POCHOIR PICASSA W KRZYWEJ WIEŻY W TORUNIU

Do końca roku 2025 można oglądać w Krzywej Wieży w Toruniu wystawę grafik pochoir Pablo Picassa: „ W żywej pamięci & Maski popiołów La Flute Double . Unikalna architektura toruńskiej Krzywej Wieży stała się wyjątkowym tłem tej ekspozycji. Zapraszam na zdjęcia z wystawy i jej wyjaśnienie. Zachęcam do zwiedzenia ekspozycji w wyjątkowym miejscu w Toruniu. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film z muzyką – Marzanna Leszczyńska Pablo Picasso (1881-1973) twórca kubizmu, myśliciel, komentator i eksperymentator, artysta nieustającej rewolucji, którego dziedzictwem jest nie tylko Jego styl, ale też Jego postawa twórcza- bezkompromisowa, radykalna, nieustannie zadająca pytania. Poprzez grafikę Picasso eksperymentował, docierał bliżej materii, powracał do prastarych symboli i gestów, wreszcie to poprzez nią przemówił ( stawała się narzędziem nowego języka). Czym jest pochoir? Technika pochoir (z fr. szablon) jest sposobem reprodukcji dzieł artystycznych z zachowaniem bogactwa kolorów i jakości malarskiej. To ręczne nakładanie farby przez specjalnie przygotowane szablony, warstwa po warstwie, co pozwalało osiągnąć subtelne przejście tonalne i głębię barwy, niemożliwe do uzyskania w starodawnych technikach druku. Każdy egzemplarz wykonywano oryginalnie, co czyniło go czymś pomiędzy oryginałem, a reprodukcją – swego rodzaju artystycznym obiektem z pogranicza grafiki i malarstwa. Pochoir wymagał ścisłej współpracy z wykwalifikowanymi rzemieślnikami – kolorystami i drukarzami- co tylko podkreśla znaczenie rzemiosła i kolektywnego procesu twórczego w sztuce Picassa. Pochoir to połączenie szablonu, rzemiosła i malarskiej precyzji. Dla Picassa grafika nie była tylko sposobem reprodukcji. W Jego przypadku stałą się świadomym wyborem estetycznym. Wystawa w Krzywej Wieży w Toruniu pozwala spojrzeć na artystę nie jako na ikonę muzealną, ale jako zawsze żywego artystę – zawsze obecnego, zawsze aktualnego. Ekspozycja prezentuje dwa cykle graficzne: „ La flute Double” oraz „W żywej pamięci & Maski Popiołów”ukazujące dwie odrębne lecz równie fascynujące drogi twórcze artysty: z jednej strony techniczną precyzję i kolorystyczne malarstwo, z drugiej- poetycką wrażliwość i dadaistyczne eksperymenty z formą czyli dwie strony Mistrza : grafika i poezja. 15 akwarelowych litografii jest wynikiem współpracy Picassa z poetami ruchów dadaistycznych i ekspresjonizmu: Tristanem Tzarą oraz Yvanem Gollem. W „ Żywej pamięci” Picasso stosuje radykalnie minimalistyczną technikę – tworzy obrazy z użyciem jedynie palca i kredy litograficznej, oddając charakter słów i emocji zawartych w poezji Tzary. Natomiast „Elegia Iphetonga i Maski Popiołów” to ilustracja ekspresyjnego poematu Galla, w którym Picasso ukazuje głębokie introspektywne obrazy towarzyszące poetyckiej żałobie. W tych pracach spotyka się antyk i nowoczesność, mit i codzienność, poezja i polityka. Oba cykle podkreślają nie tylko artystyczną, ale i intelektualną wszechstronność twórcy. Marzanna Leszczyńska

POCHOIR PICASSA W KRZYWEJ WIEŻY W TORUNIU Dowiedz się więcej »

ORDER ORŁA BIAŁEGO DLA WALDEMARA ŁYSIAKA

Oprócz sporej kolekcji książek Waldemara Łysiaka, które gromadziłam od 1990 roku jestem w posiadaniu jednej na Jego temat: „ Waldemar Łysiak w oczach czytelników, recenzentów, „wrogów”, krytyków…”, które zebrał i opracował Bartosz Emchowicz .Nie kupiłam jej, a otrzymałam ją z odręcznie napisanym podziękowaniem, ponieważ znalazły się w niej też i moje skromne wypowiedzi. Książka B. Emchowicza powstała jako laurka jubileuszowa , podziękowanie Waldemarowi Łysiakowi za 30 lat Jego wspaniałych książek, a na jej okładce widnieje napis: „30 lat literatury Waldemara Łysiaka w świetle trzech dekad opinii: zawodowych krytyków i ankiet najwierniejszych czytelników” W „Życiu literackim” kiedyś napisano , że W. Łysiak to zjawisko, które egzystuje obok lub mimo koterii i kawiarnianych stolików. A On sam na pytanie: Kto za Panem stoi? Odpowiedział: Mam nadzieję, że Pan Bóg, Cesarz Napoleon i książę Józef Poniatowski… To był prawdziwy fenomen, mimo cenzury, przemilczania autora Jego książki były prawdziwymi bestsellerami. W czasie drugiej połowy lat 80-tych na Łysiaka panował absolutny szał, wszyscy czytali i zachwycali się Jego książkami , a studenci z całej Polski jeździli na Jego wykłady o sztuce na Politechnikę Warszawską, gdzie pracował. W moim liceum był jeden uczeń, który słynął z wiedzy o Napoleonie, bo czytał książki Łysiaka – ba – on się nosił jak Napoleon – oczywiście nosił „ksywkę – Napoleon”. Byłam wtedy bardzo młodą osobą – jakimś takim jednym chodzącym problemem, gdy wtedy właśnie kupiłam i przeczytałam „MW” i nie zapomnę jak zawirował mi wtedy świat tysiącem barw = jak w modnym wtedy szlagierze Anity Lipnickiej. Czytałam i raz po raz powtarzałam sobie w duchu – święta racja. Nie mogłam wyjść z podziwu nad czarodziejskim sposobem pisania autora – zachwycał styl, erudycja, szczerość, prawda (często okrutna), odwaga. Łysiak był jak cukier – krzepił. Zaczęłam kupować wszystko co się pojawiało, a co napisał Waldemar Łysiak. Czekałam na każdą nowość i wznowienia starych książek, a każda nowa książka Łysiaka to była niesamowita przygoda przy, której wszystko wokół traciło barwy. Niewiele rzeczy na tej ziemi potrafiło mnie w taki stan wprowadzić – w tych książkach – zaskoczona -odnajdywałam odpowiedzi na dręczące mnie dylematy, jakby czytał w moich myślach, otwierał mi oczy, ktoś napisał w recenzji, że W. Łysiak jak sejsmograf narodu, który jak spod lawy wydobywa nasze narastające nastroje i bezbłędnie je opisując – uświadamia. Jego książki były fantastycznie wydawane, z reprodukcjami malarstwa bogato zgromadzonymi – całość zachwycała. Uwielbiałam wszystkie gatunki literackie uprawiane przez W. Łysiaka. „M B C” jest moim podręcznikiem, tak często po niego sięgam – skarbnica wiedzy o malarstwie, które autor tak kocha i opowiada o sztuce przewybornie. Z „Francuską ścieżką” pojechałam do Francji, a z „Wyspami zaczarowanymi” do Włoch po raz pierwszy w życiu. W tych naszych siermiężnych wtedy czasach Waldemar Łysiak był jak kolorowy ptak, tak niezależnie się w nich poruszał i umiał te czasy maksymalnie wykorzystać dla siebie oddając przy okazji nam tak dużo- czytelnikom, dzieląc się tym co sam zdobył, imponując niezwykle. Jego zbiory obrazów i biblioteki książek należą do najlepszych – opisał to w „Wyspie zaginionych skarbów” . Dla tych, którzy stawiają znak równości między Napoleonem i Hitlerem zachęcę do lektury W. Łysiaka, który walczył z tym stereotypem i jak twierdzi dług wobec Napoleona spłacił. Przytoczę, że „Paris Match” pisał o ostrej polemice W. Łysiaka z francuskim historykiem Retif de la Bretonne, drukował w mediolańskiej „Historii”, zamawiały u Niego artykuły pisma radzieckie, bułgarskie, jugosłowiańskie, holenderskie, książki recenzowała prasa polonijna, a „Empirowy pasjans” tłumaczony był w Argentynie. Polecam rozdział o szwoleżerach „Un Polonais passe partout!” w „ Wyspach zaginionych skarbów”. Płakałam, gdy go czytałam. Jest w stanie zreflektować patriotycznie największego kosmopolitę. Polecam proces nad Napoleonem napisany w bardzo atrakcyjny , nowatorski, uwspółcześniony sposób czyli rozdział 4 z „Wysp bezludnych” – Longwood (Święta Helena). Nieprawdą jest, że W. Łysiak nie lubi kobiet – on cierpi, że one takie są. Łysiak zna kobiety.„Statek” trzeba przeczytać co pewien czas i być ze sobą szczerą. „Każda kobieta, nawet ta, która jeszcze nie zaliczyła zdrady, śniła o niej”.. „Jeżeli należysz do tych, którzy kochali tylko raz, to niewiele masz do powiedzenia. Ale jeżeli to była prawdziwa miłość, to inni powinni milczeć w twojej obecności”… „Bez jakiejś kobiety mężczyzna nie ma sensu, ale bez tej Jednej nie ma na domiar pojęcia, kim jest. Na ogół nie spotyka Jej i nawet o tym nie wie, jeśli zaś spotyka – staje się zupełnie inny”… „ Tyrania miłości, szlachetności i wiedzy to coś, czego kobieta zbyt długo nie może znieść”… Kiedyś próbowałam podkreślać zdania, które mnie uderzały, chciałam je sobie przepisywać, ale szybko zaprzestałam, bo było ich zbyt wiele, zajęcie po prostu bez sensu. Kupowałam gazety ze względu na felietony W. Łysiaka i tylko je z całej gazety czytałam, a potem wydzierałam i przechowuję w specjalnym pudle. Z tym to był pewien kłopot, bo jak Łysiakowi się przestała gazeta i redaktor naczelny podobać to zrywał współpracę, a ja potem gdzieś odkrywałam, że znalazł sobie inne miejsce na pisanie. Jego publicystyka była zawsze świeża, odważna, zaskakująca, bezlitosna dla „Salonu” – pozostał wrogiem publicznym nr 1 Adama Michnika, ale też Zbigniew Herbert wybrał sobie Waldemara Łysiaka na swojego sekundanta. Dzisiaj Waldemar Łysiak ma 81 lat. 11 listopada 2025 roku w Dniu Święta Niepodległości odebrał osobiście Order Orła Białego z rąk prezydenta Polski Karola Nawrockiego. W tym uroczystym dniu Order Orła Białego został przyznany -przebywającemu w kolonii karnej na Białorusi – Andrzejowi Poczobutowi. Krzyż Oficerski Odrodzenia Polski otrzymał dziennikarz sportowy Przemysław Babiarz oraz fizyk Konrad Banaszek. Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski otrzymał Sławosz Uznański Wiśniewski (naukowiec i kosmonauta) oraz aktor Adam Woronowicz. Waldemar Łysiak całymi latami odmawiał przyjmowania nagród, odznaczeń – miał krytyczny stosunek, ponieważ często osoby niegodne je odbierały jak np. Krzyż Virtuti Militari przyznawany po 1945 roku. Pisarz nie należał do żadnych związków, stowarzyszeń ponieważ zawsze pragnął wolności i niezależności. Zawsze pisał swoje książki ręcznie i na maszynie do pisania. Nie używa telefonu komórkowego, komputera, laptopa, nie jest w mediach społecznościowych. Wierzy, że trzeba trwać przy tym co stare i dobre. Na zmiany w świecie nie patrzy z optymizmem. Z dystansem patrzy na współczesny świat i ze smutkiem na to w jakim kierunku zmierzamy. Wyjątek

ORDER ORŁA BIAŁEGO DLA WALDEMARA ŁYSIAKA Dowiedz się więcej »

BOHATER POLSKIEGO HYMNU … HISTORIA PRAWDZIWA

motto : Ojczyznę kochamy nie dlatego że jest wielka, ale dlatego, że nasza. Słowa Mazurka Dąbrowskiego napisał w 1797 roku polski pisarz i polityk Józef Wybicki. Pierwotnie utwór był znany jako Pieśń Legionów Polskich we Włoszech. Bardzo szybko zdobyła dużą popularność nie tylko wśród samych legionistów, ale również wśród Polaków, mieszkających na terenie wszystkich trzech zaborów. Autor melodii do dziś pozostaje nieznany. W 1927 roku Mazurek Dąbrowskiego został hymnem Polski. Co jednak interesujące, z oryginalnego tekstu Józefa Wybickiego wybrano cztery zwrotki, choć pierwotnie było ich sześć. Również niektóre słowa w tekście zostały zmienione, podobnie zresztą jak kolejność zwrotek. „Brakujące” zwrotki… Każdy Polak ( ja w to nie wierzę, że każdy – chociażby „ kibole” i wielu innych „ pariotów” ) od dziecka zna oficjalne zwrotki hymnu państwowego. Zgodnie z uchwaloną wersją brzmią one: Jeszcze Polska nie zginęła, Kiedy my żyjemy. Co nam obca przemoc wzięła, Szablą odbierzemy. Marsz, marsz, Dąbrowski, Z ziemi włoskiej do Polski. Za twoim przewodem Złączym się z narodem. Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, Będziem Polakami. Dał nam przykład Bonaparte, Jak zwyciężać mamy. Marsz, marsz, Dąbrowski… Jak Czarniecki do Poznania Po szwedzkim zaborze, Dla ojczyzny ratowania Wrócim się przez morze. Marsz, marsz, Dąbrowski… Już tam ojciec do swej Basi Mówi zapłakany – Słuchaj jeno, pono nasi Biją w tarabany. Marsz, marsz, Dąbrowski… Oryginalny tekst różnił się pod kilkoma względami. Chodzi przede wszystkim o dwie dodatkowe zwrotki: Niemiec, Moskal nie osiędzie, gdy jąwszy pałasza, hasłem wszystkich zgoda będzie i ojczyzna nasza oraz: Na to wszystkich jedne głosy: „Dosyć tej niewoli mamy Racławickie Kosy, Kościuszkę, Bóg pozwoli” Zmiany nie dotyczą tylko ilości zwrotek… Ponadto warto wspomnieć o pewnych różnicach w tekście. Na przykład pierwsza zwrotka oryginalnego tekstu zaczyna się słowami „Jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy”. Podobnych różnic jest kilka. Zresztą zmieniono również kolejność zwrotek. W oryginalnym tekście zwrotka nawiązująca do Stefana Czarneckiego jest druga, natomiast w hymnie zamieniono ją miejscami ze zwrotką, zaczynającą się od słów „Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę”. Do Wszystkich Polaków – Hymn Polski jest chroniony przez konstytucję oraz ustawę o godle, barwach i hymnie, a także rozporządzenia. Warto o tym pamiętać, ponieważ każdy przejaw braku szacunku dla polskiego hymnu może skutkować konsekwencjami prawnymi. To ważne – bardzo ważne. A teraz inaczej o Mazurku Dąbrowskiego – tak historycznie na podstawie faktów. Bo uważam, że niewielu Polaków wie o bohaterze naszego hymnu… Zanim gen. Jan Henryk Dąbrowski (1755–1818) został twórcą Legionów Polskich we Włoszech i bohaterem polskiego hymnu, był targowiczaninem. O mały włos za to nie zawisł. Pytanie ? – czy gen. J. H. Dąbrowski zasłużył na to, by stać się bohaterem naszej najważniejszej pieśni? Wielu czytelników jest pewno zaskoczonych tym pytaniem ? Samo przystąpienie do konfederacji targowickiej nie było problemem, bo po przegranej wojnie w obronie Konstytucji 3 maja w 1792 r. podobnie uczyniła większość szlachty, w tym oficerów Rzeczypospolitej. Sęk w tym, że J. H. Dąbrowski, powołany przez sejm grodzieński w skład Komisji Wojskowej, wcielał w życie plan redukcji armii polskiej do jedynie 15 tys. żołnierzy, przyjęty przez ten sejm i opracowany w lutym 1794 r. pod naciskiem Rosji. Polityka Katarzyny II wobec Rzeczypospolitej po II rozbiorze była brutalna. Caryca nie chciała rozmów z Polakami. Wiemy o tym z raportów gen. Osipa Igelströma, ministra pełnomocnego Rosji w Polsce. Przeanalizował je białoruski historyk dr Vadzim Anipiarkou i ustalił, że Rosja interesowała się Polską głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, traktowała ją jako strefę buforową i miejsce konfrontacji w przypadku wojny z Prusami. A po drugie, chciała mieć w swoich szeregach jak najwięcej polskich żołnierzy. Armia Rzeczypospolitej podczas wojny w 1792 r. pokazała, że umie walczyć. Była przy tym stosunkowo młoda, ponieważ służyło w niej wielu żołnierzy niedawno wcielonych. Przecież dopiero Sejm Wielki (1788–1792) uchwalił aukcję wojska do 100 tys., w efekcie czego osiągnęło ono w 1792 r. stan około 50 tys. żołnierzy gotowych do walki. Działania O. Igelströma zmierzały więc do tego, by polską armię maksymalnie wydrenować. Część oficerów dobrowolnie szła do rosyjskiego wojska i przyprowadzała ze sobą żołnierzy, za co otrzymywała gratyfikację finansową, ale większość nie chciała służyć Katarzynie II. Redukcja armii oznaczała utratę środków utrzymania, co miało zachęcać do wstępowania w szeregi wojsk rosyjskich. Polacy przyjęli ją z oburzeniem, bo oznaczała to – de facto likwidację narodowej armii. Ludzi związanych z Komisją Wojskową, powołaną do jej przeprowadzenia, w tym J. H. Dąbrowskiego, uznano za zdrajców, choć on sam starał się chronić kadrę oficerską. Swoją drogą gen. Jana Henryka Dąbrowskiego uważano chyba także za obcego. Wprawdzie urodził się w Pierzchowie koło Krakowa, ale gdy miał 11 lat, wyjechał z rodziną do Saksonii, gdzie zarówno jego dziadek Jan Stanisław, jak i ojciec Jan Michał służyli w wojsku. Jan Henryk uczył się początkowo w kolegium w Kamenz, a w wieku 14 lat zaczął służbę jako chorąży w pułku szwoleżerów księcia Alberta Sasko-Cieszyńskiego, syna króla Polski Augusta III. Od pierwszych chwil J. H. Dąbrowski wykazywał duży talent wojskowy: świetnie jeździł konno, dobrze fechtował i celnie strzelał. W 1774 r. otrzymał awans na podporucznika, a w 1777 r. był już porucznikiem. Uczestniczył w wojnie o sukcesję bawarską (1778–1779), ale nie dostał w niej okazji, żeby się wyróżnić. Po ślubie w 1780 r. ze szlachcianką Gustawą Małgorzatą von Rackel został przeniesiony do saskiej gwardii konnej, w której służył jako adiutant szefa gwardii Maurycego hr. Bellegarde’a, a potem jako rotmistrz (kapitan) w kompanii. W Rzeczypospolitej był chyba traktowany jak obcy. W armii saskiej wtopił się w środowisko niemieckojęzyczne, dlatego słabo mówił po polsku, miał zresztą z polszczyzną problemy do końca życia. Zaskakujące – ale prawdziwie – nasz bohater hymnu – słabo znał język polski. Nasuwa się pytanie – Jak traktowali go polscy oficerowie, gdy wstąpił do armii Rzeczypospolitej: jak najemnika czy patriotę, który chce walczyć za ojczyznę? Nie nazwałbym gen. Jana Henryka Dąbrowskiego najemnikiem. Tamtych czasów nie można oceniać współczesną miarą. Pod koniec XVIII w. dopiero kształtowała się idea narodowości rozumianej jako zbiorowość połączona językiem, kulturą, tradycją i wspólnymi wydarzeniami historycznymi. O tożsamości decydowała przynależność terytorialna. Na przykład Jakub Jasiński, bohater insurekcji kościuszkowskiej, urodził się w Wielkopolsce, kształcił się w Szkole Rycerskiej w Warszawie, ale później w Wilnie organizował Korpus Inżynierów w armii Wielkiego Księstwa Litewskiego i

BOHATER POLSKIEGO HYMNU … HISTORIA PRAWDZIWA Dowiedz się więcej »

Kryształową kulą w głowę…

Zakończyła się „porcelanowa” edycja Tańca z Gwiazdami. Miałam swoje zdanie po pierwszym odcinku (https://idealzezgrzytem.pl/2025/10/04/porcelanowa-rocznica-tanca-z-gwiazdami-mam-swoje-zdanie/), mam też po zakończeniu ostatniego odcinka. Nie udało mi się obejrzeć tylko jednego w tej jubileuszowej edycji. Nie jest to tylko program o tańcu, ale jeśli chcemy zrozumieć o co w nim chodzi, gdy nigdy się go nie uczyliśmy profesjonalnie to warto słuchać „Czarnej Mamby” bo to nie prawda, że jest zołzą i że jest niesprawiedliwa i zazdrosna. Iwona Pavlowicz wie co mówi. W tym programie uczestnicy opowiedzieli też o swoich emocjach, które im towarzyszyły podczas treningów i w występach. Zazwyczaj te osobiste emocje bywają skrywane głęboko, a tutaj tak jakby umówiono się, że im więcej się ich pokaże tym lepiej i chyba uwierzono, że w ten sposób można wygrać Kryształową Kulę. Chyba nigdy w tym programie nie lały się łzy takimi strumieniami, nawet panom „pociły” się oczy. Zadziwiające, a dla mnie podejrzane. Tak bardzo rażące było u niektórych uczestników manifestowanie swojego przekonania, że są najlepsi, a prawione im komplementy po prostu uderzały im do głowy. Przy tym jakby nie zauważali, że nie tylko oni te komplementy otrzymywali. Brak pokory, dystansu do siebie, dziecinada, naiwność i niedojrzałość u bardzo dorosłych ludzi – zatykała i Ci szybko tracili w moich oczach swoją sympatię. Taniec nigdy nie był oczywisty. Taniec to dotyk, bliskość i erotyka. I jak mówiła mi kiedyś śp. przyjaciółka: „Wierz mi, że i facet wyglądający jak żaba- w dotyku może cię zelektryzować”…W tańcu nigdy nic nie wiadomo, jest w nim jakaś tajemnica i potrafi w człowieku coś obudzić – nawet wtedy gdy się tego nie pragnie, nie chce. Nic dziwnego, że ludzie trochę się boją tańca, niechętnie oddają swoich partnerów innym, aby z nimi zatańczyli. Podobno taniec pochodzi od diabła, tak kiedyś mówiono, a księża katoliccy kiedyś nie tańczyli i w kościele tańców nigdy nie było. Czasy się zmieniły, dziś jest inaczej. Odnoszę wrażenie, że w tej edycji tancerze jakby się pogubili w wyrażaniu swoich emocji, zapomnieli się. W pewnym momencie zaczęło się przekraczanie granic, zaczęłam się obawiać, że uczestnicy zaczną się w tym przescigać. Pisząc to mam na myśli te dosłowne pocałunki i przyklejone w tańcu usta. Szkoda, że nikt nie powiedział wtedy stop, nie postawił szlabanu. Gdybym była sędzią powiedziałabym, że przy ocenie nie biorę tego pod uwagę, a może nawet zaniżyłabym z tego powodu ocenę. Nie chciałabym, aby tańcząc z kimś wymagano ode mnie takich „figur”( zarezerwowane nie dla wszystkich, niehigieniczne, często nieestetyczne). Nie chciałabym, aby mój partner życiowy też w ten sposób tańczył z innymi osobami. W końcu, czy niektóre nauczycielki tańca, nie obawiają się, że żony gwiazd nie będą chciały oddawać swoich mężów w ich naukę??? Taniec nie jest dosłownością, jest udawaniem, odgrywaniem. Smutne to, że pojawienie się lalki w choreografii, która miała symbolizować dziecko wzbudziło takie kontrowersje i sprzeciw w komisji sędziowskiej, a te dosłowne pocałunki w układach tanecznych już nie… Prawdę mówiąc to nie jestem pewna, czy po takich „numerach” ludzie będą chcieli uczyć się tańca z innymi partnerami niż ci życiowi, no bo po co wystawiać się na ryzyko. Sądzę, że Pani Barbara Bursztynowicz zachęciła swoim udziałem kobiety w swoim wieku do przygody z tańcem. Moja mama śledziła Jej występy z ogromnym zainteresowaniem i nigdy nie zapomnę jak w pewnym momencie westchnęła; „ Jak ja jej zazdroszczę tych nóg, tej sprawności, a moje są chore”. Pełna podziwu jestem dla Tomasza Karolaka, który zbudował przecudowną relację z Izabelą Skierską, poczynił duże postępy i cudownie „ożenił” swój aktorski kunszt z tańcem. Nie jest łatwo zaskarbić sobie sympatię widzów, Jemu się to udało. Ucieszyłam się, że w finale znalazły się te trzy pary : Wiktoria Gorodecka z Kamilem Kuroczko, Maurycy Popiel z Sarą Janicką i Mikołaj Bagiński z Magdaleną Tarnowską. Widzowie okazali się przytomni i wzięli sprawy w swoje ręce, zauważyli prawdę i postawili na nią. W czołówce znalazły się pary, które nie tylko zrobiły postęp, wykonały potężną pracę, pokazały piękne i wzruszające opowieści taneczne, ale pokazały wielkie serce, wrażliwość na wartości i wykazały się kulturą osobistą. Tego my widzowie oczekujemy i tego jesteśmy spragnieni. Bardzo się cieszę z wygranej Mikołaja Bagińskiego i Magdy Tarnowskiej – w pełni zasłużyli. Byli tacy prawdziwi i prawdziwie zaskoczeni wynikiem. Otrzymali nagrodę niespodziewaną. Tak wiele dobrego przesłali i pozwolili uwierzyć, że wszystko jest możliwe. Ich free style wzruszył mnie najbardziej. Zdobyli sympatię widzów, a to nie jest proste. Nie wierzysz? Spróbuj sam. I na końcu ta śmieszna para czyli Agnieszka Kaczorowska i Marcin Rogacewicz, którą zgubiła zarozumiałość i spryt, brak szacunku dla widzów, konkurentów w programie, sędziów, organizatorów. Nie do uwierzenia, jak los z nich zadrwił. Z uporem maniaka odmrażali sobie na złość uszy aż je w końcu odmrozili. Powtórzony numer z ucieczką niczym niewinny Kopciuszek z balu. Niestety nie ta bajka, ani Kopciuszek, ani niewinny… To tylko podszywanie się pod Kopciuszka. Czy Ci ludzie nie pamiętają ile mają lat? Zamiast wykorzystać swoje ostatnie pięć minut, to je po prostu zmarnowali. Godzina dwunasta dla nich już dawno wybiła- żałosne. Jak dobrze oglądało się ten program, gdy już ich w nim nie było. Cóż, wygląda na to, że powrócę po latach do oglądania Tańca z Gwiazdami. Marzanna Leszczyńska w roku 2021

Kryształową kulą w głowę… Dowiedz się więcej »

Pierwsza tercja portalu www.idealzezgrzytem.pl

Portal http://www.idealzezgrzytem.pl skończył trzy lata. Dokładnie 31 października 2022 roku ukazał się pierwszy artykuł z okazji dwudziestej rocznicy otwarcia odrestaurowanego pałacu w Mierzęcinie : https://idealzezgrzytem.pl/2022/10/31/mierzecin-porcelanowe-wspomnienia/. Od tego czasu na portalu ukazały się 164 wpisy, autorów również przybyło. Mamy logo naszego portalu czyli super panią, która trzyma w swej delikatnej dłoni bombę z palącym się lontem. Cóż innego może odzwierciedlać ideał.. jak nie piękna, elegancka kobieta…Nasz ideał jest ze zgrzytem i u nas tym zgrzytem jest odpalona bomba. Czasem tematyka, którą podejmujemy jest właśnie jak tykająca bomba – spodziewamy się spustoszenia, ale po to, aby była odnowa i zniszczenie zła, które nie chce odpuścić. Czyj pomysł na takie logo? – Nasz – co trzy głowy to nie jedna…( jedna damska i dwie męskie – jest jak hydra). Pomysł narodził się …w kuchni, bo najlepsze eureki rodzą się w domu i w gronie ludzi, którzy się ze sobą dobrze czują. Z tej to okazji prezentujemy listę dwudziestu artykułów, które cieszą się największą poczytnością : Na zakończenie przypominam pierwszy clip, który powstał do opowieści o pałacu w Mierzęcinie opisywanych przez dr Roberta Wójcika.

Pierwsza tercja portalu www.idealzezgrzytem.pl Dowiedz się więcej »

Listopadowa zaduma nad samym sobą …

Tekst dr Robert Wójcik Listopad to czas pamięci o tych, którzy odeszli. O naszej historii opowiadają nagrobne płyty, daty i inskrypcje przywołują czas, w jakim osoba zmarła … żyła. Zatrzymanie się i zaduma nad konkretnym grobem to jak „dotknięcie” czasu przeszłego. To też taka zaduma nad tym – jacy jesteśmy. Przecież też tam kiedyś się znajdziemy – na cmentarzu . Może to dziwne co napiszę – ale to taka historia, która powinna się zaczynać i kończyć pt. „ O sobie samym”… Czy ktoś z żyjących uświadamia sobie – gdzie będzie pochowany i jak będzie wyglądał jego pogrzeb ? Zaręczam, że nikt – my ludzie żyjemy w tych dziwnych czasach czymś innym – nie mamy czasu o tym myśleć. Zazwyczaj myślimy w rodzinie o tych najstarszych – naszych dziadkach, matkach, ojcach. Rzadziej o bliskich osobach w naszym kręgu towarzyskim – kolegach, koleżankach, przyjaciołach, sąsiadach… Bardzo się cieszę , że jest to święto – Święto Zmarłych , które przypada na dzień pierwszego listopada – każdego roku. Ono dodaje mi pewną refleksję o przemijaniu i o tym jak nasze życie jest ulotne – wręcz chwilowe. Opowiem Wam – a w zasadzie opiszę dwie moje historie , które praktycznie wczoraj przeżyłem. Zaczynam … Dziś jest smutek w mej duszy – koniec października – upiornie deszczowo, pochmurnie, ulice zapłakane deszczem, wieje wiatr. Nie ma radości na ulicach. Ludzie się kryją pod połamanymi parasolami. Ale widzę w autobusie – jak starsza Pani jedzie na cmentarz – nie wiem do kogo – zmarłego męża czy kogoś innego ze swoich bliskich. Wypchana siatka ze zniczami i wkładami do nich – w rękach, a w zasadzie na kolanach – doniczka z pięknymi chryzantemami ( białymi). W siatce jeszcze jakieś mini grabki, haczka i butelka z wodą. Pomogłem jej wsiąść do autobusu – fajne jest to, że ludzie natychmiast ustąpili jej miejsce siedzące – ja zaproponowałem jej odbicie biletu – miała tzw. PK kartę – sama to zrobiła. Tak sobie pomyślałem – nie wiem gdzie jedzie i na jaki cmentarz . Ale sobie pomyślałem jedno – będą z nią jechał nie do mojego punktu docelowego ( tak między nami do mojej mamy , która ma 95 lat i jestem u nie codziennie od kilku lat…) – tylko tam gdzie Ta Pani będzie wysiadać. Okazało się , że to tylko przystanek dalej . Przy wysiadaniu zaproponowałem pomoc – absolutnie się nie opierała – chyba dlatego , że wyglądam na starszego człowieka – no cóż – siwe włosy , siwa broda – robią swoje. Patrząc na jej wypchane siatki i torby – zaproponowałem jej , że pomogę i doniosę wszystko do cmentarza. Bardzo mi podziękowała i powiedziała , że się zgadza. Jak razem szliśmy – nie kleiła się rozmowa – ja nie chciałem – może inaczej – nie narzucałem się – Ta Pani chyba też – było potwornie zimno i deszczowo – a ja mając w jednej ręce parasol, którym osłaniałem tą Panią – w drugiej ręce miałem jej torby. Ona tylko miała tą doniczkę z chryzantemami. Doszliśmy do miejsca – do cmentarza, do jego bramy … Stary – znany w Poznaniu … tam jest pochowany mój tata – O Boże ! tak sobie pomyślałem – przecież ja tu wczoraj byłem. Przy wejściu – Pani mi serdecznie podziękowała – nie była wylewna. Powiedziała mi tylko jedno – Niech Panu Bóg wynagrodzi… bardzo mi Pan pomógł – czy coś się należy ? Powiedziałem jej jedno – „wie Pani – jestem szczęśliwy , ze mogę komuś pomóc” Widziałem w jej oczach wzruszenie – w starych oczach to widać. Przekazałem torby – uścisk dłoni – i tak się rozstaliśmy … Po godzinie od tego miejsca – cmentarza – byłem już u swojej mamy. Ale miałem inne wydarzenia, które za chwilę opiszę … Swoją drogą – Tak sobie pomyślałem – abym nigdy nie miał takiej sytuacji – jak ta Pani – według mnie samotna, zamknięta , skromna, ale mająca w sobie coś wielkiego. Ogromnie (do dzisiaj – a było to dwa dni temu…) się cieszę , że ta kobieta mi w jakiś sposób zaufała – przecież byłem nieznajomym z autobusu czy ulicy . Jeszcze raz podkreślę – zaufała mi w mojej pomocy. Chociaż nie powinna. Wiadomo jacy są dziś ludzie. Tak, ludzie są okrutni i nie widzą tego co nas otacza. To zdarzenie w moim życiu będę pamiętał do końca życia. W jakiś sposób, w ten deszczowy dzień – psychicznie się odbudowałem i zacząłem wierzyć od tych dwóch dni – że jeżeli chce się komuś pomóc – ale tak naprawdę – to można. Trzeba tylko chcieć i to realizować. W życiu miałem wiele różnych sytuacji, kiedy pomagałem ludziom – czy to finansowo, czy to na zasadzie pewnych prac wykonanych dla tych ludzi. Było różnie z odbiorem – ale to jest mało ważne. Zawsze myślę, że ludzie są tylko ludźmi – mają różne emocje, różne doświadczenia, różne uczucia, różne doznania. Ale to zdarzenie, które opisałem i teraz mnie spotkało dosłownie „ wczoraj” w moim życiu, kiedy jestem na emeryturze już od niedawna, dało mi wiarę w to – że warto żyć i kochać i przede wszystkim pomagać ludziom. Tak ! – warto pomagać ludziom. Ten dzień się nie skończył tak mile jak piszę . Może nie mile – ale inaczej – jak wracałem do mojego domu, do mamy , która ma 95 lat – zauważyłem na przystanku leżącego człowieka na ławce. To był młody człowiek – nie starzec – Obrośnięty, brudny , bez butów , jego ubiór wskazywał na to , że jest bezdomny – nie wyczułem od niego „woni” alkoholu. Ludzie na przystanku patrzyli na mnie jak na idiotę – ktoś powiedział – „ Panie – to menel i pijak – daj sobie Pan spokój – niech zdycha” O Boże ! – zadałem temu gościowi pytanie – „ Czy Pan wie – że to człowiek – i trzeba mu pomóc” Odwrócił się – nic nie powiedział – było mu głupio… Sprawdziłem tętno tego człowieka – mężczyzny – było w granicach 100 impulsów . Miał wysoką gorączkę – był nieprzytomny . Ludzie obserwujący moje zachowanie patrzyli

Listopadowa zaduma nad samym sobą … Dowiedz się więcej »

„Betonoza”, niewiedza – czyli wizualizacje Schodów donikąd i budynków przy katedrze

Tekst : Robert Wójcik i Marzanna Leszczyńska Poniższy krótki film prezentuje najnowsze wizualizacje przebudowy Schodów donikąd i budynków przy katedrze. Naciśnięcie czerwonego prostokąta na obrazie poniżej uruchomi prezentację. Schody Donikąd rozgrzewają emocje w Gorzowie Wielkopolskim od 1971 roku. Jeśli przyjąć, że z liczącej prawie 800 lat historii miasta zaledwie 80 należy do Polski, to ponad pół wieku tworzy znaczący rozdział. Powojenny Gorzów prężnie rozwijał się dzięki wielkim zakładom przemysłowym, jak Stilon, Silwana, Ursus czy Zremb. W niemal doszczętnie zniszczonym po wojnie Starym Mieście w historyczną siatkę ulic, poprzeplataną nielicznymi ocalałymi zabytkami, wpasowano bloki. Położone po sąsiedzku Nowe Miasto miało więcej szczęścia, bo zachowało się tam wiele poniemieckich kamienic. Ale i w nim były miejsca do zaplombowania, np. zrujnowana pierzeja przy dzisiejszej ul. Drzymały, na granicy Starego i Nowego Miasta. Przerwana linia zabudowy odsłoniła park założony jeszcze w XIX wieku na stokach moreny czołowej. Z góry do dziś roztacza się panoramiczny widok na miasto i okolice. Można było odtworzyć pierzeję, lecz zdecydowano się na budowę reprezentacyjnych schodów według projektu Jędrzeja Huberta (architektura) i Marii Kordus (konstrukcja) z Gorzowskiego Oddziału Zielonogórskiego Biura Projektów Budownictwa Ogólnego. Prowadzić one miały do palmiarni, lecz konserwator zabytków wstrzymał prace na szczycie wzgórza. Budowę schodów jednak kontynuowano, zaznaczając, że tymczasowo będą to Schody Donikąd. Nie pomogło wybudowanie dwa lata później amfiteatru odsuniętego w głąb parku o zaledwie 150 metrów. Nazwa została na dobre. Zmienił się ustrój, wielki przemysł zaczął upadać, a schody wrosły w krajobraz. Były wejściem do parku, punktem widokowym, popularnym miejscem spotkań i uczniowskich wagarów. Tu odbywały się koncerty, przedstawienia czy diecezjalne dni młodzieży. W 2002 roku, ze względu na zły stan techniczny, schody wyłączono z użytkowania. Remont byłby kosztowny, a miasto miało przecież pilniejsze wydatki. Temat przyszłości schodów powracał jednak jak bumerang. Było m.in. kilka podejść do rozbiórki. Z zagospodarowaniem terenu chętnie mierzyli się studenci. Dodatkowo w 2008 roku Magistrat ogłosił otwarty konkursu na zagospodarowanie terenu, ale wpłynęły dwie prace, zdaniem jury zbyt monumentalne i za bardzo ingerujące w skarpę. Rok później Urząd Miasta zlecił wykonanie projektu koncepcyjnego lokalnym architektom: Pawłowi i Jackowi Sierakowskim, lecz i tu nie było ciągu dalszego. Rośnie liczba pomysłów, brakuje jednak decyzji i funduszy. Tymczasem schody niszczeją i zarastają. Samosiejki zmieniają się w pełnowymiarowe drzewa. Nikt nie sprząta potłuczonego szkła i kruszejącego betonu, pod rozległymi spocznikami zamieszkują bezdomni. Gorzowianie przekradają się przez dziury w płocie zagradzającym wejście, aby przejść schodami na skróty lub na nich posiedzieć. Mieszkańcy są jednogłośni: to ruina w ścisłym centrum, wstyd dla społeczeństwa i SYMBOL NIEUDOLNOŚCI WŁADZY. Ale na tym kończy się jednomyślność dotycząca przyszłości schodów. Jedni mówią: koniecznie wyremontować i otworzyć. Drudzy dostrzegają w nich wyłącznie niechlubny relikt PRL-u i głośno domagają się wyburzenia. Niektórzy widzieliby odtworzenie historycznej pierzei. Jeszcze inni podszeptują, by z zyskiem dla miasta sprzedać teren pod inwestycje albo przeznaczyć na parking wielopoziomowy. Bardzo interesują mnie losy Schodów Donikąd w naszym mieście. Jak widać temat ich odbudowy powraca co pewien czas, a zwłaszcza przed wyborami, bo kandydaci na radnych, prezydenta miasta dobrze wiedzą , że obiecanki ich odbudowy dają szansę ich wyboru. A potem ? Potem to jakoś to będzie, bo kto dzisiaj dotrzymuje słowa…Zabawa w nabieranie mieszkańców trwa już 30 lat – efekt widoczny -czyli teren ogrodzony, niedostępny, zaniedbany i otoczony nowymi blokami. Przy okazji pojawił się ostatnio nowy pomysł czyli wizualizacja nowych elewacji budynków przy „Kokosie” , Katedrze. Zarówno Schody Donikąd jak i budynki stojące przy katedrze zabytkami nie są. Nie są, ale stoją w sercu miasta i STOJĄ KOŁO ZABYTKÓW I NA ICH MIEJSCU. Należę do osób , które kochają starówki i gdybym mogła decydować stała bym na straży ich ratowania i dbania o nie. W Gorzowie Wielkopolskim takich osób jak ja jest bardzo dużo. Sprawa jest o tyle nie taka trudna, bo tych zabytków w Gorzowie Wielkopolskim jest niewiele do ocalenia. Zadziwia logika postępowania w tym względzie, a raczej jej brak. Mieszkańcy nie pojmują jak można było odnowić blok „Przemysłówki”, a zabytkowy budynek po Komendzie Policji pozwolić aby zamienił się w ruinę. Na Zawarciu wyburzono ciąg starych kamienic na ulicy przemysłowej. Dlaczego znowu słyszymy o pracach na bulwarze, przecież dopiero co był remontowany. Teraz ten pomysł z budynkami przy katedrze… przecież były odnawiane 30 lat temu. Jakoś tak jakby nikt nie zastanawiał się nad tym co jest najważniejsze, jakie są priorytety, co może jeszcze poczekać, a co zostanie zaprzepaszczone. Zdumiewa chaos i to, że zabytki w naszym mieście nie są ważne, nikt nie troszczy się o ich przyszłość, przechodzą w ręce prywatne bez gwarancji, że zostaną uratowane albo się je wyburza jakby były zbędnym balastem. Gorzów Wielkopolski jest miastem średniowiecznym, tak starym jak Toruń- ale jak wygląda dzisiaj Toruń , a jak wygląda Gorzów Wielkopolski… W roku 2024 kandydaci na Radnych i Prezydenta w swoich programach nic nie mówili o zabytkach. Jedna z kandydatek na stanowisko Prezydenta poruszała ten temat, nagrywała kiepskie filmiki, które nie ukazywały problemu – jak ratować już nie mówiła, bo nie miała o tym „zielonego pojęcia”. Dla reszty temat był absolutnie nieważny. Kandydaci do władzy nad miastem – chcieli Paryża i Nowego Jorku w Gorzowie Wielkopolski z nowoczesnymi budynkami i kolejkami – zdaje się nad naszymi głowami… To był bełkot i wygłupy. Tak jak ze zmianą nazwy miasta. To wszystko pokazuje ich niewiedzę i tzw. Partyjniactwo. Ja bym nazwała to partacwem. Marzyło im się zaoranie zabytków, aby kłopot był z głowy, nic się nie opłacało, jakby zadowoleni byli z tego co już spłonęło, nie widzieli szansy na ratowanie czegokolwiek – odpowiedź była krótka – trudno, ale taka jest prawda. Powiem prosto z mostu – wszyscy Ci kandydaci warci są pogonienia i nigdy w życiu na żadnego z nich bym nie zagłosowała, nie sprawdzili się, nawet w przyszłości gdyby obiecywali złote dachy na kamienicach mają „ pozamiatane”. Jedno jest pewne władze miasta Gorzowa Wielkopolskiego serca dla zabytków nie mają – mają obojętność, niechęć i brak wiedzy. Wolą inwestować za podatki mieszkańców Gorzowa Wielkopolskiego w „żużel”. Upadek i smutek. Pytanie ? – ile kamienic można by odnowić w miejsce odnowionej „Przemysłówki” ? Ile elewacji można by odnowić za dotacje dla Stali Gorzów? Pewnie jakieś

„Betonoza”, niewiedza – czyli wizualizacje Schodów donikąd i budynków przy katedrze Dowiedz się więcej »

„Speedway” po gorzowsku – znaczy „wajcha” po wielkopolsku…

Źle dzieje się w z żużlem w Gorzowie – Problemy ze Stalą piętrzą się już od kilku lat – długi, długi, niegospodarność – brak kasy. Rok temu – dług wynosił 13 milionów złotych. Winnych za to sytuację nie ma do dzisiaj – nikt nie wie co i jak – jest tylko żebractwo – sprytne. To wręcz ośmiornica, gangrena – w tym klubie – ukrywanie informacji, rolowanie długów i kolejne kredyty i pożyczki. Rok temu sytuacja stała się na tyle krytyczna, że miasto – jego podatnicy uratowali ten klub wypuszczając akcje ( 2 miliony złotych) – patrz na link https://idealzezgrzytem.pl/2025/02/06/zuzel-po-gorzowsku/ . Prezydent z radnymi to klepnął. I dali się nabrać jak dzieci w piaskownicy. Miał być plan naprawczy – ale to były „cuda- wianki” – hokus pokus – czyli jednym słowem oszustwo i mamienie. Wyniki sportowe kluby za ostatni sezon – mierne, mierne. Dlaczego ? bo sytuacja, która była rok temu – się powtórzyła – można powiedzieć – pomnożyła. We wtorek 21 października podczas nadzwyczajnej sesji Rady Miasta Gorzowa radni zgodzili się na zwiększenie limitu poręczeń z 2 do 4 mln zł. To oznacza, że prezydent Jacek Wójcicki otrzymał prawo poręczenia kredytu dla Stali Gorzów !!!! Suma summarum – obecnie ten klub – potrzebuje 9 milionów złotych aby w ogóle istniał. No niech mi ktoś zarzuci – Czy to nie jest chore i nie powinien się zająć tym prokurator ? Nie ma takiego klubu sportowego w Polsce, który jest sponsorowany ze sfery budżetowej – z podatków mieszkańców i opłaca zawodowców – ich gaże. Okazuje się, że jest taki klub – a to mogło się tylko wydarzyć w Gorzowie Wielkopolskim. Zawsze to miasto mnie zastanawiało – od ponad 45 lat. Przez ten okres byłem z nim w jakiś sposób związany – naukowo, zawodowo, rodzinnie – Ba! do dziś płacę podatki , które wspierają go w jakiś sposób. Miasto o niezwykle ciekawej historii – sięgającej do okresu XIII wieku – powiedział bym „perełka historyczna” Gorzów Wielkopolski jest jednym z nielicznych miast, które mają dzienną datę lokacji: 2 lipca 1257 roku. Margraf Johann I z dynastii askańskiej podpisał dokument, na mocy którego Albreht de Luge upoważniony został do założenia miasta o nazwie LANDISBERCH NOVA. Położone ono było na terenie Kasztelanii Santockiej, stanowiącej wiano Konstancji – córki księcia Wielkopolskiego Przemysła I, poślubionej margrabicowi brandenburskiemu Konradowi. Miasto zajęło płaskie wzniesienie wyznaczone przez trzy odnogi Kłodawki, wpadające do Warty. Choć w akcie założycielskim miasto nazwano NEU LANDSBERG, w miarę upływu lat ukształtowała się jego nazwa LANDSBERG AN DER WARTHE. Ta informacja jest specjalnie przekazana w tym artykule – aby byli i obecni „włodarze” tego miasta od wielu lat wiedzieli jaka jest jego historia – to nie jest „Nowa Huta” – jednak „włodarze” tego miasta – od wielu lat – myślą cały czas nie głową – tylko jedną częścią ciała – od pasa do kolan ( w zasadzie do ud) . I to jest największy problem Gorzowa wielkopolskiego. Wielki problem…. i trwa – co udowodnię – Gorzów Wielkopolski nie ma absolutnie elit intelektualnych we wszelkich i wszystkich sferach życia tego miasta – nie ma obiektywnej prasy, radia, portali, uczelni, władz – jest taki sam od wielu, wielu lat powojennych – jednym słowem nasuwa mi się jedno określenie – „ wystarczy tylko być i czerpać korzyści” . Wszak daleko jesteśmy od stolicy – i nikt się do nas nie przyczepi – róbmy swoje – po naszej myśli – Pytanie ? „ myśli” czy osobistych interesów – może nie osobistych – tylko pewnych grup ludzi, którzy czerpią z tego korzyści – osobiste, biznesowe, prywatne, „ naukowe” i wizerunkowe – wszystko jest w tym „grajdole” . Bajzel – to lubimy … Podać przykłady tylko niektóre ? – podam. Wasz poseł z ziemi lubuskiej – cudotwórca w leczeniu chorób – oszukiwał zwykłych ludzi – Was, aferzysta finansowy, damski bokser, naciągacz jeśli chodzi o pieniądze na szkolenia z UE, pirat drogowy, niezapłacone podatki, burdy w hotelu sejmowym …. Itd. Itp. Drodzy gorzowianie – Wy go wybraliście – nie ja. Zadowoleni ? Senator – to przecież kpina – przecież ten facet nic nie zrobił dla Gorzowa Wielkopolskiego – tylko od wielu lat czerpie osobiste korzyści ( ma pieniądze na cygara – fan żużla ). A jak się Wam podoba słynna budowla – „pająk” – wasza wieża Eiffla – przecież cała Polska się z Was śmieje – jak w tym mieście mogło coś takiego powstać ? O Waszej uczelni – nie wspomnę – jak można było ją tak nazwać. Nie mówię o tytułach profesorskich , które są tam nadawane – to nie profesorowie – to taki „drugi rzut” w szczeblu podoktorskim. Ale jak się Oni puszą – jakie tam tytuły na pół strony. No chwała Bogu , że tam są jeszcze nieliczni ( na palcach jednej ręki policzyć – według mnie na jednym palcu) prawdziwi naukowcy. O obecnym prezydencie miasta – nie będę pisać – o poprzednich też – jednym słowem „ teka, beret, kombinerki, gaśnica, musztardówka do popicia”. Pozostały jeszcze „media” gorzowskie – proponuję zamienić mikrofon, komputer, „ pióro” – na nożyczki i wyklejki i na gazetce ściennej w salce – broń Boże – nie szkolnej !!! – na słupie ogłoszeniowym … takie są te wasze wiadomości… o życiu mieszkańców Gorzowa Wielkopolskiego i ich problemach. Wy jesteście jak „chorągiewka” – w która stronę zawieje – to tak będziemy informować ( oby tylko nikt nas nie zmienił , nie zwolnił, … – a wolność słowa – to rzecz dla nas – nie znana…). No na koniec radni tego miasta – to ewenement – za poręczeniem kredytu dla klubu głosowało 11 radnych – przeciw było 4, wstrzymało się od głosu – 3 , a najśmieszniejsze jest to , że na tej sesji ( gdzie zostały wydane z podatków gorzowian ogromne pieniądze) nieobecnych było 7 radnych. Powiem krótko – to po co wybierać takich radnych, którzy wstrzymują się od głosu lub są nieobecni na ważnych radach ? Ja wiem dlaczego co niektórzy radni „ umyli ręce jak Piłat” – bo prostu bali się. Strach Was obleciał. Nie jesteście godni tego mandatu, który otrzymaliście od suwerena. Wstyd. Jeszcze jedno – informacja dla Pana Prezydenta i dla

„Speedway” po gorzowsku – znaczy „wajcha” po wielkopolsku… Dowiedz się więcej »

Wejdź w podwórko na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi

Zapraszamy na spacer ulicą Piotrkowską w Łodzi. Jedna ulica, a dnia nie starczy aby ją zwiedzić. Po prostu zachwycająca… Marzanna Leszczyńska i Maria Galisiewicz Zanim opowiemy nasze wrażenia zapraszamy na fotki połączone z muzyką. Naciśnięcie czerwonego kwadratu z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film. Zapanowała moda na Łódź, która należy w tej chwili do czołówki najbardziej odwiedzanych miast w Polsce. Miasto, które w pewnym momencie eksplodowało rozwojem – jeszcze 200 lat temu liczyło 500 mieszkańców, a w ciągu 100 lat przybyło mu 600 000 mieszkańców. Teraz jest 750 000 Łodzian. Tak szybko rozwijały się tylko miasta amerykańskie. Tylko Łódź w Polsce budowano tak jak miasta w USA. Przed wojną 70 % mieszkańców Łodzi stanowili Niemcy, było tu też 200 000 Żydów. Łódź przez wojnę nie została zniszczona więc były pomysły aby została stolicą Polski. Przez 400 lat Łódź była drewniana. Dwa dorzecza: Odry i Wisły oraz puszcza stały się świetnymi warunkami dla rozwoju przemysłu włókienniczego bo dostarczały potrzebnej wody i drewna. To właśnie do Łodzi została sprowadzona pierwsza maszyna parowa i tutaj podpisywano najważniejsze umowy w interesach. Pionierem przemysłu włókienniczego i właścicielem pierwszej fabryki o napędzie parowym był Ludwik Geyer zwany „perkalowym królem”. Wraz z powstawaniem potężnych fabryk rosły równie potężne fortuny. Na 36 ha ziemi została wybudowana Manufaktura i imponujący łódzki Luwr przez Israela Poznańskiego innego „Króla bawełny”. Posadzka w sali balowej łódzkiego Luwru miała być wyłożona złotymi rublami tak bogaty był właściciel, ale zaniechał tego pomysłu ponieważ podłoga mogłaby się zarwać pod ciężarem monet, ale też car nie zgadzał się, aby deptano po jego wizerunku. W Łodzi powstała pierwsza elektrownia w 1907 roku, a ulica Piotrkowska jako pierwsza została oświetlona. Dzisiaj potęgi tego przemysłu już nie ma, ale to co wybudowali i pozostawili po sobie przemysłowcy świeci imponującym blaskiem. Niemała to zasługa Prezydent miasta Łodzi, która króluje tu już 20 lat i cieszy się ogromnym zaufaniem jej mieszkańców , a wzajemna współpraca układa się bardzo dobrze. Łodzianie mają dobrego gospodarza – elitę ( prawdziwa elita bierze odpowiedzialność za innych, pracuje dla dobra ludzi a nie tylko dla własnego interesu wykorzystując stanowisko, które posiadła). Ulica Piotrkowska, która ma 202 lata jest naszpikowana informacjami o bogatej historii i osiągnięciach miasta i jego sławnych mieszkańcach. Stoi tu Fortepian Artura Rubinsteina – jednego z największych muzyków XX wieku, a Filharmonia w Łodzi jest Jego imienia. Gdy przejdziesz się ulicą Piotrkowską zapamiętasz, że była to kolebka Juliana Tuwima. Ulica Piotrkowska nie da zapomnieć, że jest tu Szkoła Filmowa i Wytwórnia Filmowa. Łódź ma swoją Aleję Gwiazd, przypomina o Semaforze, który zdobył dwa Oskary ( „Tango” i „ Piotruś i wilk”), tutaj też znajduje się statuetka Oskara za „Idę”. Łódź pamięta zasłużonych filmowców – w 2024 roku obchodzone były w Łodzi urodziny Krzysztofa Zanussiego, a „Ziemia obiecana” Wajdy ma już 50 lat. Mieszkańcy też są uhonorowani i mają swoje cegiełki na ulicy Piotrkowskiej – wielu mieszkańców zechciało się na niej zaznaczyć. Piękne zdobne kamienice są wyjątkowo zadbane – każda wygląda jak pałac. W latach 90-tych ubiegłego wieku nastąpił upadek przemysłu włókienniczego i nastąpiła transformacja, zrodził się nowy pomysł na miasto. Sprowadzono artystów graficiarzy. Powstał mural z historycznymi postaciami. W ten sposób uhonorowano kandydatkę na świętą – Stanisławę Leszczyńską – położną z Auschwitz. Koniecznie trzeba wejść w podwórka na ulicy Piotrkowskiej na, które znalazł się genialny pomysł, stanowią dzieła sztuki. Jednym z nich jest podwórko nazwane „ Narodzinami dnia”. Autorem „Narodzin dnia”jest Wojciech Siudmak ur. w Wieluniu, światowej sławy polski malarz i rzeźbiarz – czołowy przedstawiciel nurtu realizmu fantastycznego. Od lat mieszka we Francji, tworzy i wystawia na całym świecie. Twórczością artysty, pełną osobistej symboliki, fantastycznych postaci i konstrukcji opartych na nieoczekiwanych splotach myślowych, rządzi jego dewiza: Tylko marzenie może przekroczyć wszelką barierę. „Narodziny dnia” są nadrukiem na ceramicznych płytkach. Tablica przed wejściem do artystycznego podwórka informuje : „ Nad bramą wjazdową kurtyna losu odsłania scenę spektaklu powitania dnia. Łagodny podmuch ust Fantazji rozsiewa po elewacjach kamienic niczym gwiezdny pył kolorowe stworzenia i postaci. Los wysypuje z otwartej kostki do gry liczby powodzenia. Nad wszystkim czuwa piękna Wieszczka, władczyni harmonii i pozytywnej energii. Wie jak pokierować zamiarami uśmiechniętego siłacza i jak zapobiec nieprzewidywalnym ruchom Maga, który żongluje Ziemią i innymi planetami. W nastroju oczekiwania i fantasmagorii wszechobecny ruch umożliwia odpłynięcie w świat marzeń lub 40 podziemnych rzek, po których oprowadza Błękitny Przewoźnik. Wszystko jest sprawą wyboru”. Innym artystycznym podwórkiem jest „Pasaż róż” na Piotrkowskiej 3 artystki pochodzącej z Warszawy -Joanny Rajkowskiej . Całe podwórko jest wyłożone kawałkami luster ułożonych w powtarzające się rozety tworząc światłoczułą mozaikę. Pasaż Róży powstał w szczególnych okolicznościach, nawiązuje do zdrowienia z nowotworu oczu córki artystki – Róży , która widziała wtedy świat jak w potłuczonym lustrze. „Architektoniczna skóra, którą pokryła artystka elewację podwórka jest odpowiednikiem siatkówki oka. Rozety symulują układy komórek nerwowych w siatkówce. Patrzenie stało się źródłem namysłu i obiektem fascynacji, a widzenie zostało sprowadzone do fenomenu fizjologicznego odbioru obrazu. Pasaż Róży to podróż od niewidzenia do widzenia ” – informuje tablica przed wejściem do Pasażu róż. Na tej ulicy organizowany jest Festiwal Światła. Koniecznie też trzeba zobaczyć chociażby jedną z pięciu zachowanych przybudówek tzw. kluczkę – wybudowanych na cześć Żydów ortodoksyjnych. O ulicy Piotrkowskiej w Łodzi – jej historii- oprowadził i opowiedział niezwykle ciekawie przemiły przewodnik Piotr. Marzymy, aby tu wrócić tak aby też zobaczyć Festiwal Światła. Marzanna Leszczyńska i Maria Galisiewicz

Wejdź w podwórko na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi Dowiedz się więcej »

Porcelanowa rocznica „Tańca z gwiazdami”- mam swoje zdanie

Na początku istnienia programu „Tańca z gwiazdami” oglądałam go pasjami. Potem wiele rzeczy przestało mi się podobać i na długie lata pozostawiłam go nieoglądanym zupełnie. Gdy usłyszałam, że 20 lat temu wyemitowano pierwszy odcinek tego tanecznego show – postanowiłam zasiąść przed telewizorem w dniu 28.09.2025 roku i zobaczyć ten jubileuszowy program. To wydanie specjalne, bardzo rozreklamowane dużo wcześniej spodobało mi się przede wszystkim ze względu na te wszystkie nuty przeszłości. I nie chodzi o to, że mam sentyment, bo był to wtedy bardziej mój czas…Dlaczego tak myślę? Wszystko było wtedy bardziej wesołe, różnorodne, barwniejsze. Gratuluję pomysłu na konferansjerkę Katarzyny Skrzyneckiej i Piotra Gąsowskiego – po prostu poczucie humoru i dystans do siebie – wielka klasa. Tak bardzo normalni, a przez to prawdziwi. Uwielbiam Was. Jakże mile zaskoczyła mnie pani Ania Mucha – zjawiskowa w walcu z Rafałem Maserakiem. Szyku dodała przepiękna kreacja: ta masa halek… Wyjątkowa kreacja na wyjątkową okazję. Nie mogę uwierzyć, że było to spontaniczne wystąpienie bez prób i ćwiczeń przed programem ( chociaż jestem w stanie uwierzyć, bo walc wiedeński ma tylko trzy figury, – za to bardzo trudne i jest bardzo szybki). A skoro o kreacjach już piszę…to bardzo wystraszyłam się białej góry „ Czarnej Mamby” . Była jakaś demoniczna. Po co sobie deformować figurę takimi humainodalnymi modami ? Widziałam uderzającą różnicę między tym jak tańczyły pary wtedy 20 lat temu a teraz. Kiedyś było jakby śmieszniej, więcej fanu, dystansu do siebie. Było też mniej pretensji i dyskusji z jurorami, chyba w ogóle nikt nie śmiał. Romanse były – a jakże, ale niejawne, albo ujawniały się dopiero po programie i chyba były bardziej niewinne…Dzisiaj te wszystkie pary tańczą podobnie. Wszystkie opowieści taneczne są w tym samym stylu. Jest jakiś przesyt akrobatyki w stosunku do kroków tanecznych. Wszystkie kobiety mam wrażenie muszą być podnoszone, obracane do góry nogami – te najstarsze też… Wszystko jest w porządku gdy w układzie są kroki taneczne i figury, które są wykonywane zgodnie z techniką – wtedy można dołożyć szpagat czy gwiazdę, zdecydowanie słabo jest gdy tancerka nie ma techniki czyli jak to się mówi ledwo stoi na nogach i 2/3 jej choreografii stanowią podnoszenia i pozy taneczne. Tak nadrabiają tancerki z małymi umiejętnościami i te starsze. Radziłabym brać przykład z Grażyny Szapołowskiej, bo to była dama na parkiecie. Śmieszny na parkiecie i oryginalny jest chyba tylko Tomasz Karolak, dlatego obstawiam, że jeszcze trochę pozostanie w programie. Zachwyciło tango Sary i Maurycego – elegancją, ciekawą opowieścią i tym rozebranym imponującym męskim torsem. Przykro też patrzeć na tę parę, która robi wszystko aby było głośno o ich romansie. Alarmuję, że z odcinka na odcinek jest coraz gorzej. Te ich opowieści taneczne mają fałszywą nutę, no robi się przekomicznie. Stają na głowie, aby podtrzymać ten zgiełk wokół siebie udzielając wywiadów, w których milczą w odpowiedzi na pytania. Czego tam już nie było: pocałunki, oświadczyny… Strach pomyśleć na co się jeszcze mogą targnąć. Na dodatek uparli się, że będą podążać tą dziwną drogą. Życzę powodzenia, ale w nie nie wierzę. Bardzo ciekawie rozwija się taniec „czarnego konia” tej edycji czyli Kasi Zillman o pięknej twarzy bardzo przypominającej mi twarz Sharon Stone. Ma trudne zadanie, ale na razie podbija moje serce swoją uczciwością, talentem i ciężką pracą. Jeszcze jedno: dobrze wytypowałam pierwszy „odpad” – czyli Ewę Minge. Tym razem postawiłam, że odpadnie Maja Bohosiewicz, ale łaskawy „kciuk w górę” organizatorów programu i porcelanowy jubileusz oszczędził ofiary. Wszystko wskazuje na to, że będę wyczekiwać następnego odcinka i znowu – tym razem w październikowy niedzielny wieczór śledzić będę turniej tańca Gwiazd. Marzanna Leszczyńska 2010 rok

Porcelanowa rocznica „Tańca z gwiazdami”- mam swoje zdanie Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry