Kultura

ŚWIETY GRAAL – LUBUSKIM ŚLADEM ???

Autor artykułu dr Robert Wójcik Czy Święty Graal istnieje i gdzie się znajduje? Czy w ogóle prowadzone są poszukiwania Świętego Graala i czy kielich Jezusa daje nadprzyrodzoną moc niczym kamień filozoficzny? Okazuje się, że zdaniem niektórych historyków, Templariusze mogli ukryć Święty Graal w Polsce – na terenie regionu lubuskiego. To sensacyjna wiadomość – jeszcze niczym nie potwierdzona, ale może prawdziwa. Święty Graal – historycy i poszukiwacze skarbów próbują go odnaleźć od setek lat. Czy kielich, którego użył Jezus Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy, naprawdę istnieje? A może opowieść o Świętym Graalu została zmyślona i to jedynie mistyfikacja, która zawładnęła naszą wyobraźnią? Przecież każdy poszukiwacz skarbów chciałby odnaleźć artefakt mający cudowną moc, zapewniający bogactwo i nieśmiertelność. A może mamy go pod nosem, patrzymy na niego, ale nie wiemy, że to właśnie chrześcijańska relikwia? Dwoje uczonych hiszpańskich twierdzi, że zidentyfikowali prawdziwego świętego Graala. Ale teorii związanych z tym tajemniczym kielichem jest wiele. Był związany z Całunem Turyńskim? Używali go pierwsi papieże? A może to wcale nie kielich, tylko księga lub pewna konkretna kobieta? Kielich zrobiony z agatu, złota i onyksu, inkrustowany szlachetnymi kamieniami, składa się z dwóch połączonych ze sobą czarek, jednej zwróconej do góry, a drugiej do dołu. Znany jest też jako kielich infantki Urraki (znajdujący się w tzw. panteonie romańskiej kaplicy grobowej), córki Ferdynanda , króla Leonu i Kastylii w latach 1037-1065. Po analizie egipskich źródeł pochodzących prawdopodobnie z XI wieku, gdzie mowa jest o pucharze z Grobu Pańskiego, naukowcy doszli do wniosku, że być może znajdujący się w hiszpańskim Leonie kielich to właśnie św. Graal. Jakie są inne opowieści związane z tym tajemniczym naczyniem?   Legendy czy mity, sensacje czy prawda ? Po raz pierwszy wzmianka o nim pojawia się w XIII wieku w dziele Roberta de Borona „Józef z Arymatei”. Zgodnie z tą wersją Józef po pogrzebie Jezusa otrzymuje od Piłata kielich, którego Jezus miał używać podczas Ostatniej Wieczerzy. Według jednej z legend do naczynia mężczyzna zebrał krople krwi Zbawiciela. Gdy Żydzi odkrywają, że w grobie nie ma Jezusa, to Józef zostaje oskarżony o Jego ukrycie, następnie uwięziony i głodzony. Zgodnie z tą wersją w więzieniu ukazuje się Józefowi zmartwychwstały Jezus. Zwraca mu kielich, który zabrali mu Żydzi, a następnie Chrystus wydaje polecenie, by odtąd Józef został strażnikiem tego kielicha. To od Jezusa otrzymuje on wskazówki dotyczące odprawiania mszy świętej. Żywi go, by mężczyzna nie umarł z głodu. Ostatecznie, według przekazu de Borona, po zburzeniu Jerozolimy w 70 roku Józef ucieka ze swoim szwagrem Bronem do Brytanii i tam ukrywa relikwię. Potomkowie Brona noszą miano Bogatego Rybaka. Jest też druga legenda związana z kielichem i Józefem z Arymatei. Ona nawiązuje już do przypuszczeń, że z naczynia pił Jezus. Potem tego kielicha użył żydowski kupiec Józef, który napełnił go krwią wyciekającą po śmierci Jezusa z jego przebitego boku. Legenda głosi, że za głosem anioła opuścił Ziemię Świętą i udał się do Brytanii, gdzie posłuszny rozkazowi Boga, osadził się w tym miejscu i wybudował zamek. Miała to być Strażnica Graala, w której został ukryty kielich. Strażnica miała być ukryta na granicy świata materialnego i duchowego. Do jej wnętrza mógł się dostać jedynie człowiek prawy i uczciwy. Na jego poszukiwanie rzekomo wyruszyli rycerze króla Artura, ale bezskutecznie, naczynia nie mogli znaleźć. Jedni podają, że do wspomnianego zamku dotarł Percewal i to właśnie on odnalazł kielich. Inni zaś utrzymują, że Graal trafił w ręce nieślubnego syna Lancelota, Galahada, jednego z rycerzy Okrągłego Stołu. To legendy – a może trochę tam jest prawdy ??? Inną legendą o Graalu jest Cykl Wulgaty: Post-Vulgate Merlin oraz Vulgate Mortu Artu. Obejmuje ona dwie anonimowe opowieści, które powstały między 1210 a 1230 rokiem. W nich też jest mowa o dwóch Graalach. Jeden z nich pochodzić miał z Ostatniej Wieczerzy, a drugi miał być książką napisaną przez Jezusa. Warto zaznaczyć, że pod koniec XIII wieku słowo „graal” używa się na określenie kielicha. Święte naczynie było przypisywane własności krzyżaków, zwłaszcza między XII i XIII wiekiem. Idżmy dalej – bo mamy hiszpański wątek legend … Jak święty Graal znalazł się w Hiszpanii? Jest z tym związana teoria, że został odebrany chrześcijanom w Jerozolimie. Po zajęciu miasta przez muzułmanów został przywieziony do Kairu. Następnie kielich został podarowany władcy muzułmańskiemu w podziękowaniu za pomoc, jakiej udzielił mieszkańcom Egiptu. Ten z kolei podarował kielich królowi Ferdynandowi na znak pokoju. Dwoje hiszpańskich historyków, Margarita Torres i Jose Manuel Ortega del Rio oceniają, że naczynie może pochodzić z okresu między I w. przed Chr. a I w. po Chr. Co ciekawe, pierwsze jego 400 lat okrywa tajemnica. Wiemy, że od IV wieku znajdował się w kościele zbudowanym nad Grobem Pańskim. Hiszpańscy naukowcy twierdzą, że nie ma wątpliwości co do tego, że jest to kielich czczony już przez pierwszych chrześcijan jako świadek Ostatniej Wieczerzy. Natomiast nie ma przekonującego dowodu na to, że tym naczyniem posługiwał się Jezus. Celtycki wątek – „ przedmiot o niezwykłej mocy” Pochodzenia kielicha poszukiwano również w celtyckich mitach. Uważano, że święty Graal jest celtyckim kamieniem posiadającym niezwykłą, magiczną moc. Moc kielicha łączono również z celtyckim podaniem o magicznym kotle.  Wzmianka o Graalu pojawiła się także w poemacie z 1190 roku. Nazywana jest „un graal”, wykonana w sposób przypominający tacę, ozdobiona kamieniami i używana do przetrzymywania hostii. Mamy tu więc nawiązanie do naczynia pełniącego istotną funkcję podczas sprawowania mszy świętej. Są też zapiski historyczne, w których to kielich trafił w 1436 roku do Walencji, do katedry Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny jako prezent od króla Alfonsa Aragońskiego. Od 713 roku kielich przebywał w rejonie Pirenejów, potem dotarł do San Juan de la Pena. Następnie w XIV wieku trafił do Saragossy, następnie do wspomnianego króla Aragonii. Z kolei władca wysłał kielich do pałacu w Walencji.  Jest też legenda rzymska… Według niektórych historyków wcześniej święty Graal znajdował się w Rzymie, a trafił tam dzięki św. Piotrowi. Ale obecność kielicha w tym miejscu została poświadczona do połowy III wieku. W tradycji traktuje się Graala jako kielich używany przez następców św. Piotra, kolejnych papieży aż do św. Sykstusa II, kiedy to został wysłany do Huesca, aby uwolnić go spod prześladowania cesarza Waleriana.  A może skupmy się wokół arturiańskich opowieści ? Kielich pojawia się także w jednej z arturiańskich legend, a

ŚWIETY GRAAL – LUBUSKIM ŚLADEM ??? Dowiedz się więcej »

Casablanca – exhibition w Willa des Arts

Sztuka współczesna i ja czyli o tym jak zazgrzytało…- Marzanna Leszczyńska Będąc w Casablance tylko jeden dzień (3 lutego 2026 r) chcieliśmy odwiedzić jakąś galerię malarstwa. Zwabiła nas interesująco brzmiąca informacja: „ Villa des Arts – Reconciliation. Nabil Bahya”. Przyjechaliśmy Uberem w część miasta z pięknymi willami. „Willa des Arts” okazała się wyjątkowa – biały budynek z ogrodem, klasyczny styl. Zadziwiająco harmonijne zestawienie willi i ogrodu – bez przepychu, wysoka jakość, wyrafinowany gust, artystyczna metaloplastyka. Ależ było obiecująco na początku zwiedzania… Przyjechaliśmy Uberem w część miasta z pięknymi willami. „Willa des Arts” okazała się wyjątkowa – biały budynek z ogrodem, klasyczny styl. Zadziwiająco harmonijne zestawienie willi i ogrodu – bez przepychu, wysoka jakość, wyrafinowany gust, artystyczna metaloplastyka. Ależ było obiecująco na początku zwiedzania… W środku parę sal. Na białych ścianach zawieszone prace Nabil Bahya czyli rozwałkowana nieregularnie farba na blejtramach – różne kolory, czasami kolory nałożone na siebie. Do tego pokazano film jak ten artysta je tworzy czyli wałek, stół i powstawanie tych dzieł (przypominało to klasyczne tapetowanie). Gdy to zobaczyłam – wściekłam się na tyle, że nie chciało mi się zapoznawać z tym całym procesem tworzenia tych dzieł. Pomyślałam tylko – jak można tak źle wykorzystywać ten wspaniały budynek, jak szkoda tego miejsca… Nikogo tam nie było oprócz nas – to chyba wymowne. Ale, ale… ktoś chyba wyczuł reakcje oglądających podobnych mi, bo na pocieszenie takim, w jednej z sali wisiały prace, które zadośćuczyniły mi wielkie rozczarowanie. To prace Louis Morere (1885-1949). Nic dodać , nic ująć tylko porównać obu artystów i resztę szczerze dopowiedzieć sobie samemu. Nawet nie chciało mi się tego malarstwa Nabil Bahya fotografować, zrobiłam dwie foty na pamiątkę. Nie rozumiem tego typu sztuki, działa na mnie jak przysłowiowa płachta na byka, za bardzo mnie denerwuje – dlatego niechętnie odwiedzam galerie sztuki współczesnej. Czuję się obrażona, oszukana bo nie widzę w tym sztuki, a przecież przyszłam oglądać coś co nie każdy potrafi. Nie wierzysz w to co mówię? To weź wałek i spróbuj zrobić takie dzieło jak Nabil Bahya, a potem weź pędzel i farby i spróbuj tak jak Murerer. Może powinnam zostać biczem na tę współczesną twórczość, bo przecież ktoś przecież musi. Marzanna Leszczyńska

Casablanca – exhibition w Willa des Arts Dowiedz się więcej »

O małych księżniczkach przy okazji koncertu „Czarodziejski świat bajek”

Zapraszam do nietypowej recenzji Koncertu Familijnego w Filharmonii Gorzowskiej pt : Czarodziejski świat bajek” – Wiktoria Banach Cała sala Filharmonii Gorzowskiej zapełniła się małymi księżniczkami na Koncercie Familijnym pt: „Czarodziejski świat bajek”. Filharmonia ogłosiła, aby dziewczynki przyszły w strojach księżniczek. Pomysł wpisał się celnie w modę na księżniczkę jaka panuje wśród dziewczynek w wieku przedszkolnym : szyte są sukienki a` la księżniczka, opaski na włosy jak diademy czy korony. Kiedyś dziewczynki tak się ubierały na przedszkolne bale karnawałowe, lub do roli w przedstawieniach – dzisiaj okazji jest mnóstwo, każda może się poczuć księżniczką zakładając odpowiednią sukienkę. Koncert odniósł sukces, bo sala wypełniona była po brzegi – piosenki z bajek Walta Disneya, piękny śpiew solistki panny Melodianny i solisty Rytmisława Stuk – Puk, dzieci zaangażowano ruchowo, pośpiewały nawet, a koncert miał wychowawcze przesłanie – zachęcał do realizacji dziecięcych artystycznych marzeń, podbijał ambicję, mówił o tym , że trema i nieśmiałość to naturalna sprawa i trzeba nad tym pracować, a nie uciekać z aktywności z tych powodów. Stroje solistów kolorowe, bajeczne – chociaż pomysł na strój Melodianny już widziałam u Dzwoneczka z „Piotrusia Pana” tylko, że tam był różowy, tutaj solistki ubrano w czerwony falbaniasty dół i pasiate bluzeczki. Na dowód przypominam zdjęcia z Koncertu pt: „Piotruś Pan” (grudzień roku 2022). Przyjrzałam się swojej 6 letniej podopiecznej i dziewczynkom na tym koncercie – były bardzo pochłonięte swoimi sukienkami, spontanicznym tańcem i jak te sukienki się kręcą oraz obserwacją strojów innych dziewczynek – wędrówek nie było końca. Myślę, że te wszystkie wątki wychowawcze nie miały szans się przedrzeć w tych emocjach i zadaję sobie pytanie, które z dziewczynek je wychwyciły? Nie wierzycie? Popytajcie swoje pociechy. Miejmy nadzieję, że rodzice wychwycili przekazy i będą je mieć w świadomości i wykorzystają je w procesie wychowawczym. W dzisiejszych czasach panuje moda na księżniczkę i to od dłuższego już czasu tak jak moda na tatuaże. Zauważyłam, że rodzice mówią do swoich córeczek – „księżniczko”. Zadałam sobie pytanie czy to dobrze? Księżniczka to osoba wyjątkowa, najważniejsza, o względy której zabiegają wszyscy, piękna, bogata, która nic nie musi, rozkapryszona, często sama nie wie czego chce, znudzona… Tak jest w bajkach. W rzeczywistości często prawdziwe księżniczki wyglądały jak pokojówki, a pokojówki wyglądały jak księżniczki. rys. Marcina Szancera do bajki J. Ch. Andersena ” Księżniczka na ziarnku grochu” Myślę, że każda dziewczynka słysząc:” jesteś księżniczką” myśli że jest piękna, a może w ten sposób podsyca się jej pragnienie bycia piękną. A przecież to nie prawda, bo nie każda dziewczynka jest piękna i nie wiem co by niektóre nie robiły to piękne nigdy nie będą. Życie jest inne, to nie jest prawda, że bycie piękną jest w życiu najważniejsze i gwarantuje sukces życiowy. Efekt presji i dążenia do bycia pięknym bywa często śmieszny a nawet dramatyczny. Mam wrażenie, że nadszedł czas, aby zwalczać tę dziwną modę, a dorośli powinni mądrze wychowywać swoje pociechy. Ileż to pań zrobiło ze swoich córek swoje lustro i chciałoby dla nich tego czego same pragnęły, ale nie osiągnęły. Zauważam nawet, że córki mają więcej zdrowego rozsądku i obiektywnego spojrzenia na siebie niż ich mamy. Pytanie czy ta presja, moda od najwcześniejszego wieku nie przyczynia się do tych wszystkich sztucznych poprawek urody : botoks, nadęte usta i podsyca wszelką próżność. Na pewno tak. Z księżniczką będzie mi się do końca życia kojarzyła „porządna lekcja” jaką odebrała pewna ładna i skoncentrowana na sobie osóbka – wtedy 20-letnia na obozie w Bieszczadach. „Kacha” studiowała architekturę, była atrakcyjna i tworzyła zakochaną parę ze „Stachem”. Nie wiem czy „Kachę” lubił ktokolwiek, „Stacha” uwielbiali wszyscy – facet łatwo nie miał, bo ponoć „ciągnął” dwa kierunki – jej i swój. Na tym obozie „Kacha” przeszła samą siebie. To był obóz przetrwania, a my wszyscy tyraliśmy tam równo bo wszystko musieliśmy zorganizować sami – sami gotowaliśmy, zbierali jagody, wałkowali ciasto na pierogi butelką, oprawiliśmy barana, którego załatwiliśmy od gospodarza z wioski, spaliśmy w namiotach, troszczyliśmy o tych, którzy leżeli z gorączką, organizowaliśmy ogniska, śpiewy gry i zabawy. „Kacha” nie uczestniczyła w tym przyziemnym życiu – albo bolał ją kręgosłup, albo znikała ze „Stachem”, albo rysowała portrety przed namiotem. Wiecznie „ przyklejona” do „Stacha”, trzymająca go z dala od grupy, kapryśna. Gdy przeszła ulewa i dużo namiotów przemokło, to „Kacha” postarała się, aby przenieść się do tego gdzie było sucho kosztem innych. Mieliśmy jej dosyć, zaczęły się szepty po kątach. Trudno było tę „Kachę” ruszyć, bo „Stacha” wszyscy lubili, poza tym „Kacha” była otoczona czuwaniem i opieką starszej siostry – dosyć mocno „umocowanej”. Rada Starszych na zakończenie obozu urządziła tzw, „Chwilę szczerości”, która polegała na tym, że wszyscy spotkaliśmy się, żeby podsumować czas wspólnie spędzony, doświadczenia i …można było powiedzieć co się komuś nie podobało. I tutaj Karol – odpowiedzialny, pracowity i zdroworozsądkowy nasz kolega , który niejednokrotnie brał na klatę rozwiązywanie trudnych problemów – odważnie zgłosił pretensję na samym końcu : -„Ja mam pretensję do Basi, że zachowywała się szczególnie denerwująco przez cały pobyt”. Na to „Kacha” – zaskoczona przewracając pięknymi oczami : – „ No chyba żartujesz, na czym niby to miało polegać? Co ja zrobiłam komuś złego?” – „ No Basiu, bo przez cały czas zachowywałaś się jak taka księżniczka”… Na to Basia chi chi chi,podniosła głowę wysoko : „ Księżniczka… To raczej zabrzmiało jak komplement” chi chi chi…A dyżurna siostrzyczka zaraz znalazła się przy Kasi, przytuliła ją opiekuńczo, bo wyczuła sprawę. Popatrzyliśmy po sobie, raczej bezradni, ale Karol czerwony pociągnął stanowczym i nieubłaganym tonem : – „ Kasiu, wykorzystałaś nas wszystkich przez te 3 tygodnie, omijałaś swoje obowiązki, traktowałaś z góry, wybierałaś najlepsze pozycje nie licząc się z nikim no i zabrałaś nam „ Stacha” tylko dla siebie, a tu jest dużo par, które się tak samolubnie nie zachowują”. I wtedy „Kacha” pękła, polały się łzy, pojawił się wstyd i zniknęła hadość, a księżniczka ? Nikt nie chciał być tak komplementowany. Przypomniały mi się też dwie inne koleżanki o nieprzeciętnej inteligencji i przeciętnej urodzie. Aleksandra była wybitnym ścisłym umysłem, o jej zdolnościach matematycznych krążyły na politechnice legendy. Niezaprzeczalnie była jedną z nielicznych kobiet na roku i była najlepsza. Potrafiła robić swetry

O małych księżniczkach przy okazji koncertu „Czarodziejski świat bajek” Dowiedz się więcej »

„Wszeteczni” polscy królowie i książęta…

Tekst dr Robert Wójcik Walczyli z rywalami, zdobywali ziemie, rządzili mądrze lub niezbyt mądrze. Polscy władcy to nie tylko dostojne postacie z dawnych malowideł. Najwyższa pozycja w państwie pozwalała im luźniej traktować niektóre moralne nakazy i zakazy. Czasem ku zgorszeniu najbliższego otoczenia, czasami za jego przyzwoleniem. Kim byli najbardziej rozpustni władcy Polski? Postrzeganie władcy w dużej mierze zależało od tego jak go postrzegali jemu współcześni. Jeżeli był lubiany, to patrzyli przez palce na jego wybryki. Król był traktowany jak reprezentacja swojego królestwa. Dla autorów średniowiecznych grzeszność króla ściągała gniew Boga na cały naród. Dlatego czasem niepowodzenia i klęski kraju wiązano ze złym prowadzeniem się władcy. Z drugiej strony jeszcze starszy był archetyp (pierwotny wzorzec lub pierwowzór postaci, motywu, symbolu czy schematu zachowania, głęboko zakorzeniony w ludzkiej psychice i kulturze, wspólny dla wszystkich ludzi niezależnie od epoki czy miejsca) władcy-ojca narodu. Jego potencja seksualna oznaczała płodność i dobrobyt, a zdolność do spłodzenia dużej ilości potomków pozwalała nawiązywać sojusze z innymi krajami i zapewniała ciągłość dynastii. Władcy Słowian przed chrystianizacją praktykowali wielożeństwo, tak jak wielu starożytnych władców wielkich cywilizacji Bliskiego Wschodu. Dla chrześcijańskich kronikarzy to jednak była praktyka „dzikich” pogan, którą należało wyplenić. To zmieniło się w renesansie. W okresie renesansu posiadanie kochanek nie było aż tak silnie potępianie jak w poprzedniej epoce. Nieślubne dzieci mieli szlachcice, królowie i duchowni. Nierzadko zdobywały one wysoką pozycję w państwie czy lokalnej polityce samorządnego miasta. Ten model był powszechny przede wszystkim na Półwyspie Apenińskim. Wielu papieży nie kryło się ze swoimi romansami i promowało otwarcie swoje nieślubne dzieci. Nie było wcale rzadkością, że same matki pchały następców tronu w ramiona doświadczonej kochanki, która zarazem była szpiegiem królowej-matki. Model dotarł i do Polski wraz z włoskimi nauczycielami królewskich dzieci, a przede wszystkim z dworem Bony Sforzy. Przymykanie oka na kochanki królów było jeszcze bardziej powszechne w czasach demokracji szlacheckiej. Wobec możliwości wyboru władcy spośród szlachty potomstwo nie było pierwszym jego zmartwieniem. Ważne, żeby nadawał się do zadań jakie w danym momencie stały przed krajem. W XVIII wieku rozwiązłość na dworach królewskich – tym razem głównie na wzór Wersalu – była po prostu w modzie, a faworyty królewskie miały ogromny wpływ na politykę i decyzje personalne władcy. Średniowieczni władcy Polski byli znani z gwałtownego charakteru, co było uważane przeważnie za dobrą cechę. Do ich wybryków seksualnych kronikarze odnosili się różnie. Bolesław Chrobry – z pewnością dokonał przynajmniej jednego, szczególnie haniebnego gwałtu na kijowskiej księżniczce, kiedy zdobył to miasto. Był to jednak raczej akt polityczny. Wiemy, że Chrobry był człowiekiem bezwzględnym, raczej okrutnym niż rozpustnym. Przecława , którą zgwałcił i uprowadził jako nałożnicę z Kijowa, odgrywała w konflikcie z Jarosławem Mądrym ważną rolę polityczną. W ten sposób nie tylko zdobył kobietę, której pożądał, ale upokorzył swojego przeciwnika i jego sojuszniczkę. Jako oznakę politycznej bezwzględności czyn ten był chwalony przez kronikarza. Władysław Laskonogi – nie tylko słynął z rozpusty, ale zginął z rąk dziewczyny, którą prawdopodobnie chciał wziąć gwałtem. Zabójczyni księcia była Niemką i zdecydowanie ich spotkanie nie miało nic z miłosnej schadzki. W późniejszej kronice Jan Długosz , opierając się na nieznanych źródłach, stwierdził wprost, że Laskonogibył nielubiony z powodu „rozpusty i wszeteczeństw”. Kazimierz Wielki – to chyba najbardziej znany lubieżnik wśród Piastów. Z całą pewnością wiemy, że miał słabość do wielu kobiet, Jan Długosz (choć nie wiadomo na jakiej podstawie) przypisuje mu nawet tworzenie rozbudowanego haremu . Faktem jest, że jeżeli jakaś pani działała na jego zmysły, to nie miało znaczenia czy była chłopką, mieszczką czy szlachcianką, chrześcijanką czy żydówką. Jedna z jego najsłynniejszych kochanek to przecież, na wpół legendarna –Esterka. To z jej powodu miał Kazimierz rozszerzyć prawa Żydów w Polsce. Wcześniej kochanką, a potem żoną króla była czeska mieszczka – Krystyna Rokiczana. Kronikarze wspominają też o córce kasztelana sieciechowskiego – Cudce. Jednym z największych żartów historii było to, że Kazimierz, mając wiele nieślubnych dzieci (w tym zdrowych synów), nie doczekał się prawowitego potomka. Paranoja – a niby taki mądry król – Bo zastał Polskę drewnianą – a zostawił murowaną. Wiemy, że kochanki mieli też Mieszko II, Bolesław Śmiały i książę sandomierski Kazimierz Sprawiedliwy. Jednak to nie rozpusta była główną wadą przedstawicieli tej dynastii. Jagiellonowie na tle innych renesansowych rodów Europy wypadają raczej blado (lub jak kto woli – cnotliwie…). Ten obraz w oczach Polaków utrwalił przede wszystkim Kazimierz Jagiellończyk. Król z pewnością aniołem nie był, ale unikał alkoholu, dbał o higienę i tężyznę fizyczną oraz płodził kolejne dzieci z niezbyt urodziwą, ale prawowitą żoną – Elżbietą Rakuszanką. Maciej z Miechowa twierdzi jednak, że król lubił uciechy łoża i stołu, miał też kochanki. Jednak dbał o wizerunek i nie zatracał się w rozpuście. Był przede wszystkim władcą i odpowiedzialnym politykiem. Kto z tej dynastii zasłużył na miano naprawdę rozwiązłego władcy? Przede wszystkim dwóch królów: Jan Olbracht – nigdy się nie ożenił, ale od miłości cielesnej nie stronił. Lubił też dobrze zjeść, a przede wszystkim obficie wypić. Kronikarze zapisali, że co najmniej raz wdał się w bójkę po pijaku. Przyczyną bezpotomnej śmierci polskiego króla była prawdopodobnie kiła, co jest najlepszym świadectwem „ciekawego” życia jakie prowadził. Możliwe jednak, że tak jak jego ojciec i bracia miał skłonność do udaru mózgu i chorób układu krążenia. Poza tym był człowiekiem renesansu – lubiącym naukę, sztukę, ale i dobrą zabawę. Rozpusta na pewno nie była jego dominującą cechą. Zygmunt II August – być może postać tego króla została uromantyczniona, ale bardziej pasuje do niego określenie „kochliwy” niż „rozpustny”. Mówi się nawet, że w ramionach kobiet szukał ucieczki od swojej depresji, zimnej relacji z matką, a później lekarstwa na liczne dolegliwości. Chociaż nie stronił od kochanek, prawdziwą miłością jego życia była (podobno równie rozwiązła…) Barbara Radziwiłłówna. Ten król jest może bardziej znany jako patron okultyzmu niż rozpustnik. Co czyni go postacią równie ciekawą, ale z zupełnie innych powodów. Chętnie współpracował z ówczesnymi magami, alchemikami oraz astrologami. Jednym z jego celów miało być przecież przywołanie ducha ukochanej Barbary. Zmieniały się czasy, obyczaje i kryteria wyboru władcy. Tylko Wazowie liczyli na zakorzenienie na polskim tronie. Co oczywiście nie powstrzymywało ich przed romansami. Z tej dynastii najbardziej rozpustny był Jan Kazimierz– młodszy syn Zygmunta III Wazy. Jego

„Wszeteczni” polscy królowie i książęta… Dowiedz się więcej »

Trzej Królowie … inaczej …

Dr Robert Wójcik o Trzech Królach w Święto obchodzone co roku 6 stycznia. 6 stycznia, czyli Dzień Objawienia Pańskiego i święto Trzech Króli to jedno z najstarszych świąt w historii, które swoimi korzeniami sięga aż III wieku. Wtedy było ono jednak obchodzone jako rzeczywiste Boże Narodzenie, jedynie pod koniec IV wieku nastąpiło rozłączenie tych dwóch świąt. Od tego czasu chrześcijanie mieszkający na wschodzie Imperium Rzymskiego tego dnia celebrowali przybycie do Betlejem i oddanie pokłonu małemu Jezusowi przez mędrców ze Wschodu oraz ofiarowanie Mu darów: złota (100 gramów złota w formie sztabki kosztuje w grudniu 2025 roku około 50 000 – 54 000 zł brutto) , kadzidła(  symbolizuje boską naturę Jezusa, Jego godność kapłańską oraz rolę pośrednika między Bogiem a ludźmi, a jego dym wznoszący się ku niebu symbolizował modlitwy) i mirry( wonna, gorzka żywica pozyskiwana z drzew balsamowca – Commiphora – – rosnących w Afryce i na Bliskim Wschodzie, znana od starożytności jako cenny dar, kadzidło, lek i środek balsamujący. Ma ciepły, balsamiczny zapach, a jej właściwości antyseptyczne, przeciwzapalne i kojące znajdują zastosowanie w aromaterapii, medycynie ). Imiona – wiele dyskusji od wieków wywołuje także kwestia imion trzech mędrców. Najczęściej mówi się jednak o imionach takich jak Kacper (Jaspar, Gaspar, Gathaspa, Jaspas), Melchior (Melichior) i Baltazar (Balthasar, Balthazar, Balthassar, Bithisarea).  Pochodzenie – Kacpra (Gaspara) najczęściej określa się jako króla Indii, Melchiora jako władcę Persji, zaś o Baltazarze niekiedy mówi się jako o królu Arabii lub Etiopii. Dary – prezenty przekazane przez królów Jezusowi są różnie interpretowane, dlatego niezmiernie ważna jest ich symbolika. Złoto to symbol godności królewskiej Chrystusa – poprzez to królowie udowodnili, że naprawdę traktują Go jako prawdziwego króla. Kadzidło to natomiast symbol godności kapłańskiej Jezusa – znak tego, że nie jest on zwykłym człowiekiem. Z kolei mirra podobno symbolizowała męczeńską śmierć, która czekała Go w dorosłym życiu. Ciekawostka – wokół przyszłości darów krąży wiele legend. Jedna z najciekawszych mówi o kradzieży złota przez dwóch złodziei, którzy zostali później ukrzyżowani razem z Jezusem, natomiast ta najpopularniejsza przekazuje, że złoto zostało wykorzystane przez Marię i Józefa, kiedy musieli uciekać z Betlejem przed Herodem, który, jak wiemy, chciał zamordować Jezusa. Nie tylko złoto ma swoje ciekawe historie. Istnieje także opowieść mówiąca o tym, że mirrę wykorzystano do namaszczenia ciała Chrystusa po Jego ukrzyżowaniu.  W klasztorze św. Pawła na górze Athos w Grecji znajduje się pochodząca z XV wieku skrzynia z umieszczonymi w niej rzekomymi darami mędrców… Trzej Królowie – według niektórych badaczy w przenośnym znaczeniu mają oni utożsamiać trzy etapy życia człowieka, a także trzy aspekty etniczne. Najczęściej możemy zauważyć starszego człowieka przedstawianego z białą brodą, który ofiarowuje złoto – Kacpra. Melchiora widzimy jako człowieka w średnim wieku, który przekazuje Jezusowi kadzidło, natomiast Baltazar, najczęściej czarnoskóry, to młody człowiek, który składa w darze mirrę. Mogli być zaratusztriańskimi kapłanami,(„Zaratusztrianizm” – także mazdaizm – był religią ludów posługujących się językami irańskimi, które przybyły z Azji Środkowej ok. 1000 lat p.n.e. i osiedliły się na Płaskowyżu Irańskim), albo też astrologami wnikliwie obserwującymi niebo. Niektórzy twierdzą, że byli bogaczami z różnych zakątków świata. Mogli też w ogóle nie istnieć, a opowieść o nich jest jedynie symboliczną legendą biblijną. Kim byli Trzej Królowie i dlaczego ich święto było jednym z najważniejszych w Kościele? Jak to zazwyczaj bywa w historii, o trzech królach wiemy znacznie więcej niż znaleźć możemy na ich temat w źródłach. Tradycja dopisała wspaniałą opowieść o bogatych monarchach z różnych stron świata– Kacprze, Melchiorze i Baltazarze – którzy za wskazaniem gwiazdy przybyli do betlejemskiej stajenki, aby oddać hołd nowonarodzonemu Chrystusowi i wręczyć mu wspaniałe dary. W takiej formie wyobrażenie o niezwykłych przybyszach utrwaliło się w kulturze chrześcijańskiej i narracji o narodzinach Jezusa. Zwyczajowo świętem Trzech Króli nazywane jest też obchodzone 6 stycznia święto Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego. W tych dniach ani żadne jasełka, ani rozliczne atrapy groty bożonarodzeniowej nie mogą obyć się bez tajemniczych wędrowców w bogato zdobionych szatach. O śpiesznie dążących do Betlejem monarchach mówi też tekst znanej polskiej kolędy. Problem w tym, że najbardziej pierwotny ze znanych nam przekazów dotyczących ich wizyty – nie mówi ani o królach, ani o imionach, ani – co więcej – nie określa żadnej liczby. Pierwszą – i jedyną w Nowym Testamencie – wzmiankę opisującą to wydarzenie znajdujemy w Ewangelii według św. Mateusza. Ewangelista pisze o nim tak: „Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon». Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela». Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny”. W polskim tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia, skąd pochodzi powyższy fragment, przybysze nazywani są nie królami – jak nakazywałaby tradycja – lecz mędrcami. Nie jest to w polskich tłumaczeniach pojęcie nowe. Jeśli bowiem sięgniemy do Wulgaty (łacińskie tłumaczenie całej Biblii, stworzone głównie przez św. Hieronima w IV/V wieku, które stało się oficjalnym i powszechnie używanym przekładem Pisma Świętego w Kościele Rzymskokatolickim przez wiele wieków, aż do czasów współczesnych), albo – być może pierwotnej – greckiej wersji ewangelii, to tam również nie znajdziemy słowa o monarchach, lecz

Trzej Królowie … inaczej … Dowiedz się więcej »

POCHOIR PICASSA W KRZYWEJ WIEŻY W TORUNIU

Do końca roku 2025 można oglądać w Krzywej Wieży w Toruniu wystawę grafik pochoir Pablo Picassa: „ W żywej pamięci & Maski popiołów La Flute Double . Unikalna architektura toruńskiej Krzywej Wieży stała się wyjątkowym tłem tej ekspozycji. Zapraszam na zdjęcia z wystawy i jej wyjaśnienie. Zachęcam do zwiedzenia ekspozycji w wyjątkowym miejscu w Toruniu. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film z muzyką – Marzanna Leszczyńska Pablo Picasso (1881-1973) twórca kubizmu, myśliciel, komentator i eksperymentator, artysta nieustającej rewolucji, którego dziedzictwem jest nie tylko Jego styl, ale też Jego postawa twórcza- bezkompromisowa, radykalna, nieustannie zadająca pytania. Poprzez grafikę Picasso eksperymentował, docierał bliżej materii, powracał do prastarych symboli i gestów, wreszcie to poprzez nią przemówił ( stawała się narzędziem nowego języka). Czym jest pochoir? Technika pochoir (z fr. szablon) jest sposobem reprodukcji dzieł artystycznych z zachowaniem bogactwa kolorów i jakości malarskiej. To ręczne nakładanie farby przez specjalnie przygotowane szablony, warstwa po warstwie, co pozwalało osiągnąć subtelne przejście tonalne i głębię barwy, niemożliwe do uzyskania w starodawnych technikach druku. Każdy egzemplarz wykonywano oryginalnie, co czyniło go czymś pomiędzy oryginałem, a reprodukcją – swego rodzaju artystycznym obiektem z pogranicza grafiki i malarstwa. Pochoir wymagał ścisłej współpracy z wykwalifikowanymi rzemieślnikami – kolorystami i drukarzami- co tylko podkreśla znaczenie rzemiosła i kolektywnego procesu twórczego w sztuce Picassa. Pochoir to połączenie szablonu, rzemiosła i malarskiej precyzji. Dla Picassa grafika nie była tylko sposobem reprodukcji. W Jego przypadku stałą się świadomym wyborem estetycznym. Wystawa w Krzywej Wieży w Toruniu pozwala spojrzeć na artystę nie jako na ikonę muzealną, ale jako zawsze żywego artystę – zawsze obecnego, zawsze aktualnego. Ekspozycja prezentuje dwa cykle graficzne: „ La flute Double” oraz „W żywej pamięci & Maski Popiołów”ukazujące dwie odrębne lecz równie fascynujące drogi twórcze artysty: z jednej strony techniczną precyzję i kolorystyczne malarstwo, z drugiej- poetycką wrażliwość i dadaistyczne eksperymenty z formą czyli dwie strony Mistrza : grafika i poezja. 15 akwarelowych litografii jest wynikiem współpracy Picassa z poetami ruchów dadaistycznych i ekspresjonizmu: Tristanem Tzarą oraz Yvanem Gollem. W „ Żywej pamięci” Picasso stosuje radykalnie minimalistyczną technikę – tworzy obrazy z użyciem jedynie palca i kredy litograficznej, oddając charakter słów i emocji zawartych w poezji Tzary. Natomiast „Elegia Iphetonga i Maski Popiołów” to ilustracja ekspresyjnego poematu Galla, w którym Picasso ukazuje głębokie introspektywne obrazy towarzyszące poetyckiej żałobie. W tych pracach spotyka się antyk i nowoczesność, mit i codzienność, poezja i polityka. Oba cykle podkreślają nie tylko artystyczną, ale i intelektualną wszechstronność twórcy. Marzanna Leszczyńska

POCHOIR PICASSA W KRZYWEJ WIEŻY W TORUNIU Dowiedz się więcej »

ORDER ORŁA BIAŁEGO DLA WALDEMARA ŁYSIAKA

Oprócz sporej kolekcji książek Waldemara Łysiaka, które gromadziłam od 1990 roku jestem w posiadaniu jednej na Jego temat: „ Waldemar Łysiak w oczach czytelników, recenzentów, „wrogów”, krytyków…”, które zebrał i opracował Bartosz Emchowicz .Nie kupiłam jej, a otrzymałam ją z odręcznie napisanym podziękowaniem, ponieważ znalazły się w niej też i moje skromne wypowiedzi. Książka B. Emchowicza powstała jako laurka jubileuszowa , podziękowanie Waldemarowi Łysiakowi za 30 lat Jego wspaniałych książek, a na jej okładce widnieje napis: „30 lat literatury Waldemara Łysiaka w świetle trzech dekad opinii: zawodowych krytyków i ankiet najwierniejszych czytelników” W „Życiu literackim” kiedyś napisano , że W. Łysiak to zjawisko, które egzystuje obok lub mimo koterii i kawiarnianych stolików. A On sam na pytanie: Kto za Panem stoi? Odpowiedział: Mam nadzieję, że Pan Bóg, Cesarz Napoleon i książę Józef Poniatowski… To był prawdziwy fenomen, mimo cenzury, przemilczania autora Jego książki były prawdziwymi bestsellerami. W czasie drugiej połowy lat 80-tych na Łysiaka panował absolutny szał, wszyscy czytali i zachwycali się Jego książkami , a studenci z całej Polski jeździli na Jego wykłady o sztuce na Politechnikę Warszawską, gdzie pracował. W moim liceum był jeden uczeń, który słynął z wiedzy o Napoleonie, bo czytał książki Łysiaka – ba – on się nosił jak Napoleon – oczywiście nosił „ksywkę – Napoleon”. Byłam wtedy bardzo młodą osobą – jakimś takim jednym chodzącym problemem, gdy wtedy właśnie kupiłam i przeczytałam „MW” i nie zapomnę jak zawirował mi wtedy świat tysiącem barw = jak w modnym wtedy szlagierze Anity Lipnickiej. Czytałam i raz po raz powtarzałam sobie w duchu – święta racja. Nie mogłam wyjść z podziwu nad czarodziejskim sposobem pisania autora – zachwycał styl, erudycja, szczerość, prawda (często okrutna), odwaga. Łysiak był jak cukier – krzepił. Zaczęłam kupować wszystko co się pojawiało, a co napisał Waldemar Łysiak. Czekałam na każdą nowość i wznowienia starych książek, a każda nowa książka Łysiaka to była niesamowita przygoda przy, której wszystko wokół traciło barwy. Niewiele rzeczy na tej ziemi potrafiło mnie w taki stan wprowadzić – w tych książkach – zaskoczona -odnajdywałam odpowiedzi na dręczące mnie dylematy, jakby czytał w moich myślach, otwierał mi oczy, ktoś napisał w recenzji, że W. Łysiak jak sejsmograf narodu, który jak spod lawy wydobywa nasze narastające nastroje i bezbłędnie je opisując – uświadamia. Jego książki były fantastycznie wydawane, z reprodukcjami malarstwa bogato zgromadzonymi – całość zachwycała. Uwielbiałam wszystkie gatunki literackie uprawiane przez W. Łysiaka. „M B C” jest moim podręcznikiem, tak często po niego sięgam – skarbnica wiedzy o malarstwie, które autor tak kocha i opowiada o sztuce przewybornie. Z „Francuską ścieżką” pojechałam do Francji, a z „Wyspami zaczarowanymi” do Włoch po raz pierwszy w życiu. W tych naszych siermiężnych wtedy czasach Waldemar Łysiak był jak kolorowy ptak, tak niezależnie się w nich poruszał i umiał te czasy maksymalnie wykorzystać dla siebie oddając przy okazji nam tak dużo- czytelnikom, dzieląc się tym co sam zdobył, imponując niezwykle. Jego zbiory obrazów i biblioteki książek należą do najlepszych – opisał to w „Wyspie zaginionych skarbów” . Dla tych, którzy stawiają znak równości między Napoleonem i Hitlerem zachęcę do lektury W. Łysiaka, który walczył z tym stereotypem i jak twierdzi dług wobec Napoleona spłacił. Przytoczę, że „Paris Match” pisał o ostrej polemice W. Łysiaka z francuskim historykiem Retif de la Bretonne, drukował w mediolańskiej „Historii”, zamawiały u Niego artykuły pisma radzieckie, bułgarskie, jugosłowiańskie, holenderskie, książki recenzowała prasa polonijna, a „Empirowy pasjans” tłumaczony był w Argentynie. Polecam rozdział o szwoleżerach „Un Polonais passe partout!” w „ Wyspach zaginionych skarbów”. Płakałam, gdy go czytałam. Jest w stanie zreflektować patriotycznie największego kosmopolitę. Polecam proces nad Napoleonem napisany w bardzo atrakcyjny , nowatorski, uwspółcześniony sposób czyli rozdział 4 z „Wysp bezludnych” – Longwood (Święta Helena). Nieprawdą jest, że W. Łysiak nie lubi kobiet – on cierpi, że one takie są. Łysiak zna kobiety.„Statek” trzeba przeczytać co pewien czas i być ze sobą szczerą. „Każda kobieta, nawet ta, która jeszcze nie zaliczyła zdrady, śniła o niej”.. „Jeżeli należysz do tych, którzy kochali tylko raz, to niewiele masz do powiedzenia. Ale jeżeli to była prawdziwa miłość, to inni powinni milczeć w twojej obecności”… „Bez jakiejś kobiety mężczyzna nie ma sensu, ale bez tej Jednej nie ma na domiar pojęcia, kim jest. Na ogół nie spotyka Jej i nawet o tym nie wie, jeśli zaś spotyka – staje się zupełnie inny”… „ Tyrania miłości, szlachetności i wiedzy to coś, czego kobieta zbyt długo nie może znieść”… Kiedyś próbowałam podkreślać zdania, które mnie uderzały, chciałam je sobie przepisywać, ale szybko zaprzestałam, bo było ich zbyt wiele, zajęcie po prostu bez sensu. Kupowałam gazety ze względu na felietony W. Łysiaka i tylko je z całej gazety czytałam, a potem wydzierałam i przechowuję w specjalnym pudle. Z tym to był pewien kłopot, bo jak Łysiakowi się przestała gazeta i redaktor naczelny podobać to zrywał współpracę, a ja potem gdzieś odkrywałam, że znalazł sobie inne miejsce na pisanie. Jego publicystyka była zawsze świeża, odważna, zaskakująca, bezlitosna dla „Salonu” – pozostał wrogiem publicznym nr 1 Adama Michnika, ale też Zbigniew Herbert wybrał sobie Waldemara Łysiaka na swojego sekundanta. Dzisiaj Waldemar Łysiak ma 81 lat. 11 listopada 2025 roku w Dniu Święta Niepodległości odebrał osobiście Order Orła Białego z rąk prezydenta Polski Karola Nawrockiego. W tym uroczystym dniu Order Orła Białego został przyznany -przebywającemu w kolonii karnej na Białorusi – Andrzejowi Poczobutowi. Krzyż Oficerski Odrodzenia Polski otrzymał dziennikarz sportowy Przemysław Babiarz oraz fizyk Konrad Banaszek. Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski otrzymał Sławosz Uznański Wiśniewski (naukowiec i kosmonauta) oraz aktor Adam Woronowicz. Waldemar Łysiak całymi latami odmawiał przyjmowania nagród, odznaczeń – miał krytyczny stosunek, ponieważ często osoby niegodne je odbierały jak np. Krzyż Virtuti Militari przyznawany po 1945 roku. Pisarz nie należał do żadnych związków, stowarzyszeń ponieważ zawsze pragnął wolności i niezależności. Zawsze pisał swoje książki ręcznie i na maszynie do pisania. Nie używa telefonu komórkowego, komputera, laptopa, nie jest w mediach społecznościowych. Wierzy, że trzeba trwać przy tym co stare i dobre. Na zmiany w świecie nie patrzy z optymizmem. Z dystansem patrzy na współczesny świat i ze smutkiem na to w jakim kierunku zmierzamy. Wyjątek

ORDER ORŁA BIAŁEGO DLA WALDEMARA ŁYSIAKA Dowiedz się więcej »

Mierzęcin- koncertowe lato 2025

O koncertach w czwartki organizowanymi przez pałac w Mierzęcinie – Marzanna Leszczyńska Zapraszam na zdjęcia z muzyką. Wszystkie utwory w krótkim filmie pochodzą z koncertów, które odbywały się w Mierzęcinie podczas lata 2025. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi film. Z pośród koncertów, które odbywały się w lipcowe i sierpniowe czwartki – byłam na trzech. Pałac Mierzęcin umilił wakacyjne wieczory zapraszając na godzinę 19.00 , a na niej na muzyczne duety. Dwa koncerty odbyły się na powietrzu , z tyłu pałacu, a towarzyszący śpiew ptaków był jak dodatkowy akompaniament dla muzyków. Propozycja ciepłej herbatki czy lampki miejscowego wina spotkała się z dużą akceptacją widzów. Każdy wieczór był inny, ale każdy niezwykle miły, bo dobra muzyka na żywo, w plenerze na tle pałacu czy w jego wnętrzach taka być musi – nawet gdy wieczór chłodnawy, komar dokuczy, a nagłośnienie odmówi posłuszeństwa na chwilę. Niektóre utwory powstały po to, aby je właśnie słuchać nocą i na wolnym powietrzu. Do nich należą nokturny Fryderyka Chopina. Tego właśnie doświadczyliśmy słuchając wykonania nokturnu na flet i pianino przez Joannę i Rafała Kowalczyków. Taka naturalna scena była idealna dla „światła księżyca” Claude Debussy albo „Summer time” George Gershwina. Para zagrała nam też słynne „ Usta milczą dusza śpiewa, kocham cię” z operetki Franza Lehara „Wesoła wdówka”, „Różę południa” Johana Straussa, czardasza z operetki „ Cygańska miłość”, słynny utwór „ Don t cry for me Argentina” czy Zbigniewa Wodeckiego „ Lubię wracać tam, gdzie byłem już”. W ostatni dzień lipca mieliśmy okazję włączyć się do śpiewu Pani Ewy z duetu Valdiango, bo kto nie zna refrenu z „Kawiarenek’ Ireny Jarockiej, „ Remedium” Maryli Rodowicz, piosenek Lady Pank. Były też szlagiery Madonny, Stinga, Stevena Wondera, Abby albo Megan. Gra na gitarze Waldemara Zielińskiego zachwycała. Pałac Mierzęcin jest chyba idealnym miejscem, w którym mogą zagrać skrzypce i utwory Niccolo Paganiniego. Czy to nie dziwne, że akurat utwór N. Paganiniego zabrzmiał we wnętrzu pałacu i to na skrzypcach z XVII wieku? Czarna legenda mistrza Paganiniego ciągnie się za nim do dziś, bo physis artysty i nieprawdopodobna wirtuozeria gry kojarzona była z zaprzedaniem duszy diabłu. Trzeba czytać artykuły dr Roberta Wójcika na www.idealzezgrzytem.pl o pałacu w Mierzęcinie, aby mieć takie skojarzenia. Duet Danuta Organiściuk i Włodzimierz Żylin sprawili prawdziwą ucztę muzyczną na wiolonczelę i skrzypce nie tylko utworami N.Paganiniego, ale również utworami Jana Sebastiana Bacha, Edwarda Elgara, Wiktora Strawińskiego, Ennio Moricone i Astora Piazzoli. Słynne Libertango w wykonaniu na skrzypce i wiolonczelę ukazało nowe oblicze, dla którego trudno nie mieć zachwytu. Piękne spotkania, piękna muzyka i jej wykonanie z ciekawym słowem wstępnym przed każdym utworem – wszystko oryginalne i warte przyjazdu na każde nawet aż z Gorzowa Wielkopolskiego. Żałuję, że nie mogłam uczestniczyć w każdym, ale cieszę się już na ostatnie – 28 sierpnia o godzinie 19.00. To już za kilka godzin… Marzanna Leszczyńska

Mierzęcin- koncertowe lato 2025 Dowiedz się więcej »

„Hydrozagadka” po 55 latach

O filmie „Hydrozagadka”, który wyświetlono na tegorocznym Lubuskim Lecie Filmowym w Łagowie- Marzanna Leszczyńska Jest w Łagowie nad jeziorem restauracja, z zachwycającą różą. Wszyscy o nią dbają, a ona się odwdzięcza masą kwiatów. Łagów to piękna miejscowość. Jak to się stało, że nigdy nie oglądałam „Hydrozagadki” w reżyserii Andrzeja Kondratiuka – nie wiem do dziś… Myślę, że najpierw byłam po prostu za mała na ten film, a potem stało się tak na wskutek starań moich rodziców o dobre wychowanie dzieci, bo był to niewątpliwie film dla dorosłych. Tegoroczne Lato Filmowe w Łagowie przypomniało ten purnonsens czy surrealistyczną zgrywę z wielkim wdziękiem. „Hydrozagadka” stała się jednym z najbardziej oryginalnych filmów polskiej kinematografii, jest majstersztykiem, niezaprzeczalnie jednym z lepszych filmów i jak ktoś zauważył : „ dziś nikt ze współczesnych nie wymyśliłby tak odjechanych tekstów, nie mówiąc już o tym, że nie znaleźliby się aktorzy, którzy podali by je w taki sposób”. Organizatorzy Lubuskiego Filmowego Lata 2025 w Łagowie wyświetlili film pomysłowo – nad jeziorem, widzów posadzili na leżaczkach, pod gołym niebem, nocą (pięknie przyświecał księżyc). Kropką nad i byłaby upalna noc – ale tego akurat zabrakło. Sekret geniuszu „Hydrozagadki” kryje się po pierwsze w scenariuszu, którego pomysłodawcą był Andrzej Bonarski, ale stworzył go razem z Andrzejem Kondratiukiem. Warto przypomnieć postać Andrzeja Bonarskiego, bo jest osobą arcyciekawą, zasłużoną i bardzo niedocenioną w kulturze naszego kraju. Urodził się w Krakowie w 1932 roku, ale całe życie związał z Warszawą, w której studiował na Uniwersytecie Warszawskim matematykę i astronomię. Z zamiłowania był dziennikarzem, literatem, wydawcą. Był też znawcą i kolekcjonerem sztuki polskiej i światowej, zorganizował wiele znaczących wystaw plastycznych – gdyby nie Jego działanie to nic z lat 80-tych nie zachowało by się w polskiej historii sztuki tego okresu. Promował twórczość malarki Ariki Madeyskiej. Współpracował z Jerzym Grotowskim. Stworzył też scenariusz do filmów: „Dziura w ziemi” , „ Panna i Łucznik”, „ Rewizja osobista”( razem z Andrzejem Kostenką i Witoldem Leszczyńskim), autor pierwszych 5 odcinków serialu „Punkt widzenia” ( reż. Andrzej Zaorski, Małgorzata Niezabitowska jest autorką dwóch ostatnich odcinków filmu). Jako prozaik debiutował w 1957 roku, był dziennikarzem tygodnika „ Kultura” i miesięcznika „Polska”. Wiadomości o Andrzeju Bonarskim przytoczyłam dzięki pani Henryce Milczanowskiej, która jak pisze – miała przyjemność Go poznać i z Nim rozmawiać, a podzieliła się nimi na facebooku. Nawet genialny scenariusz na niewiele by się zdał, gdyby zaangażowano kiepskich artystów. Do „Hydrozagadki” zaangażowano masę świetnych aktorów. Furorę zrobiła oczywiście młodziutka i zjawiskowa Ewa Szykulska. Wszystko się zgadza : Jej kobiecość w tym filmie „wypływa niczym woda w delcie Amazonki”, ma seksapil i powab kobiecy, jest obłędnie piękna nawet wybitnie śliczna z tymi rzadko spotykanymi jasno-niebieskimi oczami, jest symbolem seksu, „a ta jej diastema tak jej dodaje uroku, że szok”, taka leciutko femme fatale – cudo, polska Malena, jest naturalnie piękna i zagrała mistrzowsko no i „ma to coś, co chciałaby mieć każda kobieta.” Współczuję wszystkim paniom, które odważą się krytycznie wysłowić odnośnie Ewy Szykulskiej – oberwą niemiłosiernie, bo „lepiej gdy mizerna i mierna zazdrość milczy”…Podobno w „Hydrozagadce” Ewa Szykulska nie mówi swoim głosem, ale czy jest to głos Kaliny Jędrusik czy Ireny Rylskiej – nie wiem. Natomiast wszystkim tym, którzy tak dużo mówią tylko o pięknej i utalentowanej Ewie Szykulskiej muszę stanowczo powiedzieć, że nie są sprawiedliwi, bo Iga Cembrzyńska – ucharakteryzowana na „wodnika” jak z czeskiej bajki wygląda ślicznie i zapowiada film niesamowicie. Legenda mówi, że to była improwizacja, bez dubli, ponieważ koszty przeznaczone na film były ograniczone i Andrzej Kondratiuk poprosił Igę Cembrzyńską o przeczytanie zapowiedzi filmu. A tancerka wykonująca arabski taniec to niby nie robi wrażenia? Jakie ciało, jaki erotyzm… Zastanawiam się, czy takie występy były na spotkaniach u Jerzego Urbana, które dzisiaj na emeryturze wspomina Leszek Miller? Więcej uwagi poświęcam panią w tym filmie, ale oczywiście wszyscy panowie są rewelacyjni. Dr Plama i maharadża z Kabulu po prostu genialni. Wszystko w tym filmie zachwyca. A jakie są tam podkłady muzyczne pod dialogi, jak budują nastrój… Obejrzenie tego filmu to okazja do posłuchania pięknej polszczyzny – miodu dla uszu, kultury konwersacji, rozmów na poziomie, cudnej gry słów, genialnie podanych dialogów, zachwyca poczucie humoru i masa podtekstów. – „Ja na drzewo – dzik za mną” – „ Achtung Herman, torpeden loss!” – „ Jolu, zdejm kapelusz. Będziemy uprawiać miłość francuską. Jurku, uspokój się. Nie zdejmę kapelusza.” Tego filmu nie można odbierać dosłownie. Rzecz w tym, że jak każda prawdziwa sztuka może być ,ale nie musi być o czymś konkretnie. W rezultacie dla każdego będzie o czymś innym. Film jest ponadczasowy, prekursorski. Oglądając go dzisiaj widzimy doskonałe reklamy produktów i to zgodnie z dzisiejszymi standardami, a przecież w 1970 roku nikt nie wiedział co to jest marketing. Problemy wiecznie żywe: aluzje do płonącej planety, marzenia ludzi i ich fantazje. Wszyscy je mamy i Ci, których o to nie posądzamy też. Oderwać się od szarej rzeczywistości, odpowiedzialności czasem pragną też poważni i dojrzali ludzie nauki na przykład… w takich laboratoriach… „Hydrozagadka” jest jedyna. Dzisiaj nie brakuje tematów, którymi można się zainspirować, aby powstał nowy współczesnym nam purnonsens. Cóż nam dzisiaj pozostaje – jak tylko się pośmiać … Marzanna Leszczyńska P.s. Purnonsens – dowcip, w którym efekt komiczny powstaje z niedorzeczności, z pozbawionego logicznej motywacji, absurdalnego skojarzenia obrazów lub pojęć. Stworzony został w XIX wieku przez pisarzy angielskich, odegrał ważną rolę w estetyce surrealizmu.

„Hydrozagadka” po 55 latach Dowiedz się więcej »

LADY MACBETH W ŁAGOWIE LUBUSKIM

Zapraszam na refleksje po obejrzeniu filmu ” Utrata równowagi” wyświetlanego na Lubuskim Lecie Filmowym – Łagów 2025 . Zamek Glamis w Szkocji – to ten zamek stał się inspiracją dla Williama Sheakspear’a do umieszczenia akcji „Macbeth’a” w tym właśnie miejscu. Kiedyś zwiedzałam ten zamek i pozostało mi w albumie to rodzinne zdjęcie – Marzanna Leszczyńska Legendarny angielski aktor sir Lawrence Olivier ( mąż Vivien Leigh niezapomnianej Scarlett O’Hara z „Przeminęło z wiatrem”) grający z równie wybitnym amerykańskim aktorem Dustinem Hoffmanem w filmie „Maratończyk” tak powiedział do młodziutkiego wówczas D. Hoffmana, gdy ten katował się dietami i wysiłkiem fizycznym, aby być jak postać, którą odtwarzał – „ A nie możesz po prostu tego zagrać?” … Pamiętam też wypowiedź naszej polskiej gwiazdy, Jana Englerta, której sens był mniej więcej taki, że aktor może się psychicznie wcielać w rolę, można uprawiać aktorstwo emocjonalne, ale ono wyniszcza aktora, a On sam jest zwolennikiem zdobycia dobrego warsztatu aktorskiego, aby nim się posługiwać niż się wykańczać wchodząc w graną postać. Jak widać po Janie Englercie, a dobiega 80 – tego roku życia, że to dobra droga, bo jest aktorem cenionym, w świetnej formie i nadal aktywnym. Znam takich, którzy twierdzą, że „aktorstwo emocjonalne to morderstwo duszy”… Młodzi studenci sztuki filmowej są świadomi karkołomnych, ekstrawaganckich technik aktorskich i nie chcą ich stosować, ale nie wszystko od nich zależy. A co jeśli trafi się im reżyser, który uwielbia takie praktyki, jest żądny sukcesu, ma bardzo silną osobowość i jest bezwzględny? O tym właśnie jest film „utrata równowagi” w reżyserii Korka Bojanowskiego prezentowany na Lubuskim Lecie Filmowym Łagów 2025.”Utrata równowagi” porusza wiele trudnych aspektów uprawiania zawodu aktorskiego. Ośmielam się zrobić porównanie do „Czarnego łabędzia” z Natalie Portman. Problem „uniesienia roli” i presji, które doprowadzają do szaleństwa choć w różny sposób w obu tych filmach to jeden z wątków. Za to „demoniczność” reżyserów jest z pewnością w „Czarnym łabędziu” dużo płycej potraktowana. Myślałam, że w trakcie oglądania filmu „Utrata równowagi” odgadłam zakończenie – guzik – nie odgadłam. Mistrzowski film. Bardzo odważny, jeśli chodzi o wybór tematu wyciągniętego ze świata filmu, w dodatku z tak szerokim spektrum poruszanych problemów. W pewnym momencie nawet zaczęłam się zastanawiać, czy nie zebrały się w tym filmie gromadzone przez lata kontrowersje polskiego kina. Po latach odnajduję odpowiedzi w moich naiwnych stawianych sobie kiedyś pytaniach: „Dlaczego tak dziwnie obsadzony był film, a przez to nie jest dobry do końca?”. W ubiegłym roku trafiłam na wywiad z Barbarą Brylską, która wspominała jak otrzymała rolę Oleńki w „Potopie”, po czym odegrała ją Małgorzata Braunek. Ileż osób było rozczarowanych rolą Oleńki? Trudno mi zliczyć, po raz pierwszy słyszałam ostre zdania na temat obsady roli Oleńki w szkole od rewelacyjnych polonistek. Wściekłość człowieka ogarnia, gdy wyobraża sobie jak wyglądałby „Potop” w obsadzie Barbary Brylskiej, z jej spojrzeniami bo te oczy, tak wiele umiały wyrazić, bez słów. To byłby prawdziwy majstersztyk, drugi gigant jak „Noce i dnie”, w których obsada wyszła rewelacyjnie – może dlatego, że chytrych zakusów spryciarzy nie udało się uskutecznić. „Utrata równowagi” zadośćuczyniła krzywdę wyrządzoną Barbarze Brylskiej i nam widzom. Jest w tym filmie prawda, której dzisiaj wszyscy łakniemy tak bardzo. Ten film jest o polskiej rzeczywistości. Taką młodzież widzę w Polsce. Jak dobrze, że nie ma tego amerykańskiego szpanu ani w grze aktorskiej ani w scenariuszu. Nie ma wulgarnych scen, dzikiego seksu, dosłowności, żenujących scen. Uff, jak dobrze… Pojawienie się w filmie wielkiej literatury i sztuki Williama Sheakespear’a „Macbeth” zaskakuje śmiałością i budzi zwierzęcą ciekawość od początku filmu co z tego wyniknie i jak poradzi sobie to dzieło. Efekt jest interesujący. Teraz wiem, że nad sztuką „Macbeth” Williama Sheakspere’a ciąży fatum i tak też został skonstruowany scenariusz „Utraty równowagi”, aby nie zaprzeczać temu przekonaniu. Wiem to ze spotkania z reżyserem po projekcji filmu – bardzo fajnego spotkania z widzami. Właściwie to wiele pytań ze strony publiczności do reżysera nie było, bo interesująco i wyczerpująco przeprowadziła rozmowę z reżyserem – jego rozmówczyni. Brawo dla niej. Film ten tym bardziej jest interesujący, bo nie jest fantazją, powstał z przeżyć i historii aktorów, którzy mieli odwagę się „otworzyć”. I trafił na dobry czas, bo ludzie są spragnieni prawdy , której chyba zabrakło w filmach ostatnich czasów, w ogóle w mediach . Za dużo dekadencji nas atakuje, chcemy nadziei . Pytanie jak potoczy się los filmu, skoro fatum dotknęło sztukę „Macbeth”, a scenariusz filmu dotyka ” Macbetha” ? Oby film nie podzielił losu pechowej sztuki Williama Sheakespear’a. Fatum to jedno, ale jest jeszcze drugie…Otóż dotknął tematu, który owiany jest milczeniem. Może gdy zostanie ono przerwane, przy okazji będzie mniej krzywd niezawinionych, mniej zmarnowanych talentów oraz mniej karier niezasłużonych. Cieszę się niezmiernie, że dzięki projekcji „ Utraty równowagi” i spotkaniu z reżyserem znalazłam potwierdzenie, że bez przemocy emocjonalnej, szantażu – osiągnięcie sukcesu jest możliwe. Należę do osób, które destruktywna krytyka nie buduje. Życzę filmowi, aktorom grającym w tym filmie i reżyserowi wszystkiego co najlepsze, niech inni idą drogą, którą oni już przeszli, bo to „jasna” droga. A ” jasna” droga powinna omijać i uniknąć fatum. Marzanna Leszczyńska Na zdjęciu powyżej praca romantycznego artysty – Henry Fuseli powstała między 1766-68 rokiem. Obraz przedstawia aktora Davida Garricka (1717- 79) i aktorkę Hannah Pritchard ( 1711-68) jako Macbeth i Lady Macbeth po morderstwie Duncana.

LADY MACBETH W ŁAGOWIE LUBUSKIM Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry