Mierzęcin – sentymentalnie

Zapraszam na krótki film. Zdjęcia w nim zostały wykonane na jeziorze Portki ( niedaleko miejscowości Łośno), Lubniewicach i na stawie przy pałacu w Mierzęcinie. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi obrazy z muzyką. Drewniane czółna nad brzegiem jeziora i stawu zawsze wzbudzały moje zainteresowanie – lubiłam przystanąć i patrzeć. Jest to dla mnie wyjątkowo piękny widok. Ileż ja widziałam takich obrazków na żywo, a teraz w dobie fb jest niezliczona ilość takich publikacji – zwłaszcza tych przy wschodach i zachodach słońca, mgłach. Kilka lat temu w mojej ulubionej „Werandzie” zobaczyłam zdjęcie Vivien Leigh w łódce nad stawem w jej bajecznej posiadłości Tickerage Milli w Hrabstwie East Sussex England. Wybitna ( dwa Oskary : jeden na początku i drugi u schyłku kariery) i jedna z najpiękniejszych aktorek w historii kina – odtwórczyni Scarlett w „ Przeminęło z wiatrem” czy Myrny w „Waterloo Brigde” albo Blanche w „Tramwaju zwanym pożądaniem” miała życzenie, aby nad tym stawem zostały rozsypane Jej prochy po śmierci. Dla mnie ta fotografia jest wyjątkowo prześliczna, elegancka, estetyczna w każdym centymetrze i wryła mi się w pamięć głęboko chyba na zawsze, często sama się przywołuje przy różnych okazjach. Gdybym miała pałac nad stawem na pewno kupiła bym sobie drewniane czółno, pływały by po nim prawdziwe łabędzie i kwitły nenufary. Puśćmy wodze fantazji… I byłaby w pałacu garderoba ze strojami z epoki, które można byłoby wypożyczyć, aby je ubrać i popływać w łódce. Jeden dzień w roku zarezerwowałabym na konkurs na najlepszą fotografię nad stawem w czółnie. Byłaby komisja, a jakie zdjęcia…. Wyobrażam sobie przejażdżkę takim czółnem po stawie. Widzę wiosło bez pośpiechu zanurzające się w tafli wody, jak każdy ruch rozchyla zieloną rzęsę wodną latem, liście jesienią odsłaniając ścieżkę czystej wody. Spokojny, bezpieczny, pewny nurt, nie zakłócony żadną falą jak prowadzi mnie drogą, która odkrywa przede mną inne widoki niż z brzegu. Towarzyszy mi słońce, które zawsze czyni cuda na powierzchni stawu. Czas – czy wtedy istnieje? Na pewno można o nim zapomnieć przy krajobrazie z przeszłości . Widzę oczami wyobraźni te przejażdżki w mgliste dni… Jesteś ty, może ktoś jeszcze, staw, drzewa, pałac na brzegu – krajobraz z przeszłości. Nurt prowadzi cię w baśniowy świat, natura szepcze ci do ucha jakąś baśń, w której zaczynasz uczestniczyć. Bo to wszystko przeżywasz , a nie jesteś tylko widzem… A teraz ogłaszam: koniec fantazji – Marzanna Leszczyńska Zapraszam na ciekawy dodatek innego autora. Region lubuski, jego wydarzenia i historia jest często poruszany na http://www.idealzezgrzytem.pl toteż dalsza część artykułu dotyczy miejsca w lubuskim. Bywa, że czasem są to smutne refleksje, ale takie są… Łódz – staw – pałac … Tak miałem takie możliwości aby to zrobić – pływać i podziwiać. Pływałem i podziwiałem. Staw nie duży – ale wyjątkowo urokliwy. Rezydowałem w takim obiekcie – byłem jego administratorem – dyrektorem. Staw zbudowałem – piękny – zarybiony – z wyspą – z przepiękną roślinnością i otaczającą architekturą – ogród japoński. Co ciekawe – w lubuskim. Była na początku jedna łódka. Powstał pomost. Mogła być wykorzystywana dla gości hotelowych – za darmo. Szału nie było – tak prawdę mówiąc – nie było to reklamowane – bo był pewnego rodzaju „ tajemniczy zakaz” . Dostosowałem się do tego – to była wola właścicieli tego obiektu – pałacu , parku , stawu… Chyba bardziej ta decyzja należała do żony jednego z właścicieli. Strasznie ta Pani mieszała we wszystkim. Co ciekawe – nigdy nie znajdywała odpowiedzi – jak ma być – jak chce. Odpowiedź zawsze była taka – „no Ja nie wiem – ale nie tak…” Nieważne – minęło już prawie 30 lat. Ja już dzisiaj jestem tylko z „radiowym” wizerunkiem. Chyba podobnie jak byli właściciele . Teraz już wszystko się zmieniło. Czas robi swoje. Nadzieje , pomysły – wszystko prysło jak spalona kartka w piecu, jak wyrzucony „listek” z łodzi na tym wyjątkowym stawie. Wszystko się kiedyś kończy – i nie ma sensu wracać do przeszłości – Bo i po co ? Rozdzierać rany ? Wracać do marzeń ? Po co ? Nie będę już nigdy pływał na łódce w tym stawie – bo jej tam nie ma. Pozostają tylko wspomnienia – tak – było przepięknie jak tam pływałem z synem, który był wtedy jeszcze małym chłopcem. Czar prysł – skończył się sen. Nic już nie wróci. Tylko pozostają zdjęcia – ale to takie, które wzbudzają tylko smutek i nostalgię jak na nie się patrzy – nigdy nikomu ich nie pokażę. Bo one są jak „ łódka bez wioseł” – taka samotna – niczyja – taka, która pokazuje , że ktoś się świadomie utopił… Może nie utopił … ale nie chce już tam pływać na tej łódce . Zdjęcie na początku i na końcu artykułu przedstawia zabytkowy młyn Tickerage Milli w Hrabstwie East Sussex England, która kiedyś była własnością Vivien Leigh, a na łódce jest Ona sama.

Mierzęcin – sentymentalnie Dowiedz się więcej »

Mierzęcin – krótki tekst o przemijaniu

13 września 2025 roku minęła 23 rocznica uroczystego otwarcia pałacu w Mierzęcinie. Dokładnie trzy lata temu artykułem „Mierzęcin – porcelanowe wspomnienia” otworzyliśmy portal http://www.idealzezgrzytem.pl , w którym dr Robert Wójcik opisał huczną uroczystość otwarcia pałacu, a ja udałam się w to miejsce, aby opisać ten dzień dokładnie dwadzieścia lat później. W tym roku zapraszamy na spacer i refleksje autora wspomnień o pałacu w Mierzęcinie, które tworzą się już przez 4 lata i powstało ich już 30. Są to artykuły, rozmowy z autorem, słuchowiska z muzyką i zdjęciami. Historia, ale też teraźniejszość oraz połączenie tego co było z tym co wydarza się jeszcze i zaskakuje. Bo rzeczywistość się zmienia, nierzadko rozczarowuje tymi zmianami, ale wspomnienia są zapisem cudownego czasu, do którego można wrócić dzięki temu, że znalazł się człowiek, który z pasją , dużą wiedzą i talentem je opisał . Tą osobą jest dr Robert Wójcik. Tylko u nas na : http://www.idealzezgrzytem.pl https://idealzezgrzytem.pl/category/mierzecin-wedlug-wspomnien-dr-roberta-wojcika/. Przypominamy krótki film powstały z okazji 20 rocznicy odbudowy pałacu, w którym są zdjęcia z otwarcia pałacu, czasów początków jego funkcjonowania – Marzanna Leszczyńska Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film. dr Robert Wójcik No i co mam napisać …że jest mi smutno i tęsknię za tamtym czasem i przeżywam … Tak jest mi smutno jak byłem w moim ukochanym miejscu. Nie poznaję go. Jest zimno i inaczej. Park smutny. Winnica zarośnięta. W koszach parkowych wysypują się śmieci. Nie ma radości, nie ma gospodarza. Mury się sypią, pękają …. mój ukochany dąb – wycięty – ten przy oficynie czy centrum konferencyjnym. Nie ma kwiatów w parku …w ogrodzie, w pałacu. Smutne … meble nowoczesne w salach na parterze. Zimno…. nowocześnie. Zegar przy recepcji zakurzony – nie tyka już od wielu lat… wyjątkowy zegar. Rozmawiałem z nim jak z moim ukochanym drzewem – ucięto mu koronę – to tak jakby komuś ucięto głowę. Mojej załogi też już nie ma. Dziwni ludzie – mało sympatyczni . W ich oczach widziałem smutek i tylko to, aby mieć jakąkolwiek pracę. Och jak dobrze , że nikt mnie nie zaczepił …. nie poznał. Po prosu nie mógł – bo już nikt mnie tam nie zna – to jakiś inny garnitur ludzi – też ich nie znam. Zmiana dziesięcioleci – na 100 %. To już inny świat – nie mój i mojej żony. Ile tam oddaliśmy sił i swojego serca. Jakie to wszystko smutne. Ale taka jest rzeczywistość – wszystko ma swój koniec. Dlaczego tak jest, że nic nie trwa wiecznie. Tam już nie ma uczuć, dobrego ducha, entuzjazmu, radości – jest szara rzeczywistość, której nikt nie chce ubarwić. Barwi już tylko przyroda. Kończąca się wieczność wymyślona została chyba po to, by przypominać o przemijaniu. Zegar, kalendarz…wszystko to przypomina o czasie i nie pozwala żyć w jedynej wieczności jaką mamy – w teraźniejszości. Nie mamy nad nią kontroli, możemy tylko jak Goethe zakrzyknąć: „Chwilo, trwaj!”. Pamięć jest już tylko moją radością i niestety smutkiem – wręcz wrogiem. Uzmysławiam sobie, że coś zdarzyło się w naszym życiu już tak dawno temu. Albo – co gorsza – że się nie przydarzyło i pamięć o tym nieprzydarzeniu boleśnie odzywa się we mnie. Tak czy inaczej, żyjemy i w czasie i w wieczności. Wieczność, czyli teraźniejszość, jest jedyną dostępną nam realnością. Czas jest sposobem na uświadamianie sobie przemijania. Jednak czas i wieczność to dwa aspekty tej samej rzeczywistości, zwanej życiem. Słowa Staffa są pisane z perspektywy pamięci, ale przecież dobrze wiemy, że na przykład w młodości – albo też w późniejszych latach – przydarzały się nam takie bardziej absolutne chwile teraźniejszości. „Już? Tak prędko? Co to było? Coś strwonione? Pierzchło skrycie? Czy się młodość swą przeżyło? Ach, więc to już było…życie?” Mam za sobą sześćdziesiąt pięć lat ulotnych chwil absolutnej teraźniejszości, czasem pięknej, czasem strasznej. Był to istny rollercoaster życia, którego pęd udało mi się jakoś, jak dotąd, przetrwać. Co będzie za rok? Zobaczymy, jazda trwa, światełka migają, wagoniki czasu toczą coraz szybciej i szybciej, orkiestra na „Titanicu” gra coraz głośniej, ludzie coraz bardziej rozczarowują i wkurzają. Jedyne co pozostaje to radosne wspomnienia – ale okazuje się, że to były tylko chwile w życiu… Robert Wójcik

Mierzęcin – krótki tekst o przemijaniu Dowiedz się więcej »

Były kiedyś takie schody na plażę.

Morze ma urok. zachody słońca są uwielbiane , ale nad morze wiodą ścieżki i schody. Są schody jak poezja… Zapraszam na muzykę, zdjęcia – wszystko w środku. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film – Marzanna Leszczyńska Do Rewala przyjeżdżam od ośmiu lat. Nawet już nie liczę ile było tych przyjazdów, ale było ich dużo, nawet bardzo dużo. Te małe, drewniane- można powiedzieć – na ludowo wykonane – schody zauważyłam już na pierwszym spacerze idąc plażą do Niechorza. Wykonane z drewnianych kłód, z koślawymi poręczami , w naturalnym kolorze . Schody – sama natura. Prowadziły na plażę ze stromej skarpy porośniętej laskiem -właściwie jest to niewysoki w tym miejscu klif. Miejsce niezwykle urokliwe. Odwiedzałam je na każdym spacerze, stały się punktem obowiązkowego zatrzymania się, skręcenia w bok z prostej drogi wzdłuż wybrzeża z Rewala do Niechorza. Szczególnie urokliwe latem – gdy zatopione w żółtym piasku, rozświetlone słońcem na tle błękitnego nieba. Jesienią były smutniejsze, poszarzałe, wydawały się zniszczone i stare, przysypane zwiędłymi liśćmi. Stały się moim punktem zatrzymania się, aby popatrzeć na morze, pomyśleć, zwłaszcza wtedy gdy morze było kompletnie wyciszone, lekko falujące, gdy woda zlewała się z niebem i wyłaniała się z mgły, gdy nie było horyzontu. Ile ja tam mogłam spędzić czasu, w ciszy i bez kogokolwiek…Czułam się jak „właściciel ” plaży. I miałam poczucie bezpieczeństwa, nigdy nie towarzyszył mi strach. Tyle zdjęć, ile ja tam zrobiłam… To było idealne, naturalne, oryginalne atelier, nic nie krępowało… Ileż ja tam zaciągnęłam osób w to miejsce, znajomych z którymi przyjeżdżałam do Rewala. Urządzaliśmy tam sobie sesje fotograficzne i toczyliśmy rozmowy na schodach. Można sobie było powierzać sekrety, bo nikt nie podsłuchiwał. Nie potrafiłam przejść obojętnie obok tych schodów, gdy gonił mnie czas – rzucałam w ich kierunku chociaż spojrzenie i mówiłam im dzień dobry, dobry wieczór albo dobranoc. 8 września 2025 osłupiałam, gdy będąc na spacerze zobaczyłam nowe schody w miejscu tych dawnych. To było nie do uwierzenia. Przed oczami stanęły wspomnienia, zrodził się żal. Dziwne, bo przecież powinnam się cieszyć na widok nowego bezpiecznego zejścia na plażę. Na pewno wiosenne, zimowe, jesienne sztormy zniszczyły tamte stopnie, pewnie spróchniały i groziły połamaniem nóg… Wiem na pewno, że ta ludowa architektura miała w sobie duszę. Te nowe stopnie są jak piękna, nieskazitelna drabina. W ubiegłym roku byłam na Phuket w Tajlandii. Oni tam mają „odbicie” na temat naturalnego drewna , huśtawek na sznurach, ławek z bali, drewnianych łodzi na brzegach, beach barów , drewnianych płotów, mostków i spania pod strzechą. Takie miejsca są najdroższe. W Egipcie jest podobnie zresztą. Powiem tyle: są sztucznie robione te oazy, obsadzane roślinnością. To wszystko wygląda pięknie na…zdjęciach. Brakuje tego czegoś co jeszcze jest u nas -prawdy. To nieuchwytne, ale daje się wyczuć i budzi się rozczarowanie, gdy się odkrywa jaka jest prawda. Zadaję sobie pytanie czy ktoś bierze pod rozwagę odtwarzanie zniszczonych konstrukcji, budowli czy tylko w grę wchodzą nowe i inne dzieła. I tylko czasem łzy się kręcą w oczach i spływają, bo wszystko przemija tak jak lato, które odchodzi …Nadchodzi jesień. Pocieszam się, że będzie piękna… Jest !4 września 2025 roku. Marzanna Leszczyńska

Były kiedyś takie schody na plażę. Dowiedz się więcej »

AS LOTNICTWA – MAJOR SLAB MACIEJ KRAKOWIAN

Nigdy nie marzyłam o tym aby zostać pilotem. W szkole podstawowej chciałam być stewardessą. Gdy miałam siedem lat mój wujek Zbyszek , który był kierowcą i dowoził paliwo śmigłowcom robiącym opryski na polach załatwił mi taką przejażdżkę helikopterem. Bałam się bardzo, pamiętam wiatr od rozkręconych śmigieł gdy do niego wsiadałam, a potem płakałam w górze, bo było już tak wysoko, że czułam ciśnienie w uszach. To były lata 70-te. Gdy poszłam do Liceum – do naszej klasy doszlusował nagle nowy kolega, który nie zaliczył pierwszej klasy w szkole dla pilotów w Dęblinie. Bardzo chciał być pilotem, ale brakowało mu talentu do nauki w tej szkole. Poznając Brunona wiedzieliśmy w klasie co to jest miłość do samolotów i wiedzieliśmy jak wymagająca jest to szkoła. Katastrofa F16 i śmierć majora Macieja Slab Krakowiana, która tak bardzo poruszyła Polaków spowodowała wyjątkowe i niezwykłe zjawisko społeczne na to wydarzenie. Powstało tak dużo materiału o tym co robił, rozdzierających serce wspomnień, publikacji jego umiejętności – tak imponujących. W tak krótkim czasie dowiedziałam się czym są te samoloty, jaka jest rola i zadania pilotów bojowych , na czym polegają ich szkolenia jakich talentów potrzebują, jak jest to szalenie niebezpieczne. Wszystko niezwykle ciekawe, To doprawdy niesamowite ile tak młody człowiek, bo 35- letni dokonał i jakie umiejętności posiadł. Major Maciej Slab Krakowian był imponującym połączeniem tak wielu cech i talentów. Aktorem nie był, ale kamera go kochała. Materiały, które po nim pozostały są tak bardzo atrakcyjnie wykonane, wzbudzają zainteresowanie chyba każdego. Jego uroda, męskość, kultura osobista, spokój , łagodność, ujmujący uśmiech po prostu lepiej nie można było wybrać człowieka na wizytówkę i promocję elity polskiego lotnictwa. Ludzie mają po prostu już dosyć zabiegów marketingowych za, którymi chowa się pustka lanserów. Najlepszym przykładem – polityka. Tutaj w przypadku lotnictwa nie było możliwości okłamania, przedarła się prawda, której ludzie są już spragnieni, a prawda jest imponująca. Nic dziwnego, że taka samoistna reakcja społeczeństwa na tę tragiczną śmierć, reakcja jak wtedy gdy odchodzi ze świata wielka gwiazda estrady, filmu czy król bądź królowa jakiegoś państwa. Taki hołd ludzie sami chcą złożyć i w ten sposób podziękować wspaniałemu człowiekowi, który jest już wzorem. Chyba do tej pory śmierć żadnej „gwiazdy” nie wycisnęła z moich oczu tylu łez. Cały kraj, a nawet świat chce mu podziękować i szczerze rozpacza , że skończyło się jego krótkie, piękne, intensywne życie jakże imponujące złożone w ofierze. Nawet pierwsza wizyta naszego prezydenta Karola Nawrockiego w Ameryce oddała hołd majorowi Maciejowi Slab Krakowianowi. Cały świat zobaczył Missing Man Formation – symboliczny gest wykonywany podczas przelotu samolotów, gdzie jeden opuścił formację i wzniósł się pionowo w górę, symbolizując pilota, który zginął. Nie był to tylko przelot nad Białym Domem i pokaz, ale było to oddanie hołdu polskiemu pilotowi, zmarłemu tragicznie 28 sierpnia 2025 roku. Piękny gest Ameryki, która ma szacunek do zmarłego pilota. Smutne to, ale wielu naszych rodaków nie rozumie co się stało; żałują zdemolowanego pasa startowego, zniszczonego – drogiego samolotu, doszukują się przyczyn tego wypadku takich, ze nie będę nawet tego przytaczać. Żałosne wystąpienia. Czasem pojawia się jakiś pilot rozpostarty w fotelu, wypiękniony, który usiłuje podważyć umiejętności i odpowiedzialność majora M. S. Krakowiana. Wypada w hołdzie wyłączyć nagranie. Niestety to jest po prostu zazdrość i to bardzo widać. Poprzeczka jest wysoko postawiona, żeby Mu dorównać. Major Maciej Slab Krakowian zbudował legendę opartą na solidnym dorobku, znakomicie udokumentowanym. To legenda rangi Żwirki i Wigury, Dywizjonu 303. Trudno będzie ją podważyć i się z nią zmierzyć tym bardziej. Polacy wpłacili na konto wdowy i dwóch synków- bliźniaków po majorze Macieju Slab Krakowian miliony złotych (1,5 miliona dziennie) . To są pieniądze od darczyńców zwykłych obywateli po 20, 100 zł. Czy to nie piękne i wspaniałe? Takie rzeczy zawsze będą wzbudzać zazdrość,,, złych i maluczkich ludzi. Marzanna Leszczyńska

AS LOTNICTWA – MAJOR SLAB MACIEJ KRAKOWIAN Dowiedz się więcej »

Mierzęcin- koncertowe lato 2025

O koncertach w czwartki organizowanymi przez pałac w Mierzęcinie – Marzanna Leszczyńska Zapraszam na zdjęcia z muzyką. Wszystkie utwory w krótkim filmie pochodzą z koncertów, które odbywały się w Mierzęcinie podczas lata 2025. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi film. Z pośród koncertów, które odbywały się w lipcowe i sierpniowe czwartki – byłam na trzech. Pałac Mierzęcin umilił wakacyjne wieczory zapraszając na godzinę 19.00 , a na niej na muzyczne duety. Dwa koncerty odbyły się na powietrzu , z tyłu pałacu, a towarzyszący śpiew ptaków był jak dodatkowy akompaniament dla muzyków. Propozycja ciepłej herbatki czy lampki miejscowego wina spotkała się z dużą akceptacją widzów. Każdy wieczór był inny, ale każdy niezwykle miły, bo dobra muzyka na żywo, w plenerze na tle pałacu czy w jego wnętrzach taka być musi – nawet gdy wieczór chłodnawy, komar dokuczy, a nagłośnienie odmówi posłuszeństwa na chwilę. Niektóre utwory powstały po to, aby je właśnie słuchać nocą i na wolnym powietrzu. Do nich należą nokturny Fryderyka Chopina. Tego właśnie doświadczyliśmy słuchając wykonania nokturnu na flet i pianino przez Joannę i Rafała Kowalczyków. Taka naturalna scena była idealna dla „światła księżyca” Claude Debussy albo „Summer time” George Gershwina. Para zagrała nam też słynne „ Usta milczą dusza śpiewa, kocham cię” z operetki Franza Lehara „Wesoła wdówka”, „Różę południa” Johana Straussa, czardasza z operetki „ Cygańska miłość”, słynny utwór „ Don t cry for me Argentina” czy Zbigniewa Wodeckiego „ Lubię wracać tam, gdzie byłem już”. W ostatni dzień lipca mieliśmy okazję włączyć się do śpiewu Pani Ewy z duetu Valdiango, bo kto nie zna refrenu z „Kawiarenek’ Ireny Jarockiej, „ Remedium” Maryli Rodowicz, piosenek Lady Pank. Były też szlagiery Madonny, Stinga, Stevena Wondera, Abby albo Megan. Gra na gitarze Waldemara Zielińskiego zachwycała. Pałac Mierzęcin jest chyba idealnym miejscem, w którym mogą zagrać skrzypce i utwory Niccolo Paganiniego. Czy to nie dziwne, że akurat utwór N. Paganiniego zabrzmiał we wnętrzu pałacu i to na skrzypcach z XVII wieku? Czarna legenda mistrza Paganiniego ciągnie się za nim do dziś, bo physis artysty i nieprawdopodobna wirtuozeria gry kojarzona była z zaprzedaniem duszy diabłu. Trzeba czytać artykuły dr Roberta Wójcika na www.idealzezgrzytem.pl o pałacu w Mierzęcinie, aby mieć takie skojarzenia. Duet Danuta Organiściuk i Włodzimierz Żylin sprawili prawdziwą ucztę muzyczną na wiolonczelę i skrzypce nie tylko utworami N.Paganiniego, ale również utworami Jana Sebastiana Bacha, Edwarda Elgara, Wiktora Strawińskiego, Ennio Moricone i Astora Piazzoli. Słynne Libertango w wykonaniu na skrzypce i wiolonczelę ukazało nowe oblicze, dla którego trudno nie mieć zachwytu. Piękne spotkania, piękna muzyka i jej wykonanie z ciekawym słowem wstępnym przed każdym utworem – wszystko oryginalne i warte przyjazdu na każde nawet aż z Gorzowa Wielkopolskiego. Żałuję, że nie mogłam uczestniczyć w każdym, ale cieszę się już na ostatnie – 28 sierpnia o godzinie 19.00. To już za kilka godzin… Marzanna Leszczyńska

Mierzęcin- koncertowe lato 2025 Dowiedz się więcej »

ZŁOTY POCIĄG, BURSZTYNOWA KOMNATA… i poszukiwacze skarbów

Dr Robert Wójcik zabiera czytelników w tajemniczy, ale jakże pasjonujący świat poszukiwaczy prawdziwych skarbów. Dorośli nie różnią się od dzieci. Mają w sobie marzenia i pragną znaleźć się w świecie jak z bajki, tylko skrywają to w sobie. Większość dorosłych realizuje te poszukiwania czytając książki i dociekając prawdy, która potrafi być skrywana za niezliczoną ilością zamkniętych drzwi. Otwarcie ich to łamigłówki, ryzyko i poświęcony czas swojego życia. Wreszcie są praktyczni poszukiwacze uzbrojeni w detektor metalu , odwagę , wiedzę i gotowość na prawdziwe odkrycie np. ..złotego pociągu czy bursztynowej komnaty. ..Swoimi indywidualnymi przemyśleniami, dociekaniami i zaskakującymi wnioskami dzieli się dr Robert Wójcik . Jest to oryginalne, samodzielne i pozbawione sensacji spojrzenie na cały zgiełk i szum medialny wokół poszukiwań legendarnego złotego pociągu ze skarbami, który wyjechał 80 lat temu i nie wiadomo gdzie dokładnie jest – Marzanna Leszczyńska Do słowa pisanego wprowadza clip ze znaną muzyką filmową i fotografiami Marka Kaźmierskiego, które pochodzą z Dolnego Śląska. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film. dr Robert Wójcik zaprasza do lektury Ochrona dziedzictwa archeologicznego, kulturowego, dzieł sztuki, kosztowności, jest niezwykle złożonym zagadnieniem i powiedzmy sobie szczerze – tajemniczym. Poszczególne jej aspekty znacząco się różnią, ale też na wielu płaszczyznach wzajemnie się przenikają. Artykuł jest poświęcony problematyce związanej z działalnością „poszukiwaczy skarbów”, która współcześnie stanowi jedno z największych zagrożeń oraz wyzwań dla materialnej spuścizny przeszłych pokoleń, którą zajmuje się archeologia i nauki pokrewne. Dlaczego tak to interpretuję – pewno dziwnie. Dlaczego ? – mam takie wrażenie, że lepiej czasami wiedzieć mniej niż więcej. Lepiej zachować pewne tajemnice – lub ich nie rozwiązywać. Ale człowiek, który odkąd tylko uświadomił sobie własne przemijanie, dokładał wielu starań aby pozostawić ślad po sobie i swoich osiągnięciach, uczynkach – niestety – rzadko dobrych ( kiedy kierował się zyskiem i bogactwem) – czyli złych… Ale na pewno są też prawi „poszukiwacze skarbów” – i chwała im za to. Podziwiam ich i w skrytości ducha – zazdroszczę. Dociekania, poszukiwania w wielu przypadkach nie prowadzą do celu – ale jest też wiele już opisanych i namacalnych prawdziwych zdarzeń – gdzie wytrwałość została nagrodzona… Ktoś powie, że wakacyjny okres to taki „sezon ogórkowy” na różnego rodzaju sensacje. A jak już są związane z poszukiwaniem skarbów – przyciąga jak magnes. „Złoty Pociąg” czy Bursztynowa komnata – te skarby zagrabione przez hitlerowców ( tak do końca nie wiadomo kto zagrabił…) na naszych ziemiach – szuka od dziesiątek lat wielu poszukiwaczy skarbów. Poszukiwacze z grupy „Złoty Pociąg 2025” po raz kolejny sprawili, że o okolicach Wałbrzycha mówi się w Polsce w kontekście poszukiwań zaginionych skarbów. Legendy na temat niemieckiego złota w Polsce są jednak dużo starsze. Kiedy grupa poszukiwaczy „Złoty Pociąg 2025” ogłosiła, że otrzymała zgodę Lasów Państwowych na przeprowadzenie pierwszego etapu swojego planu, polska „gorączka złota” powróciła z pełną mocą. Ów plan zakłada jedynie „sprawdzenia terenu detektorami metalu w celu usunięcia wszelkich metalowych przedmiotów z obszaru badań”, ale dla wielu jest to nowa nadzieja. Mieszkańcy Wałbrzycha i okolic podkreślają, że o „Złotym Pociągu” ( trzech wagonach wypchanych złotem i kosztownościami) słyszeli od dziecka. Ileż to osób było już na jego tropie? Czy to legenda? Niemal każdy w niego wierzy, choć nikt go nigdy nie widział. Jest jak potwór z Loch Ness. Historia poszukiwań „Złotego Pociągu” jest o wiele dłuższa. Miała zacząć się w 1944 roku, gdy Trzecia Rzesza zażądała od ludności Dolnego Śląska, by zdeponowała oszczędności w bankach. Na „złoto Wrocławia” miało składać się ponad 50 dużych metalowych skrzyń oraz liczne mniejsze, drewniane… same skarby, obrazy, dzieła sztuki, sztabki złota… W kwietniu 1945 roku wspominany ładunek miał zostać zapakowany na pancerny pociąg i ruszyć w kierunku Wałbrzycha, by umknąć przed Armią Czerwoną – sowietami. Pierwszy „skarbową gorączką” dotknięty został Tadeusz Słowikowski, który szybko zaczął zarażać nią swoje otoczenie. O złocie miał usłyszeć od Niemców, z którymi po wojnie pracował w kopalni w Wałbrzychu. W latach 70. Słowikowski poznał kolejarza o nazwisku Schulz, który pracował jako dróżnik na 61 kilometrze . Od swojego poprzednika miał dowiedzieć się, że niektóre pociągi wyjeżdżały ze Świebodzic, ale nie dojeżdżały do Wałbrzycha… Nikt ich potem nie widział – znikały jak kamfora. Dolny Śląsk, aż do 1944 roku uznawano za najbezpieczniejszy rejon III Rzeszy. W tamtym okresie nie docierały w okolice naloty bombowe, przeprowadzane przez aliantów w przemysłowych rejonach Niemiec od dwóch lat. W regionie krążyło wiele historii o ukrytych skarbach i dziełach sztuki. Najczęściej wskazywane miejsce ukrycia pociągu to 65. kilometr linii kolejowej Wrocław-Wałbrzych, w pobliżu zamku Książ i kompleksu Riese (Góry Sowie) – sieci podziemnych tuneli budowanych przez Niemców z udziałem więźniów. Co ciekawe – mało kto wie , że „Złotego Pociągu” szukało też wojsko w komunistycznych czasach na polecenie generała Jaruzelskiego – to były bardzo szeroko zakrojone badania. Ale one też nie przyniosły rezultatu. Grupy poszukiwacza „Złoty Pociąg 2025”, ogłosiła, że otrzymała zgodę Lasów Państwowych na przeprowadzenie pierwszego etapu swojego planu, czyli  sprawdzenia terenu poszukiwań detektorami metalu w celu usunięcia wszelkich przedmiotów z obszaru badań. Mimo entuzjazmu grupy poszukiwaczy, eksperci powątpiewają w możliwość odnalezienia „Złotego Pociągu”. – Rozsądek podpowiada, żeby w niego nie wierzyć. Ukrycie składu tak, jak chcą tego poszukiwacze w swoich marzeniach, wymagałoby istnienia dość dużych rozmiarów tunelu. Pociąg musiałby zostać do niego wprowadzony w odpowiednim momencie i to jeszcze w czasie wojny.  Zawsze przy tego typu czynnościach są ( lub powinni być) świadkowie, powinny być też dokumenty. W historiach o „Złotym Pociągu” na nic takiego nie natrafiono. Prawdopodobieństwo, że taki tunel istnieje, jest bardzo małe, wręcz znikome. Jednak sama legenda „Złotego Pociągu” i jej nagłaśnianie może napędzać do działania, a z tego mogą płynąć pozytywne efekty. Przypominam, że w XIX wieku szukano Troi i wydawało się, że to jest jeden wielki mit. A okazuje się, że właśnie takie miasto odnaleziono… istniało , było – mimo, że wielu twierdziło, że to jest tylko legenda. I jak tu nie wierzyć w cuda i Opatrzność Boską ? Jeszcze jedna ciekawa rzecz – co niektórzy uważają, że w „ Złotym Pociągu” też znajduje się Bursztynowa komnata” – ??? Nie mam pojęcia skąd te przypuszczenia. Reasumując – szanse na odkrycie są niewielkie, natomiast legendy jakiś sens mają, bo zachęcają do działania. Może nie „Złoty Pociąg” , ale coś innego, co jest równie intrygujące i ciekawe. Poszukiwacze występują pod nazwą „Zespół Złoty Pociąg 2025” zapewniają, że mają nie tylko precyzyjne dane lokalizacyjne, ale też dokładny plan działania. Nadleśnictwo Świdnica wydało zgodę na rozpoczęcie badań z „małym zastrzeżeniem” – poszukiwacze mogą korzystać tylko z łopat, szpadli i saperek. Mogą być używane tylko punktowo – do wykopów o maksymalnych wymiarach 30 na 30 cm i głębokości do 50 cm. O ciężkim sprzęcie nie ma mowy. Życzę im sukcesu w poszukiwaniach – ale osobiście mam inną teorię. Poszukiwacze podkreślają, że dysponują precyzyjnymi współrzędnymi GPS opisującymi przebieg i kształt tunelu. Ich oświadczenie brzmi „ Poprzez

ZŁOTY POCIĄG, BURSZTYNOWA KOMNATA… i poszukiwacze skarbów Dowiedz się więcej »

Rugia – wyspa Caspara Davida Friedricha

O swoich wakacyjnych wrażeniach z krótkiego pobytu na kredowej wyspie – Marzanna Leszczyńska Zapraszam na zdjęcia z muzyką. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką uruchomi krótką prezentację. ” Te skały pozostawił sam Bóg „ – Hanns Cibulka W mojej świadomości najpierw był obraz Rugii Caspara David Friedricha , a dopiero potem Rugia. Rugia utkwiła mi w pamięci za przyczyną jego zachwycającego obrazu „ Kredowe skały Rugii”. Jest to arcydzieło C.D. Friedricha górujące nad resztą jego dzieł, arcydzieło niemieckiego romantyzmu i jeden z cudów malarskich XIX wieku. Znalazłam oto okazję do przypomnienia sobie tego obrazu po trzy- dniowym pobycie na północno- wschodniej i południowo – wschodniej części Rugii. Tutaj właśnie znajduje się kredowe nabrzeże skał i widokowe otwarcie ku morzu, okna pejzażowe pomiędzy zboczami, które zostały wyrzeźbione przez sztormy, wiatry i erozję gleby z bukami wiszącymi na krawędziach urwisk i ich odsłoniętymi korzeniami. Ma rację ten, kto nazwał te widoki ” czarnoksięstwem rzadkiego rodzaju”. Ten dzisiejszy krajobraz nie jest już taki jak za czasów C.D. Friedricha bo jego przemiana trwa nadal, tak oto np. w 2002 roku oderwało się i runęło do morza 25 000 metrów sześciennych skały kredowej. C. D. Friedrich uwiecznił swoim płótnem Rugię i ją rozsławił na cały świat, ale nie tylko przez odtworzenie charakteru pejzażu i piękna przyrody, ale poprzez zawarcie w tym obrazie ogromnej ilości znaczeń i niewyczerpanych możliwości interpretacyjnych tego obrazu. „ Kredowe skały Rugii” to nie tylko scenka rodzajowa, ale jak napisał Waldemar Łysiak tą sceną – artysta – niczym poeta pędzla namalował wieczność, zamienił banał w arcypoezję i wlepił mu transcendentny wymiar. Friedrich lubił pokazywać symbole mijającego czasu, a czas był notorycznym bohaterem jego obrazów. Czy ten obraz to nie Jego alter ego? Obsesja śmierci męczyła wielu romantyków, a Friedricha już od samego dzieciństwa, od chwili, gdy załamał się pod nim lód. Friedrich utonął by pod nim, ale skoczył mu z pomocą starszy brat, który wypchnął go na lód, ale sam nie zdołał się wydobyć i zginął. Friedrich nigdy nie przestał myśleć o tej tragedii. Czy ta czeluść i martwy pniak nie symbolizują śmierci? Jest w tym obrazie też mnogość symboliki miłosno – małżeńskiej : dwa kredowe stoki i dwa konary drzew splecione ze sobą rysują kształt serca, przytulone żagle w oddali. O politycznej interpretacji już nie będę się rozpisywać. Rugia pamięta Caspara Davida Friedricha i upamiętniła go godnie. Jego sylwetka z brązu w staroniemieckim stroju stoi dumnie i patrzy w dal na bezkresne morze w punkcie widokowym niedaleko Arkony, a obok stoi Jego obraz w potężnym powiększeniu w kolorze sepii. Godnie upamiętnia malarza Stół Królewski, gdzie przy potężnej platformie widokowej zawieszonej na stalowych linach gromadzą się masowo turyści, aby podziwiać widoki. W tym miejscu stoi potężny baner z obrazem „Kredowych skał Rugii” Caspara Davida Friedricha. Tutaj znajduje się też imponujące muzeum multimedialne wyspy, które należy zobaczyć – koniecznie. Ileż ja tutaj znalazłam odpowiedzi na pytania, które powstały w mojej głowie podczas spaceru po wybrzeżu i patrząc na te zjawiskowe skały z kredy, które gdy wyjdzie słońce – świecą na biały odblaskowy kolor. Zachwyca nie tylko genialny edukacyjny przekaz, ale też estetyka ekspozycji i niezwykłe artystyczne zdjęcia przyrody. Rugia to wyspa tajemnicza i jakże odmienna od naszego polskiego wybrzeża, a tak niedaleko położona przecież. Bukowe lasy Rugii są idealne na rowerowe trasy, a zieleń i jej odcienie w słońcu serwują niezapomniane widoki na , które nie trzeba długo czekać, pojawiają się niezwykle często. Chyba niewiele jest tak pięknych dróg na świecie. Zachwyca architektura w mieście Binz – białe domy z misternymi ażurami przy oknach i balkonach całe ich ulice nawiązujące kolorem do kredowych klifów w Narodowym Parku Jasmund. Zapierają dech całe wioski z domami krytymi strzechą z przepięknymi ogródkami. Tam też na pólnocy Rugii stoi Pomnik Śventovit powstały w 2021 roku autorstwa Patrycji Kujawowicz i Tadeusza Glińczaka, którzy w ten sposób przypomnieli, że były to ziemie słowiańskie i panował tam kult pogaństwa i właśnie tutaj najdłużej opierał się chrystianizacji. „ Dzisiejsi ludzie, mieszkańcy świata przematerializowanego, przetechnicyzowanego, przeracjonalizowanego, zrobili się chorzy od wszechobecnej maszynerii, od terroru betonu i biurokracji; ci ludzie słysząc codziennie ile agregatów codziennie wyprodukowano, sami czują się agregatami. I tacy ludzie tęsknią do nieskazitelnej przyrody oraz do romantyczności bajkowego typu” – Waldemar Łysiak „Malarstwo Białego Człowieka” „ Szczypająca duszę” aura pejzaży Rugii jest lekarstwem tak samo jak obrazy Caspara Davida Friedricha, które warto poznawać – wszystkie. Dodatek „ Nocleg Ordens Kapelle – taki, że… nigdy więcej” Wyboru nie było, więc zdecydowaliśmy się, a nazwa była obiecująca : Kapliczka Zakonników Rycerskich na Rugii. Ordens Kapelle. Przybyliśmy nocą na miejsce. Malutka kapliczka, wyglądała na zabytkową i taką też się okazała. Z okiennicami wymalowanymi na czerwono w maltańskie krzyże. Do tej kapliczki przylegał dobudowany niedawno- na oko – hotelik z nisko podwieszonym sufitem. Przeszliśmy „mosteczkiem zwodzonym „ ( takim na trzy kroki szerokim) ale z boku grube łańcuchy raczej dla ozdoby, bo nic nie podtrzymywały. Zieleń owszem była, nawet dużo. Za to przed samym wejściem – cmentarz! Czyli parę mini nagrobków – jakieś poprzewracane, krzyże jak ze sklejki, dziwne te krzyże. Podejrzewałam od razu, że to jakaś ustawka i tak też, po zasięgnięciu języka się okazało. W środku dziwności nad dziwnościami. Krzesła skórzane jak trony, a raczej krzesła elektryczne, kute ozdoby rycerskie na ścianach, masa rzeczy, przyłbic rycerskich. Wszystko sprawiało wrażenie – jak zebranych przypadkowo. Dostaliśmy kule jak od billarda z numerem pokoju i z prośbą abyśmy wybrali sobie godzinę na śniadanie ( a były cztery do wyboru i żebyśmy je wrzucili do odpowiedniej rury). Na mój gust bardzo skomplikowany system jak na wybór śniadania . Japończycy zaśmiewali się z tych kuli pokazując je sobie. Jadalnia nam przyznana, wprowadziła mnie w osłupienie. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam i nawet apetyt odebrało.. W kredensie za szklanymi szybami pełno było różnych lichtarzy i krzyży, z sufitu zwisały żółte szklane kule- gęsto – wyglądały jak lampki z kościoła przy tabernakulum, na ścianach portrety postaci jakby biskupów w ornatach. Szczytem była dekoracja okien – tiary biskupie nad każdym oknem i stuły zawieszone jak…firanki… Z głośników sączyła się notorycznie jakaś kościelna muzyka, czasem zespołu Enigma. Koleżanka miała w

Rugia – wyspa Caspara Davida Friedricha Dowiedz się więcej »

Prawda jest okrutna – Wołyń

O tegorocznych uroczystościach w Gorzowie Wielkopolskim w dniu 11 lipca 2025 roku ku czci Ofiar Wołyńskich na Kresach Wschodnich z zaproszeniem do wysłuchania przedmowy historycznej profesora Grzegorza Kucharczyka – Marzanna Leszczyńska Gdy rok temu na różnych grupach facebookowych ukazały się zdjęcia Pomnika Ofiar Wołyńskich na Kresach Wschodnich autorstwa Andrzeja Pityńskiego z informacją, że będzie jego odsłonięcie 11 lipca 2024 roku w Domostawie, zrobiły one na mnie oszałamiające wrażenie i wzbudziły ogromne zainteresowanie. Wtedy mało kto wiedział co to za pomnik i dlaczego powstał w jakiejś Domostawie? Minął rok – czyli niewiele czasu, a dzisiaj mało kto nie widział na zdjęciu tego pomnika i nie wie czego dotyczy, a tak wielu pojechało, aby zobaczyć go na własne oczy. Stało się tak mimo tego, że : „tak go oczerniali, że za dosadny, taki okropny i kiczowaty, że dziecko na widłach to niesmaczne i niepotrzebne, że lepszy byłby jakiś symbol…Tymczasem jego autor Andrzej Pityński nienawidził abstrakcji, którą nazywał antysztuką do zacierania śladów. Co do okropieństwa, to rzeczywistość była tysiąc razy straszliwsza, praktycznie niewyrażalna, uważał. Byliśmy w Domostawie też w zwykły dzień już o zmroku. Tam stale są ludzie, stale podjeżdżają auta. Pomnik był wiele lat „ aresztowany” w odlewni w Gliwicach, Poza tym nikt go nie chciał, wszyscy się bali. Kolejne miasta się wycofywały, były zastraszane”. -Anna Milanowski Właśnie tylko wielki baner ze zdjęciem Memoriału z Domostawy stanął w Parku Siemiradzkiego podczas obchodów kolejnej rocznicy tych tragicznych wydarzeń, które rozpoczęły się już tradycyjnie mszą świętą w Białym Kościółku o godzinie 18.00 11 lipca 2025 roku w Gorzowie Wielkopolskim. Te tradycyjne już uroczystości odbywają się na tle naszego gorzowskiego Pomnika Ofiar Rzezi Wołyńskiej, a jest to kamień, który mówi coś o znamionach zbrodni… Profesor Grzegorz Kucharczyk, który co roku wygłasza w tym właśnie miejscu swoje niesamowite przedmowy historyczne o wydarzeniach na Wołyniu – przypomina co roku z całą stanowczością, że nie jest to właściwy napis: „Żadne znamiona, a genocidium atrox czyli zbrodnie ze szczególnym okrucieństwem”. Tym, którzy liczą na to, że ktoś z władz tego miasta , kiedyś podejmie kroki, aby zmienić ten napis odpowiem tylko, że nie spodziewam się takiej wspaniałomyślności nawet za sto lat. Łatwiej i lepiej będzie postawić nowy i tam przenieść obchody. Cieszę się, że przybywa – co roku 11 lipca – uczestników na mszy w Białym Kościółku o godz.18.00 i słuchaczy niezwykłej przedmowy historycznej profesora Grzegorza Kucharczyka. Chociaż to ciągle mało jak na 120 000 miasto. A szkoda… Zapytam tylko gdzie są wszyscy nauczyciele historii, języka polskiego, religii, politycy prawicowi, duchowieństwo? Media też skromniutko. Co zrobili, aby zachęcić i przyprowadzić młodzież i dzieci ??? Zapraszam na wysłuchanie znakomitego wykładu prof. Grzegorza Kucharczyka i przypomnienie ubiegłorocznego na http://www.idealzezgrzytem.pl https://idealzezgrzytem.pl/2024/07/22/zadne-znamiona-a-genocidum-atrox-11-07-2024-gorzow-wielkopolski/ To wiedza skarb wygłoszona przez zasłużonego, z dużym dorobkiem naukowca, który urodził się w Gorzowie i jak został przedstawiony ; „Jest humanistą rzadkiej konstrukcji, bo dąży do prawdy zawsze i nie wstydzi się swojej wiary, co rzadko się dzisiaj zdarza” . Naciśnięcie czerwonego prostokąta z czerwoną strzałką na obrazie poniżej uruchomi wykład na tle zdjęć.

Prawda jest okrutna – Wołyń Dowiedz się więcej »

Śmierć – ciemna strona księżyca …

„Memento mori” to łacińska sentencja, która dosłownie oznacza „pamiętaj o śmierci”. Jest to filozoficzne przypomnienie o nieuchronności śmierci, mające na celu skłonienie do refleksji nad życiem i jego ulotnością. W kulturze, sztuce, religii różnych wyznań – ten motyw często przybiera formę symboli takich jak czaszki, krzyże, trumny, klepsydry, ogniska, tratwy ze zmarłymi, ogień czy zwiędłe kwiaty, mających unaocznić przemijanie. Czasami okrucieństwo – to we wschodnich religiach. Dziwny jest ten świat. Czy My o tym myślimy, zdajemy sobie z tego sprawę – co to jest śmierć ? Czy się zastanawiamy – co będzie z nami czy z naszymi bliskimi ? Chyba nie w młodości – przyjmujemy życie jak wypieczoną , pyszną kromkę chleba z masłem w ręce. – a w zasadzie wzrokiem w komórce. Śmierć – jest też kromką chleba, która przypomina drugą – tą ciemną stronę księżyca. Dlaczego? Bo dopiero na starość coś nasz rusza i zaczynamy o tym myśleć. Poznajemy jej dobry smak – smak przemijającego życia, który już nie wróci na starość. Taki jest ten dzisiejszy dziwny świat. Tak zwana – chwila życia – strasznie mnie to martwi i boli moje uczucia. Opowiem tak … Byłem przy śmierci swojego taty – walczyliśmy wspólnie z siostrą i rodziną przez wiele lat – codziennie – i jestem z tego dumny – aby jeszcze żył – był z nami. Dziś się zastanawiam nad jednym – czy nie cierpiał w czasie tej ostatniej przygody życia … nie wiem. Wiem jedno – robiliśmy wszystko – aby żył jeszcze… To nie było cierpienie – może w ostatnich chwilach.   Śmierć czeka każdego z nas. Nikt nie wie, kiedy jego czas się skończy, ale szacuje się, że każdego roku umiera 56 mln ludzi. Według GUS, w 2021 r. przeciętna długość życia mężczyzn w Polsce wyniosła 71,8, a kobiet 79,7 lat. Eksperci medyczni wyjaśniają, jak wyglądają ostatnie etapy życia człowieka w sędziwym wieku. Śmierć jak każdy proces ma etapy, które warto poznać – głupio napisałem … – zapoznać się z nimi, by przygotować się na odejście siebie czy bliskiego . To trudny temat, który jest odrzucany przez nas – staramy się nie myśleć o tym – ale on powraca co jakiś czas. W naszych myślach czy snach. Co powinniśmy wiedzieć o umieraniu ? Nie ma chyba osoby, która czasami nie zadaje sobie takich pytań. Szczególnie w obliczu śmieci kogoś bliskiego. Co się dzieje z nimi czy z nami po śmierci? Jak ona będzie wyglądać? Jaki chcemy mieć pogrzeb ? Czy śmierć oznacza koniec wszystkiego, czy dopiero początek naszej drogi? Ludzie od wieków próbują odpowiedzieć na te pytania. Wbrew powszechnemu przekonaniu śmierć  z powodu starości w rzeczywistości nie jest spowodowana fizycznym zużyciem lub rozpadem organizmu. Jest to zwykle połączenie chorób, które kumulują się z czasem, powodując niewydolność narządów i ostatecznie śmierć. Wraz z wiekiem – ciała starszych osób stają się słabsze, co czyni je bardziej podatnymi na dolegliwości fizyczne, takie jak np. choroby serca, udar mózgu czy inne dolegliwości — to najczęstsze przyczyny śmierci ludzi w podeszłym wieku. Inne zagrożenia, na jakie narażone są osoby starsze – takie jak każdy może je mieć ( i nie wiedzieć o tym… ), to rak, demencja, cukrzyca  czy problemy z oddychaniem — wszystkie z nich mogą przyczynić się do naszej śmierci w ciągu kilku lat lub nawet miesięcy. Nieodpowiedni styl życia, czyli zła dieta, brak ruchu, papierosy , nadmierne picie alkoholu, nadużywanie narkotyków i  dzisiejszy stres życia ma na to ogromny wpływ w połączeniu z czynnikami związanymi z wiekiem. Krótko mówiąc, śmierć z powodu starości niekoniecznie jest spowodowana jednym konkretnym czynnikiem – to wynik wielu problemów związanych ze starzeniem się organizmu. Ale możemy temu w jakiś sposób pomóc, zapobiec. Przez co ? przez miłość do swoich bliskich – babć, dziadków, rodziców – mamy czy taty, starych cioci, wujów czy miłych sąsiadów czy sąsiadek – tylko trzeba chcieć – nie zapominać o nich . Być przy nich do końca ich dni … pocieszać, wspierać, pielęgnować, karmić… – być przy nich!!! – Do końca – trzymać ich rękę w agonii – Oni potrzebują tego – mam wrażenie po swoich przeżyciach – że tego bardzo potrzebują – nie chcą być samotni jak odchodzą – chcą żeby ktoś z nimi był – bliska osoba. Ale Ona – ta śmierć – musi być radosna – musi kochać to rozstanie – chociaż łzy jej po policzku płyną … bo już nic nie może zrobić. Ociera tylko twarz swojej mamy, taty, babci czy dziadka … zwilża wodą usta – bo taka jest ta śmierć – paskudna, okrutna. A jak my będziemy umierać – czy ktoś się nad tym zastanowił ??? Z technicznego punktu widzenia nikt nie umiera ze starości. Wraz z wiekiem nasze ciała w naturalny sposób zaczynają być mniej sprawne, zarówno pod względem wydolności fizycznej, jak i poziomu energii. Wynika to z procesu starzenia, który jest niezwykle złożonym cyklem zmian biologicznych, jakie zachodzą powoli w czasie. Wraz z wiekiem komórki zaczynają się rozkładać i stają się mniej wydajne, co prowadzi do osłabienia mięśni, wolniejszego czasu reakcji i ogólnego zmniejszenia sprawności fizycznej lub umysłowej. Starsi ludzie są bardziej podatni na choroby, takie jak przeziębienie czy grypa ze względu na osłabiony układ odpornościowy. Zdolność organizmu do zwalczania infekcji również zmniejsza się z czasem, co może prowadzić do innych komplikacji zdrowotnych, takich jak rak lub choroby serca. Innym czynnikiem przyczyniającym się do śmierci ze starości jest po prostu stopniowa degradacja układów organizmu w miarę upływu czasu. Może to być przyspieszone przez czynniki związane ze stylem życia. Ale ostatecznie nawet zdrowi i wysportowani ludzie nie mogą uciec przed skutkami starzenia się organizmu, bo możliwości fizyczne się kurczą i doprowadzą do ostatecznego zgonu. Dzieje się tak niezależnie od tego, czy ta przyczyna została wykryta wcześniej, była leczona bez powodzenia czy też zaniedbana latami. Za śmiercią zawsze stoi jakiś stan chorobowy, nawet jeśli ludzie umierają we śnie. Koniec życia jest czymś, z czym wszyscy kiedyś będziemy musieli się zmierzyć- i chociaż nie ma sztywnych reguł określających, jak powinien się ona się potoczyć, niektórzy uważają, że proces ten może przebiegać etapami. W zależności od naszej kultury etapy te mogą obejmować: – oddalenie się fizycznie i emocjonalnie, –

Śmierć – ciemna strona księżyca … Dowiedz się więcej »

„Hydrozagadka” po 55 latach

O filmie „Hydrozagadka”, który wyświetlono na tegorocznym Lubuskim Lecie Filmowym w Łagowie- Marzanna Leszczyńska Jest w Łagowie nad jeziorem restauracja, z zachwycającą różą. Wszyscy o nią dbają, a ona się odwdzięcza masą kwiatów. Łagów to piękna miejscowość. Jak to się stało, że nigdy nie oglądałam „Hydrozagadki” w reżyserii Andrzeja Kondratiuka – nie wiem do dziś… Myślę, że najpierw byłam po prostu za mała na ten film, a potem stało się tak na wskutek starań moich rodziców o dobre wychowanie dzieci, bo był to niewątpliwie film dla dorosłych. Tegoroczne Lato Filmowe w Łagowie przypomniało ten purnonsens czy surrealistyczną zgrywę z wielkim wdziękiem. „Hydrozagadka” stała się jednym z najbardziej oryginalnych filmów polskiej kinematografii, jest majstersztykiem, niezaprzeczalnie jednym z lepszych filmów i jak ktoś zauważył : „ dziś nikt ze współczesnych nie wymyśliłby tak odjechanych tekstów, nie mówiąc już o tym, że nie znaleźliby się aktorzy, którzy podali by je w taki sposób”. Organizatorzy Lubuskiego Filmowego Lata 2025 w Łagowie wyświetlili film pomysłowo – nad jeziorem, widzów posadzili na leżaczkach, pod gołym niebem, nocą (pięknie przyświecał księżyc). Kropką nad i byłaby upalna noc – ale tego akurat zabrakło. Sekret geniuszu „Hydrozagadki” kryje się po pierwsze w scenariuszu, którego pomysłodawcą był Andrzej Bonarski, ale stworzył go razem z Andrzejem Kondratiukiem. Warto przypomnieć postać Andrzeja Bonarskiego, bo jest osobą arcyciekawą, zasłużoną i bardzo niedocenioną w kulturze naszego kraju. Urodził się w Krakowie w 1932 roku, ale całe życie związał z Warszawą, w której studiował na Uniwersytecie Warszawskim matematykę i astronomię. Z zamiłowania był dziennikarzem, literatem, wydawcą. Był też znawcą i kolekcjonerem sztuki polskiej i światowej, zorganizował wiele znaczących wystaw plastycznych – gdyby nie Jego działanie to nic z lat 80-tych nie zachowało by się w polskiej historii sztuki tego okresu. Promował twórczość malarki Ariki Madeyskiej. Współpracował z Jerzym Grotowskim. Stworzył też scenariusz do filmów: „Dziura w ziemi” , „ Panna i Łucznik”, „ Rewizja osobista”( razem z Andrzejem Kostenką i Witoldem Leszczyńskim), autor pierwszych 5 odcinków serialu „Punkt widzenia” ( reż. Andrzej Zaorski, Małgorzata Niezabitowska jest autorką dwóch ostatnich odcinków filmu). Jako prozaik debiutował w 1957 roku, był dziennikarzem tygodnika „ Kultura” i miesięcznika „Polska”. Wiadomości o Andrzeju Bonarskim przytoczyłam dzięki pani Henryce Milczanowskiej, która jak pisze – miała przyjemność Go poznać i z Nim rozmawiać, a podzieliła się nimi na facebooku. Nawet genialny scenariusz na niewiele by się zdał, gdyby zaangażowano kiepskich artystów. Do „Hydrozagadki” zaangażowano masę świetnych aktorów. Furorę zrobiła oczywiście młodziutka i zjawiskowa Ewa Szykulska. Wszystko się zgadza : Jej kobiecość w tym filmie „wypływa niczym woda w delcie Amazonki”, ma seksapil i powab kobiecy, jest obłędnie piękna nawet wybitnie śliczna z tymi rzadko spotykanymi jasno-niebieskimi oczami, jest symbolem seksu, „a ta jej diastema tak jej dodaje uroku, że szok”, taka leciutko femme fatale – cudo, polska Malena, jest naturalnie piękna i zagrała mistrzowsko no i „ma to coś, co chciałaby mieć każda kobieta.” Współczuję wszystkim paniom, które odważą się krytycznie wysłowić odnośnie Ewy Szykulskiej – oberwą niemiłosiernie, bo „lepiej gdy mizerna i mierna zazdrość milczy”…Podobno w „Hydrozagadce” Ewa Szykulska nie mówi swoim głosem, ale czy jest to głos Kaliny Jędrusik czy Ireny Rylskiej – nie wiem. Natomiast wszystkim tym, którzy tak dużo mówią tylko o pięknej i utalentowanej Ewie Szykulskiej muszę stanowczo powiedzieć, że nie są sprawiedliwi, bo Iga Cembrzyńska – ucharakteryzowana na „wodnika” jak z czeskiej bajki wygląda ślicznie i zapowiada film niesamowicie. Legenda mówi, że to była improwizacja, bez dubli, ponieważ koszty przeznaczone na film były ograniczone i Andrzej Kondratiuk poprosił Igę Cembrzyńską o przeczytanie zapowiedzi filmu. A tancerka wykonująca arabski taniec to niby nie robi wrażenia? Jakie ciało, jaki erotyzm… Zastanawiam się, czy takie występy były na spotkaniach u Jerzego Urbana, które dzisiaj na emeryturze wspomina Leszek Miller? Więcej uwagi poświęcam panią w tym filmie, ale oczywiście wszyscy panowie są rewelacyjni. Dr Plama i maharadża z Kabulu po prostu genialni. Wszystko w tym filmie zachwyca. A jakie są tam podkłady muzyczne pod dialogi, jak budują nastrój… Obejrzenie tego filmu to okazja do posłuchania pięknej polszczyzny – miodu dla uszu, kultury konwersacji, rozmów na poziomie, cudnej gry słów, genialnie podanych dialogów, zachwyca poczucie humoru i masa podtekstów. – „Ja na drzewo – dzik za mną” – „ Achtung Herman, torpeden loss!” – „ Jolu, zdejm kapelusz. Będziemy uprawiać miłość francuską. Jurku, uspokój się. Nie zdejmę kapelusza.” Tego filmu nie można odbierać dosłownie. Rzecz w tym, że jak każda prawdziwa sztuka może być ,ale nie musi być o czymś konkretnie. W rezultacie dla każdego będzie o czymś innym. Film jest ponadczasowy, prekursorski. Oglądając go dzisiaj widzimy doskonałe reklamy produktów i to zgodnie z dzisiejszymi standardami, a przecież w 1970 roku nikt nie wiedział co to jest marketing. Problemy wiecznie żywe: aluzje do płonącej planety, marzenia ludzi i ich fantazje. Wszyscy je mamy i Ci, których o to nie posądzamy też. Oderwać się od szarej rzeczywistości, odpowiedzialności czasem pragną też poważni i dojrzali ludzie nauki na przykład… w takich laboratoriach… „Hydrozagadka” jest jedyna. Dzisiaj nie brakuje tematów, którymi można się zainspirować, aby powstał nowy współczesnym nam purnonsens. Cóż nam dzisiaj pozostaje – jak tylko się pośmiać … Marzanna Leszczyńska P.s. Purnonsens – dowcip, w którym efekt komiczny powstaje z niedorzeczności, z pozbawionego logicznej motywacji, absurdalnego skojarzenia obrazów lub pojęć. Stworzony został w XIX wieku przez pisarzy angielskich, odegrał ważną rolę w estetyce surrealizmu.

„Hydrozagadka” po 55 latach Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry