Autor: Marzanna Leszczyńska

Trochę o kulturze przy okazji wyborów samorządowych (Gorzów Wielkopolski 2024)

Zrobiło się głośniej o kulturze w programach wyborczych kandydatów do samorządów w mieście Gorzowie Wielkopolskim. Kandydat na prezydenta Jacek Bachalski zaprosił mieszkańców do dyskusji na temat rozwoju kultury i wspomniał o Filharmonii Gorzowskiej i „o wielu innych ośrodkach kultury”… Gorzowianie na fb prześmiewczo i z dystansem odnieśli się do tak ujętego tematu przez kandydata na prezydenta, weszli w dyskusję odważnie sugerując, że kandydat nie ma pojęcia o czym mówi. W/w kandydat wymienił tylko jedną placówkę – Filharmonię – może dlatego, że daje się zauważyć, bo nie jest mała… Tymczasem w Filharmonii Gorzowskiej działającej już od ok. dziesięciu lat , co tu dużo mówić ciągle są jakieś zmiany w kierownictwie, często zmieniają się dyrygenci. Niestety melomani gorzowscy- ci- którzy mają ukończone szkoły muzyczne i trochę znają się na muzyce nie są zachwyceni poziomem naszej orkiestry, często wyjeżdżają na koncerty do innych miast, a porównania naszej orkiestry do innych nie wypadają dobrze. Uznaniem cieszyła się dyrygent, Pani Monika Wolińska, ale odeszła i rozwija swoją karierę gdzie indziej. No cóż, pozostaje życzyć Pani Monice Wolińskiej dalszych sukcesów, a my w przyszłości będziemy dumni, że zagościła chociaż na krótko w naszym mieście. Szkoda, że nie potrafiliśmy zadbać o to, aby zatrzymać wyjątkowych ludzi, czy starać się o takich, którzy będą umieli rozwijać wysoki poziom tej placówki. Nasza filharmonia jest dla mnie za często zbyt rozrywkowa, jak na filharmonię przystało. Skoro ją mamy, to nie zmieniajmy jej charakteru, ale go utrzymujmy. Bazą powinna być muzyka dawna. Mamy w Gorzowie Wielkopolskim coś, czym możemy się chlubić, pochwalić i promować, a mianowicie nasz JAZZ KLUB POD FILARAMI. To już tradycja, długoletnia. Kto w Polsce z miłośników jazzu nie słyszał o Panu Bogusławie Dziekańskim i Jazz Klubie pod Filarami? Na koncerty przyjeżdżają wielkie światowe gwiazdy, publiczność z innych miast i mówi, że szczerze nam tego klubu zazdrości. Kameralne miejsce, adekwatna atmosfera, ktoś umiał ją stworzyć, nie komercja(!!!!). Nieduże miasto i nieduża niszowa kultura na dobrym poziomie i to od tylu lat…Stworzona Mała Akademia Jazzu. Wiele poważnych firm w Gorzowie Wielkopolskim sponsorowało chętnie wyjątkowe koncerty jak firma HMB czy Toyota. Koncerty Richarda Bony, Johna Coltraina pamięta się do końca życia, a potem taką muzykę słucha się często i śledzi twórczość tych artystów. Małe jest piękne i wcale nie gorsze od dużego, bo nie w wielkości jest „widz” a w dobrej jakości, która wynika z pracowitości i pasji. Prowadzący od lat ten sam Pan Bogusław Dziekański. Akurat jestem z gorzowską firmą na targach w Bangkoku, która tutaj miała swój udział w spotkaniach networkingowych- „Gates”, a następnie pojechaliśmy do Jakarty w Indonezji na targi elektroniki użytkowej w celu rozpoznania rynku. I tutaj właśnie w Jakarcie mieliśmy miły akcent z gorzowskim Jazz Klubem w tle i gorzowskim saksofonistą Markiem Konarskim. Otóż hotel Borodur, w którym nocowaliśmy obchodził 50 – tą rocznicę swojego powstania i w związku z tym było tu dosyć uroczyście. Wieczorem poszliśmy na koncert jazzowy w pięknej sali hotelowej, na której obecna była polska ambasador Indonezji ze swoim mężem. Po koncercie przedstawiono skład muzyków i padło polskie nazwisko. Zamieniliśmy parę zdań z Polakami po koncercie. Jednym z nich okazał się mieszkający w Danii, ale pochodzący z Ciechanowa muzyk( kontrabasista ), który od razu powiedział, że zna gorzowski Jazz Klub Pod Filarami i kolegę, z którym studiował czyli gorzowianina Marka Konarskiego. Wspólne zdjęcie muzyków z publicznością po koncercie Miło jest usłyszeć na końcu świata coś o małym mieście w Polsce, w którym się mieszka i są to dobre wieści o ludziach czynu i kultury. Marzanna Leszczyńska  Czytelniku! Jeśli życzysz sobie nas wesprzeć w zamian za wytrwałe głoszenie prawdy, zachęcam na wejście na stronę https://patronite.pl/idealzezgrzytem.pl i założenie konta, aby nam pomóc działać aktywnie, rozwijać kanał, umożliwiać realizowanie nowych projektów jak np. tłumaczenie artykułów na obce języki.

Trochę o kulturze przy okazji wyborów samorządowych (Gorzów Wielkopolski 2024) Dowiedz się więcej »

Problem (?) „wielkopolskiego” przymiotnika w nazwie miasta położonego na pograniczu Pomorza i….Wielkopolski

Chodzi oczywiście o nasze miasto czyli… na razie Gorzów Wielkopolski. Poniżej prezentuję teorię – dlaczego problem zmiany nazwy miasta wraca co pewien czas, zawierającą ciekawe powiązania faktów, kuluarów tej sprawy. Auto Przedstawiam autora poniższego tekstu – Nikołaja Tracza i jego spostrzeżenia. – Marzanna Leszczyńska Problem przymiotnika w nazwie Gorzowa pojawia się regularnie średnio co dekadę. No właśnie, czy jest to faktycznie problem? Zwolennicy zmiany (głównie politycy, choć nie tylko) sugerują że to mało miasteczkowe, że niezgodne z historią, że utrudnia zlokalizowanie miasta, że co to za pomysł aby przymiotnik występował w nazwie miasta wojewódzkiego. Poniżej rozprawiam się z argumentacją przeciwników przymiotnika. Argument historyczny o braku związku z Wielkopolską Agrument historyczny jest zdecydowanie najgłupszy, bo o ile Gorzów z Wielkopolską był związany krótko i na samym początku, to na Ziemi Lubuskiej nie leżał nigdy. Wytyka się komunistyczną propagandę, która chciała podkreślić Polskość zdobytego odwiecznie niemieckiego miasta – oczywiście, to prawda. Ale przyjrzyjmy się jak to z tą przynależnością Gorzowa do Wielkopolski faktycznie było. Ziemia na której został zbudowany Gorzów, należała do Kasztelani Santockiej która z kolei wraz z Santokiem należała do Wielkopolski. W 1260 Konstancja Przemysłówna, córka księcia wielkopolskiego Przemysła I, wyszła za syna margrabiego brandenburskiego Jana I Askańczyka. Jako posag wniosła ziemie kasztelanii santockiej, ale już bez samego grodu -Santoku. To właśnie na tej ziemi powstało niemieckie miasto Landsberg. Kolejnym „wielkopolskim” epizodem jest okres od 1945 (czyli początku polskiego Gorzowa) do 1950. Miasto wtedy należało do woj. poznańskiego i było głównym ośrodkiem administracyjnym zachodnich powiatów województwa. Trzeba wspomnieć jeszcze o kolejarzach z Wielkopolski, którzy w 1945 jako pierwsi zakładali polską administrację w przejętym mieście. To oni pierwsi, nie komunistyczna propaganda nazwali Landsberg Gorzowem Wielkopolskim. Komunistycznej propagandzie natomiast możemy zawdzięczać podczepianie Gorzowa oraz Zielonej Góry pod Ziemię Lubuską – to właśnie w PRL-u powstał pierwszy koncept jakoby miasta miały tworzyć wspólny region wraz z faktyczną Ziemią Lubuską, która roztacza się pomiędzy niemieckim Lebusem (Lubuszem) a rejonem Ośna Lubuskiego i Sulęcina. Argument o małomiasteczkowym charakterze miasta z powodu przymiotnika oraz problemem ze zlokalizowaniem miasta. Zwolennicy Gorzowa – bez przymiotnika w nazwie- uważają, że przymiotnik w nazwie miasta wojewódzkiego świadczy o jego małomiasteczkowości. Przypominają historię Stargardu (do niedawna Szczecińskiego), Recza (kiedyś Pomorskiego) a przede wszystkim argumentują, że „żadne inne miasto wojewódzkie nie posiada przymiotnika w nazwie, tylko ten nasz Gorzów”. Problem w tym, ze Stargard w Polsce jest jeden (nie mylić ze Starogardem Gdańskim –- jedna literka w tym przypadku robi różnicę), a Recz tak naprawdę zawsze był Reczem, przymiotnik „pomorski” to jedynie nazwa stacji kolejowej w miasteczku. Analogicznie do „Nowe Drezdenko” w Drezdenku. Z Gorzowem sytuacja jest bardziej skomplikowana – są w Polsce aż trzy. Gorzów Śląski to miasto leżące w woj. opolskim, na historycznym Górnym Śląsku, natomiast trzecia miejscowość to po prostu…Gorzów – wieś na Małopolsce, nie posiadająca żadnego przymiotnika w nazwie. Czy naprawdę nazwa dzielona z jakąś wsią na drugim końcu Polski daje nam prestiż? O istnieniu „Gorzowa” w Polsce wie mało kto, natomiast w społeczeństwie istnieje świadomość o istnieniu dwóch Gorzowów z odpowiednimi przymiotnikami. Tak samo jak każdy Polak nawet z minimalną wiedzą geograficzno-historyczną zna pojęcia Małopolska, Wielkopolska oraz Śląsk. Pamiętajmy też, że istnieje jeszcze nasz „fonetyczny bliźniak” – miasto Chorzów. To właśnie z nim, gdy mówimy „jestem z Gorzowa” najczęściej mylą nasze miasto nasi rozmówcy – „Wielkopolski” rozwiązuje ten problem zanim zdąży się w ogóle pojawić. Ile zabawnych nieporozumień osobiście miałem w tym temacie podczas podróży, np. festiwalach muzycznych -to nie byłbym w stanie wyliczyć: -Skąd jesteście? -Z Gorzowa. -Z Chorzowa? My z Katowic. -Nie, z Gorzowa Wielkopolskiego. -A, Gorzów Wielkopolski, jasne! Przejeżdżaliśmy obok niego ostatnio jak jechaliśmy nad morze. Potem najczęściej słyszy się anegdoty o żużlu lub nagrywaniu muzyki w przeszłości na kasety Stilonu, bo przecież nie o „Dominancie” czy remontowanych ponad 20 lat Schodach Donikąd – to są na szczęście meandry wstydu jedynie w skali makro. Jako argument również podaje się przykład enigmatycznych „przedsiębiorców i biznesmenów” którym rzekomo błędne lokowanie Gorzowa gdzieś na Wielkopolsce odbija się negatywnie na interesach – to kompletna bzdura. Załóżmy, że gdzieś na skraju województwa podlaskiego, leży miasto, które zawiera w sobie przymiotnik odwołujący się do woj. mazowieckiego i Polacy przez to często kojarzą je z Warszawą. Czy takie skojarzenia mogą szkodzić, czy wręcz przeciwnie? Gorzów na takiej samej zasadzie kojarzony jest z Poznaniem – tylko korzystać z takiego stanu rzeczy! Podobnie jak z byciem jedynym miastem z przymiotnikiem – przecież to aż krzyczy by wykorzystać to marketingowo. Fakt posiadania przymiotnika nie musi być wadą, a zaletą. Po za tym, to nie jest jakiś „Gorzów Dolny/Górny” czy „Gorzów nad Kłodawką”. Przymiotnik „wielkopolski” brzmi dumnie, brzmi po prostu „wielko”. Nawiasem mówiąc, małomiasteczkowo moim zdaniem brzmi proponowany przez wielu „Gorzów Nad Wartą”. Argument o budowaniu odrębnej tożsamości w duchu Lubuskim. Naszemu miastu delikatnie mówiąc, daleko do bycia pretendentem do tytułu najlepszego miasta wojewódzkiego w Polsce. W każdym zestawieniu miast wojewódzkich pod względem wysokości zarobków, komfortu życia Gorzów Wielkopolski dumnie zajmuje ostatnie miejsce, ewentualnie jedno z ostatnich. Gorzów nie może się również pochwalić napływającą ludnością, turystyką oraz uczelniami. Wielu Gorzowian (w tym też ja) upadek swojego miasta upatruje w niekorzystnym położeniu wojewódzkim. Zielona Góra, która stale się rozwija, zostawiła Gorzów daleko w tyle. Mając Urząd Marszałkowski- to właśnie ona rozdaje karty, dysponuje funduszami, a dla Gorzowa zostają marne okruszki. Pojawiają się głosy, że Zielona Góra nie byłaby tam – gdzie jest gdyby nie Gorzów- i nasze miasto jest jej potrzebne by zachować swoją obecną pozycję. Pytanie tylko, czy Gorzów do funkcjonowania również potrzebuje Zielonej Góry? I tutaj właśnie ta grupa Gorzowian wskazuje na Wielkopolskę. Związek z Poznaniem jest dla Gorzowian naturalny – to tam większość wybiera się na studia, a sam gorzowski AWF jest filią AWF im. Eugeniusza Piaseckiego w Poznaniu. Nie tylko część Gorzowian widzi w woj. lubuskim i współpracy z Zieloną Górą niekorzystny dla siebie układ. W 2023 roku, jeszcze za poprzedniego rządu coraz głośniej mówiło się o reformie administracyjnej w Polsce na, której między innymi miały zyskać miasta, które utraciły status miast wojewódzkich. Dwa z czterech proponowanych wariantów reform, zakładały likwidację woj. lubuskiego i ulokowanie Gorzowa w granicach woj. zachodnio-pomorskiego. – Obecny układ województw nie jest wynikiem żadnej spójnej

Problem (?) „wielkopolskiego” przymiotnika w nazwie miasta położonego na pograniczu Pomorza i….Wielkopolski Dowiedz się więcej »

Wenecja – Bazylika S. Marka- „Pax tibi, Marce…”

O Bazylice św. Marka, historii, legendach, religijności Wenecjan , tajemniczości , wrażeniach własnych, Popielcu – Marzanna Leszczyńska     ” Takiego miejsca nie ujrzałoby się po opium, mrocznego od dymu kadzidła; pełnego skarbów z kamieni i metali szlachetnych, połyskującego zza żelaznych krat, świętego relikwiami martwych świętych „ Karol Dickens W tych czterech linijkach tekstu K. Dickens ujął istotę Bazyliki św. Marka w Wenecji. Podobno to jeden z cudów architektonicznych tego świata. Zachwyca pięknem, wielkością, przepychem bogactwa, ale wzbudza zdziwienie swoim wschodnim charakterem. W końcu poświęciłam na ten zabytek odpowiednią ilość czasu. Moja noga stanęła tutaj trzeci raz. Dwa razy wcześniej oglądałam Bazylikę tylko z zewnątrz. Wiadomo- Wenecja to jedno z najdroższych miast świata. Któż z Polaków mógł sobie pozwolić na obiad w Wenecji czy nocleg w latach komuny, czy transformacji 90-tych lat? Ja na pewno nie. Zwiedzałam uliczki w upałach sierpnia czy czerwca, a wycieczka to wiadomo: mało czasu wolnego, zbiórki , trzymanie się grupy, czekanie na wszystkich.. i jeden cel -zobaczyć jak najwięcej w krótkim czasie. Uff… Teraz poświęciłam Bazylice dwa dni – ostatni dzień karnawału i środę popielcową. Czekanie w kolejce do wejścia to dla mnie nie był czas męki i zniecierpliwienia, zresztą nie trwało to aż tak długo. Dla mnie takie czekanie to czas na obserwację ludzi, a w karnawale jest na co patrzeć, bo przechodzących przebierańców w przepysznych strojach nie masz dość. Wzrok mój przykuli jacyś prawosławni duchowni w czarnych sutannach, w czapach, z długimi brodami, mocno zbudowani. Może to pop jeden, drugi i trzeci. Robili ogromne wrażenie, byli inni, wyróżniali się na tym ogromnym placu z tak wielką ilością ludzi przed Bazyliką św. Marka, z tymi bizantyjskimi kopułami. Byli najbardziej kompatybilni w tym pejzażu. Najbardziej udani w swoim ubiorze, choć to czas karnawału, rewii przebierańców – to oni wpasowali się najlepiej, byli najlepiej przebrani choć paradoksalnie – nie przebierali się. Przywiezienie w 828 r. ciała ( mówi się często rzekomego) św. Marka Ewangelisty odmieniło to miasto zupełnie i to wydarzenie było pretekstem do powstania tej wspaniałej budowli. Wcześniej w Wenecji czczono św. Teodora, a w miejscu Bazyliki była łąka, parę drzew i ogród oraz owocowy sad. Historia i legendy powstania Bazyliki są arcyciekawe i warto je znać. Oto co mówi legenda i historia. Dwaj kupcy weneccy: Buono z Malamocco i Rusico z Torcello przybyli do Aleksandrii z misją handlową, ale przy okazji wyszła też inna transakcja. Nawiązali dyskusję z opiekunami kościoła, w którym spoczywało ciało świętego męczennika w sarkofagu i które mieli za zadanie chronić. Kapłani narzekali na prześladowania katolików przez Saracenów, spodziewali się splądrowania, a nawet zniszczenia kościoła. Wenecjanie zaproponowali kapłanom zabranie ich do Wenecji razem z ciałem św. Marka, które miało być opłatą za podróż. Ciało św. Marka wyjęto z sarkofagu i tam umieszczono relikwie mniej prestiżowego świętego. Na pokładzie statku przewieziono je w skrzyni i przykryto warstwami słoniny i kapusty. Muzułmańscy urzędnicy, którzy kontrolowali skrzynię zakrzyknęli z obrzydzeniem : „Kanzir! Kanzir!” („O zgrozo!). Na pełnym morzu, z dala od wykrycia maskarady, święte zwłoki wystawiono na pokładzie w otoczeniu świec i kadzielnic. Podczas rejsu przez Morze Śródziemne wydarzyły się różne cuda. Potem powstała legenda, że św Marek był biskupem Akwilei, a nie Aleksandrii. W XIII wieku zrodziła się kolejna legenda, że Marek szukał schronienia przed burzą i opatrzność go skierowała na wyspę Rialto, gdzie objawił mu się anioł i oznajmił : „Pax tibi, Marce. Hic requiescet corpus tuum„. („ Pokój z tobą Marku. Tutaj spocznie ciało Twoje”). Źródeł historycznych nie ma o tym. Pojawił się też mit związany z morzem i żywiołem: święci( Marek, Mikołaj, Jerzy) na łodzi uśmierzają sztorm na lagunie zesłany przez demony. Marek schodząc na ląd podaje rybakowi złoty pierścień, a rybak daje go doży. Relikwie św. Marka umieszczono w sali bankietowej Pałacu Dożów mimo tego , że w tym czasie budowano katedrę Olivolo i mogły spocząć tam właśnie. Najpierw wzniesiono kaplicę pod wezwaniem św. Marka. Pałac Dożów potrzebował religijnej legitymizacji, a świątynia potrzebowała Pałacu. Obecność świętego chroniła Wenecję przed napaścią. Miasto zyskało renomę niezdobytego. Wenecja pozostała nietknięta do czasów Napoleona. Umocniła się pozycja doży i wspólnoty. Całkowicie zmienił się charakter i pozycja Wenecji od tego czasu. Św. Marek szybko przewyższył kult św. Teodora, a na cześć nowego świętego wzniesiono wielką bazylikę Monsignior S. Marko w XII wieku. Na wielkim łuku nad prawą galerią śpiewaczą w bazylice pokazane są mozaiki ze scenami zaokrętowania ciała św. Marka, żeglugi do Wenecji i powitania ciała w mieście. Mozaiki są świetliste, wykonane zgodnie z tradycją bizantyjską – są filigranem na srebrnej powierzchni – wykonane z cienkich drucików złota, które rozklepywano i w ten sposób uzyskiwano ząbkowany brzeg, przylutowywano je do podłoża i układano w ornamenty. W 976 roku podczas buntu przeciwko doży wybuchł pożar, który pochłonął kościół św. Marka. Wtedy zniknęły relikwie. Odnalazły się w 1094 r., gdy odpadł tynk z kolumny. Dzisiaj podobno spoczywają pod głównym ołtarzem bazyliki. W 1968 roku papież Paweł VI wręczył kilka relikwii św. Marka delegacji duchownych koptyjskich, jednak reszta ciała pozostała w Wenecji. W skarbcu Wenecji można oglądać kciuk św. Marka i słynny złoty pierścień sprezentowany rybakowi. Być może doszło do kradzieży jakiejś świętej relikwii może Marka, a może nie. Być może doża wysłał kupców z misją zakupu relikwii, aby podnieść religijny prestiż miasta, aby mogło rywalizować z Rzymem i jego św. Piotrem. Pewne jest, że od tego czasu Wenecja nie chciała się podporządkowywać Rzymowi w sprawach religijnych. Te wydarzenia i relikwie zapewniły Wenecji autonomię. Wyspy laguny się zjednoczyły, a przewodniczyła im Wenecja. Cesarz Bizancjum wprowadził embargo na handel między Saracenami a chrześcijanami, Wenecja łowiąc ryby i świętych mogła bogacić się inaczej. Od początku istnienia miasta panowało tu przekonanie, że Wenecja została ufundowana przez Boga i od niego czerpała władzę. Stopniowo władza ze świętego przeszła na rybaka, a potem na polityka. Wenecja to miasto bez fortyfikacji, w którym handel był najważniejszy, a więc port musiał być otwarty. Kult św. Marka razem ze skrzydlatym lwem stał się sprawą świecką, stał się ikoną Wenecji i kojarzono go z dożą. Lew towarzyszący św. Markowi pozostał symbolem władzy, sprawiedliwości i paternalizmu – potęgi panowania Wenecji na morzu i lądzie. Wenecka religijność. Miasto,

Wenecja – Bazylika S. Marka- „Pax tibi, Marce…” Dowiedz się więcej »

WERONA,JULIA i JA

Zapraszam na zdjęcia i muzykę H. Manciniego – wszystko bardzo romantyczne. Piękna i smutna historia Romea i Julii, przepiękne miasto. Idealne na romantyczną podróż w Dniu Zakochanych. – Marzanna Leszczyńska Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film z muzyką.  Lubniewice i szlak Michaliny Wisłockiej wypadają topornie i mało romantycznie w porównaniu z Weroną i Domem Romea i Julii. Cóż… Byłam tam w 2015 r. Chciałam powtórzyć tę wizytę rok temu, będąc przejazdem. Jeden dzień był zaplanowany na Weronę, ale pechowo cały dzień padał silny deszcz, nie dało się wyjść z samochodu. Pojechaliśmy dalej… Historię Romea i Julii Wiliam Shakespeare zmyślił. Wszystko: balkon, pokój Julii, dom, wszystko jest sztucznie stworzone w Weronie. Ludzie o tym wiedzą, ale jadą tam zobaczyć coś czego nie było, ale za czym tęsknią ,o czym marzą. Zostawiają na ścianie napisane imię swojej ukochanej osoby , pewnie wierzą, że to będzie miłość wielka i na zawsze. Jak ta ściana jest zapisana gęsto, jakie to robi wrażenie… To osobliwe grafitti. Jest piękne choć kontrastuje z cudownym domem, balkonem, łóżkiem, zdjęciami Julii. Tłoczno tam jest, ale niezwykle… Ktoś stworzył iluzję, udało mu się. Żyjemy w czasach w których brakuje romantyzmu. Jak to dobrze, że są historie i miejsca, które przypominają o jego istnieniu. Czytelniku! Jeśli życzysz sobie nas wesprzeć w zamian za wytrwałe głoszenie prawdy, zachęcam na wejście na stronę https://patronite.pl/idealzezgrzytem.pl i założenie konta, aby nam pomóc działać aktywnie, rozwijać kanał, umożliwiać realizowanie nowych projektów jak np. tłumaczenie artykułów na obce języki.

WERONA,JULIA i JA Dowiedz się więcej »

POKÓJ Z ZIMOWYM WIDOKIEM NA MORZE

O zimowym przebywaniu nad morzem, Rewalu i mieszkaniu na klifie – zdań kilka – Marzanna Leszczyńska Wraz z porami roku – w tym samym miejscu – zmienia się tak wiele. A żywioły, które towarzyszą wszystkim czterem porom roku, potrafią zmienić geografię terenu, dlatego trzeba się cieszyć każdym zdjęciem. Przyszłość niedaleka potrafi ci udowodnić, że zdjęcie, którego nie chciało ci się pstryknąć, zatrzymało coś czego już nie ma, a nigdy nie przyszłoby ci do głowy, że tak będzie, że to unicestwienie nastąpi tak szybko. Zapraszam do obejrzenia – poniżej- filmu z zimowymi zdjęciami Rewala i mieszkania na klifie z muzyką. Naciśnięcie czerwonego kwadracika z białym trójkącikiem uruchomi film. Zimową porą Rewal jest inny niż latem, z zamkniętymi sklepikami, piekarenkami, kawiarniami, kramami, smażalniami ryb wydaje się jakby był niezamieszkany, jakby wszyscy wyjechali. Tak przecież nie jest. Funkcjonuje „Kalifornia”( prężna restauracja nad samym morzem), artystyczna galeria „Siedem”, położone na brzegu miasta dyskonty handlowe, kościół. Znakiem, że jest tu ktoś jest dający się słyszeć hałas młota pneumatycznego lub inny warkot urządzenia na budowie, ponieważ rozpoczętych prac nowych apartamentowców jest wiele, nadzwyczaj wiele. Wszyscy są ciągle zdumieni tymi inwestycjami, ich powodzeniem , bo czasy są niepewne tak jak pogoda nad polskim morzem. Rewal taki bezludny wcale znowu zimą nie jest, bo gdy tylko zaświeci słońce , nawet nie wiesz skąd i kiedy pojawia się na plaży tak wiele ludzi spacerujących. Gdy jest sztorm – nie jest inaczej. Amatorów obejrzenia tego żywiołu nie brakuje. Znam takich, którzy jadą extra z Gorzowa Wlkp. na ten spektakl natury. Jeśli lubisz spokój to pora na Bałtyk jest idealna. Przed Świętami Bożego Narodzenia miasteczko jest jak przygotowane do tego, abyś poczuł się jak Kevin sam w domu. Zdarzają się dni ze śniegiem. Czapy śniegu, miasto lśni dekoracjami, nie ma ruchu ulicznego, bez wiatru. 30-letni Artur, który oddał swoje dzieci pod opiekę i wrócił do pokoju na klifie spacerkiem ze sklepu – pierwsze słowa jakie wypowiedział po przestąpieniu progu były: ” Nie mogłem sobie niczego lepszego zafundować na tym pobycie jak ten spacer. Czułem się jak Kevin sam w domu”. Nie tylko śnieg, spokój, bezludzie, słońce mają swój czar. Wiem, że żadnego spaceru do tej pory nie pożałowałam. Zawsze czekała mnie nagroda. W ciągu 2-godzinnego spaceru może wydarzyć się wiele: zmieniają się kolory nieba, chmury układają się przedziwnie. Zdarzyło się niebo przecięte pionowo na pół, w tym jedna połowa ciemna zasnuta czarnymi chmurami, z których sypnął śnieg jak z rozerwanej poduszki przez krótką chwilę, a zaraz potem pionowa linia zniknęła i pojawił się zwyczajny krajobraz. Niespodzianką są te wszystkie „rzeczy”, które wyrzuca morze : korzenie; fikuśne kije; ciemnozielone wodorosty, które wyrzuca morze i rozkłada jak falbanki na plaży, dodatkowe ślady zarysowanych fal; muszelki; kamyki, bursztyny. Śnieg na plaży nie jest częsty. Nigdy nie żałowałam, że zmarzłam, zmokłam. Nagroda przerasta niewygody. Tym bonusem są endorfiny szczęścia i radości. Po prostu chce się żyć. Stare wille, domy w Rewalu wyglądają zimą jak domy, które robią furorę w grupie na fb ATMOSPHERIA albo ABANDONED PLACES. Doceniam, że jestem w miejscu, gdzie panuje różnorodność. Jest nie tylko nowe, ale też stare, pojawia się historia, pełnia, a to zdecydowanie więcej niż w zamkniętym ośrodku wypoczynkowym, jakie teraz wyrastają na wybrzeżu jak grzyby po deszczu ( takie same). Czasem, gdy idę po klifie z Trzęsacza do Rewala – zadaję sobie pytanie co też się tutaj musiało dziać? Gdy widzisz jak trawa na klifie wymieszana jest z piachem – wyobrażasz sobie armageddon -jak mocno musiało wiać i jak szalał piach w powietrzu… Uruchamiają wyobraźnię nowe góry piachu przy klifie, dziwnie ukształtowane; woda, która podchodzi pod granitowe głazy, które latem były tak daleko od morza. Gdy nie mam ochoty, czy też siły na wyjście nad morze – zawsze mogę patrzeć na nie przez oszkloną ścianę pokoju w willi na klifie. Tutaj też widać jak zmienia się niebo, jak faluje morze, słychać szum morza. Nie ma znaczenia czy pada śnieg, deszcz, nie widać słońca, świeci słońce, ponieważ wszystko to jest równie piękne – bo naturalne.  Apartament Marzanna w willi na klifie tel. 530-786-021 Marzanna Leszczyńska

POKÓJ Z ZIMOWYM WIDOKIEM NA MORZE Dowiedz się więcej »

Sylwester po egipsku

Oprócz wrażeń ze spędzonego Sylwestra – inaczej niż w Polsce- jest tu poruszanych dużo kwestii, spraw, do których podeszłam z humorem i dystansem. Nie polewaliśmy się tam szampanem tak jak w Zakopanem ( jak w słynnej piosence znanej z Sylwestra Marzeń) i dlatego być może Egipt jest tańszy niż Zakopane…..Oczywiście żaden to heroizm z mojej strony wyjechać tam i spędzić tydzień, nawet w tych niespokojnych czasach. Zapraszam na muzykę, taniec i zdjęcia z atrakcyjnego miejsca jakim jest El Gouna. Jest też niespodzianka czyli podróż w przeszłość do wspomnień, wyobrażeń o Egipcie 8-letniego chłopca, którą przygotował w drugiej części dr Robert Wójcik. Właściwie jest to dłuższy komentarz pierwszego czytelnika tego artykułu. Dwie podróże w to samo miejsce, ale jakże różne. Marzanna Leszczyńska Wylatywanie z Polski na Sylwester 31 grudnia do Egiptu jest z pewnością szalonym pomysłem. Twierdzę to dziś z całą pewnością, a już planowanie takiego terminu z premedytacją, aby podkręcić wrażenia i emocje jest dużą nieroztropnością. Po pierwsze – emocji i wrażeń jest i bez takich planów wystarczająco dużo. W moim przypadku termin taki uparł się wypaść sam, mimo , że celowaliśmy w inny termin i dużo wcześniej. Szkoda wspominać porażkę, pech – koniec. Po drugie Sylwester to wyjątkowy czas, każdy chce go przeżyć wyjątkowo, spokojnie, a tymczasem podróżując w tym dniu można gdzieś utkwić i to w nieciekawym miejscu. Samolot, w którym już siedzieliśmy okazał się mieć awarię jednego z systemów, którego nie dało się naprawić. Przygotowanie następnego i przesiadka spowodowała 3-godzinną ”obsuwę”, a przede wszystkim zmąciła mój spokój i brak stresu związanego z lotem, który tym razem mi wyjątkowo nie towarzyszył. Błogi spokój ulotnił się błyskawicznie, za to napięcie wróciło. Siedząca za mną 8-letnia Lucynka, która podróżowała ze swoim tatusiem- pilotem, rozbrajająco – co tu dużo mówić – niepokoiła: „ Tato, a miałeś kiedyś takie coś, że samolot Ci się nagle..na przykład…zaplątał?”. Cztery godziny lotu ją nudziły, więc jak się skończyły m&m-ki to musiała sobie pochodzić, a nawet poskakać po samolocie. Jej tatuś na szczęście zgasił te harce, mówiąc, że zaraz zrobi dziurę w podłodze samolotu jak tak będzie skakała i wtedy to wszystko się na pewno zaplącze. W ogóle to ludzie mają chyba – stwierdzam-nerwy jak ze stali.Siedzący obok mnie gość czytał książkę o katastrofach lotniczych i nawet próbował się ze mną dzielić jej treścią jak to pewien pilot dzięki temu, że poinformował pasażerów, że sytuacja jest krytyczna, zaufał podpowiedziom i w ten sposób ocalił 2/3 załogi, a mógł przecież nie ocalić nikogo (tylko 1/3 się spaliła). .Bardzo pocieszające. Reszty szczegółów już nie chciałam poznawać. I śmiesznie i straszno. Ludziom to się wydaje, że ich nic nie dotyczy, a tylko innych… Nigdy wcześniej nie widziałam z okna samolotu w czasie lotu takiej ilości mijanych samolotów. Co nie spojrzałam w okno, to coś leciało w zasięgu wzroku. Pozostawiały za sobą białe smugi, które szybko znikały bez śladu, były jak warkocze, których sploty się rozluźniały i znikały jak marzenia o długich pięknych włosach u tych, którym nigdy nie wyrosną. Nie wiem, czy to już normalność, że jest takie zagęszczenie w ruchu powietrznym, czy też to właśnie ten szczególny dzień 31 grudnia taki jest, że nagle tylu ludzi pragnie jeszcze w ostatniej chwili roku gdzieś zdążyć, z kimś się spotkać, a może gdzieś uciec albo przed kimś, a może z kimś… El Gouna zwana egipską Wenecją będąca własnością najbogatszego Egipcjanina zachwyciła swoją urodą i egzotyką. Jak mawiają kite-surferzy, którzy tutaj mają raj do nauki tego sportu ( płytko, wiatr do lądu, ciepła woda) El Gouna jest wyjątkowa w Egipcie, stanowi „Egipt w Egipcie” a i cały Egipt różni się od innych krajów arabskich. Letnia aura dla nas Polaków przyzwyczajonych do zimowych krajobrazów na przełomie roku starego z nowym – mimo tego, że spodziewamy się jak będzie – jest po prostu dziwna. Ciągle towarzyszyło mi wrażenie, że coś jest nie tak, mimo świątecznego wystroju i nastroju muzycznego. To takie bezustanne pomieszanie wakacji z feriami zimowymi. Hotel zadziwił świąteczno – sylwestrowym wystrojem – muszę przyznać- wyjątkowo gustownym i nie przesadzonym. Można by się było spodziewać palm przystrojonych światełkami czy bombkami, otóż nic z tych rzeczy. Palmy są nie tykane, tak jakby ktoś chciał oznajmić: „To nie nasza tradycja, ale to co robimy to robimy dla Was szanując Was”. W Egipcie stawiane są choinki w tym czasie, tutaj one naturalnie nie rosną. W naszym hotelu stało coś na podobieństwo wieszaka czyli kij z paroma skrzyżowanymi deseczkami w dużych odstępach od siebie, a na tych deseczkach przyklejone było zielone coś udające igły. Na tym wieszaku rzadko rozwieszono bombki. Choinka skromna ale za to pod choinką leżały ogromne pluszowe renifery i czerwone gwiazdy betlejemskie. To raczej była artystyczna i oryginalna wizja drzewka świątecznego, bo poza naszym hotelem i na ulicach El Gouny było mnóstwo takich, które są bardzo podobne do tych u nas w Polsce. Za to główną dekoracją w holu hotelu był postawiony na środku potężny domek jak z czekolady taki jak z bajki „O Jasiu i Małgosi”. Stały też duże czekoladowe Mikołaje, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to inspiracja posągami z Luxoru. Generalnie to świeckie, świąteczne dekoracje. Z sufitu zwisała potężna siatka z tysiącami balonów i czekała na północ, bo właśnie wtedy zostały spuszczone, a dzieci, których było dużo miały zabawę w ich przebijaniu. I to były jedyne wybuchy i fajerwerki tego wyjątkowego Wieczoru Sylwestrowego. Wszystkie psy i zwierzęta nie miały stresu. Muszę przyznać, że moda na zwierzęta tak rozpanoszona w Polsce tutaj nie istnieje. W naszym hotelu nie było żadnych zwierząt, tak samo w mieście rzadko widuje się psy, nie ma też po nich żadnych śladów. Przy stolikach siedzą „dziecka” ,a nie „psiecka”. Czasem w mieście trafi się jakiś kot. Do mnie się nawet jeden przykleił, kiedy to w marinie popijałam sobie kawę przy stoliku, usiadł na moim krześle i ogrzewał mi plecy. Był rudy, leniwy, ale widać oswojony i zadbany. Przyjemnymi dekoracjami są na plaży układane z płatków kwiatów, czy kamyczków hasła typu: Happy New Year 2024, bo jest to czas , w którym dookoła ośrodka i domków hotelowych kwitnie mnóstwo cudownych i niesamowicie kolorowych, bajecznych kwiatów. Nie potrafię ich

Sylwester po egipsku Dowiedz się więcej »

MIERZĘCIN PRZED BOŻYM NARODZENIEM 2023 ROKU

Mimo nie zimowej aury nastrój w Mierzęcinie w Pałacu wyczarowany jak zimą. Tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia zdecydowanie po wodzie. Ale czy to ważne? Zapraszam na zdjęcia, muzykę świąteczną i dekoracje świąteczne. Marzanna Leszczyńska To już 10 artykułów i słuchowisk o nowej historii Pałacu w Mierzęcinie według wspomnień dr Roberta Wójcika na www.idealzezgrzytem.pl a wszystkie w jednej kategorii: https://idealzezgrzytem.pl/category/mierzecin-wedlug-wspomnien-dr-roberta-wojcika/

MIERZĘCIN PRZED BOŻYM NARODZENIEM 2023 ROKU Dowiedz się więcej »

Zbigniew Rudziński uświadamia o tym „Czego o Gorzowie nie wiecie”

O grudniowym spotkaniu Przy „Zapiecku” ze Zbigniewem Rudzińskim w MOŚ w Gorzowie oraz Jego nowej książce „Gorzowskie opowieści turystyczno-krajoznawcze” Marzanna Leszczyńska Zbigniew Rudziński znany w Gorzowie Wielkopolskim i kojarzony z PTTK, turystyką i mapami jest niezawodny i obecny na różnych ważnych dla mieszkańców miasta wydarzeniach i spotkaniach na, których wspiera swoją wiedzą różne inicjatywy. Duża wiedza Z. Rudzińskiego o walorach przyrodniczych i krajobrazowych naszego miasta i regionu wspiera i przekonuje mieszkańców do obrony niektórych zagrożonych miejsc jak na przykład wzgórze ze „schodami donikąd”, które ma zostać unicestwione na konto apartamentowca. Interesujące opracowanie broszurek o Parku Krajobrazowym ujścia Warty dostarcza koniecznej wiedzy przyrodniczej i historycznej. Na spotkaniu poświęconym Ryszardowi Popielowi , gdy nadano uroczyście nazwę „Santockie Zakole im. Ryszarda Popiela” pojawiły się świeżo wydrukowane, zaktualizowane mapy przyniesione przez Zbigniewa Rudzińskiego. Grudniowe spotkanie „Zapieckowiczów” w MOŚ przy ul. Pomorskiej w Gorzowie przybliżyło bardziej tę barwną dla Gorzowa postać Zbigniewa Rudzińskiego , na którym promował swoją najnowszą książkę pt: „Gorzowskie opowieści turystyczno- krajoznawcze”. Spotkanie na „Zapiecku” nosiło tytuł „Czego o Gorzowie nie wiecie”. Chciałoby się dokończyć tytuł parafrazując znany film Woodego Allena „…a o co boicie się zapytać”… Gospodyni spotkania – Barbara Schroeder – przybliżyła uczestnikom spotkania swojego gościa i zarysowała się sylwetka w całej okazałości: Zbigniew Rudziński jest nie tylko turystą ale również alpinistą, który ma na swoim koncie zdobyty Mont Blanc i Marmoladę. Zorganizował wiele wycieczek i rajdów nie tylko pieszych, ale i kajakowych czy rowerowych. Opracował 30 map i wydał książki o Gorzowie i okolicach ( moją uwagę przykuła pozycja : ” Zakony rycerskie w lubuskim”- od razu nasunął mi się pomysł, aby podążyć tym szlakiem i go zwiedzić np. rowerem). Jego mapa „Powiat gorzowski dawniej” została nagrodzona, a ” Gorzowskie gawędy o miejscach niezwykłych w Gorzowie” zdobyły nagrodę publiczności. Otrzymał też odznakę „Nauczyciela kraju ojczystego”. Jest organizatorem konkursów dla dzieci. Nie da się ukryć, że to prawdziwy patriota lokalny, który – jak podkreśliła Gospodyni spotkania B. Schroeder – jest człowiekiem lubiącym wyzwania, nieoglądającym się za siebie i żyjącym tym co będzie, który zrozumiał, że trzeba pracować nad tym, aby Gorzowianie poznali miasto w, którym mieszkają, a które pełne jest ciekawostek i bogatej historii. Najnowszą książkę autor zarekomendował w sposób bardzo interesujący, a pokaz zdjęć uświetnił i zobrazował całość. Pozycja „Gorzowskie opowieści turystyczno-krajoznawcze” miały swój zalążek w audycji radiowej gorzowskiego radia. Właściwie miały swój początek w cyklu 188 krótkich, bo zaledwie trwających 180 sekund każda, historyjek. Jak powiedział Zbigniew Rudziński – wyszedł naprzeciw czasom krótkich tekstów, szortów internetowych, tak modnych i pożądanych dzisiaj i zgodził się na opracowanie takich właśnie materiałów radiowych. No cóż, ludzie myślą dzisiaj, że z takich skrótów posiądą dzisiaj erudycję, historię i mądrość tego świata. Jest to złudzenie, o którym wcześniej czy później każdy sam się przekona. Na szczęście Zbigniew Rudziński nie spoczął na tym ulotnym pomyśle, ale poszedł dalej i zrobił solidne, tradycyjne opracowanie tego tematu w postaci książki. Autor odsłonił rąbka tajemnicy o swojej książce, a zrobił to oryginalnie i co tu dużo mówić potrafił zachęcić do jej przeczytania. A było o: – misie z głową św. Jana Chrzciciela, która zachowała się po pożarze kościoła św. Jana w 1490 roku i o elementach, które pasują do niej, a znajdują się w zakrystii naszej katedry, a są to zworniki ( jeden z barankiem a drugi z dwoma ptakami). – o pamiątce, która jest czymś nowym w katedrze, a zostawili ją robotnicy, jako swój ślad, gdy pracowali przy odnowie katedry po ostatnim pożarze. – o dębowym ołtarzu w katedrze, który ufundowali po wojnie kolejarze, a który zniknął bez śladu. – o Kosynierach Gdyńskich i ich bezkonkurencyjnej waleczności z piechotą niemiecką. – o akcencie gorzowskim na obrazie „Powrót syna marnotrawnego” w czerwonym kościółku na ul. Warszawskiej. – o Pałacyku na Zawarciu ze stawem, który był wysuniętym szańcem. O spichlerzu i ich związkach z wojną 30-letnią i pobytem Szwedów. – O Dobroszynie i budynkach gospodarczych wyjątkowo ozdobionych. – o kamienicy w Strzelcach Krajeńskich, którego mieszkańcem był budowniczy Kanału Kilońskiego. Było też o ciekawostkach przyrodniczych. Między innymi o sośnie smołowej w Recławie, o potężnych żywotnikach, które nigdy nie będą pomnikiem przyrody, o największym głazie narzutowym w Macharach, który do złudzenia przypomina słonia… Wszystkiego nie wymieniam celowo i dokładnie nie opisuję, bo przecież warto mieć książkę i ją przeczytać. Wieczór i spotkanie ze Zbigniewem Rudzińskim uświetniała krasomówczym wystąpieniem o ” Szymonie Giętym” 11-letnia Antosia Kujawska ze Społecznej Szkoły Podstawowej Stowarzyszenia Edukacyjnego w Gorzowie Wlkp. Antosia zdobyła 1 miejsce w konkursie krasomówczym na etapie ogólnopolskim dla dzieci i młodzieży szkół podstawowych w Legnicy, a przygotowała ją do niego pani Teresa Łukian. Gratuluję sukcesu. Marzanna Leszczyńska

Zbigniew Rudziński uświadamia o tym „Czego o Gorzowie nie wiecie” Dowiedz się więcej »

KARTKI ŚWIĄTECZNE Z LAT 80-TYCH

Piszcie i wysyłajcie kartki na Święta Bożego Narodzenia. To takie fajne- nie tylko dostawać, ale też dawać. Napisałam tekst o tych pierwszych, które otrzymałam. Pokazuję je w klipie, na tle piosenki Ewy Bem z filmu „MIŚ”. Marzanna Leszczyńska Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi obrazy z muzyką. Koniec lat 70-tych i lata 80-te to był czas dużego napięcia w Polsce. Okres tuż przed stanem wojennym, stan wojenny a potem powolne podnoszenie się Polski z marazmu. To był biedny czas : szaro-burej rzeczywistości, pustych półek w sklepach, kartek na żywność, zamknięcia Polski na kraje zachodnie. Właśnie w tym okresie przychodziły do mnie pierwsze kartki świąteczne, adresowane na moje imię i nazwisko, nie rodziców, ale moje. Jaka ja wtedy byłam dumna i szczęśliwa, to były czasy szkoły podstawowej. Zachowałam je do dzisiaj, a ta pierwsza ma 45 lat. To już zabytek. Cieszę się, że nie uległam pokusie ich wyrzucenia wtedy, gdy wiele lat później przychodziły do mnie o wiele bardziej atrakcyjne, kolorowe, błyszczące brokatem, rozkładane, z pozytywkami – kartki świąteczne. O tak, rozwinął się przemysł świąteczny. Dziś po wielu latach otworzyłam kolorowe pudełko, w którym spoczywają – niektóre są lekko pogięte, nie mają wyrazistych kolorów ( nigdy ich nie miały), są skromne ale dla mnie mają wartość. Są odbiciem pewnego okresu ważnego w kraju, w którym mieszkam od urodzenia i mojego życia. Te dwie pierwsze, które otrzymałam w swoim życiu dziecięcym cieszyły mnie szczególnie nie tylko dlatego, że były piękne ( z Misiem Uszatkiem na nartach z ulubionej „Wieczorynki” i ta druga z cyklu: „Polskie szopki ludowe”) ,ale dlatego , że przyszły od mojej koleżanki- przyjaciółki, z którą siedziałam w jednej ławce szkolnej. Łączyło nas wtedy zamiłowanie do rysowania, fascynacje piórnikami chińskimi, pachnącymi gumkami, pisakami i kredkami, które nasi rodzice przywozili z Czechosłowacji przy granicy, której mieszkaliśmy. Miałyśmy też prawdziwe pióra wieczne: pelikano czy parker otrzymane w komunijnych prezentach. Dzięki nim wyrobiłyśmy sobie ładne charaktery pisma, chociaż kosztowało mnie to wiele łez, przepisywania zeszytów i stron bo kleksy były złośliwe, a staranne zeszyty były w cenie dobrej oceny z przedmiotów. Na przerwach opowiadałyśmy sobie przeczytane książki, oglądane filmy, chodziłyśmy po krawężnikach z ambicją, aby z nich nie spadać ( jakież to były ćwiczenia równowagi, cierpliwości, koncentracji, urządzałyśmy konkursy). I nagle po paru latach, gdy nasza przyjaźń robiła się coraz dojrzalsza i bogatsza – została nagle przerwana. Umarł jej tato, który ciężko od lat chorował, a ona musiała się przeprowadzić daleko. Dziś po tylu latach wiem, że to była piękna, pozytywna i ważna relacja w moim życiu i chyba żadna z późniejszych koleżanek nie miała na mnie tak pozytywnego wpływu. Niestety zakończyła się bez śladu, a dzisiaj nie wiem co u niej słychać. Potem przyszły kolonie, obozy, a więc nowe znajomości, przyjaźnie na odległość i nowe kartki na święta. I ta jedna z wroną i złym bałwanem, którą przysłał mi poznany na kolonii w Czechosłowacji chłopiec, o u nas nie spotykanym imieniu – Adolf. Napracował się kamrat i napisał życzenia po rosyjsku. Czytam z uśmiechem te nieporadnie formułowane dziecięce życzenia. Czasami jedno zdanie i litery tak duże, że ledwie zmieściło się na kartce. Dużo zapewnień, że nie było czasu na napisanie listu. Tak, ale to był duży wysiłek, czyjaś pamięć adresowana tylko w moim kierunku, tylko dla mnie, własnoręcznie napisane. Tylko jedna kartka ma wypłowiały, ledwie czytelny tekst. Jednej osoby nie mogłam sobie przypomnieć, ale już chyba sobie przypominam… Nigdy nie wyrzucę tych kartek. Może kiedyś spakuję ładnie i przekażę komuś ze swoich wnuków, czy prawnuków… Komu? A to się musi wykrystalizować w przyszłości. Marzanna Leszczyńska

KARTKI ŚWIĄTECZNE Z LAT 80-TYCH Dowiedz się więcej »

„GAMBRINUS” I 4 KOBIETY

„Gambrinus” czyli Jerzy Zysnarski – gorzowski dziennikarz (już emerytowany) i regionalista – spotkał się ze słuchaczami 14.11.2023 r. w MOS w Gorzowie Wlkp. i wygłosił swoją prelekcję: „Kapitan Dutkowska i inne niezwykłe Gorzowianki”. Zaczepnie i szokująco Jerzy Zysnarski rozpoczął spotkanie ze słuchaczami od wezwania: „Kobiety na ulice”. Jednocześnie od razu wyjaśnił do czego „pije” i że kiedyś też ktoś w innych czasach, bardziej purytańskich też użył w szlachetnej sprawie – mając na myśli kobiety- określenia „Q”. Skojarzenia jednoznaczne, ale przecież nie dosłowne, sprytne i mające na celu podbicie ciekawości szerokiej publiczności. Dziennikarz przedstawił sylwetki czterech kobiet, które kiedyś były związane z miastem Gorzowem( kobiet z osiągnięciami, nietuzinkowych, wybranych starannie) po to aby ich nazwiskami zostały nazwane ulice w naszym mieście. Starannie i pieczołowicie prześledził ich życiorysy, zdobywał i uzupełniał informacje, dociekał. Było w tym doborze wiele pracy Jerzego Zysnarskiego, poświęconego czasu, starannych przemyśleń. Na spotkaniu w MOS „Gambrinus” uzasadnił swój wybór przedstawiając sylwetki swoich czterech wybranek: Heleny Jurgielewicz, Merry Didur- Załuskiej, Wandy Dubieńskiej i Elżbiety Dutkowskiej. Helena Jurgielewicz Merry Didur- Załuska Wanda Dubieńska Elżbieta Dutkowska Trzeba przyznać, że aby „dostać się na ulicę” według „Gambrinusa” to trzeba być kobietą niebanalną, poprzeczka została podniesiona wysoko. Warunek jest taki, że trzeba w naszym mieście mieszkać i być z nim związanym. Jerzy Zysnarski podkreśla, że w naszym mieście mamy ulice różnych bohaterek, które nigdy nie mieszkały i nie były w naszym mieście, podczas gdy te zasłużone i związane z nim nie dostąpiły tego zaszczytu. Na pewno miasto, które ma swoich bohaterów na tablicach ulic zyskuje na oryginalności i może się tym szczycić, zaciekawi nie jednego turystę. Pamiętam jak kiedyś nawigacja poprowadziła mnie w drodze nad morze przez Puszczę Goleniowską i wjechałam do Strumian – wsi z paroma ulicami – a tam na tablicy – Ul. Joanny i Jana Kulmów. Zatrzymałam się i porozmawiałam z panem siedzącym na ławeczce przed domem – zostałam zaproszona do domu, wyciągnięto album ze zdjęciami i wysłuchałam ciekawych opowieści o charyzmatycznych mieszkańcach, którzy wiele zmienili w tej wsi ale pod koniec życia wyprowadzili się do Warszawy. I pomyśleć, że taka wieś z paroma ulicami, ale upamiętniła niebanalnych gości, którzy tam osiedli na jakiś czas. A oto wybranki Jerzego Zysnarskiego pseudonim „Gambrinus” i Ich prezentacja tak jak zostały przez Niego opisane. Helena Jurgielewicz ( z domu Bujwid) Kobieta z dyplomem ukończenia weterynarii, a był to rok 1920. Pionierka w tym zawodzie. Była oficerem Wojska Polskiego w stopniu porucznika. Uczestniczyła w obronie Lwowa. Ojcem chrzestnym jej córki – olimpijki – był Józef Piłsudski. W czasie wojny przebywała we Francji, gdzie została aresztowana i skierowana do Ravensbruck. W 1945 roku przyjechała do Gorzowa, gdzie pracowała w Państwowym Instytucie Bakteriologicznym, znanym dzisiaj jako BIOVET. Była weterynarzem i zajmowała się głównie leczeniem koni. W naszym mieście przebywała niestety tylko 8 miesięcy, ponieważ na wskutek intryg została pozbawiona pracy i zastąpiona człowiekiem związanym z S.B. Wyjechała do Krakowa. Marry Załuska-Didur Przedstawiona jako arystokratka artystyczna i herbowa. Córka światowej sławy śpiewaka basowego występującego m. in. w La Scali. Była żoną hrabiego. Razem z mężem mieszkała w Iwoniczu-Zdroju. Potem osiedlili się w Gorzowie. Z Iwonicza przywiozła bardzo dużo książek, które osobiście przeglądał Jerzy Zysnarski – jak opowiadał na spotkaniu. Marry Załuska- Didur zapoczątkowała w Gorzowie życie muzyczno-rozrywkowe. W tym czasie w Gorzowie był Garnizon Kawaleryjski. Występowała w rewiach, w słynnej „Wenecji”. Została postrzelona. Dużo życia poświęciła upamiętniając dokonania swojego ojca. Wanda Dubieńska ( z domu Nowak) Kobieta z dyplomem lekarza weterynarii. W tym zawodzie też pracowała w Gorzowie po wojnie. Córka mikrobiologa. Bardzo wszechstronnie utalentowana. Wszechstronna sportsmenka. Grała w tenisa, była florecistką, jeździła konno. Jako jedyna Polka brała udział w Olimpiadzie w Paryżu. Mówiła w kilku językach. Studiowała też muzykologię. Z Ignacym Paderewskim grała na fortepianie. Była portretowana przez Jacka Malczewskiego i Stanisława Wyspiańskiego. Była częstym gościem Empiku. Elżbieta Dutkowska Bardzo odważna, idąca przez życie przebojem kobieta. Była kapitanem A.K. W czasie wojny otrzymała order Virtutti Militari. Wybitna organizatorka. Zorganizowała służbę łączności w Łodzi, a następnie łączność między Łodzią a Warszawą. Brała udział w Powstaniu Warszawskim z bronią w ręku. Była wybitnym fachowcem. Opiekowała się Wincentym Witosem przed Jego wylotem do Londynu. W przebraniu zbiegła z obozu w Rembertowie. W Gorzowie mieszkała 4 lata. Była kobietą przedsiębiorczą, w latach 50-tych założyła cukiernię „Hanka” (był to jeden z Jej pseudonimów)na ulicy Chrobrego 26 naprzeciwko Księgarni „Daniel”. Spotkanie zorganizował „Zapiecek” w MOS przy ulicy Pomorskiej. Czy nie chcielibyście ulic w mieście z nazwiskami takich kobiet – bohaterek swoich czasów? Marzanna Leszczyńska

„GAMBRINUS” I 4 KOBIETY Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry