Próby złota

„Próby Złota” – Słowo od jubilera – Nr. 1.

Witam Serdecznie wszystkich odważnych, decydujących się na  przeczytanie moich rad i wniosków. Po przepracowaniu 40 lat w zawodzie złotnika-jubilera (to dwa zawody). Są to moje prywatne wnioski i doświadczenia i mogą się różnić od doświadczeń innych. Podzielę się z Państwem moją wiedzą techniczną i nie tylko, w tym artykule przedstawię próby złota. W następnych cyklach słowa od jubilera wspomnę również o innych istotnych aspektach. Postaram się przekazać Państwu  informacje dotyczące użytkowania i domowej konserwacji biżuterii, które na co dzień przekazuje moim klientom. Niestety, nie zawsze, jest na to czas. Dlatego zdecydowałem się skorzystać z propozycji mojej koleżanki i na Jej stronie przekazać moje doświadczenia. Jak najszerszej grupie Użytkowniczek i Użytkowników biżuterii (szeroko ujętej), korzystając z możliwości jakie daje dzisiaj Internet. Może to co napiszę, przyda się Państwu w bezpiecznym i wygodnym użytkowaniu Waszych skarbów i pomoże przy ich zakupach. Będzie to mój skromny wkład w wiedzę Państwa na temat złotnictwa. A porównując ją z innymi ciekawszymi artykułami z branży jubilerskiej wiedza Państwa będzie prawie doskonała. Moimi nauczycielami i mistrzami, dzięki którym pokochałem ten zawód i od których brałem przykład i wiedzę. (Na szczęście dla mnie, już nie używało się witek). Byli nimi śp. mistrz złotnik Zenon Matuszak (na czeladnika) oraz mistrz złotnik Zdzisław Bartkowiak (na mistrza). Jestem i będę im za to wdzięczny !!! Mistrz złotnik-jubiler Jan W. Paluszkiewicz Więcej informacji o mnie znajdziecie Państwo na stronie: zlotnik-janpaluszkiewicz.pl Słowo nr. 1: Informacje podstawowe o złocie żółtym w jubilerstwie, dotyczącej próby złota. Dla wszystkich użytkowników z poza branży złotniczej (my operujemy cyferkami, one są w tym wypadku nudne). Zawartość złota w złocie, masło maślane…, nie zupełnie. W praktyce wykorzystuje się stopy czystego złota z dodatkiem srebra i miedzi. Od ich proporcji zależy tzw. próba złota i kolor. Im więcej jest czystego złota w stopie, tym wyższa jest jego próba. Poniżej zrobiłem tabelkę poglądową dla poszczególnych prób najczęściej używanych obecnie w Polsce i Europie. Żółty kolor to czyste złoto, natomiast szary to inne dodatki. Powinno to być srebro i miedź dla złota żółtego, od ich proporcji zależy czy złoto będzie bardziej “złote” czy czerwone. Tak zwane złoto zachodnie bywało bardziej blado żółte, polskie troszkę ciemniejsze a wschodnie czerwone. Dzisiaj w handlu kolory te są już prawie wszędzie podobne do zachodniego. Obecnie do złota dodaje się też grupę metali innych niż w/w. umożliwiają one producentom łatwiejsze i coraz doskonalsze odlewy oraz zachowanie w trakcie używania “świeżego” koloru. Te tajne dodatki których zaczyna być coraz więcej są zmorą pracy ręcznej. Tabela dla wyobraźni Próba Graficzne przedstawienie ilości złota w próbie 750 ■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■ 585 ■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■ 333 ■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■ Tabela ma obudzić wyobraźnię, jeden punkt oznaczony symbolem „■” oznacza przybliżoną część wartości składowej danej próby w kruszcu. ■ – złoto, ■ – inne metale Po stopieniu kilku takich pierścionków odlana blacha stopionego złota, zaczyna rozsypywać się przy walcowaniu na drobne kawałki. Teraz prawie cały “nowy” złom trzeba rafinować  (czyścić rozpuszczając w kwasach) żeby złoto było złotem. To dodatkowe koszty i stracony czas. “Wielcy” producenci dyktują warunki. Dlatego w większości zakładów złotniczych specjalizujących się w pracy ręcznej, złoto jest z dodatkiem tylko miedzi i srebra. Im więcej srebra tym złoto jaśniejsze. W stopach złota próby 585 ( to jest ta najczęściej używana) zawartość srebra bywa większa w kolorach jasnych. Prawie równa w kolorach klasycznych i w mniejszości w kolorach czerwonych ( dlatego takie złoto mocniej i szybciej czernieje, jest tam więcej miedzi niż srebra, zwłaszcza w niskich próbach). Będę w tekście podawał próbę złota dla ułatwienia tak jak opisuje lub cechuje się same wyroby, czyli: 750, 585 lub 333. Prawidłowo, powinno się zapisywać jako części tysięczne : 0,750; 0,585; 0,333. Trochę informacji dotyczących próby złota. Próba złota – 750. Czyli 750 części czystego złota na 1000. Idealna (dla mnie) do pracy ręcznej, ładny kolor, zbliżony do czystego złota, łatwiej się lutuje (większa różnica temperatur topnienia między lutem a złotem), jest “miękkie“, łatwiej poddaje się ręcznej obróbce . Biżuteria z tego złota podnosi prestiż wyrobu i wartość (od klientów wiem że łatwiej ją sprzedać). Jeżeli jest jeszcze starannie wykonana i ozdobiona drogimi kamieniami oraz ciekawie zaprojektowana, a najczęściej tak bywa, nie traci na wartości. Jest też przyjaźniejsza w noszeniu dla osób z alergiami na złoto niższych prób. Lubię to złoto… To zalety, a “wady” ? Jest cięższe od próby 585 ( ciężar atomowy czystego złota jest tylko troszeczkę mniejszy od ołowiu). Kolczyki, duże sygnety czy kolie muszą być delikatniejsze, mają “żyć” w symbiozie ze swoim właścicielem. Złoto pr. 750 jest też bardziej miękkie od najpopularniejszej pr. 585. Dlatego nie powinno się kupować wyrobów z tego złota przeznaczonych do codziennego użytkowania przez wiele lat. Szybciej się “wyciera” znacznie wcześniej będzie trzeba dokonywać napraw. Ta próba jest też bardziej wrażliwa na zarysowania i uderzenia. Próba złota – 585. To typowy koń roboczy biżuterii. Dobrze wykonany egzemplarz i rozsądnie używany, może cieszyć nawet trzy pokolenia właścicieli…, sprawdzone ! Próba ta jest troszkę twardsza i odporniejsza na ścieranie (ostrzegam ! Złoto to nie stal, chociaż metal). Z tego złota najlepiej robić obrączki, warto żeby były walcowane lub tłoczone, unikać odlewanych (bywają czasami kruche). Również biżuterię “codzienną” bezpieczniej jest zamawiać i kupować w próbie 585 to złoto w które spokojnie można oprawiać brylanty i inne naturalne kamienie kolorowe. Współczesne ligury to dodatki stopowe do złota zawierające oprócz miedzi i srebra różne „tajne” metale nadające mu nowe właściwości, inny kolor w całej masie wyrobu czy ułatwiające proces odlewania (to te których nie lubię). Dzięki czemu wyrób zachowuje świeży kolor przez długi czas mimo ścierania. W złocie Pr. 585 jest trochę “miejsca” na dodatki i niektóre firmy z tego korzystają. Normy się zmieniają… nie tylko w złotnictwie. Złoto pr. 585 spotykamy w różnych kolorach od blado złotego, żółtego do czerwonego oraz coraz częściej w nie spotykanych na co dzień, są to objęte tajemnicą sekrety strzeżone przez producentów ale zawsze złoto zawarte w stopie musi trzymać próbę 585. Za każdym razem jest ono “dobre” czyli trzyma próbę 585 mimo że nieraz trudno w to uwierzyć oceniając je po kolorach. Oczywiście mówię o złocie kupowanym ze sprawdzonych miejsc i posiadające legalne cechy probiercze. O cechach probierczych w następnych “słowach”. Próba złota 375 i 

„Próby Złota” – Słowo od jubilera – Nr. 1. Dowiedz się więcej »

Mierzęcin- dwa lata wspomnień dr Roberta Wójcika

Marzanna Leszczyńska rozmawia z dr Robertem Wójcikiem – autorem wspomnień o nowej historii Mierzęcina i jego administratorem w latach 1998-2008. Marzanna L: …8 marca 2023 roku minęła druga rocznica ukazania się pierwszego artykułu pt: ” Powrót do Mierzęcina” z serii o wspomnieniach dr Roberta Wójcika. To już 2 (dwa) lata, 9 (dziewięć) obszernych artykułów a wspomnienia się nie wyczerpały. W ubiegłym roku w rocznicę podsumowaliśmy rok przygody z piórem o Mierzęcinie w wywiadzie-rozmowie pt: „Mierzęcin -trzy pytania do autora wspomnień” (http://wandamilewska.pl/?p=15417). Z dużą przyjemnością i ciekawością podsumuję drugi rok i zadam trzy pytania autorowi… Pierwsza miła rzecz, która zwróciła moją uwagę to fakt następujący: Rano 8 (ósmego) marca włączam laptop i pod wywiadem: „Mierzęcin – trzy pytania do autora wspomnień wyświetla się równo 4000 ( cztery tysiące) wejść… O zadziwiających sytuacjach i faktach związanych z pisaniem o Mierzęcinie mogłabym już napisać nowy artykuł i nadawałby się do kategorii: „Opowieści niesamowitych”… Ze swojej strony podsumowując ten miniony rok mogę powiedzieć, że w jego połowie nastąpiła rewolucja a mianowicie zmienił się portal na, którym umieszczane są artykuły o Mierzęcinie dr Roberta Wójcika. Powstał fascynujący odcinek o Parku pt: „Mierzęcin o przedziwnym ogrodzie” (http://wandamilewska.pl/?p=16052); o Uroczystym Dniu, w którym otwarto Pałac Mierzęcin, ponieważ minęło od tego czasu 20 lat – art. pt: „Mierzęcin – porcelanowe wspomnienia” (www.idealzezgrzytem.pl/2022/10/31/mierzecin-porcelanowe-wspomnienia/ i wspominaliśmy pierwsze Boże Narodzenie w Pałacu w art. pt: „Mierzęcin – rozbita cukiernica” (www.idealzezgrzytem.pl/2022/12/21/mierzecin-rozbita-cukiernica/). Niezmiennie największym powodzeniem cieszy się odcinek o przodkach: „Mierzęcin i to co zaciera czas” 21 000 (dwadzieścia jeden tysięcy) wyświetleń. Potem jest długo, długo nic a następnie „Mierzęcin -spotkajmy się w dobrym śnie” – przeszło 10 000 (dziesięć tysięcy) wyświetleń a trzecią pozycję zajął art. pt: „Mierzęcin – nie pytaj więcej” – blisko 9 000 (dziewięć tysięcy) wejść. Wszystkie historie i starsze i nowe są ciągle czytane a wejścia wzrastają. I chyba wspomnienia dr Roberta Wójcika są wzorem dla innych, nawet dla znanej youtuberki, bo przyznać muszę, że natrafiłam na materiał o rzadko opracowywanej tematyce, jakim są krzyże pokutne-,a który co tu dużo mówić – jego sposób opracowania jest łudząco podobny. Data powstania świadczy niezbicie, że wspomnienia dr R. Wójcika powstały wcześniej jakieś pół roku. Z drugiej strony cieszy fakt, że ludzie inspirują się naszymi artykułami, drążą temat, szukają, publikują i nagłaśniają fascynujące tematy, wyciągają z zapomnienia. I co Pan na to? Jak wygląda podsumowanie roku z Pana pisarskiej perspektywy? dr Robert W.: Tak prawdę mówiąc -w tym jednym pytaniu- jest kilka pytań, chociaż mam wrażenie, że odpowiedź będzie jasna. Strach ukrycia swoich przemyśleń czy swoich spostrzeżeń , miałem ponad dwadzieścia lat temu i ….dwa lata temu, kiedy Pani mnie namówiła do napisania czegoś o Mierzęcinie – byłem tam tylko zwykłym pracownikiem w jakiejś dużej firmie. Myśli były różne – może kogoś skrzywdzę swoimi wspomnieniami – a może ktoś chce aby ich nigdy nie było? Po co ruszać ten temat, zamieciony skrzętnie pod dywan… No cóż … zaryzykowałem – chociaż cały czas miałem mieszane uczucia co do swojej decyzji – nie jestem polonistą i wypracowania nie były moją mocną stroną – raczej byłem matematykiem i kocham symbolikę liczb – 4 tysiące wejść 8 marca 2023 roku – po dwóch latach widziałem w snach i rankiem jak się budziłem, a było to w lutym tego roku – ale te liczby nie mają żadnego powiązania…To mało ważne – ważne jest to, że zostałem wywołany do lekcji języka polskiego w wieku 62 lat i na dodatek związany z obecną pracą zawodową, która powoli chyli się ku końcowi. Brak czasu. Praktycznie artykuły pisałem po nocach – coś napisać nie jest łatwo, szczególnie wtedy, gdy to idzie w świat. Wyznam szczerze – jestem ogromnie zaskoczony reakcją czytelników, jest mi niezwykle miło – po prostu – gdyby ktoś mi powiedział dwa lata temu, że będzie taka poczytność – nie wierzyłbym w to absolutnie. Może jest tak – że w życiu trzeba kierować się zasadą aby pokazywać swoje uczucia i nie wstydzić się tego – ja w przypadku Mierzęcina użyłbym sentencji : „Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”(Władysław Bartoszewski – ur. 1922 – zm. 2015). Dla mnie najmilsze były sms-y czy maile po publikacjach artykułów, które otrzymywałem od osób związanych z Mierzęcinem w tym czasie kiedy tam byłem. Jest ich bardzo dużo – a fajne jest to, że czekają na następne artykuły… Jest to wszystko wzruszające i pełne ciepła. W rozmowach telefonicznych, po latach – „polały się łzy”. Jak napisała do mnie Pani mgr inż. Barbara Garncarz – główny architekt rekonstrukcji Pałacu Mierzęcin . Cieszę się bardzo, że mogę publikować następne artykuły na nowym portalu – „www.idealzezgrzytem.pl” – dla mnie jest jak „nowo narodzone dziecko” – jest ciekawy w swojej tematyce i niezwykle mnie inspiruje w poznawaniu prawdy i wszystkiego tego co mnie interesuje. Jest inny od wszystkich – może dlatego, że każde wspomnienia nie są „idealne” w swojej treści, a pewne „zgrzyty” należy przemilczeć … Nikt nie jest idealny. W nowym portalu są też inne artykuły wraz z „clipami” i wiele artystycznych zdjęć – warto obejrzeć, a przy tym posłuchać dobrej muzyki – zachęcam. Połączenia tekstu pisanego z obrazem, zdjęciami, muzyką buduje wyobraźnię i emocje. Co do znanej „youtuberki” – niestety dzisiejsze czasy są poszukiwaniem „zaistnienia” i są przesiąknięte komercją. Do tego dochodzi sfałszowany obraz teraźniejszości – przodują w tym media, które wykorzystują to do różnych celów. Niestety, ludzie lubią igrzyska. Świadczy o tym chociażby sam tytuł: „Krwawe krzyże” zamiast „Krzyży pokutnych czy pojednania” . W tym reportażu jest też kilka nieścisłości historycznych. Może niektóre wymienię: -Jedną z głównych funkcji (symboliki) tych krzyży kamiennych była przede wszystkim pokuta i pojednanie (Suhnekreuze) – a nie śmierć i krew – i były związane z dawną jurysdykcją czyli prawem sądzenia. Miały też one zupełnie inne znaczenie – pamiątkowe – na pamiątkę nieszczęśliwego śmiertelnego wypadku, klęski żywiołowej, rozebrania kościoła; dewocyjne – w miejscach straceń, w miejscach jakiegoś tajemniczego kultu…w mniejszym stopniu – graniczne, dekoracyjne, wotywne, nagrobne czy znaki wojskowe. – Nie spotkałem się w żadnych źródłach historycznych o ” tysiącu mszy” (nawet bogaty szlachcic by zbankrutował…). Mówi się tylko o

Mierzęcin- dwa lata wspomnień dr Roberta Wójcika Dowiedz się więcej »

WENECJA -maska, „Caffe Florian” i historia

Przeplatający się ślad obecności w Wenecji w ostatnim dniu Karnawału z historią tego święta i tego miejsca. Poniższy tekst jest rozwinięciem, nawiązaniem do clipu idealzezgrzytem.pl/2023/02/27/ostatni-dzien-karnawalu-w-wenecji/ Ostatni dzień karnawału 2023 r. Rozpoczął się dla mnie na Placu Św. Marka zaraz po północy. Zimowa i zimna lutowa północ, bez śniegu. Może nie było tak zimno a był to tylko efekt 45 – minutowej podróży tramwajem wodnym Kanałem Grande…Podróż wprowadzająca w inny świat, który najlepiej chyba oddały słowa Jarosława Iwaszkiewicza, które nieco sparafrazuję: domy Wenecji biegną za nami jak goniące nas kościotrupy bo jadąc do Wenecji uciekamy od życia i od miasta – do śmierci ,do morza, do miasta, które nie żyje, w jakąś mgłę zielono- granatową. Stanęłam na ogromnym placu; otoczonym potężną, agresywnie wręcz – rażąco oświetloną kolumnadą. I „Ona”! Wspaniała również potężna nie tylko rozmiarem ale też potężna przepychem ozdób – Bazylika Św. Marka – jeden z najpiękniejszych cudów architektonicznych świata. Żadnego samochodu, żadnego znaku drogowego ani roweru czy motoru. Cały Plac zasłany confetti – to znak, że dużo się tutaj niedawno działo… Teraz jest cicho i prawie pusto. I w tym momencie weszłam w bajkę. Allegrija. Włoska bajka, która ma coś z cyrku, coś z Baśni Andersena. Niby pusto ale z różnych zakamarków Placu wyłaniają się co rusz bajkowe postacie. Naprzeciwko mnie idzie wysoki, szczupły mężczyzna w kraciastym płaszczu – pelerynie i cylindrze a la Sherlock Holmes. Za chwilę przemykają dwie damy w białych, długich sukniach do ziemi i białych płaszczach- również długich. Nagle z daleka rozlega się hałas – to hałasują puszki, którymi jest obwieszony ktoś kto wygląda jak luksusowy żebrak. Co rusz mijają mnie na przemian: diabły, zjawy, anioły czasem współcześnie ubrane osoby. Na tle Pałacu Dożów pojawił się ktoś ubrany na biało. Miał perukę, szustokar, sięgające kolan spodnie, pończochy i pantofle. Ubrany jak Król Stanisław Poniatowski. Ruszył wzdłuż Bazyliki Św. Marka a gdy się odwrócił miał na plecach skrzydła. XVIII-wieczny anioł? Zjawił się dokładnie w miejscu, w którym kiedyś między zacumowaną przy nabrzeżu łodzią a kampanilą rozciągano linę, a potem następną między dzwonnicą a Pałacem Dożów. Akrobata przebrany za anioła wspinał się na kampanilę po czym zjeżdżał na dach Pałacu rozsypując po drodze kwiaty. W 1680 roku wielkiego czynu dokonał Scartenador, który wjechał po linie na dzwonnicę, siedząc na końskim grzbiecie! Mimo późnej pory nocą i zmęczenia podróżą w głowie uruchamia się wyobraźnia, przypominają się wiadomości z historii La Serenissima, jakieś marzenia, baśnie i filmy, które obejrzałam i przeczytałam dawno temu. Przemierzam Plac ciągnąc za sobą lekką jak piórko walizkę i oczami wyobraźni widzę co się tutaj działo 700, 600, 500, 300, 200, 100 lat temu. Pomyśleć, że kiedyś: toczyły się tutaj walki byków, odbywały pokazy dzikich zwierząt, zaklinano węże, a w 1761 r. był tu nawet nosorożec. Plac lśnił od fajerwerków. Z gwaru przebijały się donośne głosy znachorów zachwalających swoje eliksiry i ” królewskie wody”, wrzaski tych, którzy dali sobie wyrwać bolącego zęba za pieniądze. Gwar cichł tam, gdzie grajkowie z gitarami i mandolinami dawali swoje koncerty. Nie brakowało wróżbitów i ciekawych wiedzy o swojej przyszłości . Byli czarodzieje – iluzjoniści i ich spektakularne pokazy uruchamiające gremialne oooch!!! widzów, gdy to najpierw pokazywała się rana, tryskająca krwią od dźgań nożem, a za chwilę było zdziwienie na widok zagojonej już rzekomej rany. Co rusz ktoś robił żonglerskie sztuczki, w które trudno było uwierzyć. Gdzieś tutaj odbywały się wyścigi taczek, koni, grano w palanta i walczono na szpady w konkursach. W Wenecji uliczni artyści nie byli spętani rygorystycznymi przepisami ,dlatego przybywali do niej tłumnie. Przybywali tu ludzie żądni wrażeń ale byli tacy, którzy szukali bogactwa a to w ich mniemaniu mogła dać gra w karty, kości i hazard w postaci obstawiania wyników wyboru do senatu i Rady 10-ciu pod Pałacem Dożów, czy na Rialto. Na hazard była zgoda władz miasta, dzięki hazardowi też miasto piękniało. Dwie kolumny na Piazetta powstały w zamian na zezwolenie na hazard. W Wenecji najpierw handel był krwioobiegiem miasta potem stał się nim hazard. Na porażkę i brak szczęścia należało reagować z całkowitą obojętnością. Przegrani czuli się jak wypatroszeni, ukrzyżowani a jednak robili to. Twierdzono, że czymś nadzwyczajnym jest widok , jak z wielkim spokojem i powagą przegrywa się ogromne sumy. Tędy przechodziły pochody makabresek: udawanych pogrzebów, przewożono na taczkach oszpeconych syfilisem. Ciągnę swoją walizkę po wybrukowanych wąskich uliczkach, kompletnie pustych między kanałami zielonej wody i przechodzę przez mosty i mosteczki. Na tych mostkach odbywały się kiedyś wojny na pięści między mieszkańcami różnych dzielnic. W ramach wojny na pięści drużyny spotykały się na wybranym moście, a z ulic i okien domów nad kanałami przyglądały się zawodnikom tysiące widzów. Celem bójki było zrzucenie przeciwników do wody i opanowanie całego mostu. Zawodnicy mieli na głowach hełmy i zasłaniali się tarczami, ponieważ rozgrywki bywały brutalne i nierzadko kończyły się obrażeniami a nawet śmiercią. Zdobycie dwóch kamiennych płyt na koronie mostów stawało się najwyższym celem, zwycięzcy stawali się bohaterami, pokonani okrywali się hańbą. Na placach, które mijam rozpalano niegdyś ogniska, gdy były zwycięskimi i tańczono na znak radości. Zwycięzcy stawali się idolami, w domach wieszano na ścianach malowidła z ich podobiznami. Wenecjanie nigdy nie byli żołnierzami, a swoją wojowniczość właśnie tak przejawiali. W bójkach na pięści było nawiązanie do czasów osiedlania się na lagunie, gdy walczono o terytorium, kanały stanowiły wodne granice – pasy wody między parcelami, parafiami. Jeszcze w XV i XVI wieku ścierały się frakcje. Mieszkańcy jednej parafii stawali na moście i obrzucali sąsiadów wyzwiskami. Zdarzały się tez samotne wypady na teren wrogów i obrzucano ich kijami i kamieniami. Bitwy stanowiły również hołd dla roli mostów we wspólnotowym życiu Wenecji. Mosty były osiami, wokół których obracało się miasto. Chcę się temu wszystkiemu przyjrzeć w ten ostatni dzień karnawału. Czym jest karnawał w Wenecji? Stawiam nie na ilość ale na jakość. Bez pośpiechu. Niech będzie mniej ale za to być może – więcej zauważę. Niesamowite stroje ludzi, którzy pojawiają się na ulicach i mieszają z turystami budzą ogromne zainteresowanie. Muszę przyznać, że są numer jeden, wszystko wtedy blednie i staje się niezauważalne. W Wenecji jest dużo markowych sklepów, wyprzedaże, obniżki cen wystawy w witrynach sklepowych zazwyczaj

WENECJA -maska, „Caffe Florian” i historia Dowiedz się więcej »

Ostatni dzień karnawału w Wenecji

Ostatni dzień Karnawału w Wenecji. Zapraszam na zdjęcia i muzykę. Trochę z atmosfery na Placu Św. Marka oraz z najstarszej i najpiękniejszej kawiarni na świecie „Caffe Florian”. „Caffe Florian” to randez – vious całego świata i współczesna „Wieża Babel”…. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką uruchomi krótki film – zdjęcia z muzyką.

Ostatni dzień karnawału w Wenecji Dowiedz się więcej »

BAL W DOBRYM TOWARZYSTWIE

Kończy się karnawał i czas niepowtarzalnych w roku zabaw. Czas już na wspomnienia – gdzie to bawiliśmy się w karnawale 2023 roku?… Miałam w tym roku zaszczyt uczestniczyć w prawdziwym i wyjątkowym balu jaki odbył się w Warszawie w Hotelu Sheraton a zorganizowało go Polskie Towarzystwo Gospodarcze. Powiało wielkim światem a organizatorom imprezy udało się nawiązać do czasów Warszawy okresu przedwojennego dzięki Warszawskiej Orkiestrze Sentymentalnej. Ktoś z uczestników balu stwierdził, że tamten okres był złotym czasem dla mieszkańców stolicy, którzy bawili się wtedy wyjątkowo często i na wyjątkowo dobrym poziomie. Niemal przez cały wieczór dzięki Warszawskiej Orkiestrze Sentymentalnej goście czuli atmosferę z filmu „Vabank” J. Machulskiego a rej w tej orkiestrze wiodły … klarnety. Elegancji dopełnił black tie code obowiązujący uczestników balu gdyż nie często ma się okazję zobaczyć panów w smokingach a panie w eleganckich długich sukniach. Przeważały czarne sukienki, w większości bez negliży. A tak skomplementował panie obecne na balu konferansjer : „mimo, że trwa właśnie Dzień Babci to babć na balu nie widać”. Rozpoczęto polonezem – utworem Wojciecha Kilara z „Pana Tadeusza”. Tak! Przyjął się ten polonez na polskich balach i zawsze mnie wzrusza moment gdy go słyszę jako przywracający pamięć o historii naszego kraju. Polonezem też zakończono bal ale stało się to w sposób niezaplanowany, spontaniczny i warto opisać ten moment bo był efektem pomysłowości gości – po prostu błysnęli oryginalnością i polotem a przede wszystkim pokazali miłość do muzyki i tańca. A jeśli zareagowali na apel wodzireja to tym bardziej należy się im podziw i szacunek. Czas dobiegał końca, a wodzirej, który spojrzał bezradnie na przetrzebioną mocno już salę i oświadczył przez mikrofon, że miał w planie bal zakończyć polonezem ale nie będzie miał już z kogo sformować orszaku. Po tym zabrzmiał utwór Vangelisa i wtedy wyszło dosłownie parę osób, które z gracją zatańczyły poloneza właśnie do tego utworu. Towarzystwo bawiło się aktywnie na parkiecie przez całą noc. Orkiestra grała w ciekawy, nie znany mi dotąd sposób. Polegał on na tym, że grane były trzy kawałki różnych utworów ale tym samym charakterze tanecznym czyli były trzy np. walce, trzy razy cha-cha albo trzy razy jive czy też rock’n’roll. Trzeba przyznać, że przy tych żywiołowych tańcach można się było naprawdę „mocno zgrzać” i z trudem podołać kondycyjnie. Bal połączono z uroczystą galą, na której po raz pierwszy przyznano statuetki najlepszym przedsiębiorcom należącym do PTG w różnych kategoriach. Mnie utkwiły w pamięci dwie oryginalne kategorie: uczciwy przedsiębiorca i największa ekspansja poza granice Polski. Pełna emocji była też aukcja i licytacja biletów i prac plastycznych. Jeden ze zwycięzców licytacji pojedzie na mecz piłki nożnej do Hiszpanii. Formuła tego balu była inna od powszechnie stosowanej. Była dobrze dopracowana. Bal pozwalał na udane spędzenie czasu zarówno towarzysko, zabawowo jak i biznesowo. Goście mogli ze sobą porozmawiać, poznać się, wymienić wizytówkami, zintegrować się, potańczyć. Hotel Sheraton umożliwiał taką formułę gdyż oprócz sali balowej były mniejsze sale, które umożliwiły rozmowy w kuluarach. A rozmowy były różne i tych grupek gości skupionych na rozmowach o polityce, problemach przedsiębiorców, społecznych, życzeniach i planach było sporo. Ale też nie dawało się zauważyć snobistycznego zadęcia i sztywności mimo wydawałoby się sprzyjających warunków. Jak to ktoś powiedział w grupce stojących i pochłoniętych rozmową ze sobą osób: „widzę, że towarzystwo, które się tutaj zebrało jest raczej moralne”, na co ktoś inny zareagował pytaniem „a skąd to wiesz?” otrzymując odpowiedź „Czy widzisz tu dojrzałych przedsiębiorców z 18-latkami?” Ten swoisty charakter balu uczestnicy podtrzymali mimo woli. Wzruszający był dla mnie moment gdy pod koniec balu, na którym pozostało już niewiele par – widziało się ostatnie rozmawiające ze sobą osoby a obok w pokoju z pianinem dało się usłyszeć dźwięki pianina i damskie głosy śpiewające „Dumkę” z filmu „Ogniem i mieczem”. W balu uczestniczyli też goście polskiej sceny politycznej. Było to zrozumiałe jako, że instytucja PTG jest zakotwiczona przecież w określonej misji, której bez współpracy z światem polityki nie da się realizować. Moją szczególną uwagę przykuła obecność Krzysztofa Bosaka. Bardzo podobała mi się jego taka dyskretna obecność (jak i pozostałych polityków), o której nikt nie był informowany czy w jakiś sposób promowany, co jest typowe dla wielu współczesnych imprez z udziałem przedstawicieli władz. Był bez żony, nie tańczył (choć tańczyć potrafi, o czym przekonałam się oglądając Go razem z Kamilą Kajak w „Tańcu z gwiazdami”). Sama byłam świadkiem jego rozmowy z moim mężem i innymi z przedsiębiorcami. Sprawiał wrażenie osoby skromnej jednocześnie wiedzącej o czym i jak mówić na tego typu imprezie aby utrzymać jej charakter. Podsumowaniem balu niech będzie moja tak refleksja. Czułam się na tym balu jakbym była nie tylko na dobrze zorganizowanej zabawie karnawałowej ale jakbym uczestniczyła też w ważnym towarzyskim spotkaniu osób, którym zależy na czymś więcej niż tylko zabawie i że nie chodzi w tym tylko o same pieniądze ale o pewne inne wartości, które powinny towarzyszyć ludziom zaangażowanym w życie gospodarcze kraju. Polskie Towarzystwo Gospodarcze ma dzisiaj siedzibę w Warszawie ale jego początki 6 lat temu związane były z Wielkopolską i pałacem w Brodnicy. To tam rozwijała się myśl, aby powstała organizacja przedsiębiorców, którzy reprezentują polski kapitał lub polską przedsiębiorczość, nie unikający płacenia w Polsce podatków, budujący własne przedsiębiorstwa z uwzględnieniem zakorzenionych w polskiej kulturze wartości, w oparciu o chrześcijański system wartości dbających o interes polskich narodowych wartości i potrzeb wszystkich osób współpracujących i budujących sukces gospodarczy. Twórcom idei zależało na tym aby ludzie o podobnych do siebie poglądach tworzący biznes w Polsce mogli się wzajemnie poznawać, wymieniać doświadczeniem, nawiązywać współpracę tak aby powstawały z tego nowe pomysły i przedsięwzięcia oparte dalej na odpowiedzialnym zarządzaniu zasobami w tym kapitałem ludzkim i aby tacy przedsiębiorcy wpływali na przepisy i ustawy w kraju. O tych ideałach i założeniach PTG opowiadał w Brodnicy w 2017 roku na jednym z pierwszych spotkań tego stowarzyszenia hrabia Jerzy Mańkowski w swoim rodowym Pałacu odkupionym od Skarbu Państwa i odrestaurowanym przez siebie. To w jego posiadłości w Brodnicy odbywały się pierwsze spotkania tej organizacji. Dziś jest honorowym członkiem zarządu PTG obecnie funkcjonującego już jako stowarzyszenie pracodawców, żywo zainteresowany losem PTG, służący mu dalej pomocą . Jak widać jej działalność się rozwija

BAL W DOBRYM TOWARZYSTWIE Dowiedz się więcej »

PORCELANOWA PASJA MARII

Marzanna Leszczyńska rozmawia z Marią Galisiewicz o pasji kolekcjonowania żarskiej porcelany a nawet misji … Marzanna L –Mario, jesteśmy dobrymi znajomymi już od 15 lat. Przeżyłyśmy ze sobą nie jeden wyjazd, nie jedną przygodę, mnóstwo spotkań, wspólnych organizacji ale muszę przyznać, że zawsze będziesz mi się kojarzyć z żarską porcelaną. Nie tylko dlatego, że jesteś posiadaczką imponujących zbiorów, których nie zobaczysz w muzeum, czy na wystawach ale u Ciebie widać miłość do tych przedmiotów, pasję a nawet dostrzegłam misję i o tym właśnie chciałam z Tobą porozmawiać. Ale oczywiście zacząć należy od pytania podstawowego dlaczego nie kolekcjonujesz znaczków, monet, obrazów tylko żarską porcelanę? A jeśli już wybrałaś porcelanę to dlaczego żarską, jest tyle innych pięknych, tańszych, popularnych jak np. rosenthal? Maria G.– Porcelana zawsze mi się podobała. Zwłaszcza w kolorze ecri. Oczywiście ludzie kolekcjonują monety, znaczki i obrazy. Dla mnie zawsze było ważne, aby to były rzeczy piękne ale również do używania a nie tylko do podziwiania. Porcelana jest piękną dekoracją w domu, w kredensie. Jest piękną dekoracją stołu, podbije rangę: uroczystości, świąt, urodzin, imienin czy spotkania towarzyskiego. Z niej obiad i deser na pewno smakuje lepiej niż z duraleksu. Długo wydawało mi się, gdy oglądałam porcelanę w muzeach, że dla mnie jest nieosiągalna, za droga, nie śmiałam o niej nawet pomarzyć. Zawsze ją jednak podziwiałam. Zadecydował przypadek o moim kolekcjonerstwie. Potrzebowałam biurka, ale nie chciałam takiego ze sklepu, chciałam kupić stare, stylowe, może nawet antyk. W tym celu pojechałam na giełdę staroci. Znalazłam takie, które mi się podobało i zaczęłam dobijać targu. Sprzedawca w pewnej chwili powiedział zdenerwowany : ” Mam tu jeszcze komplet porcelany. Niech to pani weźmie za tysiąc złotych. To droga porcelana. Proszę sobie sprawdzić na internecie. Ja tego nie będę już woził, bo ja to ku..a ( tu zaklął siarczyście) w końcu potłukę i tylko będę miał kłopot”. Nie miałam pojęcia, czy to jest tyle warte, tych 12 filiżanek, dwa dzbanki, cukiernica – cały komplet herbaciano-kawowy. Patrzyłam i podobał mi się: niebieskie kwiaty, złote paseczki. To były „Osty Ingrid”. Wahałam się, nawet nie miałam tyle pieniędzy przy sobie. Ale osoba, która mi towarzyszyła przeważyła szalę mojej decyzji i doradziła: „Jak Ci się podoba to sobie kup”. Podjęłam decyzję bardzo niepewnie , miałam wątpliwości czy dobrze zrobiłam. Za mną stał klient, który w milczeniu czekał aż się wycofam. On był zdecydowany, świetnie zorientowany, dla niego to była okazja. Gdybym po wycofaniu się przemyślała i wróciła po pięciu minutach już by tego zestawu nie było. Po powrocie do domu sprawdziłam w internecie na allegro – jedna filiżanka z talerzykiem kosztowała 350 zł. Tak, to był dobry zakup. I jak się okazało zaczęłam kolekcję tak jak zacząć należało, jak radziły podręczniki kolekcjonerskie : ” Zacząć należy od tego co ci się podoba. A potem rozwijasz pasję. Dokupujesz, poszukujesz, sprawdzasz, jednym słowem polujesz”. Dziś trudno o okazję, czyli taką sytuację, że ktoś sprzedaje za bezcen coś wartościowego i nie wie co to jest, ile jest warte. Poszukiwaczy jest wielu, a ci ,którzy sprzedają mają wysokie ceny i posiadają wiedzę. I tak to się zaczęło. Zaczęłam się interesować, szukać wiadomości w internecie, kupowałam książki, katalogi wzorów, patrzyłam na sygnatury. Zaczął się dla mnie dobry czas bo te rzeczy stały się dla mnie dostępne finansowo, było mnie na nie stać. Mogłam je gromadzić czyli zacząć kolekcję. Odwiedzałam giełdy, targi staroci, jeździłam po lubuskim bo jest tyle targów w każdym mieście. Można trafić na ciekawe rzeczy, okazje się zdarzają, ale to też jest praca, czas poświęcony, to trzeba lubić, wstawać wcześnie rano po to aby być na targu o odpowiedniej porze, przejechać 100 -200 km. Na to nie można żałować czasu, to potrzebuje studiów, poszukiwań wiadomości. Kiedyś to była domena ludzi w tym kierunku wykształconych. Dzisiaj jest internet i jego pozytywne, edukacyjne oblicze i to jest dobrodziejstwo bo można zdobywać wiedzę szybko, rozwijać swoje zainteresowania. Teraz nie muszę odwracać filiżanek aby się dowiedzieć co to za porcelana, rozpoznaję jak to się mówi z daleka . Marzanna L.- Jest teraz tyle porcelany współczesnej: Villa Italia, Villeroy & Bosh, Rosenthal, Miśnia. Nasz polski Bolesławiec -znany na całym świecie, Ćmielów, Chodzież itd. Ty pozostałaś przy Sorau. Nie pragnęłaś innych sygnatur, wspierania polskiej przedsiębiorczości? Nie szkoda Ci, gdy kupujesz filiżankę za 500 zł. a ona jest przecież taka krucha, gdy się zbije to przecież człowiek ma ochotę zabić się własną pięścią. Mówi się, że te rzadko używane naczynia, nie dotykane częściej się tłuką, gdy je wyciągamy raz na jakiś czas. Gotowa jestem twierdzić, że coś w tym jest, bo u mnie tak się właśnie stało: zaprosiłam gości, nakryłam stół a potem było zmywanie i wręcz nieprawdopodobne , gdy talerzyk „osty Ingrid” Sorau nagle odłożony na suszarkę i postawiony w jej kolczaste przekładki na moich oczach powoli się zsunął i roztrzaskał w drobny mak… W dzisiejszych czasach gdy są zmywarki a ludzie wygodni, zapracowani to komu chce się chuchać i dmuchać na starocie takie delikatne? Mycie w zmywarce jest nie tylko wygodniejsze ale i tańsze. Niestety porcelany Sorau nie można wkładać do zmywarki, bo ma złocenia, które się ścierają , wzory płowieją a porcelana się rysuje i niszczy. Maria G.-Tak to prawda, Sorau musi być myty ręcznie. Złocenia w zmywarce ulegną starciu. Jeśli mamy porcelanę Sorau ze złoceniami tzn. że wyprodukowano ją przed wojną. W czasie wojny też była produkcja, ale Hitler zabronił złocenia. Wtedy stosowano tzw. malaturę, czyli malowano brązowe paski, ale złoceń nie było, ponieważ był  czas wojny, oszczędności a pieniądze potrzebne były na zbrojenia. Sorau istniał do 1945 r. po czym całą fabrykę zniszczyli Rosjanie, strzelali do tej porcelany, bo to było niemieckie. Na szczęście znaleźli się mądrzy ludzie i wiele naczyń zostało wywiezionych do Niemiec, Rosji. Pozostała porcelana Sorau, która była produkowane do 1945 r. i jest jej coraz mniej. I  jest dla mnie bardzo wzruszające i  mnie właśnie pociąga to – że są to rzeczy ginące, unikaty, których już nikt nie produkuje. Można robić repliki. Np. wzór łabędzi replikuje Miśnia. Oryginału jednak już nie ma. Sorau nie jest reprodukowany, bo fabryka nie istnieje. Na to miejsce powstała w Niemczech jej „siostra”- Reichenbach

PORCELANOWA PASJA MARII Dowiedz się więcej »

CZWORONOŻNI PRZYJACIELE

motto:„Nie ma innego zwierzęcia, z którym człowiek może przeżyć takie zespolenie duchowe, jak tylko pies” Krzysztof Varga ( pisarz, dziennikarz, krytyk literacki ur. 1968 r) Chciałbym opowiedzieć o moich zwierzętach, moich psach ,które towarzyszą naszej rodzinie przez całe moje życie, są jej nierozerwalnymi, niezwykle ważnymi członkami. Od wczesnego dzieciństwa, jak głęboko sięgam pamięcią zawsze były, zawsze jako członkowie naszej rodziny. Czasami zastanawiam się jak to się stało, że mieszkam z czterema, a piąty często u nas również – przebywa. Takie myśli nachodzą mnie, gdy ktoś ze znajomych, czy obcych komentuje, ”po co tyle psów?”. Cóż mogę powiedzieć…. Odpowiadam, że to Pan Bóg przysłał je do naszej rodziny, bo ich losy były różne i zagmatwane ( o tym napiszę później ), a nasza szczególna wrażliwość na psi los powoduje, że zostają. Znam wiele osób ( większość to kobiety – i chwała im za to….), które z podobną wrażliwością włączają się w poszukiwanie nowych domów dla psów, dają domy tymczasowe, a bardzo często tymczasowość wydłuża się do bycia stałym …. takim na zawsze. Często słyszę, że te kobiety zajmujące się psami, czy bezdomnymi kotami, są śmieszne, nawiedzone i zwariowane…. Te określenia pokazują jakim jesteśmy społeczeństwem. Czy wszystko musi być uporządkowane, posprzątane, sterylne, zimne, więc pozbawione psów, kotów, rybek, zółwi, małych – kochanych różnych myszowatych, gołębi i innych ptaków….. Często słyszę, że takie psy, czy koty, to muszą strasznie brudzić, brzydko pachnieć i pewnie roznoszą choroby. Mogę tylko w tym miejscu powiedzieć, że wiele pokoleń wychowało się w towarzystwie zwierząt i miało lepszą odporność niż pokolenia dzisiejsze. Ważniejsze jednak jest ich istnienie w sensie duchowym, w sensie budowania niezwykłej więzi z człowiekiem, pełnej miłości, tkliwości, a i też tej niezwykłej inności z domieszką dzikości przodków. Jednak nie zawsze tak były postrzegane. Przekazy biblijne podkreślają całkowite podporządkowanie świata roślin i zwierząt człowiekowi, jako jedynej istocie rozumnej posiadającej duszę. Nie zamierzam też prowadzić dywagacji na temat, czy zwierzęta mają duszę czy też nie, dla mnie ważne jest to, że są i to właśnie takie. Człowiek postawiony tak wysoko, przez wieki potrafił i potrafi do dzisiaj robić różne okropne rzeczy ze zwierzętami, traktując je bardzo przedmiotowo. Naukowcy uparcie publikowali w wynikach swoich badań, w których więź między zwierzęciem domowym, szczególnie psem a jego właścicielem, uważali za wynik potrzeby zapewnienia sobie przez nie poczucia bezpieczeństwa i źródła pokarmu… głoszono, że pies to istota żyjąca, odczuwająca komfort lub dyskomfort, a także podstawowe uczucia np. pragnienie, głód, bezpieczeństwo, jednak nie obszerną gamę emocji przynależną człowiekowi. Mimo że świat się zmienia, to do dzisiaj pokutuje postrzeganie psów przedmiotowo i zdarza się, że przez to staje się to dla nich tragedią. Informacje o psach, które kogoś pogryzły wzbudzają zawsze w społeczeństwie złość na psy, a może w takich wypadkach powinno się przyjrzeć ich właścicielowi, bo one są takie – bo tak właściciel je wychował, tak je traktował, że potrafiły tak postąpić. Psy tracą życie, a właściciel wychowuje kolejne pokolenie psich morderców. U wielu osób sytuacje takie wywołują przerażenie, to całkiem zrozumiałe. Wobec wszystkich zwierząt należy zachować dystans i ograniczone zaufanie, co nie znaczy, że nie możemy mieć psiego przyjaciela. Wszystko zależy od nas, od naszych dobrych uczuć i wrażeń. Zwierzęta wydobywają i pokazują tę piękną stronę człowieka, bezinteresowną miłość, czułość, empatię. Takich właśnie ludzi spotykamy jadąc do weterynarza z naszym pupilem – psem – i zawsze w rodzinie opowiadamy sobie, że w takich miejscach odzyskujemy wiarę w dobro człowieka. Przy dłuższym czekaniu na wizytę zaczyna się między oczekującymi rozmowa i opowieść o ukochanej czworonożnej istocie i fruwającej i pełzającej…. To może dziwne, ale właśnie w takiej poczekalni spotykamy niezwykłą otwartość, jakby posiadanie zwierząt powodowało, że zaliczamy się do dobrze rozumiejącej się rodziny „zwierzolubnej” niezwykle kochającej, wrażliwej, potrafiącej zrobić więcej dla swojego pupila czy pupilki …. niż dla siebie. Nie ważne, czy jest to wytatuowany bywalec siłowni z maleńkim maltańczykiem, czy też starsza pani emerytka z ukochaną kicią, licealistka z papużką , student z ukochanym swoim szczurkiem… wszyscy tak samo , patrzą na swojego przyjaciela z pełną miłości, trwogą i troską. Nie raz zastanawiałam się nad tym, że dobrze by było w takiej poczekalni , spędzić więcej czasu , aby posłuchać tych pięknych historii, o nadziei, o pięknym, pełnym radości, nieograniczonej miłości życiu ze zwierzęciem czy ptakiem. To tam możemy spotkać dobro, którego na co dzień, tak bardzo nam brakuje. Tam nie ma konkurencji, tam nie trzeba rywalizować, tam człowiek pokazuje tę swoją skrywaną na co dzień miękkość i wrażliwość. Bo czyż o człowieku najbardziej nie mówi jego stosunek do istot słabszych, zwierząt, osób starszych, niesprawnych, niedołężnych, bezdomnych, poszukujących pomocy ?. To tam pokazujemy swoje człowieczeństwo. Nie można być obojętnym, zawsze trzeba mieć tę wrażliwość aby pochylić się nad biedą, cierpieniem, odrzuceniem. Jeżeli wychowujemy nasze dzieci i one od najwcześniejszego dzieciństwa, będą poznawały nasz pełen empatii stosunek do każdej istoty żywej, to w przyszłości i one będą miały tę wrażliwość i nieobojętność. Będą potrafiły reagować na bezmyślne zabijanie i męczenie owadów, żab, ptaków, psów, kotów, oraz innych żywych istot. Wiedza i zrozumienie czym jest życie poza życiem naszego gatunku powinno być jedną z najważniejszych wyzwań etycznych kształcenia podstawowego dzieci. Żyjemy w brutalnym, zimnym świecie, gdzie liczy się siła, niekoniecznie poparta rozumem,…. przekręt, popularność „klikalność‘’ na forach internetowych, głupich, tandetnych, prostackich zachowań ludzi, politycznego kłamstwa, zalewającej wokół tandetnej muzyki, popularnych wystąpień, które należałoby określić zwykłym prostactwem. Chciałoby się krzyczeć – zróbmy coś z tym, czy nikt nie widzi, że coś złego dzieje się ze społeczeństwem?. Gdzie szukać prawdy, mądrości, naturalności? -…..w naturze, zwierzętach, roślinach, krajobrazach, sztuce, muzyce, tańcu, twórczych pasjach, książkach. Tak, … to tam jest ta zdrowa odskocznia od męczącego, nowoczesnego życia. Nic lepiej nie porządkuje myśli, uspokaja, nadaje sens i rytm jak właśnie natura. Pamiętamy jak Jan Kaczmarek śpiewał piosenkę „Do serca przytul psa, weź na kolana kota…”…. tak dawno powstała, a jaka aktualna myśl i piosenka …, niech każdy posłucha…… Czy szczęściem, dla człowieka ma być ciągłe przebywanie w wirtualnej rzeczywistości ? czy to ma być życie?, a gdzie realność i prawda, gdzie uczucia, gdzie bliskość kochającej istoty?, wreszcie gdzie intymność? Patrzę na młodzież i drżę z przerażenia. Wszystko

CZWORONOŻNI PRZYJACIELE Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry