Autor: Marzanna Leszczyńska

„…ŻADNE ZNAMIONA A GENOCIDIUM ATROX… „- 11.07.2024 Gorzów Wielkopolski

W dniu 11.07.2024 r. w miejscowości Domostawa został odsłonięty pomnik autorstwa Andrzeja Pityńskiego upamiętniający ludobójstwo na Wołyniu. Na uroczystości do Domostawy przybyło 20 000 ludzi – morze głów. W różnych miastach na terenie całego kraju obchodzono rocznicę rzezi na Wołyniu. W Gorzowie Wielkopolskim upamiętniono to wydarzenie mszą świętą o godz.18 w białym kościele u kapucynów, a następnie wszyscy przeszli ze zniczami pod pomnik Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej pod, którym została wygłoszona przedmowa historyczna prof. Grzegorza Kucharczyka. Właśnie o tych uroczystościach w naszym mieście, w które organizatorzy włożyli ogromny wkład jest poniższy artykuł. – Marzanna Leszczyńska Na zdjęciach poniżej: Pomnik Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej w Gorzowie Wielkopolskim i odsłonięcie pomnika w Domostawie. „ Czy pamiętasz Panie Boże nad Wołyniem łunę krwawą i ten krzyk z płonącej chaty mordowanych przez sąsiadów…” – Lech Makowiecki „Wołyń 1943” Słowa z utworu Lecha Makowieckiego ” Wołyń 1943″ padały często na uroczystej mszy św. w białym kościele u kapucynów tego dnia. Kazanie przypomniało zgromadzonym wiernym czym powinna być praca dla człowieka, która powinna łączyć się z modlitwą, bo dopiero pogodzenie jednego z drugim przynieść może człowiekowi szczęście. Kazanie przypomniało, że patronem Europy opartej na chrześcijańskich wartościach był św. Benedykt , a dzisiejsza Europa odeszła i odrzuciła Boga, to nie jest już ta Europa i jest to z pewnością zły kierunek, można rzec kierunek bez przyszłości według powiedzenia: „Bez Boga ani do proga”. Kazanie przypomniało, że wspólna historia Polski i Ukrainy jest trudna ze względu na wymordowanie w bestialski sposób i na ogromną skalę ludzi ze stu miejscowości- ludzi, którzy byli sąsiadami. Nie możemy o tym zapomnieć, musimy o tym mówić i musimy dochodzić prawdy. Historia tego okresu jest w dalszym ciągu zakryta jakąś czapą i jest niewyjaśniona. Zabitym należy się szacunek i pochowanie. Dzisiejsza Ukraina będąca w stanie wojny doznała od Polaków pomocy i otwartego serca, potrzebna jest jej miłość, ale podkreślono, że tylko i wyłącznie oparta na prawdzie. Powinniśmy się modlić za ofiary tej rzezi, aby ich uwolnić od kar czyśćcowych w oczekiwaniu na spotkanie z Bogiem. Jako chrześcijanie powinniśmy też przebaczyć i modlić się za nieprzyjaciół oraz prosić Boga, abyśmy nigdy takiej tragedii i bestialstwa nie doświadczyli. Zapalone znicze w biało- czerwonych barwach ustawione pod ołtarzem w czasie mszy , które zanieśliśmy pod pomnik były symbolem obecności pomordowanych w rzezi wołyńskiej. Zapraszam na wysłuchanie przedmowy historycznej prof. Grzegorza Kucharczyka. Profesor Grzegorz Kucharczyk urodził się w Gorzowie Wielkopolskim– jest historykiem, profesorem nauk humanistycznych, specjalizującym się w historii myśli politycznej XIX i XX wieku oraz historii Niemiec. Mnie jest znany z wykładów Instytutu Dziedzictwa Europejskiego Andegavenum. Wykład ten to nie tylko historia tragicznych wydarzeń na Wołyniu odważnie i z talentem przekazana, ale też osadzona dzisiaj w odniesieniu do wydarzeń i faktów, które właśnie się stały albo jeszcze się dzieją i powodują, że czujemy się jak we mgle i nie potrafimy się ze sobą porozumieć. Niestety sam początek wykładu nie został zarejestrowany dlatego pozwalam sobie swoimi słowami go „dosztukować”. Początek wykładu – bardzo istotny- odnosił się do naszego pomnika Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej niedaleko amfiteatru, a właściwie do napisu na nim, który jest niewystarczająco wymowny w odniesieniu do tych koszmarnych wydarzeń. Napis brzmi : ” Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej mającej znamiona ludobójstwa dokonanego przez zbrodnicze organizacje ukraińskich nacjonalistów OUN-UPA….” Prof. Grzegorz Kucharczyk podkreślił, że nie były to znamiona, ale to było szczególne okrucieństwo. Powiedział: „ Żadne znamiona, a genocidium atrox”. Przedmowa historyczna została wygłoszona przez profesora Grzegorza Kucharczyka w parku na tle świergoczących ptaków ( a śpiewały przepięknie) w otoczeniu harcerzy, sztandarów, na tle bardzo dobrze zrobionych przejmujących banerów pokrytych archiwalnymi zdjęciami z wydarzeń na Wołyniu i obrazu Jezusa ukrzyżowanego w środku tych wydarzeń z ręką zakrywającą oczy. Na uroczystość przyszli ludzie, których nie było wielu jak na 120 – tysięczne miasto (ale nie ilość jest ważna) byli to ludzie „dotknięci” wydarzeniami z Wołynia i ich potomkowie, ludzie nie z przypadku. Na obrazie poniżej znajduje się czerwony prostokąt z białą strzałką. Naciśnięcie go spowoduje uruchomienie nagrania wykładu. Zdjęcia ukazujące się na tle głosu pochodzą z uroczystości przy pomniku i mszy św. Marzanna Leszczyńska Czytelniku!

„…ŻADNE ZNAMIONA A GENOCIDIUM ATROX… „- 11.07.2024 Gorzów Wielkopolski Dowiedz się więcej »

Filmowe Lato 2024 – Łagów

Wszystko wskazuje na to , że powoli stanę się entuzjastką Festiwalu Filmowego w Łagowie i co roku będę na nim obecna. Wciągnęłam się w „męczące” fabuły, chyba „połknęłam bakcyla”, właściwie to zawsze miałam filmowego bakcyla, tylko został uśpiony na długie lata. Zapraszam na spostrzeżenia z tegorocznego fragmentu festiwalu – 53 Lubuskie Lato Filmowe – Łagów 2024 – Marzanna Leszczyńska 30 czerwca 2024 r. zakończyło się 53 Lubuskie Lato Filmowe w Łagowie. To moje drugie spotkanie z festiwalem. Zaczęłam późno, bo rok temu ( a swoje ubiegłoroczne wrażenia opisałam na www.idealzezgrzytem.pl (https://idealzezgrzytem.pl/2023/07/13/lagow-i-lubuskie-lato-filmowe-2023/ ). Tak jak ostatnio obejrzałam tylko trzy filmy. Nadal dawkuję jeden dziennie, nadal wychodzę z seansów lekko oszołomiona tym co zobaczyłam, potem długo muszę to przetwarzać w sobie, albo dzielę się wrażeniami z osobą, z którą przyjechałam oglądać film. Wielu z tych, którzy chętnie się wybrali pierwszy raz – na tym jednym razie pozostają. Dołożyłabym jeszcze jedną funkcję osobie mi towarzyszącej w oglądaniu tych filmów – aby mnie co pewien czas szczypała. Zaczęłam od „ Kobiety z” Małgorzaty Szumowskiej. Czasem migają mi na fb krótkie posty, które pokazują facetów ubranych w damskie fatałaszki, z torebką, na wysokich obcasach, umalowanych. Na ulicach mojego 120 000 miasta jeszcze takich obrazków nie widziałam. Film Małgorzaty Szumowskiej opowiada historię jednego z takich właśnie mężczyzn, jego drogę jaką przebył, aby z faceta stać się kobietą a na końcu tej drogi – szpital i upragnione oczekiwanie na operację, która zmieni jego męskie narządy płciowe na damskie. Bohater filmu pokazany jest jako poszukujący prawdy, szczęścia i pełni życia. Muszę przyznać, że był wyjątkowym szczęściarzem. Trafił na żonę anioła – oddana, tyrająca ciężko na rodzinę z dwójką dzieci, z łatwością znosząca trudy ciężkiego życia, wyrozumiała, wspierająca męża długo w jego problemie nawet zakochuje się w nim- niej powtórnie na nowo, bezgranicznie, może nawet platonicznie jakoś tak idealnie ( nie przeszkadza jej to, że on już ma innych kochanków, jego przestępcza działalność, więzienie). Bohater ma wspaniałe dzieci, tolerujące jego odmienność już od niemowlęctwa, nie ma z nimi żadnych problemów wychowawczych, jego osobowość nie zaburza ich rozwoju chociaż jak żony nie ma w domu to korzysta z okazji aby ubierać sukienki i buty na wysokim obcasie, wyrosły na podporę dziwnego taty, bez problemu odwiedzają go w nocnych klubach dla gejów, gdy już ich porzucił i to w latach polskiej małomiasteczkowej rzeczywistości. Bohater ma niesamowitych rodziców, którzy też zadziwiająco sprawnie i gładko przyjęli tę transformację, w ogóle społeczeństwo w naszym kraju jest zdumiewająco tolerancyjne, a najbardziej to środowisko kościoła, w którym mógł znaleźć schronienie. Nic – tylko pozazdrościć. W filmie gra epizod znana nam jako posłanka na sejm, z nieodłącznej pary z Januszem Palikotem – Anna Grodzka. Trudno „kupić” całą tę historię i w jakiś sposób uwierzyć w możliwość takiego życiorysu, na którego końcu będzie happy end. Zresztą po opuszczeniu seansu ( szczęśliwie dotrwałam do końca, bo myślałam, że towarzyszka koleżanka nie da rady i będą musiała solidarnie z nią opuścić amfiteatr jak w pewnym momencie szepnęła: „Podoba ci się ten film? Ja jestem załamana…”) pewien młody człowiek wdał się z nami na krótką chwilę w wymianę zdań o świeżo obejrzanym filmie i powiedział : „ Ale podobno operacja niczego nie zmieni, a ci ludzie po czasie chcą powrotu do swojej pierwotnej płci, ale to już nie jest możliwe”. Być może ten młody człowiek słuchał wykładów zmarłego przed rokiem Krzysztofa Karonia, który jako jeden z nielicznych tak właśnie o tym mówił. Pozdrawiam młodego człowieka na hulajnodze – gratuluję lektur i zdrowego rozsądku. Drugi film czesko – słowackiej produkcji pt: „ŚWIT”– też z tego typu gatunku tematyki przeniósł widzów w lata przedwojenne. Oglądając go doznałam dużego oszołomienia, szczypanie potrzebne mi było średnio co 15 minut. Akcji towarzyszyła tajemniczość jak w filmach „ Z archiwum X”. Tematem filmu jest hermafrodytyzm i przypadek urodzenia dziecka przez kogoś kto wyglądał jak facet. W filmie w akcję i opowieść jest wpleciona wiedza medyczna. Wyszłam z seansu z przeświadczeniem, że otacza mnie świat ludzi, skrywających tak dziwne tajemnice, że moje tajemnice to nic i właściwie to co ja wiem o świecie? Miało być spotkanie on-line z reżyserem, ale nie udało się nawiązać połączenia. Szkoda. Długo rozmawiałyśmy z koleżanką po seansie, analizując różne przypadki spotkane w naszym życiu i zaobserwowane, czy też zasłyszane. No cóż odmieńcy nie mają łatwo, przypisuje się im złe cechy, izoluje się ich. Film przekazuje przesłanie, że nie są to ludzie źli i zawsze znajdą się tacy, którzy staną w ich obronie ale obrońcy to ludzie światli, wykształceni i szlachetni. „ Doppelgaenger” Jana Holoubka – film , o którym dużo czytałam, wysłuchałam wywiadów z reżyserem i bardzo chciałam go obejrzeć. Nareszcie coś normalnego chciałoby się powiedzieć. Przybyło dużo widzów, sala „Leśnika” trzeszczała, najpierw stałam 1/3 seansu, potem siedziałam na schodach. W sali duszno, ale wszystkie krzesła, schody i miejsca stojące zostały zajęte. Wyszliśmy zachwyceni – tym razem ja i dwóch panów mi towarzyszących ( 58- letni i 22-letni). Film sensacyjny o tematyce szpiegowskiej, nakręcony w bliskim mi Wrocławiu. Jak z Hollywood, ale bez chorej i naiwnej szczęśliwości i brawury, która polega na tym, że bohater ma cechy człowieka nie z tej ziemi ( czyli jakiś szalony akrobata, który wykonuje nieprawdopodobne czyny i nie rozpada się na tysiąc kawałków). Chyba wszyscy mamy tych baśni, udających prawdę już dosyć, jesteśmy nimi przesyceni. Reżyser puszcza do widza perskie oko i przez chwilę nawiązuje do słynnego Agenta 007 sugerując widzowi: „ O nie! Nic z tych rzeczy. Pokaże wam agenta prawdziwego z krwi i kości osadzonego w realiach polskiej rzeczywistości, czasów JP2, Jerzego Popiełuszki na politycznym tle tych czasów”. Film odsłania rąbka tajemnicy ludzi -cieni, ich psychiki, świata strzegącego swoich mrocznych tajemnic. Wszyscy chórem stwierdziliśmy, że dawno czegoś takiego nie widzieliśmy, jesteśmy spragnieni takich filmów. Jak powiedział 22-letni Jakub: „Nie lubię dzisiejszych filmów akcji typu „zabili go i uciekł”. Ten mi się bardzo podobał. Skupiłem się na ciekawej i inteligentnej fabule. Poświęciłem uwagę i nie nudziłem się ani na moment”. Żaden z tych filmów, które zobaczyłam nie został nagrodzony ani nie otrzymał żadnego wyróżnienia na tegorocznym festiwalu. Z gali najbardziej dała się zapamiętać mowa Pawła Maślony

Filmowe Lato 2024 – Łagów Dowiedz się więcej »

Co z tą „Pandorą”? -porady złotnika

Zapraszam na rozmowę ze złotnikiem Janem Paluszkiewiczem o bransoletkach „Pandora”. Nosić , nie nosić, kupić, nie kupić, właściwie to co sądzić ??? Oto są pytania. Taka wiedza przyda się każdemu – Marzanna Leszczyńska Na zdjęciach :Marzanna Leszczyńska i Jan Paluszkiewicz Marzanna Leszczyńska: Podobają mi się bransoletki „Pandora”. I tutaj pojawia się pewien problem, bowiem zauważyłam, że sprzedawcy czy złotnicy nie zachwycają się „Pandorą”. Parę razy przyszłam do jubilera po „Pandorę” wyszłam z czymś innym, bo mi ją odradzono i przekonano do innej biżuterii. Zaczęłam się podejrzewać o chamski gust. Chciałabym poznać Twoje prywatne zdanie na temat „Pandory”jako złotnika – artysty, który nie jedno widział, nie jedno wie na temat biżuterii. Jan Paluszkiewicz: „Pandora” to jest nowy produkt. Sprawa jest indywidualna. Mam klientki, które wręcz nienawidzą „Pandory”, ale mam i takie, które ją uwielbiają, są w niej zakochane i najchętniej nosiłyby ją na obu rękach co się czasami zdarza. Jako złotnik mogę powiedzieć, że jest to jedna z porządniejszych bransoletek wśród tych popularnych. Są też robione na zamówienie, specjalnie, robione dla „idiotoopornych” z trzema zabezpieczeniami ( jak otworzy się jedno zapięcie to są jeszcze dwa inne). „Pandora” ma dobry zamek – mówię o oryginałach. Miałem w rękach podróbki i naprawiałem je. Odlew w oryginałach ma stalową blaszkę, która bardzo dobrze trzyma, podróbki już nie mają tego wzmocnienia, dlatego ta bransoletka szybko się urwała, która na dodatek była złota. Oryginalne „Pandory” się nie psują, zapięcie jest dobre, a jeśli już się zepsują to są naprawialne. Nawet jeśli końcówki, które się wkłada do środka się wytrą, to można je dosyć łatwo zlutować. To już jest plus dla „Pandory”. Marzanna Leszczyńska:Jak kompletować „Pandorę”,aby był efekt „Łał”, z klasą i gustem? Widywałam ręce przystrojone „Pandorą”, które przyciągały wzrok i takie, które krzyczały:”Oj, coś tu jest nie tak!”. Jan Paluszkiewicz: Nie polecam zakładania na tę bransoletkę dużo zawieszek. Panie mają tendencję do przeładowania, do przerysowania – w efekcie wygląda to odpustowo. Nie wszystko co jest wielkie, świeci się i ma dużo kamieni jest dobre. Duża ilość kamieni przy takiego typu wyrobach, które są narażone na uderzenia, a kuliste kamienie na zniszczenie i zużycie nie jest najlepszym pomysłem – tu trzeba przemyśleć jak je dobrze dobrać. Zresztą są różne upodobania. Jedni lubią żeby było delikatnie, inni żeby błyszczało i tych jest znacznie więcej. Z doświadczenia widzę, że panie nie słuchają tego co radzę i przy następnym zakupie kamienie są jeszcze większe. Marzanna Leszczyńska:Jeśli masz do wyboru „pandorę” i inne bransoletki to co wybierzesz? Jan Paluszkiewicz: Dla siebie kupiłbym coś z rzemienia ze srebrnymi bądź złotymi oprawkami. Nie jestem kobietą i nie noszę biżuterii. Ale jeśli pytasz co wybrałbym dla swojej kobiety, czy jakiejkolwiek koleżanki, która mnie prosi o radę to uważam, że ja tutaj jestem nieważny. To ona ma być zadowolona więc i ona powinna wybrać, a więc ja proponuję do wyboru a ona mówi co się jej z tego podoba. Jeśli już wybierze, to wtedy uświadamiam ją czy będzie musiała niedługo ponosić dodatkowe koszty z rychłą naprawą, a nawet wyrzuceniem czy przetopieniem. Ja widzę co jest byle czym a co warto kupić. Przeważnie wszyscy widzą tylko to , że coś się podoba. Podsumowując jeśli mam dwie równorzędne rzeczy, to je oceniam wtedy po urodzie czyli: projekt, finezję, oryginalność. Marzanna Leszczyńska: W „Pandorze” nie ma finezji? Jan Paluszkiewicz: Nie ma finezji na pewno. Sam pomysł jest oryginalny dlatego, że daje właścicielce możliwość aranżacji, kreacji swojej wizji, upodobań. Jeśli chcesz się wyróżnić to „Pandora” jest wtedy dobra. Nie chcę broń Boże reklamować tego wyrobu – doceniam jego pewne walory i zarazem dostrzegam też wady, bo to ciężka biżuteria więc nie każdemu pasuje. Marzanna Leszczyńska: Jakie osoby nie powinny nosić „Pandory”. Komu ona nie pasuje? ,Jan Paluszkiewicz: To jest pytanie z gatunku czy dana osoba powinna jeździć samochodem terenowym czy „porschakiem” ? Jeśli pasuje do stylu życia i pracy to terenówka jak najbardziej dla – ogrodnika, leśnika, podróżnika, a „porschak” -dla „ artysty ”. Marzanna Leszczyńska: Do jakiego stroju nosić „Pandorę”? Jan Paluszkiewicz: Na pewno nie do eleganckiej czarnej sukni na karnawał. Może jeszcze w wykonaniu skromnej, sama bransoleta z czymś delikatnym, ale bez latających rzeczy pasowałaby…Tak w ogóle to „Pandora” jest dobra na co dzień. Nie jest to luksusowa biżuteria ani wyjątkowo piękna. Nazwałbym ją biżuterią użytkową. Trzeba ją dopasować do okoliczności, a zawieszkami można żonglować i nie trzeba nosić wszystkich, które posiadamy. Jeśli suknia będzie piękna, bez rękawów to „Pandora” będzie się wtedy bardzo rzucała w oczy. Jeśli miałaby być na wizyty – to na imieniny. Do pracy nadaje się w wersji delikatnej, niektóre zawieszki w niektórych zawodach nie będą pasowały i należy je starannie dobierać. Marzanna Leszczyńska: Dlaczego jest taka niechęć do „Pandory”? Mam wrażenie, że środowiska wysmakowane uważają, że to tylko moda. Jan Paluszkiewicz: Tak, to jest nowość, dobra jakościowo biżuteria. Nikt nie wie czy z czasem się obroni. Wkrótce pojawią się nowe pomysły, które być może ją przyćmią. Tak już jest, że to co było szczytem marzeń w latach 70-tych dzisiaj jest przetapiane na coś innego. Jak będzie z „Pandorą” trudno przewidzieć, niespodzianka. Marzanna Leszczyńska: Zdradzę Ci, że wprawdzie sama sobie nie kupiłam „ Pandory”, ale za to dostałam jej bazę w prezencie… Będąc na wyjeździe uległam emocjom chwili i kupiłam sobie na lotnisku pierwszą zawieszkę. Niestety czuję, że to „pudło”…Ale to byłby za długi wywiad z Tobą. Co zrobić z moją „ Pandorą” to byłaby rozmowa na drugą część wywiadu, ale tylko wtedy jeśli czytelnicy daliby znać, że ich to interesuje… Tak więc wielkie dzięki za rozmowę i być może -mam nadzieję – do zobaczenia w przyszłości.

Co z tą „Pandorą”? -porady złotnika Dowiedz się więcej »

Noc Świętojańska w Bogdańcu

Młyn, strumyk, wierzby głowiaste, olchy, ognisko, wianki, ludowa muzyka na żywo – to idealna sceneria na spędzenie Nocy świętojańskiej z autentyczną Janiną. Tak było w Zagrodzie Młyńskiej w Bogdańcu 20 czerwca 2024 r. Zapraszam na tekst i krótki film ( naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką uruchomi zdjęcia z muzyką) – Marzanna Leszczyńska Są imiona, które mają przywilej oryginalnego i swoistego rodzaju świętowania – że tylko pozazdrościć. Do takich imion należy Jan. Ciasto, kawa czy suto zasłany stół to za mało, za ubogo, aby świętować imieniny Jana, Janeczki, Janiny -jeśli mamy taką osobę w gronie znajomych. Zawsze w tym dniu myśli uciekały w kierunku odpowiedniej scenerii: lasu, strumyka, łąki, rusałek. Kwiat paproci wszak zakwita tylko raz w roku, tylko w imieniny Jana, w Noc Świętojańską. Ileż to opowieści, bajek, piosenek o tym… Zagroda Młyńska w Bogdańcu wpisała się znakomicie w święto Nocy świętojańskiej, bo młyn do tego pasuje idealnie. Całość stanowiła w tym dniu – miejsce jak z bajki. Paprocie w oknach, liście paproci na szybach, prace malarskie lokalnych twórców rozstawione w plenerze, ludowa muzyka na żywo, stosy bluszczu i kwiatów do zaplatania wianków, ognisko i autentyczna burza z deszczem na koniec spotkania…( nie taka straszna zresztą, przeczekałyśmy pod wiatą) i autentyczne rusałki – czegoż chcieć więcej. To miejsce pulsuje, żyje. Nie jesteśmy odgrodzeni sznurem od eksponatów – wchodzimy do młyna jak do pięknego, zadbanego domu. A kto nie chciałby tak zamieszkać na chwilę, spać na takim łóżku i pod taką pościelą jak tam, we młynie? Tęsknota została wzbudzona. Interesujące i barwne opowieści Pani Igi Borowskiej- Krajnik (opiekuna ekspozycji i przewodnika ) oraz Pana Józefa Wiatrowskiego ( który we młynie przepracował 40 lat) przybliżyły to miejsce historycznie. Dr Mirosław Pecuch również zaangażowany był tego dnia i do dyspozycji ciekawskich, odpowiadał na zadawane pytania. W obejściu kręciły się ubrane na ludowo panie i „świtezianki” w lnianych sukienkach i imponujących prześlicznych wiankach na głowach – jak z ginącego ruczaju. Zaangażowanie lokalnych mieszkańców i sympatyków tego miejsca było świetnym pomysłem. Jeśli się szuka ginącego świata, ocalałego jeszcze, który mamy gdzieś w pamięci, a który się tak szybko kurczy i znika to tutaj można go było znaleźć. Jak dobrze, że nie było dmuchanych zamków, cukrowej waty, grillów, muzyki typu w „Zakopanem polewamy się szampanem”, piwa… We wrześniu ubiegłego roku byłam na otwarciu Zagrody Młyńskiej w Bogdańcu – co opisałam na www.idealzezgrzytem.pl art: https://idealzezgrzytem.pl/2023/10/03/mlyn-w-bogdancu-otwarty/ . Od tego czasu minęły zaledwie miesiące, a tak wiele się zmieniło i się dzieje, są pomysły na życie tego miejsca i artystyczne pisanki już historycznego konkursu znalazły tutaj swoje miejsce ( miejsce zaszczytne i godne , a prezentują się tutaj oskarowo). Również można poczytać o pisankach: https://idealzezgrzytem.pl/2023/04/19/muzeum-gorzowskie-a-w-nim-pisanki-zapisane-swiaty/. Cieszy to, że są pomysły na życie tego miejsca, że na wakacjach, które właśnie się rozpoczynają będzie tutaj półkolonia dla dzieci. To miejsce wyzwala inwencję twórczą i uczy estetyki – tak szalenie potrzebnej w życiu. Zagroda Młyńska w Bogdańcu otrzymała nagrodę Ministerstwa Kultury im. Oskara Kolberga. SERDECZNIE JEJ GRALULUJEMY !. Jak widać rozpoczęła wakacje z przytupem… Marzanna Leszczyńska

Noc Świętojańska w Bogdańcu Dowiedz się więcej »

MIERZĘCIN I ZABYTKOWE POJAZDY 2024

Classica Mierzęcin z punktu widzenia ciekawskiej, która już trzeci rok z rzędu zjawia się na imprezie prezentuje się w jej oczach w 2024 roku o wiele okazalej, z nowym powiewem. Zapraszam na tekst, ale najpierw na krótki film ze zdjęciami i muzyką. Należy przycisnąć czerwony prostokąt z białą strzałką na obrazie poniżej aby uruchomić film – Marzanna Leszczyńska Sobota choć deszczowa i chłodniejsza absolutnie mnie nie zniechęciła, w końcu to prawie już lato i po co są parasole. Ktoś genialnie wstrzelił się marketingowo i handlowo i można było kupić czarny parasol z napisem Mierzęcin. Jestem szczęśliwą posiadaczką takowego – zakupiłam ( było jak znalazł, bo wszystko co było w domu – pogubione i połamane). Uwielbiam patrzeć na ludzi z parasolami, są ciekawsi niż bez. Prezenter Patryk Mikiciuk ( dziennikarz motoryzacyjny ale również współzałożyciel Muzeum Motoryzacji i Techniki w Otrębusach) hipnotyzował swoimi komentarzami i rozmowami z właścicielami prezentującymi swoje zabytkowe samochody. Słuchało się tego doprawdy z podziwem i taki prezenter chyba rozbudzi ciekawość każdego. A deszcz? A co tam deszcz… Stał się błahostką. Oglądaliśmy samochody Jamesa Bonda, patrzyliśmy na reflektory jak oczy krokodyla, widzieliśmy samochód z przebiegiem miliona kilometrów i jeszcze różne rzadko spotykane egzemplarze – po prostu ginący świat, który jeszcze nie zginął, przybliżył nam z genialną opowieścią Pan Patryk. Z prawdziwym dżentelmeńskim wdziękiem oznajmił gapiom spod ociekającego deszczem parasola, że mamy angielską pogodę – a na jego twarzy zarysowała się pogoda, bez śladu żadnego grymasu. Deszcz w końcu ustał, a atmosfera z angielskiej przerodziła się w niemiecką. Bohaterami tegorocznej edycji Classica Mierzęcin były nie tylko samochody ale również rowery, którym poświęcono rozbudowaną prezentację historyczną na tle niemieckich żołnierzy, ponieważ rowery służyły armii i były przystosowane do przewożenia pancerfaustów. Sporą atrakcją była moda czasów przedwojennych, wojny i lat 50-tych – niezwykle elegancka . Były interesujące pokazy mody, ale był też możliwy zakup garderoby z tych lat, która przyjechała z Berlina ( cena 200-300 zł np. za sukienkę). Dzieci miały możliwość pobawienia się zabawkami retro. Nie było znowu tak łatwo toczyć koło za pomocą drutu. Niedzielna aura, już słoneczna – sprzyjała spacerom dookoła stawu. Byli i tacy, którzy tańczyli przy grillowej altanie, bo muzyka na żywo grającej Charlstony kapeli – porywała nogi do tańca. Panie przechadzały się w kapeluszach i odświętnych kreacjach – co na tle stylowych samochodów i urokliwego pałacu w Mierzęcinie dało poczucie przeniesienia się i uczestniczenia w czasach minionych. Tak nie jest na co dzień. Kto nie lubi takich podróży w czasie? Warto korzystać gdy są takie okazje, a nie zdarza się to często. Mówi się o cudach świata, a jest nim kobieta w tańcu, koń w galopie czy żagle łodzi na wietrze. Ja bym jeszcze dodała, że może samochód retro na drogach wokół pałacu… I był taki widok. Na końcu samochody zrobiły rundę drogami w „lasku 12 dróg” i był to imponujący widok, gdy podniósł się kurz z drogi nie asfaltowej, tylko szutrowej… wśród zielonych pól, lasów i starych drzew. Moim marzeniem było by jeszcze jedno, aby móc popływać w drewnianej łodzi z wiosłami na stawku za pałacem. Niestety mijanka z potężnym sztucznym łabędziem na pedały to… czaru pryśnięcie… Marzanna Leszczyńska  

MIERZĘCIN I ZABYTKOWE POJAZDY 2024 Dowiedz się więcej »

BIEGIEM NA MONTE CASSINO

„Dzisiaj weszliśmy sercem na Monte Cassino” Słowa te padły na uroczystej mszy świętej , która zwieńczyła odsłonięcie tablicy na murach kościoła Najświętszego Serca Jezusowego przy ulicy Chodkiewicza w Gorzowie Wlkp. upamiętniającej 30- tą rocznicę biegu z Gorzowa Wielkopolskiego na Monte Cassino. Jedenastu uczestników biegu spośród dziewiętnastu przybyło na uroczyste spotkanie związane z odsłoną tablicy w dniu 25 maja 2024 r. Obecni byli członkowie rodzin oraz parafianie.

BIEGIEM NA MONTE CASSINO Dowiedz się więcej »

BAJKA O… JANKU I MAŁGORZACIE

Dzień Dziecka to czas spotkań, świętowania, deserów, prezentów, ale też czas wspominania swojego dzieciństwa. Dzieciństwo to zabawa i bajki. Piękne fotografie Marka Kaźmierskiego i bajkowy las na nich skierował moje myśli na ” Bajkę o Jasiu i Małgosi” o, której istnieniu dawno już zapomniałam. Teraz stanęła przede mną wyrwana z niepamięci jak żywa i właściwie to zamiast rozwodzić się nad tym, że współczesne bajki są inne niż te dawne to powstało rozważanie czyli „Bajka o Janku i Małgorzacie „. Adresatem tego rozważania mogą być wszyscy. – Marzanna Leszczyńska

BAJKA O… JANKU I MAŁGORZACIE Dowiedz się więcej »

WSPOMNIENIA DZIECKA Z GORZOWA WIELKOPOLSKIEGO LAT 90-tych

Rok temu na www.idealzezgrzytem.pl pojawiły się dwa artykuły, które ukazały się w związku z radosnym świętem jakim jest Dzień Dziecka, którego datę pamiętają chyba wszyscy. Były to wspomnienia o tym, jak bawiły się dziewczynki w latach 70-tych, a drugi o tym jak bawili się chłopcy w latach 60-tych. Cieszy fakt, że wtedy przyszło wiele ciepłych słów pod adresem tych artykułów: https://idealzezgrzytem.pl/2023/05/31/cos-w-rodzaju-dzieci-z-bulerbyn/ https://idealzezgrzytem.pl/2023/05/29/szczesliwe-dziecinstwo-zapisane-w-liscie/ Bardzo, ale to bardzo ucieszył jeszcze inny fakt, że znalazł się ktoś kto powiedział, ze warto ” pociągnąć” ten temat dalej i opisał swoje dzieciństwo, które przypadło na tata 90-te, a przeżycia związane są z miastem Gorzowem Wielkopolskim ( tamte opowieści nie są związane z naszym miastem). Autor zainspirował się poprzednimi artykułami i chce pozostać anonimowy. Zapraszam do lektury – Marzanna Leszczyńska AUTOR: Anonimowy Wspomnienia dziecka z Gorzowa Wielkopolskiego lat 90 – tych Urodziłem się w 1993 w postkomunistycznym Gorzowie Wielkopolskim na tzw. „Gierkowym osiedlu” na obrzeżach miasta. „Gierkówką”, „klockiem” nazywano sześcienne domy wybudowane w latach 70 – tych z płaskim dachem, które nijak miały się do wizerunków domów jednorodzinnych, jakie znaliśmy z przedszkola. Osiedle położone było pod wysoką skarpą i odznaczało się od innych w tamtym czasie mieszanką miejskości z wiejskością. Na jej szczycie rysowały się szare bloki, natomiast tuż pod nią był spory owocowy sad, oraz pasły się kozy. Od najmłodszych lat chodziłem do właścicieli sadu i kóz z kanką po kozie mleko, zupełnie jak czyniono to 20 lat wcześniej co znałem z opowieści moich babć. Początkowo na ulicy była nas piątka chłopaków: Daniel, Nikodem, ja, Kajtek oraz najmłodszy z nas Darek. Daniel był najsilniejszym i najbardziej cwaniakowatym z nas, Nikodem był absolutnym maniakiem militariów i wszystkiego co z nimi związane, przy okazji był moim najlepszym kolegą. Nikodem mieszkał z rodzicami i dziadkami, z którymi był bardzo związany, wiecznie chodził po ulicy obwieszony jakimś zabawkowym karabinem albo mieczem drewnianym, z hełmem na głowie, śpiewał żołnierskie piosenki, których znał mnóstwo – był grubszy i bardzo był przejęty tymi wojskowymi sprawami – myślałem, że zostanie żołnierzem. Kajtek był płaczliwym maminsynkiem , ale zyskiwał w zabawach we dwoje, w grupie już nie było tak różowo. Darek był śmieszkiem z głową pełną zwariowanych pomysłów. Każdy z nas był kompletnie inny, zdarzały się między nami kłótnie (szczególnie między całą grupą a Kajtkiem, lub między mną a Danielem), dokuczaliśmy sobie , ale koniec końców każdy wiedział, że znamy się od zawsze, mieszkamy obok siebie, i…jesteśmy na siebie skazani, a im więcej nas do zabawy, tym lepiej! Większość była jedynakami, którzy wiecznie wypatrywali innych do towarzystwa. Często do zabawy dołączały się do nas młodsze dziewczyny z osiedla: siostra Daniela – Dominika, Agnieszka, a w późniejszym etapie najmłodsza mieszkanka ulicy – Martyna. W wakacje, nasze szeregi zasilały również wnuki właścicieli sadu Stach i jego siostra Asia, oraz Mela – wnuczka „pani z ostatniego domku”- starsza przyjaciółka Nikodema. Mela była chłopczycą i miała takiego samego fioła na punkcie militariów co Nikodem. Choć byliśmy już pokoleniem znającym dobrze rozrywki wirtualne, nikt nie stawiał ich wyżej od wspólnego spędzania czasu na dworze. Były takie chwile, gdy na ulicy nie było nikogo – czas gdy w telewizji leciał japoński serial animowany Dragon Ball na kultowym kanale RTL7, oraz czas gdy nadawano „Gęsia Skórkę” czyli taki serial w konwencji horroru dla młodszych. Poniżej opowiem o pamiętliwych chwilach naszej wspólnej młodości. „Nasz lasek” Naprzeciwko mojego rodzinnego domu, była wielka, zarośnięta posesja państwa Szaraków. Spory pas zieleni, który rozciągał się od ulicy po ogrodzenie, wypełniony był wysokimi krzakami, topolami oraz klonami. To miejsce stanowiło centrum rozrywki naszego osiedla – nazywaliśmy je potocznie „Naszym Laskiem„. Lasek dzieliliśmy na dwie części – Amerykę oraz Rumunię. Nazwę „Rumunia” wymyśliłem ja, ponieważ był to najciaśniejszy i najtrudniej dostępny obszar lasku i skojarzył mi się z jakimś małym krajem. W opozycji do mojej „Rumuni” powstała „Ameryka” – ochrzczona tak przez Nikodema, jako obszar większy i bardziej przestrzenny. W tym małpim gaju mieliśmy wszystko, czego dziecko lat 90 – tych potrzebowało do szczęścia. Legowiska, szałasy, zagajniki, punkty obserwacyjne, schronienie przed rodzicami gdy wołali nas do lekcji, huśtawki z drzew oraz liany na, których można było poszybować odbijając się nogami od ogrodzenia Szaraków nad krzakami w stronę wyjścia. Wszystko fajnie ale…czyj właściwie ten lasek był? Kto miał prawo pierwszeństwa do przesiadywania w nim? Powstały dylematy, odpowiedzi nie było. Tak narodziły się wojny na jabłka. „Jabłkowe wojny” były naszą metodą rozstrzygania wszelkich sporów. Pierwsza dotyczyła „Prawa do Lasku”, więc toczyła się pomiędzy płotem mojego domostwa, a laskiem. W mojej grupie byli młodsi, tj. Kajtek i Darek, a grupę przeciwników stanowili Mela, Nikodem i Daniel. Nasza wygrana, nie byłaby możliwa, gdyby nie pomoc mojego przyjaciela z Gdańska. Drugi Daniel, jak go nazywano w czasach odwiedzin na naszym osiedlu, wpadł na pomysł by nacinać siekierą jabłka, by jeszcze szybciej przemoczyć przeciwnika. Potem w ruch szły brzoskwinie, gruszki oraz śliwki, następnie zgniłe owoce. Jako wygrani, przegoniliśmy starszych z Rumuni, ale pozwoliliśmy im zostać w Ameryce. Wojny na owoce jednak tak wszystkim się spodobały, ze prowokowaliśmy je średnio co tydzień. Z czasem „Jabłkowa Wojna” stała się „Coroczną wojną jabłkową” tak ją skwitował któregoś razu Kajtek, próbując dostać się z Martyną bezpiecznie do domu, przedzierając się przez jabłkowe gradobicie z każdej strony. Ostatnia odbyła się prawdopodobnie w 2005 roku i zakończył ją tato Kajtka przeprowadzając szczegółowe śledztwo, następnie były Jego skargi u rodziców a potem to już szlabany, „dywaniki” i długie rozmowy wychowawcze. „Dreszczyk emocji” Pierwszą tragedią osiedlową, było wykoszenie części krzaków w lasku przez sąsiadkę oraz pana Szaraka, który z nim graniczył ogrodzeniem. Z czasem zaczęliśmy zakradać się do jego posesji, co zawsze kończyło się braniem nóg za pas. Na terenie pana Szaraka grasowały spuszczone psy oraz jenoty, które pozbawiły życia niejednego mojego kota. Gdy usłyszałeś psa, były dwie opcje: albo zaraz zostaniesz pogryziony albo zaraz spod ziemi wyrośnie pan Szarak, który nie lubił gdy kręciliśmy się po jego terenie. Wyrastał dosłownie spod ziemi gdy tylko kogoś zauważył na swoim terenie. Tak naprawdę, nikomu z nas nie udało się podejść pod jego dom, a droga od Naszego Lasku, prowadząca przez gęste zarośla pod jego dom miała z 200 metrów. Przez lata wyobrażaliśmy

WSPOMNIENIA DZIECKA Z GORZOWA WIELKOPOLSKIEGO LAT 90-tych Dowiedz się więcej »

Wierzba – drzewo łagodnej melancholii. Fotografie Marka Kaźmierskiego

Maj i wiosna w zenicie. świeża zieleń zamienia się w dojrzałą zieleń. Nie ma już kwiatów na drzewach. Nadchodzi lato i jego kolory. Zapraszam na wspomnienie wczesnej wiosny i jej utrwalenie w zachwycających fotografiach wierzby przydrożnej autorstwa Marka Kaźmierskiego z Nowin Wielkich – Marzanna Leszczyńska

Wierzba – drzewo łagodnej melancholii. Fotografie Marka Kaźmierskiego Dowiedz się więcej »

Pokój z wiosennym widokiem na morze

O wiosennym przebywaniu nad morzem, Rewalu i mieszkaniu na klifie zdań parę – Marzanna Leszczyńska Apartament Marzanna w willi na klifie tel : 530 786 021 lub 601 422 485 Zapraszam do obejrzenia poniżej krótkiego filmu z wiosennego Rewala i mieszkania na klifie z muzyką. Naciśnięcie czerwonego kwadratu z białym trójkącikiem uruchomi film. Wiosna jest długa. Jej początek to bazie. Jeszcze jest zimowo, chłodno , zazwyczaj bez śniegu, ludzie są zmęczeni krótkimi dniami, chodzą smutni i wtedy pojawiają się na nagich gałązkach bazie. Na wydmach, na krzaczastych kulach , na beżowym piasku i na brązowych łodygach pojawia się mnóstwo białych kulek, radosnych refleksów w czasie, którego mamy już dosyć czyli czasie zimy. Przyroda jak przyroda – dobrze, że my- ludzie przyspieszamy nadejście wiosny swoimi zabiegami. Wzbudza uśmiech na twarzy Mały Książe z brązu stojący przy promenadzie w Rewalu gdy ma na głowie wianek z żonkili w Dniu Kobiet czy w pierwszy Dzień Wiosny, albo Syrenka przy ruinach kościoła w Trzęsaczu. Syrenka dumnie pręży nagą pierś z brązu w czasie świąt majowych na tle łopoczących biało – czerwonych flag tak jakby chciała upominać turystów, żeby nie zapomnieli, że są to święta, nie tylko czas wolny od pracy i czas dla sportu. Zieleni i kwiatów przybywa stopniowo. Zaczyna się kobiercami przebiśniegów na klifie między drzewami w miasteczku – bielą się z daleka, nie sposób ich nie zauważyć. Kwitnące w kwietniu na biało śliwy przy wejściu na plażę w Niechorzu – całe oblepione kwiatami wyglądają jak szalone. Potem dołączają fioletowe bzy. Coraz więcej jest dni, że możesz ściągnąć buty, aby iść po piasku na boso, że możesz czasem schować do kieszeni czapkę a i kurtka bywa zbędna. Zdumiewają zielone tarasy pod ruinami kościoła w Trzęsaczu, które w ryzach właściwie trzymają ostatnią ścianę. Pomyśleć, że ten kościół stał kiedyś dwa kilometry od morza…W kwietniu gdy trawa nabiera intensywnego koloru i zakwitają na tych dziwnych potężnych schodach – jak dla olbrzymów – kwiatki mniszka lekarskiego ( powszechnie nazywanego mleczem) w świetle promieni słonecznych jest to prześliczny widok. Zbocza porośnięte są drzewami, które nie mają jeszcze liści, ich gałęzie tworzą powyginaną plątaninę i zarazem jest to ciekawe tło. Kwitnące żółte kwiaty mniszka lekarskiego jak drobne punkciki rozweselają te nienaturalnej wielkości zielone schody po, których nikt nie chodzi, bo chodzić po nich nie wolno. Te schody mają inną funkcję, one bronią tych historycznych murów kościoła i nikt nie wie i nie daje gwarancji , że uda się je obronić przed morskim żywiołem. Człowiek uparł się i zaangażował swoją mądrość, inteligencję i wiedzę i walczy już tyle lat… Zachody słońca są powtarzające się, ale i takie niepowtarzalne, których jeszcze nie widziałam, a przecież naoglądałam się ich już tak wiele. A woda w morzu? Ma jeszcze temperaturę dobrą do hartowania, czyli poniżej 10 stopni Celsjusza. Najlepiej wchodzić do morza parę razy dziennie….Przecież to zdrowe, choć ludzie w to nie wierzą. A ja już wiem, że tak jest… Marzanna Leszczyńska

Pokój z wiosennym widokiem na morze Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry