która powinna być chroniona przez nich. O ile w świecie przestępczym to można rzec – rzecz zrozumiała to w przypadku męża, syna, siostry – rzecz niebywała. Obejrzałam tylko trzy filmy z tegorocznego festiwalu. Jeden film dziennie, co drugi dzień. Wiedziałam, że będą to tortury psychiczne. Trudno mi było znaleźć kompana do takiej „rozrywki”. Dzisiaj ludzie unikają dyskomfortu, szukają przyjemności. Nie żałuję decyzji, że ominęłam recital Zbigniewa Zamachowskiego. Wyszłam z kina po każdym filmie jakoś na nowo wyedukowana w nieznanych mi tematach, ostrzeżona i zorientowana w rewirach, o których nic wiedzieć nie chciałam. Tak, uważam, że to filmy potrzebne, aby rozumieć więcej. I jak opowiada w swych filmowych opowieściach mistrz – reżyser Krzysztof Zanussi : ” Trzeba mieć aspiracje do światłego życia, bogatszego życia. Świat może przerazić, niesie zagrożenia i niepokoje. Są tacy, którzy nie chcą widzieć, słyszeć, chcą uciec, wsadzić nos w talerz jak prosię i nie chcą się więcej niczym interesować. A interesujące jest bycie w

Łagów i Lubuskie Lato Filmowe 2023 Dowiedz się więcej »

Muzeum gorzowskie a w nim „pisanki zapisane światy”

O interesującym, bogatym -wielowątkowym wykładzie dr Mirosława Pecucha na temat pisanek i konkursie trwającym już pół wieku w Muzeum Lubuskim im. Jana Dekerta piszę ja – Marzanna Leszczyńska. „Pisanka to wiosenna miniaturowa malowanka, ukształtowana emocjami uczuć, nastrojów wierzeniowych, religijnych, miłosnych. To najszczersza spowiedź wielkanocna tęsknot artyzmu wiejskiej malarki. Na maleńkiej przestrzeni cały świat”. S. Dąbrowski „” Pisanki lubelskie” Lublin 1936 r. Na zdjęciu dr Mirosław Pecuch i Monika Kowalska kierownik filii Zespołu Willowo-Ogrodowego Muzeum im. Jana Dekerta w Gorzowie Wlkp. Ulotka, która leżała na stoliku w kościele przy ulicy Chodkiewicza w Gorzowie Wlkp. podczas mszy rezurekcyjnej ściągnęła mój wzrok, bo tutaj właśnie stanęłam. To dzięki niej dowiedziałam się o wykładzie dr Mirosława Pecucha pt: „Pisanki zapisane światy”, który miał miejsce w Muzeum 12.04.2023r. Idąc na to spotkanie spodziewałam się, że dowiem się wiele o historii pisanki, wzorach, technikach i oczywiście tak było. Dużym zaskoczeniem jednak było dla mnie to, że Gorzów a w zasadzie Muzeum od 50- ciu lat organizuje ogólnopolski konkurs na pisankę. Z inicjatywy Michała Kowalskiego i ze współpracą Koła Związku Ukraińców i Zjednoczenia Łemków konkurs trwa nieprzerwanie od półwiecza. Nie odbył się tylko w 1981, gdy wybuchł stan wojenny i w roku wybuchu pandemii. W pierwszym roku konkursu wzięło udział 7 uczestników a trzy lata później było ich 28, dzisiaj cieszy się ogromną popularnością. Jego specyfiką jest to – że bardzo ważnym kryterium oprócz estetyki jest to, aby odwołać się do swojego regionu- jego specyfiki, historii, znajomości jego odrębności. Wyzwanie to duże, bo huculszczyzna ze swoimi ornamentami geometryczno- abstrakcyjnymi jest po prostu bezkonkurencyjna i jak stwierdził wykładowca: „Wzory huculskie są najpiękniejsze i kto je wykonuje szybko się utwierdza, że nie ma sensu zajmować się innymi”. Ale czy na pewno? Śmiałków powinno nie brakować aby to przekonanie zmienić i udowodnić, że może być inaczej. Najstarsze odnalezione pisanki mają 5000 lat. I doczekały się szacunku wśród ludzi po naszej wschodniej granicy gdyż w Kołomyi wzniesiono muzeum w kształcie pisanki, a w Kanadzie emigranci postawili jej pomnik. Odnajdywano je w grobach, kurhanach. Przywędrowały do nas z Rusi Kijowskiej. Gliniane – pochodzące ze średniowiecza znaleziono we Wrocławiu na Ostrowie Tumskim. I nie tylko jajko kurze było podstawowym materiałem ale używano jaj gęsich, żurawich. Pisanki niosły treści religijne, związane były z obrzędowością. Był to symbol życia, odradzania się ziemi, przyrody na wiosnę. Wierzono, że są dobrym środkiem, aby ustrzec się przed klęskami żywiołowymi, aby przyczyniły się do urodzaju. Ich skorupy odnajdywano na polach, pasiekach, w rzekach i w grobach. Biało- czarne pisanki zanoszono na groby w dowód szacunku dla zmarłego, takie właśnie towarzyszyły zmarłemu w ostatniej drodze. Rola pisanki była różna nie tylko religijna ale też kultowo-magiczna. Barwimy jaja dzisiaj w łupinach cebuli, potem skrobiemy te skorupki, albo oklejamy gotowymi naklejkami ze sklepów i wkładamy do koszyków na Wielkanoc aby je zanieść do kościoła i poświęcić ale czy wiemy co robimy i co chcemy wyrazić przez te ozdoby? Wzory na pisankach to ciekawa symbolika i nie przypadkowa. O tym bardzo interesująco opowiadał w Willi Schroedera dr Mirosław Pecuch. Na tych małych powierzchniach, nie płaskich, na delikatnym materiale jakim jest skorupka aż dziw bierze ile człowiek- artysta może zapisać informacji… Oprócz ornamentów geometrycznych popularne były też botaniczne, zoomorficzne. Większość motywów to były motywy solarne, przedstawiały słońce, które wiosną się budziło. Przedstawiano je jako koła i półkola składające się z kresek, przecinków – promieni. Tak przedstawiano też zorze, gwiazdy. Częstym motywem był motyw kosmogeniczny czyli: krzyże, róże, swastyki. Krzyż był symbolem 4 stron świata, kościoła od, którego przecież się wszystko zaczynało. Symbolika często była różnoraka, niejednoznaczna dlatego wiele razy można było się pomylić w jej objaśnieniach, należało się odnieść do wielu szczegółów, znajomości wielu spraw, aby ją prawidłowo objaśnić. Bardzo popularnym motywem był ptak – oznaczający zgodę, miłość, wzniesienie się do Boga, ptak oznaczał też Ducha Świętego. Tak często goszczący na pisankach kogut zawsze myślałam, że był motywem ludowym, kolorowym motywem, który gościł na każdym wiejskim podwórku. Tymczasem to nawiązanie do religii chrześcijańskiej, przypomnienie zaparcia się św. Piotra („…nim kogut zapieje…”). Często malowany na pisankach jeleń był symbolem czystości i powiązania z innym światem. Malowano berhynie – postacie czuwające nad domem. Spirala była symbolem drzewa życia, przemijania świata. Częsty był motyw trójnoga, gwiazdy 8-ramiennej, deszczu. Pisanki były też obrazami zwyczajów wielkanocnych np. śmingusa dyngusa. Znany artysta ze Strzelec Krajeńskich -Prokop zrobił na pisankach cykl strojów ludowych. Ciekawostką jest to, że swoich prac nigdy nie przysyłał na konkurs. Kolorystyka pisanek miała również znaczenie czerwony kolor to symbol krwi Chrystusa obywającej świat, żółty to kolor księżyca, niebieski oznaczał zdrowie, brązowy to kolor ziemi. W Święta Wielkanocne ludzie obdarowywali się pisankami i był to znak zgody, dowód sympatii, a nawet miłości. Wręczano je z życzeniami. Pisanki na konkurs w Gorzowie napływają z całego kraju, ale jedna przybyła też z Ameryki. Gdy dr Mirosław Pecuch wyliczał regiony i miejscowości to zaczęłam się obawiać, że z lubuskiego nie ma nikogo. Ale są, wymienił: Skwierzynę, Szprotawę, Drezdenko, Strzelce Krajeńskie, Deszczno. Myślę, że rozwijające się prężnie Koła Gospodyń Wiejskich powinny wziąć pod uwagę tę informację o konkursie i już przystąpić do przygotowań aby w przyszłym roku stanąć do zawodów. A my powinniśmy być w przyszłym roku bardziej świadomi tego co też rysujemy, czy też wydrapujemy na pisankach, wybierajmy wzory świadomie i poznawajmy ich symbolikę. Uczmy tej sztuki swoje dzieci. Nie odkładajmy też niczego na później bo jak stwierdziła jedna z uczestniczek spotkania przy herbatce i ciasteczku po wykładzie, że odkładała robótki ręczne na czas aż będzie go miała czyli na czas emerytury, tylko, że gdy czasu przybyło to dobrego wzroku zabrakło. Praca przy tworzeniu pisanki to bardzo precyzyjna robota i jak twierdził wykładowca dr Mirosław Pecuch trzeba do niej przystępować w dobrym humorze i czystych intencjach inaczej po prostu nie powstanie nic pięknego. Marzanna Leszczyńska

Muzeum gorzowskie a w nim „pisanki zapisane światy” Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry