Jak za „Dotknięciem ręki” Krzysztofa Zanussiego

Coroczny od dziesięciu lat Festiwal Muzyki Współczesnej organizowany przez Gorzowską Filharmonię zakończyło w dn. 19.10.2023 r. wyświetlenie filmu „Dotknięcie ręki” w reżyserii Krzysztofa Zanussiego, który przybył do Gorzowa i spotkał się z widzami. Film ” Dotknięcie ręki” powstał w 1992 r. jest produkcją polsko-duńsko-angielską i nigdy nie był rozpowszechniany w kinach. Jak powiedział przed wyświetleniem filmu reżyser – fabuła filmu dotyczy utworu muzycznego Wojciecha Kilara ” Exodus „, który ma związek z życiem Artura Rubinstaina i melodią, którą zaczerpnął z żydowskiego folkloru . I tylko to jest prawdą a poza tym cała fabuła jest fikcją. Zazwyczaj muzyka filmowa stanowi tło dla filmu i powinna być z tyłu, film niejako poniża muzykę filmową, która zresztą sama w sobie nie jest wysoka, zazwyczaj powstaje na końcu i reżyser nie powinien wtrącać się kompozytorowi do niej – wspominał o swoich doświadczeniach reżyserskich K. Zanussi. Próbował innych doświadczeń, które skończyły się klęską i mogły grozić utratą współpracy z porywczym z natury W. Kilarem. Wojciech Kilar z muzyki filmowej – uznawanej za niższą- potrafił stworzyć jednak arcydzieła, które są ukochane, wykorzystywane ( jak polonez z „Pana Tadeusza” A. Wajdy) przez odbiorców i dzięki nim zrobił karierę międzynarodową, napisał muzykę do tak wielu kultowych filmów światowego kina i dla światowej sławy reżyserów jak Francis Ford Coppola. Wszystkie utwory W. Kilara do filmów K. Zanussiego były trafione – tak ocenia reżyser. Wojciech Kilar miał ucho do muzyki pop, której presji jednak się nie poddawał . W gruncie rzeczy w naszym kraju, w Polsce nie był doceniony przez tzw. „salony Warszawki i Krakówka”, którego środowiska szczerze nie cierpiał. Bardzo negatywnie przeżył krytykę, gdy pojawiła się recenzja, że ” ogarnęła go mania religijna i skończył się jako kompozytor” -Krzysztof Zanussi podzielił się tymi i wieloma innymi informacjami z życia i wzajemnej współpracy z kompozytorem. Na szczęście los bywa nieprzewidywalny a zabiegi marketingowców nie zawsze działają skwitował K. Zanussi perypetie twórcy muzyki do Jego filmów. Obu panów spotkał podobny los. Filmy K. Zanussiego nie spotykają się z życzliwością salonowych krytyków w naszym kraju, czego dowodem ostatni film ” Liczba doskonała”. Reżyser często podkreślał, jak to niezrozumiałe jest dlaczego ten film nie został dopuszczony do Festiwalu w Gdyni. K. Zanussi wyraził nadzieję, że minister kultury Piotr Gliński przestanie być nim zapewne niedługo. Będziemy jednak świadkami przyznanej mu nagrody w Toruniu już w listopadzie. Chciałoby się powiedzieć , jaka szkoda, że reżyser, który chciałby jeszcze wiele powiedzieć swoją twórczością światu nie ma zielonego światła, bo decydenci najwyraźniej nie chcą jego filmów. Efektem tego jest to, że musi tworzyć filmy za granicą, ale nie ma później do nich wyłącznego prawa czego przykładem „Dotknięcie ręki”. O filmie O czym jest film „Dotknięcie ręki”? Oh.. dotyka wielu kwestii. Dla mnie główny wątek filmu czyli romans 75-letniego geniusza z młodą kobietą wcale nie jest ważny, nie stanowi w filmie pretekstu do moralnego oburzenia się. ” Dotnięcie ręki ” pozbawiony jest moralizatorstwa w tym względzie tak jakby chciał powiedzieć, że są inne ważniejsze sprawy w życiu. Ale też nie trywializuje problemu, bo bezlitosne konsekwencje, prawda obiektywna, bez tzw. ściemy jest w filmie ukazana. Ta historia do niczego nie zachęca ani nie zniechęca, raczej każe zadać sobie pytanie: „A ty widzu chciałbyś tak?”… W filmie aktorzy polscy grają tylko epizodyczne role, nawet nie minutowe – mam wrażenie. Przewija się Beata Tyszkiewicz, Wiktor Zborowski, Sławomira Łozińska, jest nawet prof. Aleksander Bardini. Zaskakujące jest, że główna rola powierzona Lothaire Blutean, który wciela się w postać młodego studenta z Polski jest tak przekonująco zagrana – jakby był Polakiem. Biedny student z Polski, który znajduje się w bogatym kraju i próbuje nawiązać relację jak równy z równym, z kimś z kim dzieli go tak naprawdę przepaść. Czasy się zmieniły, między tym jak jest teraz a jak było w latach 90 -tych, latach transformacji czy też czasów komuny – zrobiła się różnica i dziś już nie ma takiej młodzieży jak była wtedy, wyrównaliśmy do innych, ale czy to na pewno jest lepiej? Czy dziś student z Polski przenocuje w dziupli drzewa w parku? Nie, wstydziłby się. Kiedyś , cieszył się, że po prostu stoi na wymarzonej ziemi. Kiedyś wstydziliśmy się innych rzeczy, dzisiaj wstydzimy się innych. Młodzieniec z honorem, dumny, nadzwyczaj dojrzały i mądry, znający swoje miejsce w szeregu, biedny ale z poczuciem misji – taki na” boso ale w ostrogach”. Dla mnie jest to film o równości ludzi a nawet przewadze tych wydawałoby się ludzi z gorszym startem, przegranym startem ( chociażby pochodzenia z biednego kraju) o tym, że ci „lepsi” mogą czegoś potrzebować od tych „gorszych” i nie chodzi tu o tańszą usługę, ale o coś czego sami nie posiadają i nie posiada nikt z tych, którymi się otaczają i płacą im pieniądze za najlepsze kwalifikacje. Film jest o roli metafizyki, czegoś niematerialnego, duchowego w życiu człowieka, o tym, że to coś niewytłumaczalne może się zawsze pojawić, nawet u schyłku życia człowieka coś takiego czego symbolem w filmie jest różdżka do wykrywania żył wodnych czy bioprądy w ręce człowieka. Film o pokorze w drodze do szczęścia , o tym, że stabilizacja, święty spokój, procedury, schemat postępowania choć ustalony w najlepszym dla nas rozkładzie dnia życia przez najlepszych specjalistów może być gwoździem do trumny, powodem frustracji, wegetacji, może nas zablokować w naszej twórczości. Jest to też film o przepracowaniu tematu bez skrótów, oszustw, z całym porządnym wysiłkiem i mozołem z ceną jaką się za to płaci ale na końcu tak przerobionego tematu nie ma depresji – jest wyzwolenie, prawdziwa wolność, spokój i wtedy można odejść szczęśliwym. Jest to też opowieść o fantastycznych relacjach ludzi dobrze ze sobą dobranych, jak wiele konfiguracja taka może zmienić w życiu. Rewelacyjna kreacja aktorska Maxa von Sydow – ulubionego aktora Ingmara Bergmana, który w Polsce w Lubuskim pozostawił swoje arystokratyczne korzenie. Również rewelacyjna rola Sarah Miles, która zagrała kobietę idealną, anioła taką kobietę dla artysty, któremu wszystko wolno a ona ma być podporządkowana, służebna, wyrozumiała, tolerancyjna, mądra. Zadaniem kobiety geniusza i artysty jest znosić to co najgorsze bez buntu, rozumieć , wszelka eksentryczość to normalność i należy dodać, że bycie piękną, cierpliwą, służalczą, pracowitą, wyrozumiałą i

Jak za „Dotknięciem ręki” Krzysztofa Zanussiego Dowiedz się więcej »

ROZBITE KAMIENNE TABLICE

Wybory i po wyborach… Kraj wspaniały , tylko ludzie …. motto : „A Mojżesz zbliżył się do obozu i ujrzał cielca i tańce. Rozpalił się wówczas gniew Mojżesza i rzucił z rąk swoich tablice i potłukł je u podnóża góry” Tak – kraj wspaniały – tylko ludzie …. ”paskudni.” To moja zmiana – parafraza pewnego powiedzenia – a w zasadzie jednego słowa na końcu – wybitnego Polaka – Józefa Piłsudskiego . Ta druga część zdania została zmieniona – nie będę używał wulgarnych wyrazów – słów – zaczynające się na „K” i ”Ch” – w liczbie mnogiej. Nie ma potwierdzenia na to , że Marszałek to powiedział. Dlaczego jest ono przytaczane ? Nie wiem. Ale coś w tym jest – jest to – że od wieków – My Polacy – po prostu sobą gardzimy i nie lubimy i niestety tak się sami określamy – naszą nację i samych siebie. W ogóle historia tych słów jest fascynująca, bo jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że zostały wymyślone i przypisane Piłsudskiemu. Ale – nawet jeśli tak było – bardzo dobrze pokazują stosunek Polaków do samych siebie. Jest to cytat powtarzany i przytaczany przez wszystkich – od trzeciorzędnych celebrytów po akademików i nawet znanych publicystów czy pisarzy …. nawet znanych historyków. I nikt nie zadał sobie trudu, by sprawdzić, czy jest autentyczny. Tacy jesteśmy. Wulgarność, chamstwo stało się powszechne. Nie pochodzę z Lubuskiego , ale chyba zasłużyłem się swoją pracą dla tego regionu – wrzuciłem tam swój kamyk. Wspaniały region – wielu różnych przeciwstawności. Poznałem tam wielu wartościowych ludzi – a pewne powiedzenie, a w zasadzie anegdota usłyszana w roku 2006 – utkwiła mi w mojej pamięci – Gorzowianin i Zielonogórzanin pojechali  razem na wczasy do Egiptu. Gdy płynęli łódką, wyłowili z wody gliniany dzban z dziwną pieczęcią. A w nim był dżin, który poprosił ich, aby go wypuścili. W zamian spełni ich życzenia – po jednym na łebka. Gorzowianin : – Wybuduj dookoła Gorzowa ogromny mur, żeby odgrodzić moje miasto od reszty tego zacofanego regionu i żeby żadni wsiowi a przede wszystkim ci z Zielonej Góry mi tu nie przyjeżdżali. – OK. Zrobione. Teraz ty – dżin zwraca się do Zielonogórzanina. A ten prosi: – Powiedz mi coś więcej o tym murze. Dżin mówi – otacza całe miasto, jest betonowy, wysoki na kilometr i szeroki na trzy kilometry u podstawy. Mysz się nie prześlizgnie. Zielonogórzanin: – Dobra. Nalej wody do pełna…… Tak … od lat wiadomo, że w województwie lubuskim są dwie stolice. To Gorzów Wielkopolski i Zielona Góra. Od lat też wiadomo, że mieszkańcy obu tych miast nie za bardzo za sobą przepadają. Skąd to się wzięło? Powody takiego zachowania mieszkańców obu miast są co najmniej dwa. Pierwszy to przede wszystkim to, że Zielona Góra była pierwszą stolicą województwa lubuskiego i przez to mieszkańcy tego miasta umniejszali gorzowianom na każdej płaszczyźnie. Z tego, co mówią mieszkańcy Gorzowa, to właśnie ich miasto miało być pierwszą stolicą województwa, ale ostatecznie wybrano Zieloną Górę i od tamtego momentu już iskrzyło. Drugim powodem, bardziej absurdalnym w teorii jest… żużel! Jak wiemy, kibice Falubazu i Stali od lat się po prostu nienawidzą. Pojedynki pomiędzy dwoma zespołami od zawsze elektryzowały całą żużlową Polskę, bo w tych meczach działo się źle zarówno na torze, jak i na trybunach. Podobnych par złączonych w bolesnym, acz nierozerwalnym klinczu jest więcej. Weźmy Kielce z Radomiem, Olsztyn z Elblągiem, Białystok z Łomżą, Bydgoszcz z Toruniem, Słupsk z Koszalinem, Poznań z Warszawą, Polskę zachodnia z Polską wschodnią…Wszyscy uczestnicy tej nie tylko lokalnej polsko-polskiej wojenki mają dobre wytłumaczenie na wzajemną niechęć. Skończyło się – jesteśmy po wyborach – minęło już parę dni po tym wszystkim. Jest już bardziej spokojnie – ale wzajemny hejt i nienawiść jest nadal. – nadal jest. To widać, słychać i czuć – szczególnie w TVPinfo . Oby nie nastąpił Western, gdzie Olda Surehada będzie grał Michał, a Apanaczi – Danka….. Wszystko możliwe. A gdzie Mateusz – Nasz Winnetou ?. Trochę się schował za squaw….. Za dużo złota w kanonie Breslau. Ona niesie… Pomaga jak może – konie już padły. Mój czas zawodowy już się kończy, chciałbym jeszcze trochę pożyć na starość. Co prawda mój człowieczy zegar często jest u jubilera, ale po naprawieniu jest jak majowe słońce. Tak sobie czasami głośno myślę, patrząc na przeszłość , że najlepsza rada, jaką otrzymałem, to ta dana mi przez życie, a nie przez inne osoby. Dlatego właśnie brzmi ona: słuchaj siebie, a nie innych. Trzymajmy się tego, co sam czy sama – masz i znasz. Nie myśl o tym, czego ci brakuje, co mają inni, skupiaj się na tym, co zostało dane Tobie. Posłuchaj swojego wewnętrznego głosu i własnej wizji tego, jak powinno wyglądać Twoje życie. Ale proszę – nie rozbijaj kamiennych tablic….. Dlaczego tak się nie lubimy ? – gardzimy sobą, tak bardzo o sobie źle mówimy. To była najohydniejsza kampania wyborcza jaką znam – jakie steki obelg na mnie i na moich bliskich – moich przyjaciół, kolegów , członków rodziny , sąsiadów …. Na Twoje czy moje poglądy i wybór – nie kochamy się – to mało powiedziane – nie szanujemy siebie – nienawidzimy się. Trudno dziś siąść do stołu rodzinnego, zjeść obiad razem – odmówić wspólną modlitwę . Wszyscy przeciw wszystkim i milczenie nie jest Złotem – to Tombak – nie Aurum , które jest szlachetne i czyste …. Jak kamienne tablice… Dlaczego Polacy się nienawidzą? Czy Polacy rzeczywiście nienawidzą innych Polaków? Można powiedzieć, że to nasza cecha narodowa? Wydaje mi się , a dziś po 15 października 2023 roku mogę powiedzieć jedno – podział polityczny, spór o kształt Polski, jej rozwój i politykę skanalizował się w prostym podziale – My i Oni. Mohery z lemingami, platfusy z pisiorami, narodowcy z tęczowymi, czarne parasolki z klerem, konfederacja z uchodźcami, unią, kobietami i ponad wszystkim…. Warszawa ( Warsziawiaki) czy pół Polski z Lubelskim , Podkarpackim, Świętokrzyskim – może Europą, czy Światem – Precz z Weberem , Putinem , Baidenem, Unią, Żydami i przede wszystkim „ryżym” – mamy różne poglądy. To tak jak pytanie ? – Pomagać ludziom czy topić ich w morzach, rzekach

ROZBITE KAMIENNE TABLICE Dowiedz się więcej »

Czas na laur na głowie RYSZARDA POPIELA

Nazwa rezerwatu przyrody: „Santockie Zakole im. Ryszarda Popiela” stała się faktem w czerwcu 2023 roku, a 5.10.2023 r. odbyła się uroczystość odsłonięcia kamienia i tablicy pamiątkowej. Pomysł powstał z inicjatywy społecznej, pod którą podpisało się 250 osób, a zatwierdzonej przez wojewodę Władysława Dajczaka i Regionalnego Dyrektora Józefa Kruczkowskiego, których zdanie było kluczowe. Uroczystości rozpoczęły się mszą św. w santockim kościółku a następnie w Santockim Urzędzie rozpoczęło się spotkanie wszystkich uczestników. Całość była wzruszającym, pięknym spotkaniem z edukacyjnym akcentem. Historię i fizjogeografię rezerwatu przybliżyli: Daria Jachimowska i dr Andrzej Korzeniowski. Na stole pojawiły się świeżo wydrukowane mapy z zaznaczoną nową nazwą rezerwatu, broszurki z informacjami o świeżo mianowanym patronie rezerwatu i samym rezerwacie, które przyniósł szef gorzowskiego PTTK – Zbigniew Rudziński. Przybyli przedstawiciele różnych instytucji państwowych związanych z lasem, ochroną środowiska i szkół tego sektora, przyjaciele i znajomi, rodzina, współpracownicy nowego patrona parku. Nie zabrakło leśników w zielonych mundurach, zabrzmiało parę razy trele na trąbkę. Jak powiedział z-ca Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska – Regionalny Konserwator Przyrody dr Andrzej Korzeniowski: nie możemy zapomnieć o takich ludziach jakim był Ryszard Popiel, którzy mieli wpływ na ochronę przyrody, dzięki któremu dzisiaj żyjemy w innej rzeczywistości, a był to człowiek nieprzeciętny. Ryszard Popiel , absolwent Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu na Wydziale Nauk Geograficznych i Geologicznych – Kształtowanie i Ochrona Środowiska , pełnił funkcję zastępcy dyrektora Wydziału Ochrony Środowiska Urzędu Wojewódzkiego w Gorzowie Wlkp. (1998 r.) oraz dyrektora Zespołu Parków Krajobrazowych Województwa Lubuskiego. Był współtwórcą największego parku krajobrazowego w województwie „Łuk Mużakowa„, który chroni cenne utwory geologiczne i tereny przyrodniczo- kulturowe w strefie pogranicza z Niemcami. Na jego terenie leży Park Mużakowski zapisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ukoronowaniem Jego pracy było powołanie najmłodszego w Polsce parku narodowego: Ujście Warty. Podjął koncepcję przekształcenia parku krajobrazowego w park narodowy. Stworzył kompetentny zespół osób zaangażowanych w ochronę przyrody w Lubuskiem, dokończył budowę ośrodków edukacyjnych w Lubocieszy i w Pszczewie. Kilkanaście lat kierował Regionalną Stacją Hydrologiczno- Meteorologiczną IMGW w Gorzowie Wlkp. Współorganizował Polskie Towarzystwo Biogeograficzne. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski w 2011 r. oraz Krzyżem Wolności i Solidarności w 2018 r. Przy tym wydarzeniu nie można pominąć informacji o samym terenie Parku Krajobrazowego jakim jest Santockie Zakole im. Ryszarda Popiela. Jak najwięcej osób powinno wiedzieć jakie wyjątkowe bogactwo i piękno znajduje się niedaleko miasta Gorzowa i jakie wydarzenia historyczne rozgrywały się na tych terenach. Park ten ma unikalne walory krajobrazowe, bardzo bogaty drzewostan i niezwykłą populację ptaków. A przebywanie na jego terenie daje poczucie wolności. Część uroczystości to były wykłady przyrodnicze dr Andrzeja Korzeniowskiego i mgr Darii Jachimowskiej ale też delegat Lubuskiego Muzeum opowiedział dzieje grodu Santok już w plenerze, zaraz po odsłonięciu pamiątkowego kamienia na drugim brzegu Warty, na który popłynęliśmy wszyscy promem. Tak więc trochę wiedzy z geografii, geologii, botaniki i historii tego miejsca: Rezerwat przyrody Santockie Zakole im. Ryszarda Popiela położony jest na lewym brzegu Warty przy ujściu do niej Noteci. Pomimo nazwy w całości leży na terenie Gminy Deszczno. Powierzchnia rezerwatu wynosi 455,85 ha. Bezpośrednim sąsiadem rezerwatu jest miejscowość Santok położona na santockim wzgórzu grodowym. Rezerwat jest fragmentem rozległej terasy zalewowej wchodzącej w skład Kotliny Gorzowskiej, a ta z kolei jest częścią Pradoliny Toruńsko-Eberswaldzkiej. Bezpośrednio poprzez rzeki graniczy z wysoczyznową krawędzią Równiny Gorzowskiej. Zanim stał się rezerwatem przyrody „Santockie Zakole im. Ryszarda Popiela” był rezerwatem przyrody – „Santockie Zakole”. Utworzono go w 1998 r. rozporządzeniem Ministra Ochrony Środowiska Zasobów Naturalnych i Leśnictwa. Nadzór przyrodniczy nad nim sprawuje Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Gorzowie Wlkp., który nadał mu zarządzeniem Plan Ochrony z dn. 7.05.2015 r. Położony jest na obszarach Natura 2000, ptasiej Ostoi Dolina Dolnej Noteci, ostoi siedliskowej Ujścia Noteci. Obszar rezerwatu został ukształtowany przez wodę. Jest to teren polodowcowy, powstały w ostatnim zlodowaceniu (Vestulian). W wyniku ocieplania się klimatu występujący tu lądolód ulegał roztopieniu, odkrywając obszar pokryty mozaiką wleczonych przez niego osadów. Ogromne masy wody przez długi czas rzeźbiły tę powierzchnię spływając z północy na południe, łączyły się też z wodami rzecznymi podążającymi w odwrotnym kierunku i wspólnie obierały kierunek zachodni. Ich ruchy doprowadziły do wycięcia w podłożu szerokiego, równoleżnikowego obniżenia, zwanego Pradoliną Toruńsko-Eberswaldzką, która do dziś jest kształtowana wodami rzeki Warty i Noteci. Niesamowite efekty tych zdarzeń widać z krawędzi wysoczyzny z Santoka (Wysoczyzna pocięta wąwozami a powstała przez nacisk lodu na materiał, który niósł i w ten sposób utworzył 70-metrowy wał). Teren u stóp Santoka jest okresowo zalewany przez Wartę. z wieloma starorzeczami dawnego nurtu Warty, oczkami wodnymi, malowniczymi kępami lasu i zarośli. Czasem drzewa są zalewane w rezerwacie do wysokości 1 metra. Ptaki siedliskują w kępach starego ( ponad 250 letniego) dębowego drzewostanu. Rośnie tu również topola czarna i topola biała, wiąz szypułkowy. Są to pomniki przyrody. Kiedyś był to teren bytowania i rozrodu 150 – ciu gatunków ptaków lęgowych i gatunków przelotnych. Jednak susza, brak opadów śniegu, łowy drapieżników spowodowały zmalenie królestwa ptaków. Mieszkają tutaj: gęgawa, kulik wielki, derkacz, kropiatka, rybitwa białowąsa i białoskrzydła, rokitniczka, płaskonos, bielik, myszołów, żuraw, cyranka zwyczajna, czajka, krwawodziób, kszyk, bóbr, dzik, kozioróg, żaba śmieszka, wydra, szop, piżmak, bocian czarny, tracz, brzęczka. Wypasa się tam półdzikie bydło, które jest elementem naturalnym i atrakcją Parku. Z roślin występuje tutaj objęty ścisłą ochroną i jest już jego niewiele enklaw w Polsce – fiołek mokradłowy, grążel żółty, grzybienie białe, osaka aloesowata, przetacznik błotny, rzęśl długoszyjkowa (stosowana w maściach przeciwzapalnych, przeciwreumatycznych i przeciwstarzeniowych), selernica żyłkowana, żabiściek pływający, wierzba biała, olsza, wilczomlecze, zjawiskowe są łąki margaretkowe. Są też gatunki roślin i zwierząt niepożądane, które stanowią zagrożenie dla gatunków chronionych takie jak barszcz Sosnowskiego, nawłocie, norki amerykańskie zbiegłe z farm i biedronki azjatyckie.` Na terenie Parku toczyła się w zamierzchłych czasach bogata historia sięgająca początków naszego państwa Polskiego, czasów Mieszka I. Tędy przebiegała granica między Polanami a Pomorzanami, tutaj toczyły się bitwy o Santok. W 963 roku najechał i zdobył gród Wichman z pomorskimi Rederami. Potem dołączyli Do Rederów Wolinowie. Aby uchronić się przed najazdami Mieszko I , któremu podlegali Słowianie (Licikaviki) zapłacił Ottonowi I trybut z ziemi Lubuskiej. Po Przyjęciu chrześcijaństwa w 966 roku, ożenku z czeską Dobrawą gdy otrzymał w prezencie ślubnym 2 hufce jazdy (100 jeźdźców )

Czas na laur na głowie RYSZARDA POPIELA Dowiedz się więcej »

Nauczyciel, o którym nigdy nie zapomnę….

Autor artykułów na www.idealzegrzytem.pl dr Robert Wójcik wspomina swojego nauczyciela ze szkoły średniej , bo jak twierdzi: dużo mu zawdzięcza i bez Jego wiedzy nie byłoby artykułów o KODZIE TRZECH PUNKTÓW :https://idealzezgrzytem.pl/2023/08/03/mierzecin-kod-trzech-punktow/ , https://idealzezgrzytem.pl/2023/08/14/mierzecin-i-dalszy-ciag-kodu-trzech-punktow/, https://idealzezgrzytem.pl/2023/09/02/mierzecin-kod-trzech-punktow-zakonczenie/. 14 października obchodzimy – jak co roku – hucznie – DZIEŃ EDUKACJI NARODOWEJ. Wspominajmy swoich belfrów. Marzanna Leszczyńska Każdy ma w sobie głęboką tęsknotę, tęsknimy za tym czy tamtym, tą czy tamtą osobą. 14 października obchodzimy Dzień Edukacji Narodowej – Dzień Nauczyciela. Nieważne ile lat upłynęło od skończenia szkoły, to wspomnienia z tamtych czasów każdy z nas zapewne przechowuje w pamięci. W życiu szkolnym poza koleżankami i kolegami oraz rozmaitymi wydarzeniami, ważną rolę odgrywali moi nauczyciele. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że te moje „głębokie tęsknoty” , które zawsze były i ciągle są żywe odnoszą się do jednego z nich. Odegrał ważną rolę w moim życiu. Nie przesadzę, ale do dziś jest takim moim aniołem stróżem. Trudno jest jednoznacznie określić, jaką część aktualnych zasobów zawdzięcza człowiek swojej szkole i uczących w niej nauczycieli. Jednego jestem pewien – bez Pana Bolesława nie byłbym tym, kim dzisiaj jestem. Mówię o Panu inż. Bolesławie Indyku – nauczycielu zawodowych przedmiotów – geodezji , fototopografii i kartografii w Technikum Geodezyjno-Drogowym w Poznaniu w latach 1975 – 1979. Ktoś sobie pomyśli, że pytanie o nauczyciela ważnego dla mnie, powinno mnie przenieść w okres dzieciństwa, ale niestety wspomnienia ze szkoły podstawowej toną w mroku niepamięci. A może po prostu nikogo takiego nie spotkałem, lub nie chcę wspominać. Prawdę mówiąc z tego okresu pamiętam nauczycieli, którzy chwytali ucznia za ucho i okładali zapalczywie linijką po łapach. Nie wszyscy – ale tak było i nie raz tego sam doświadczyłem. Święty nie byłem…., w dzienniczku z naganami miałem wiele uwag. To były czasy bez praw ucznia. Moja „podstawówka” przełomu lat 60/70 nie stanowi atrakcyjnego przykładu do naśladowania. Po jej ukończeniu do wyboru pozostawało mi pójście do liceum lub technikum. Wybrałem to drugie. Banalne dlaczego – po prostu miałem do szkoły przysłowiowy „rzut kamieniem” – pięć minut drogi. W tym wszystkim już była jakaś metafizyka. Prawdę mówiąc nie miałem jakiś ciągot technicznych , ani wrodzonych predyspozycji do stania się geodetą ale, każdy ma swojego „anioła stróża” . Ja ze względu na dzień urodzenia ( 11 luty – środa) mam anioła Damabiaha – anioła…. źródła mądrości – i jestem pewien , że tą mądrość odnalazłem w technikum, do którego chodziłem – dzięki mojemu nauczycielowi – profesorowi ( bo tak się mówiło wtedy do naszych nauczycieli) – Panu Bolesławowi Indykowi. Technikum do którego chodziłem i zdawałem maturę – to szkoła z wielkimi tradycjami. Historia Zespołu Szkół Geodezyjno-Drogowych sięga końca XIX wieku, kiedy to powstała Szkoła Budowlana z wydziałem drogowym. W 1918 r. otrzymała ona nazwę Państwowej Szkoły Budownictwa. 1.IX. 1953 r. dyrektorem Technikum Drogowego został mgr Edmund Duczmal. Z jego inicjatywy 1.09.1956r. powstał Społeczny Komitet Budowy Szkoły, któremu przewodniczył inż. Aleksander Ponicki. Uzyskano lokalizację całego zespołu budynków szkolnych na nieruchomości przy ul. Szamotulskiej 33, o powierzchni 2,5 ha. W styczniu 1960 r. zakończono budowę szkoły. 1 czerwca 1960 r. powołano Technikum Geodezyjno- Drogowe, które powstało z połączenia Technikum: Drogowego i Geodezyjnego. Kierownictwo nowej Szkoły objął dotychczasowy dyrektor Technikum Drogowego mgr Edmund Duczmal. Duże zapotrzebowanie na kadrę geodezyjną spowodowało, że w 1961 zaczęto zabiegać o szybkie wybudowanie dalszych obiektów, które miały wchodzić w skład całego kompleksu szkolnego. W grudniu 1963 r. został oddany budynek mieszczący salę gimnastyczną, we wrześniu 1966 r. następny fragment, w którym znalazły się: sala geodezyjna, pracownie specjalistyczne, warsztaty, świetlica i stołówka. W styczniu 1966 roku przekazano szkole nowo wybudowany budynek internatu położony w sąsiedztwie obiektów szkolnych. We wrześniu 1968 r. dyrektorem szkoły został mgr Henryk Nawrocik. Wicedyrektorami zostali: mgr Romuald Kłosowski, inż. Teresa Cieślarska i mgr Henryk Jeran. W 1969 roku wszystkie szkoły objęto jednym kierownictwem dyrekcji Technikum Geodezyjno – Drogowego i otrzymały nazwę Zespołu Szkół Zawodowych Nr 5. Chyba w 1972 roku szkoła otrzymała nazwę … dziwnego patrona. Należy wspomnieć, że były to czasy głębokiej komuny. Patronem szkoły został … Cho Chi Minh – wietnamski polityk komunistyczny – paranoja. Tak, to były dziwne czasy – i co miał wspólnego ten człowiek z geodezją czy drogownictwem – wiedzą chyba tylko „ówczesne” władze. Ale chwała Bogu, to już historia. Mój profesor zawsze kiwał ręką , mówiąc do mnie – to tylko głupia polityka…. Wróćmy do moich czasów w technikum. Były to lata 1975 – 1979. Chodziłem do klasy V G. Dyrektora szkoły, Pana Henryka Nawrocika – pamiętam osobiście. Wszyscy się go bali, a przede wszystkim porannego przyjścia do szkoły. Chłopcy, byli wtedy praktycznie codziennie kontrolowani – jeśli chodzi o długość włosów. Musiały być zadbane (staranie uczesane) i oczywiście nie za długie ( powiedziałbym – bardzo długie) . W tym wszystkim było dużo ubawu dla nas, a w całej klasie unosił się zapach brylantyny… Pierwsza klasa w technikum – nie była ciekawa. Dominowały przedmioty podstawowe : matematyka , fizyka, polski, chemia, historia… Jeszcze nie wprowadzano nas w przedmioty zawodowe – poza rysunkiem technicznym. I co dziwne – tam już odnalazłem siebie – polubiłem to, a rysowanie redisówką tuszem na białym brystolu ( bloku technicznym) sprawiało mi dużo radości. Powiem tak – dzięki temu – do dziś mam wyrobiony charakter pisma. Niejednokrotnie styl mojego pisma – pomógł mi w przyszłej karierze zawodowej – nie mówiąc o tym – jak wiele miałem próśb od swoich kolegów, abym to ja napisał jakąś dedykację, zaproszenie w książce czy pamiętniku, nie wspomnę o listach do „pierwszych miłości” . Bardzo lubiłem też matematykę – praktycznie od dzieciństwa – ale właśnie w technikum trafiłem na wybitnego nauczyciela – Pana profesora Zbysława Kostkę. Był on postrachem w mojej klasie i nie tylko w mojej. Osoba bardzo zamknięta, szorstka niezwykle wymagająca i cicha, jednocześnie spokojna. Na 41 uczniów – ze spokojem potrafił wpisać 38 … tzw. Dwój ( 2). Był dla mnie obojętny jako człowiek, nie okazywał żadnych uczuć -ale w przekazywanej wiedzy, która do mnie docierała, był doskonały. Ja go rozumiałem co chciał nam przekazać – przede wszystkim podstawy matematyki. Wielu moich kolegów i koleżanek miało z tym problemy. Bali się go ja

Nauczyciel, o którym nigdy nie zapomnę…. Dowiedz się więcej »

MŁYN W BOGDAŃCU – OTWARTY

O uroczystym otwarciu muzeum „Zagroda Młyńska” w Bogdańcu. Spojrzenie niestandardowe. Zapraszam do obejrzenia Klipu na ludowo ze zdjęciami z dnia otwarcia z muzyką. Aby włączyć krótki film należy przycisnąć czerwony prostokąt z białą strzałką na obrazie poniżej. Marzanna Leszczyńska i Janina Pietrowicz 29 września 2023 roku została uroczyście otwarta Zagroda Młyńska w Bogdańcu. Muzeum Lubuskie zorganizowało to otwarcie w charakterze. Wszystko rozpoczęło się przedstawieniem teatralnym z minionego czasu a romantyczna akcja dotyczyła młyna i córki młynarza. Była ludowa muzyka, przepyszne ciasta, słynny chleb z tutejszej piekarni, owoce, personel gustownie na ludowo ubrany, dekoracje. Całość rewelacyjnie, lekko i z dowcipem poprowadził sam Roman Awiński. 3 i pół roku trwały prace renowacyjne i świetnym pomysłem było zaproszenie dzieci, które wtedy przyszły z przedszkola w Bogdańcu zobaczyć młyn, na początku renowacji a teraz po latach w dniu otwarcia odnowionego muzeum te same dzieci dostąpiły zaszczytu uczestniczenia w historycznej chwili. Muzeum Lubuskie przypomniało starą tradycję młynarzy – „ Zanurzenia w ziarnie ” i kto chciał mógł w niej uczestniczyć. Posypało się kolorowe konfetti. Nie zabrakło polityków, bo nic w tym dziwnego na dwa tygodnie przed ważnymi wyborami. Nie zabrakło podziękowań, wyróżnień i nagród. Data otwarcia 29 września została dobrana starannie ponieważ był to dzień urodzin najmłodszego mieszkańca młyna – Marka Rembasa ( spokrewnionego ze słynnym gorzowskim żużlowcem). Przybyli też honorowi goście, dawni mieszkańcy młyna – Sebastian i Helena Fierkowiczowie. Przypomniano , że niemiecka właścicielka młyna Ruth Henke zmarła 9 lat temu. Imieniny też obchodził obecny na uroczystości Michał Jarosiński – konserwator zabytków. Pozwoliłyśmy sobie złożyć solenizantowi imieninowe życzenia i przy okazji zamieniłyśmy z Panem Michałem Jarosińskim kilka zdań. Niestety zabrakło na otwarciu mocno zaangażowanej w odnowę Zagrody Młyńskiej vice dyrektor Muzeum Lubuskiego Pani Grażyny Tyranowskiej, która musiała wyjechać do Francji w ważnych sprawach rodzinnych, nie cierpiących zwłoki jakim jest zdrowie. Zapytałam Panią vice dyrektor tuż przed wyjazdem- „kto w renowacji tego zabytku odegrał kluczową rolę, dzięki komu widzimy to co widzimy, bo początki były przecież opłakane”. Odpowiedziała : Panowie – Błażej Skaziński i Michał Jarosiński. Pan Błażej Skaziński akurat uczestniczył w innym spotkaniu a pan Michał Jarosiński był w pracy ale przybył na otwarcie w roboczych ciuchach – przypomniała pani dyrektor Muzeum Lubuskiego – Ewa Pawlak. Przedstawię poniżej jedną z tych dwóch postaci – Pana Michała Jarosińskiego (konserwatora zabytków) ponieważ wyłoniła mi się postać wyjątkowo jasna, bardzo pozytywna, wielki pasjonat swojego zawodu, niezwykle i nadzwyczajnie zaangażowany w pracę, kochający zabytki ale przede wszystkim wielki profesjonalista. Jak wspomina vice dyrektor Muzeum Lubuskiego w Gorzowie Wlkp. – Grażyna Tyranowska pan Michał Jarosiński potrafił prowadzić z nią rozmowę na temat prac przy młynie w Bogdańcu a następnego dnia był już na drugim krańcu Polski. Zawsze przygotowany, pamiętający o wszystkich szczegółach rozmowy. Czasami jak mówi otrzymywałam odpowiedzi bądź zapytania o czwartej nad ranem, a właściwie o każdej porze dnia i nocy i zadawałam sobie pytanie: czy ten człowiek w ogóle śpi? Nie potrafił odmówić pomocy nikomu i raczej nie ze względu na chęć zysku i zarobku, ale wydawało się, że chce ocalić wszystko co da się ocalić – co jest zabytkowe, bo tutaj trzeba się śpieszyć. Jego zaangażowanie było imponujące , czasem kaskaderskie -niemal biegał z poświęcaniem się po dachach i wiele prac wykonywał osobiście a ja bałam się, że spadnie i się połamie albo i zabije. Wiecznie ubrany w swoje krótkie do kolan spodenki, koszulkę i czapeczkę z daszkiem. Tak też ubrany odbierał podziękowanie na otwarciu Zagrody Młyńskiej – wyrwany z pracy. Z powodu zaangażowania w tak wiele projektów Muzeum musiało Go niejednokrotnie karać -„po kieszeni” , ponieważ taki styl pracy – niestety – ale wiąże się z „zawalaniem terminów”. Z tego Pan Michał Jarosiński świetnie zdaje sobie sprawę ponieważ już na wstępie naszej rozmowy od razu przedstawił się jako człowiek nieterminowy. Wiedza Michała Jarosińskiego jest imponująca. Jak wspomina vice dyrektor Grażyna Tyranowska przy pracach katedry, po jej pożarze nadzór przy pracach Michała Jarosińskiego i kontrola nad nim była zbyteczna. Podziw wzbudzała jego uczciwość i nieugiętość w kwestii forsowania niekompetentnych decyzji, zamienników gorszej jakości. W takich wypadkach Pan Michał od razu wycofywał się i nie chciał się pod niczym podpisywać, nie chciał mieć z takimi pomysłami do czynienia. Przy odbiorze podziękowania z rąk dyrektor Muzeum Lubuskiego został przedstawiony jako człowiek, który urodził się po to, aby ich dotykać. Człowiek z misją. Widać, że kocha zabytki choć jak sam mówi – konserwacja to trudna droga, może być przygodą, ale to wymagająca praca, a zabytki nie wybaczają, to nie jest droga na skróty i opiera się na najważniejszym – na myśleniu. Wysłuchałam półtoragodzinnego wykładu Michała Jarosińskiego o renowacji gorzowskiej katedry po pożarze, w którym przebija talent pedagogiczny, a dobór informacji dla słuchacza jest niezwykle trafny, przekaz jasny, przystępny. Tak wiele można zrozumieć i dowiedzieć się o tym co istotne aby wydobyć piękno zakryte przez naleciałości czasu i prace barbarzyńskie. Pan Michał jest mistrzem w doborze i przeszkoleniu pracowników całego zespołu, który prowadzi renowację, doborze środków i technologii, których wachlarz jest szeroki ale nie wszystkie są odpowiednie bo jak twierdzi prace konserwatorskie też są inwazyjne. Teraz wiem, że najbezpieczniejsze są prace wykonane ludzkimi rękami, ich precyzja i wyczucie są bezkonkurencyjne, a kit, cement, beton to nie są są materiały dla zabytków. Nowe technologie muszą być stosowane rozsądnie i na wiele z nich odnowa zabytków niecierpliwie czeka, zwłaszcza na te kosmiczne technologie ( ciekawa jestem na czym polegają). Po tym krótkim wykładzie dużo wiem o spoinach między cegłami i widzę różnicę między dobrze i źle wykonanymi pracami patrząc na każdy mur bo ważna jest konsystencja spoiny, głębokość usuwanych spoin. Liczę na to, że pan Michał Jarosiński opowie z pasją na nowym wykładzie o tym jak odnawiany był młyn w Bogdańcu, co nowego zastosował i czy są już dostępne kosmiczne technologie i na czym one polegają. Jak nam opowiedział, od 10 lat odnawia zabytki w Lubuskim. Ma na swoim koncie prace w Paradyżu Gościkowie, Gorzowie, Bożycach ale nie liczy ile tych renowacji było. Lubi odnawiać wszystko- wyjątek stanowią druki i skóry. Uważa, że to praca dla pań i chętnie im oddaje ten „kawałek chleba”. Martwią mnie tylko leżące przed młynem potężne

MŁYN W BOGDAŃCU – OTWARTY Dowiedz się więcej »

GDY MORZE JEST JAK JEZIORO

Będzie o początku września tego roku, początku wakacji czyli o wrześniu wyjątkowo ciepłym i słonecznym. Wspomnienie lata, które właśnie odeszło, lata nad Bałtykiem. Ze zdjęciami, muzyką, bo kto nie lubi oglądać zachodów słońca i nie lubi spacerować brzegiem morza… Mój początek roku szkolnego spędziłam nad Bałtykiem. Chyba można powiedzieć, że to były „dorosłe wagary”. Tekst o początku roku szkolnego na wagarach należy więc do mnie. Na drugą część – szkolną – wiedzę naukową zapraszam w drugiej części artykułu poniżej – od dr Roberta Wójcika a jest ona o tym: skąd się biorą różne kolory wody w morzu .. Część pierwsza – zapraszam – Marzanna Leszczyńska Trochę szaleństwa nigdy nie zaszkodzi … Nasze kochane Morze Bałtyckie ma przeważnie stalowy kolor, zazwyczaj jest zimne i mniej lub bardziej faluje. Oczywiście ma to swój urok, a kto umie korzystać z zimnego morza to – jego wygrana dla zdrowia i urody. Zdarza się, że i w Polsce nad Bałtykiem można się poczuć jak w tropikach, jak w krajach południowych. Nie często, ale zdarzają się takie dni. Przydarza się uspokojony, nie falujący, ciepły Bałtyk i wtedy można w nim popływać jak w wielkim jeziorze. Uwielbiam taki Bałtyk. Nigdy nie jest idealnie gładki. Ma wtedy malutkie fałdki. Przypomina jedwabny materiał na lekkim wietrze. Takie morze przybiera inne niż zazwyczaj kolory. Potrafi być intensywnie błękitne ( grecki błękit), jasno niebieskie, zielone, żółto – zielone, fioletowe a nawet seledynowe. Przy zachodzącym słońcu pojawiają się dodatkowe cuda: srebro jakby morze posypane brokatem, kolorowe pasy, czasem rysuje się biała ścieżka przez morze do słońca czy jak kto woli od słońca w kierunku brzegu… Widok takiego morza to po prostu sama radość, życie wydaje się kolorowe, piękniejsze. Gdy patrzę na plażę z wysokości rewalskiego klifu to widok jest taki jakby ktoś z góry spuścił płachtę jedwabiu. Ludzie spacerujący na tle tego obrazka morza często dopełniają dziwnej całości. Jest to nierzeczywisty widok właśnie z tej góry. Pojawia się wrażenie, że zaraz woda wleje się do pokoju domu na klifie patrząc przez oszklone drzwi, które są właściwie całą przezroczystą rozsuwającą się ścianą. Wyobraźnia działa w zależności od tego, kto spaceruje po plaży. Warto mieć lornetkę. Podpatrywanie ludzi spacerujących po plaży to jak oglądanie filmu. Czasem wzbudzają zdziwienie swoją obecnością- wyjęci jak z górskiej wycieczki, gdy pojawią się jak górscy globtroterzy z wysokimi plecakami, traperami na nogach i z kijkami. Zdziwienie budzą zakonnice w habitach i szarych welonach. Rzadkością są piękne dziewczyny czyli naturalne, lekko opalone, bez powiększonych ust, bez przesadnej opalenizny starego siodła, bez botoksu, tatuażu, tipsów i ubrane nie w stroje z dekathlonu ale w kobiece sukienki na boso z klapami w rękach, pięknie wyglądają starsze spokojne panie siedzące na leżakach, przykryte kocami, patrzące w dal, w horyzont. Zapadają w pamięć obrazki naturalności. Miłe niespodzianki są zawsze. Rozkoszne zawsze są małe dzieci, ich zabawy w wielkiej piaskownicy jakim jest plaża i pluski w wodzie, które malują na buziach: spontaniczne szczęście albo zapierające w małych piersiątkach zaskoczenie. Przy zachodzącym słońcu na horyzoncie pojawiają się linie. Są kolorowe, tzn. raz niebieskie, innym razem białe, srebrne a nawet złote. Potrafią trwać bardzo krótko, czasem pojawiają się i znikają za chwilę. Dziś był dla mnie wyjątkowy, wrześniowy dzień, bo pływałam w morzu a przede mną zachodziło słońce. Zniżało się coraz bardziej a ja je obserwowałam płynąc w wyjątkowych warunkach. To był luksus. Byłam sama, w zasięgu wzroku nie było nikogo, przede mną tylko drewniane kołki wbite w dno na których siedziały mewy. Czasem któraś przeleciała mi nad głową. Akurat wszyscy wyszli z wody, nawet młody człowiek pływający na SUP- ie. Ciepła woda, spokojna, czysta. Pływanie bez lęku, które zawsze dają fale. Pływanie z poczuciem bezpieczeństwa. Morze przybrało kolor błękitny a odbijające się w wodzie zachodzące słońce utworzyło przeplatające się z tym błękitem pomarańczowe pasy. Trafił mi się rzadki luksus – uznałam to za nagrodę ze strony natury, która być może odwdzięczyła się za to, że zrezygnowałam z wygody, lenistwa, komercji a wyszłam w kierunku spotkania się z nią. Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmu – poniżej – z muzyką ze zdjęciami z Rewala spokojnego morza o różnych kolorach. Naciśnięcie czerwonego kwadracika z białym trójkącikiem uruchomi film. Część druga – o tym dlaczego morze przybiera różne kolory i co ma na to wpływ opowie z pasją z naukowego punktu widzenia – specjalista od wody, klimatu i gleby dr Robert Wójcik Kolory morza … Morze Bałtyckie jest wyjątkowym zbiornikiem wodnym, jego charakterystyczna linia brzegowa jest jedyna w swoim rodzaju. To średniej wielkości morze łączy ze sobą linie brzegowe aż 9 krajów. Plaże nad Bałtykiem są przeważnie piaszczyste co jest dość rzadkie jeśli chodzi o morskie wybrzeża. Każdy Polak był lub będzie nad Bałtykiem przynajmniej raz w życiu, dlatego zapraszam do lektury ciekawostek o naszym jedynym morzu. Bałtyk potrafi zachwycać swoją kolorystyką. Niemal codziennie może przybierać inny odcień, a wszystko w zależności od nasłonecznienia, kąta padania promieni słonecznych, stopnia zachmurzenia, wilgotności powietrza nad wodą, zasolenia wody oraz jej głębokości. Podczas pięknej, słonecznej pogody urzeka błękitem, a w czasie sztormu zadziwia stalowo-szarym odcieniem. Choć jednak Bałtyk przyjmuje różne barwy, to standardowo jest zaliczany do mórz zielonych, ponieważ w wodzie znajdują się zawiesiny pełne drobnych organizmów. Zielona barwa wynika także z niskiej temperatury oraz bardzo małego zasolenia wody. Są morza, które zostały nazwane od swojego koloru – barwy. Czy ma to jakieś podstawy rzeczywistości tego faktu – magii koloru ? W pewnych przypadkach tak. Na przykład Morze Czerwone na co dzień nie jest czerwone, ale tam zakwitają dosyć często pewne glony morskie, które dają intensywnie czerwony kolor. Wtedy morze faktycznie przybiera taką nietypową barwę . W Morzu Żółtym w Chinach mamy bardzo dużą zawartość glinek i lessu, który intensywnie zabarwia wodę. Z kolei Morze Czarne jest naprawdę czarne poniżej głębokości 150-200 metrów. W tamtych rejonach nie ma już życia. To pustynia beztlenowa z dużą ilością siarkowodoru, który zabija żywe organizmy. w Morzu Śródziemnym nie ma w ogóle rozpuszczonej materii organicznej, przez co to morze jest niebieskie. Dlaczego Bałtyk jest często zielonkawy, choć zazwyczaj kojarzy nam się z kolorem szarym, szafirowym, granatowym, niebieskim a czasami brunatnym ? Kolor mórz tworzy klimat i otaczająca nasz żywa przyroda, a w zasadzie nasz architekt

GDY MORZE JEST JAK JEZIORO Dowiedz się więcej »

Baśniowe Przelewice

O nocy bajek w Przelewicach we wspomnieniach i refleksjach z roku ubiegłego tuż przed nocą bajek, która odbędzie się 9 września 2023 roku. Marzanna Leszczyńska i Halinka Henseler Fotografie użyte w clipie: Marzanna Leszczyńska i Halinka Henseler 9 września 2023 roku w Przelewicach odbędzie się kolejna „Noc bajek”. Tym razem – urodzinowa, arboretum obchodzi w tym roku 90-te urodziny. Z pewnością będzie wyjątkowo i z pewnością pojawią się tłumy dorosłych z pociechami. Uczestniczyłyśmy w „Nocy bajek” w roku ubiegłym – 2022 i zaskoczyła nas ogromna frekwencja. Duże widowisko, kilka scen, teatr, wychowawcze spektakle, piosenki przy, których podrygują nogi, hity które się nie starzeją i te, które śpiewa już trzecie pokolenie. Piosenki Majki Jeżowskiej i małej Natalii Kukulskiej nigdy nie umrą. Ogród nocą w Przelewicach, oświetlony kolorowymi światłami, które stworzyły nową rzeczywistość w parku tej letniej nocy . Była to nie tylko bajkowa sceneria ale również sceneria fantastyczna, poniekąd kosmiczna jak z „Gwiezdnych wojen” czy też filmowa z gatunku grozy i horroru. Niezwykłe wydarzenie nie tylko dla dzieci ale i dla dorosłych, raj dla fotografów. Uczestnik imprezy miał możliwość nie tylko oglądania ale w pewnym sensie poruszania się w tej rzeczywistości, w której czekały go różne niespodzianki. Organizacja tego zeszłorocznego przedsięwzięcia była na pewno trudna, wielka i skomplikowana i dlatego na pewno warto pamiętać o pewnych kwestiach będąc już tam razem ze swoimi pociechami. Warto zastanowić się i przemyśleć sposób skorzystania z tej imprezy. Miałyśmy sporo refleksji po imprezie jaką była „Noc bajek ” w Przelewicach. Wprawdzie chciałyśmy ze sobą zabrać 5-letniego Igorka , ale jego rodzice po zapoznaniu się z faktem, że jest to impreza od godz. 20.00 wycofali się, argumentując, że chodzenie po parku nocą z dzieckiem, które jest wrażliwe nie wchodzi w grę, bo wiedzą, że potem mogą być lęki, silne przeżycia i boją się go przestraszyć, że jest po prostu jeszcze za mały. Uważamy, że to była rozsądna decyzja rodziców. Będąc tam widziałyśmy bardzo dużo małych dzieci, przedszkolnych, w wózkach. Te najmniejsze w wózkach spacerowych po prostu szybko zasnęły i z pewnością nic już nie widziały i było im pewnie już wszystko jedno. Ale były też takie, które szły przez ten udekorowany- tak aby straszyć – park i one się po prostu bały, co rusz słyszałyśmy jak rodzice zachęcają swoje dzieci do pokonywania przeszkód. Przyznałyśmy szczerze, że pewne fragmenty parku były szczególnie straszne, psychodeliczne. Fragment parku, gdzie pod drzewami siedziały lalki i słychać było psychodeliczną muzykę przeszłam błyskawicznie. Nie oglądałam horroru o lalce, która zabijała, ale ponoć był wyjątkowo straszny. Wrażenie robiły zawieszone na drzewach ramy z maskami. To były dekoracje, które sugerowały duchy, morderstwa, upiorność. To były miejsca raczej dla starszych dzieci, młodzieży i dorosłych. Miłośnicy i poszukiwacze mocnych wrażeń, świadomi swojej wytrzymałości, dojrzali emocjonalnie i wiekowo czuli się z pewnością usatysfakcjonowani. Ale czy dzieci w wieku wczesnoszkolnym czy przedszkolnym, które się tam znalazły niewiele rozumiejąc? Zadałyśmy sobie pytanie retoryczne: Czy aby rodzice nie będą mieli jakiś problemów ze swoimi dziećmi po takich wrażeniach, czy nie odbiją się te obrazy negatywnie? Na pewno warto przemyśleć sposób uczestniczenia swojej pociechy, wziąć pod uwagę wiek i wrażliwość swojego dziecka. Czy na pewne wrażenia nie jest jeszcze za wcześnie, a wtedy gdy dziecko płacze i się boi – zakończyć imprezę na jakimś etapie, wiedzieć gdzie lepiej się nie zapuszczać. Organizator nie jest w stanie czuwać nad wszystkim, w rękach rodziców spoczywa wiele, oni najlepiej znają swoje dzieci i to co dla jednych jest łatwe dla innych już takie być nie musi i nie ma się co sugerować, że inni dają radę. Inną sprawą , o której warto wiedzieć jest to aby raczej nie wracać w miejsce, w którym już byliśmy, bowiem bajki odgrywane są cyklicznie i się powtarzają. Po prostu czar pryska i odsłaniają się kulisy teatru. Lepiej nie pozbawiać za wcześnie dzieci naiwności dziecięcej, wiary w to co widziały za pierwszym razem. Bo to co było mówione tylko do nich, aby czuły się wyjątkowo nagle widzą, że to samo jest mówione do innych widzów. Przypomina to rozczarowanie, gdy odkrywamy, że powierzona nam tajemnica za chwilę szeptana jest do ucha innej osoby. Nad pewnymi kwestiami muszą czuwać rodzice, aby impreza była w pełni pozytywnych wrażeń wyjątkową i udaną imprezą. I jeszcze jedno. Jest to też znakomita okazja, aby pięknie przebrać swoje pociechy. Jednak przebrania, które widziałyśmy jak na … Halloween – naprawdę budzą litość. Jaka będzie „Urodzinowa noc” w 90-te urodziny arboretum w Przelewicach? Zobaczymy już w najbliższą sobotę.

Baśniowe Przelewice Dowiedz się więcej »

MIERZĘCIN- Kod trzech punktów zakończenie

Zapraszam na trzecią część historii dotyczącej odkryć tajemniczego „KODU TRZECH PUNKTÓW” wokół pięknego pałacu i zabytkowego parku w Mierzęcinie. A wszystko to z opowieści dr Roberta Wójcika, który spędził tam dziesięć lat swojego życia. Słuchowisko ze zdjęciami, muzyką. W części trzeciej KODU TRZECH PUNKTÓW jest dużo o liczbie „dwanaście”, która stanowi klucz do zagadki. Świat liczb jest światem autora, który umie z niego czytać i korzystać, a liczba „dwanaście” jest ideałem i doskonałością. Pozostaje pytanie czy wiedza i inteligencja człowieka wystarczają aby tworzyć takie teorie czy też potrzebny jest jeszcze dodatkowy „pstryk” – wskazówka – z innego wymiaru… Pikanterii dodaje fakt, że w dużej mierze są to osobiste doświadczenia, można powiedzieć wiedza z pierwszej ręki a nie tylko studia literatury i zbieranie informacji od innych osób. Czas też zaznaczyć, że architekci znający Mierzęcin zgadzają się z tą teorią , sprawdzali i zadają sobie pytanie ” Jak można było wpaść na to?”… Oto linki do pozostałych części: https://idealzezgrzytem.pl/2023/08/03/mierzecin-kod-trzech-punktow/ oraz druga część: https://idealzezgrzytem.pl/2023/08/14/mierzecin-i-dalszy-ciag-kodu-trzech-punktow/ Marzanna Leszczyńska Dodatek specjalny. Autor wspomnień, odkrywca tajemnic dr Robert Wójcik osobiście opowiada o swoich odkryciach w Mierzęcinie. Autorką filmu, który został nakręcony w plenerach zabytkowego parku przy Pałacu w Mierzęcinie z autorem wspomnień dr Robertem Wójcikiem jest Pani Ewelina Ghodsimamam.

MIERZĘCIN- Kod trzech punktów zakończenie Dowiedz się więcej »

Mierzęcin – powrót po latach

Zapraszam na słuchowisko o historii odtworzenia stawu przy Pałacu Mierzęcin i o historii ludzi, którzy odtwarzali to miejsce. Zdjęcia aktualne przeplatają się ze starymi z lat, gdy trwała odbudowa. W tym słuchowisku jest o tym, jak padło na wybór tego miejsca. W tedy była to ruina, teren zdewastowany, zaniedbany. To był trudny czas ale paradoksalnie piękny. Czas pracowity, pełen entuzjazmu, energii, twórczych myśli i tempa, sprinterskiego tempa. Te wspomnienia były pierwsze, od nich – jak za pociągnięciem sznurka zaczęły się snuć i tworzyć następne opowieści, krasomówczo napisane.

Mierzęcin – powrót po latach Dowiedz się więcej »

MIERZĘCIN I DALSZY CIĄG KODU TRZECH PUNKTÓW

Dr Robert Wójcik i Marzanna Leszczyńska zapraszają na drugą część nowej wersji artykułu pt: ” Mierzęcin – nie pytaj więcej…” Część trzecia słuchowiska i ostatnia już wkrótce. Jest tu o krzyżu chciałoby się powiedzieć -wszystko, a jeśli nie wszystko to z pewnością dużo. Nie jest to przypadek, bo krzyż jest elementem układanki w teorii „Kodu trzech punktów„. Widać w tym pasję rozwiązywań trudnych zagadek przez autora tekstu dr Roberta Wójcika. Arcyciekawa wiedza z tzw. warstwą pozazmysłową. Wyszukane ilustracje, zdjęcia pozwalają lepiej zrozumieć artykuł. Historia , życie, prawa i zwyczaje, których dziś już nie ma. Kolejna odsłona z wielkiej tajemnicy. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi słuchowisko. https://youtu.be/V6Ft6-O_Ov8   https://idealzezgrzytem.pl/2023/08/03/mierzecin-kod-trzech-punktow/ oto link do części pierwszej    

MIERZĘCIN I DALSZY CIĄG KODU TRZECH PUNKTÓW Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry