Trochę o kulturze przy okazji wyborów samorządowych (Gorzów Wielkopolski 2024)

Zrobiło się głośniej o kulturze w programach wyborczych kandydatów do samorządów w mieście Gorzowie Wielkopolskim. Kandydat na prezydenta Jacek Bachalski zaprosił mieszkańców do dyskusji na temat rozwoju kultury i wspomniał o Filharmonii Gorzowskiej i „o wielu innych ośrodkach kultury”… Gorzowianie na fb prześmiewczo i z dystansem odnieśli się do tak ujętego tematu przez kandydata na prezydenta, weszli w dyskusję odważnie sugerując, że kandydat nie ma pojęcia o czym mówi. W/w kandydat wymienił tylko jedną placówkę – Filharmonię – może dlatego, że daje się zauważyć, bo nie jest mała… Tymczasem w Filharmonii Gorzowskiej działającej już od ok. dziesięciu lat , co tu dużo mówić ciągle są jakieś zmiany w kierownictwie, często zmieniają się dyrygenci. Niestety melomani gorzowscy- ci- którzy mają ukończone szkoły muzyczne i trochę znają się na muzyce nie są zachwyceni poziomem naszej orkiestry, często wyjeżdżają na koncerty do innych miast, a porównania naszej orkiestry do innych nie wypadają dobrze. Uznaniem cieszyła się dyrygent, Pani Monika Wolińska, ale odeszła i rozwija swoją karierę gdzie indziej. No cóż, pozostaje życzyć Pani Monice Wolińskiej dalszych sukcesów, a my w przyszłości będziemy dumni, że zagościła chociaż na krótko w naszym mieście. Szkoda, że nie potrafiliśmy zadbać o to, aby zatrzymać wyjątkowych ludzi, czy starać się o takich, którzy będą umieli rozwijać wysoki poziom tej placówki. Nasza filharmonia jest dla mnie za często zbyt rozrywkowa, jak na filharmonię przystało. Skoro ją mamy, to nie zmieniajmy jej charakteru, ale go utrzymujmy. Bazą powinna być muzyka dawna. Mamy w Gorzowie Wielkopolskim coś, czym możemy się chlubić, pochwalić i promować, a mianowicie nasz JAZZ KLUB POD FILARAMI. To już tradycja, długoletnia. Kto w Polsce z miłośników jazzu nie słyszał o Panu Bogusławie Dziekańskim i Jazz Klubie pod Filarami? Na koncerty przyjeżdżają wielkie światowe gwiazdy, publiczność z innych miast i mówi, że szczerze nam tego klubu zazdrości. Kameralne miejsce, adekwatna atmosfera, ktoś umiał ją stworzyć, nie komercja(!!!!). Nieduże miasto i nieduża niszowa kultura na dobrym poziomie i to od tylu lat…Stworzona Mała Akademia Jazzu. Wiele poważnych firm w Gorzowie Wielkopolskim sponsorowało chętnie wyjątkowe koncerty jak firma HMB czy Toyota. Koncerty Richarda Bony, Johna Coltraina pamięta się do końca życia, a potem taką muzykę słucha się często i śledzi twórczość tych artystów. Małe jest piękne i wcale nie gorsze od dużego, bo nie w wielkości jest „widz” a w dobrej jakości, która wynika z pracowitości i pasji. Prowadzący od lat ten sam Pan Bogusław Dziekański. Akurat jestem z gorzowską firmą na targach w Bangkoku, która tutaj miała swój udział w spotkaniach networkingowych- „Gates”, a następnie pojechaliśmy do Jakarty w Indonezji na targi elektroniki użytkowej w celu rozpoznania rynku. I tutaj właśnie w Jakarcie mieliśmy miły akcent z gorzowskim Jazz Klubem w tle i gorzowskim saksofonistą Markiem Konarskim. Otóż hotel Borodur, w którym nocowaliśmy obchodził 50 – tą rocznicę swojego powstania i w związku z tym było tu dosyć uroczyście. Wieczorem poszliśmy na koncert jazzowy w pięknej sali hotelowej, na której obecna była polska ambasador Indonezji ze swoim mężem. Po koncercie przedstawiono skład muzyków i padło polskie nazwisko. Zamieniliśmy parę zdań z Polakami po koncercie. Jednym z nich okazał się mieszkający w Danii, ale pochodzący z Ciechanowa muzyk( kontrabasista ), który od razu powiedział, że zna gorzowski Jazz Klub Pod Filarami i kolegę, z którym studiował czyli gorzowianina Marka Konarskiego. Wspólne zdjęcie muzyków z publicznością po koncercie Miło jest usłyszeć na końcu świata coś o małym mieście w Polsce, w którym się mieszka i są to dobre wieści o ludziach czynu i kultury. Marzanna Leszczyńska  Czytelniku! Jeśli życzysz sobie nas wesprzeć w zamian za wytrwałe głoszenie prawdy, zachęcam na wejście na stronę https://patronite.pl/idealzezgrzytem.pl i założenie konta, aby nam pomóc działać aktywnie, rozwijać kanał, umożliwiać realizowanie nowych projektów jak np. tłumaczenie artykułów na obce języki.

Trochę o kulturze przy okazji wyborów samorządowych (Gorzów Wielkopolski 2024) Dowiedz się więcej »

JAKA JEST

motto : „Portret kobiecy” Musi być do wyboru.Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.Naiwna, ale najlepiej doradzi.Słaba, ale udźwignie.Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.Czyta Jaspersa i pisma kobiece.Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,własne pieniądze na podróż daleką i długą,tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.Albo go kocha, albo się uparła.Na dobre, na niedobre i na litość boską. Maria Wisława Szymborska – Włodek ( 1923 – 2012) Bez tytułu ….. W historii zapisało się mnóstwo inspirujących kobiet – Polek, takich jak noblistka Maria Skłodowska-Curie, działaczka społeczna Irena Sendlerowa, czy moja ulubiona poetka – noblistka – Wisława Szymborska. Według danych GUS (2023 rok), jest ich obecnie w Polsce 19 517 000 ( dziewiętnaście milionów pięćset siedemnaście tysięcy). To nasze prababcie, babcie, mamy, siostry, córki, wnuczki…. i przede wszystkim nasze żony. Ogólna liczba Polek i Polaków to 37 766 000 ( trzydzieści siedem milionów siedemset sześćdziesiąt sześć tysięcy), czyli panie stanowią 52 % ogółu ludności kraju. Żyją dłużej od mężczyzn – przeciętna liczba trwania życia wynosi ponad 81 lat – w przypadku mężczyzn to 73,4 lata. Na 100 mężczyzn przypada w Polsce średnio 107 kobiet (w miastach 112, na wsi 101). Są lepiej wykształcone – chcą się uczyć i kształcić. Ponad 60 % absolwentów wszystkich uczelni w Polsce – to kobiety. Płeć męska to tylko 40 %. Przodują zdecydowanie w kierunkach pedagogicznych, ekonomicznych, humanistycznych, językowych, medycznych, przyrodniczych. Kobiety są ciekawe świata – zaczynają w nim dominować. Zresztą , zawsze dominowały i były wielkie. Co inspiruje w kobietach ? Siła do podążania własną ścieżką i mówienia głośno o swoich potrzebach. Upór w dążeniu do spełnienia swoich marzeń i zdolność do niepoddawania się w obliczu różnych trudności. Są doskonałymi „dyplomatkami”. Kobieco „lawirując” są niezwykle skuteczne. One nie są słabe – są zdecydowanie silniejsze od facetów pod względem psychicznym. Są słabsze tylko fizycznie od mężczyzn, ale to ich „niewidzialna” siła. Podziwiam kobiety za odwagę do dokonywania zmian i sprawczość. Są przy tym „malarsko” ciepłe i opiekuńcze, takie łagodne, subtelne istoty – wrażliwe i dobroduszne. Czy rzeczywiście kobiety są tak delikatne, jak pozornie się wydaje? Ze sztuki wielu epok wyłania się obraz kobiety, która z kruchością ma niewiele wspólnego, a wewnętrznej siły mógłby jej pozazdrościć niejeden heros. Wiele z nich potrafiło się okrutnie zemścić na niezbyt wiernym kochanku lub spłatać okrutnego figla. Febila (w innej wersji Ysifile) obiecała ugościć Wergiliusza, kazała mu dostać się do jej pokoju w koszu zawieszonym na linie, a potem odprawiła go z kwitkiem, nie szczędząc mu szyderstw. Według tej legendy Wergiliusz – mimo swych magicznych zdolności – stracił zupełnie głowę dla pięknej Febilli, córki cesarza (w zależności od podania: Augusta, Nerona lub Hadriana). Pewnego razu poecie udało się uzyskać od dziewczyny obietnicę miłosnej schadzki – w nocy miał zostać wciągnięty w zawieszonym na linie koszu do komnaty wysokiej wieży. W połowie drogi podnoszony przez dziewczynę kosz, ku zaskoczeniu i rozczarowaniu Wergiliusza, zatrzymał się i zastygł tak aż do południa dnia następnego, doprowadzając do łez śmiechu tłumnie przybyłych Rzymian. Z kolei Kampaspe miała dosiąść samego Arystotelesa niczym rumaka, obiecując mu słodkie pocałunki, których w rzeczywistości nie posmakował. Ale były też kobiety tak cnotliwe jak Lukrecja, rzymska heroina, która po gwałcie przez syna Tarkwiniusza Pysznego, chcąc ratować honor swój i męża, popełniła samobójstwo. Wymienione postacie (a przykładów jest całe mnóstwo), miały silne charaktery – była w nich moc i wewnętrzna siła pozwalająca na radzenie sobie z przeciwnościami losu. Co jeszcze powinniśmy wiedzieć o kobietach, które tworzą nasz nowy czy stary kanon kulturowy? To nasze przedsiębiorcze mamy, które są w stanie robić kilkanaście rzeczy jednocześnie i zawsze ugotują ciepły rosołek, ulepią ulubione pierogi, upieką przepyszne ciasto, pocerują i wypiorą brudne czy podarte rzeczy, przytulą do snu, przeczytają bajkę… Ona dba o ognisko domowe, o innych, otaczająca opieką, zawsze pomocna, pełna empatii. Odważne prababcie i babcie, które przeszły koszmar niejednej wojny, okupacji, pacyfikacji, obozów koncentracyjnych i stalinowsko-ubeckich czasów. Siostry, która zawsze pomagały w nauce. Córki, które wiedzą , że zawsze mają w nas wsparcie i pomoc. Znajome czy przyjaciółki, które pomagają w realizacji swoich zainteresowań i zdecydowanie lepiej radzą niż niejeden kumpel. Pozostają żony – odważne, kochane, inspirujące – na dobre i na złe – do końca życia – zawsze możemy na nie liczyć. Są oryginalne i nietuzinkowe. Mają własny styl i osobowość. Odmienność jest interesująca, ale żaden mężczyzna przy zdrowych zmysłach nie zwiąże się na stałe z kobietą, która różni się od niego w fundamentalnych kwestiach. Żony podzielają (a w zasadzie rozdzielają) pogląd na życie, posiadanie dzieci, stosunek do pieniędzy, wiary i polityki. To one tworzą stabilny związek, są takim jego lepiszczem, cementem. Żona patrzy w tą samą stronę co jej partner, ale to ona wyznacza kierunek dążenia, to ona buduje przyszłość i powoduje, że marzenia i priorytety się pokrywają. Podobne oczekiwania sprawiają, że zamiar idzie w jednym kierunku – razem przez całe życie. Ważny też jest jej humor, który zawsze ma – jego poczucie to cecha bardzo pożądana. Idealnie, żeby śmieszyły nas podobne rzeczy. Dzięki temu nigdy się nie nudzimy ani… kłócimy o żarty, które jednej ze stron wcale nie śmieszą. To ona potrafi ponurą sytuację obrócić w żart. Łatwiej jest iść przez życie z uśmiechem. A jeśli dwoje ludzi potrafi rozśmieszyć to samo, jest weselej. A kiedy namiętność i pożądanie, które z czasem mogą nieco przygasnąć – ona powoduje, że je rozbudzi, będąc naszą przyjaciółką. Przyjaźń – to piękne słowo, które odbudowuje miłość i przywiązanie do siebie. Bez niej żadna relacja nie wytrzyma długo. Dzięki temu, gdy szał uczuć opadnie, dobra, przyjacielska relacja pozwoli przetrzymać złe chwile. Jest wzajemnym oparciem, łatwiej przechodząc przez kryzysowy czas. My faceci – musimy to docenić. Nie jest łatwo wejść w taka rolę (mężczyźni tego nie potrafią, obojętnieją) i sprostać jej z uśmiechem na ustach. Ale starajmy się to zgrać zgodnie i szczęśliwie do samego

JAKA JEST Dowiedz się więcej »

Problem (?) „wielkopolskiego” przymiotnika w nazwie miasta położonego na pograniczu Pomorza i….Wielkopolski

Chodzi oczywiście o nasze miasto czyli… na razie Gorzów Wielkopolski. Poniżej prezentuję teorię – dlaczego problem zmiany nazwy miasta wraca co pewien czas, zawierającą ciekawe powiązania faktów, kuluarów tej sprawy. Auto Przedstawiam autora poniższego tekstu – Nikołaja Tracza i jego spostrzeżenia. – Marzanna Leszczyńska Problem przymiotnika w nazwie Gorzowa pojawia się regularnie średnio co dekadę. No właśnie, czy jest to faktycznie problem? Zwolennicy zmiany (głównie politycy, choć nie tylko) sugerują że to mało miasteczkowe, że niezgodne z historią, że utrudnia zlokalizowanie miasta, że co to za pomysł aby przymiotnik występował w nazwie miasta wojewódzkiego. Poniżej rozprawiam się z argumentacją przeciwników przymiotnika. Argument historyczny o braku związku z Wielkopolską Agrument historyczny jest zdecydowanie najgłupszy, bo o ile Gorzów z Wielkopolską był związany krótko i na samym początku, to na Ziemi Lubuskiej nie leżał nigdy. Wytyka się komunistyczną propagandę, która chciała podkreślić Polskość zdobytego odwiecznie niemieckiego miasta – oczywiście, to prawda. Ale przyjrzyjmy się jak to z tą przynależnością Gorzowa do Wielkopolski faktycznie było. Ziemia na której został zbudowany Gorzów, należała do Kasztelani Santockiej która z kolei wraz z Santokiem należała do Wielkopolski. W 1260 Konstancja Przemysłówna, córka księcia wielkopolskiego Przemysła I, wyszła za syna margrabiego brandenburskiego Jana I Askańczyka. Jako posag wniosła ziemie kasztelanii santockiej, ale już bez samego grodu -Santoku. To właśnie na tej ziemi powstało niemieckie miasto Landsberg. Kolejnym „wielkopolskim” epizodem jest okres od 1945 (czyli początku polskiego Gorzowa) do 1950. Miasto wtedy należało do woj. poznańskiego i było głównym ośrodkiem administracyjnym zachodnich powiatów województwa. Trzeba wspomnieć jeszcze o kolejarzach z Wielkopolski, którzy w 1945 jako pierwsi zakładali polską administrację w przejętym mieście. To oni pierwsi, nie komunistyczna propaganda nazwali Landsberg Gorzowem Wielkopolskim. Komunistycznej propagandzie natomiast możemy zawdzięczać podczepianie Gorzowa oraz Zielonej Góry pod Ziemię Lubuską – to właśnie w PRL-u powstał pierwszy koncept jakoby miasta miały tworzyć wspólny region wraz z faktyczną Ziemią Lubuską, która roztacza się pomiędzy niemieckim Lebusem (Lubuszem) a rejonem Ośna Lubuskiego i Sulęcina. Argument o małomiasteczkowym charakterze miasta z powodu przymiotnika oraz problemem ze zlokalizowaniem miasta. Zwolennicy Gorzowa – bez przymiotnika w nazwie- uważają, że przymiotnik w nazwie miasta wojewódzkiego świadczy o jego małomiasteczkowości. Przypominają historię Stargardu (do niedawna Szczecińskiego), Recza (kiedyś Pomorskiego) a przede wszystkim argumentują, że „żadne inne miasto wojewódzkie nie posiada przymiotnika w nazwie, tylko ten nasz Gorzów”. Problem w tym, ze Stargard w Polsce jest jeden (nie mylić ze Starogardem Gdańskim –- jedna literka w tym przypadku robi różnicę), a Recz tak naprawdę zawsze był Reczem, przymiotnik „pomorski” to jedynie nazwa stacji kolejowej w miasteczku. Analogicznie do „Nowe Drezdenko” w Drezdenku. Z Gorzowem sytuacja jest bardziej skomplikowana – są w Polsce aż trzy. Gorzów Śląski to miasto leżące w woj. opolskim, na historycznym Górnym Śląsku, natomiast trzecia miejscowość to po prostu…Gorzów – wieś na Małopolsce, nie posiadająca żadnego przymiotnika w nazwie. Czy naprawdę nazwa dzielona z jakąś wsią na drugim końcu Polski daje nam prestiż? O istnieniu „Gorzowa” w Polsce wie mało kto, natomiast w społeczeństwie istnieje świadomość o istnieniu dwóch Gorzowów z odpowiednimi przymiotnikami. Tak samo jak każdy Polak nawet z minimalną wiedzą geograficzno-historyczną zna pojęcia Małopolska, Wielkopolska oraz Śląsk. Pamiętajmy też, że istnieje jeszcze nasz „fonetyczny bliźniak” – miasto Chorzów. To właśnie z nim, gdy mówimy „jestem z Gorzowa” najczęściej mylą nasze miasto nasi rozmówcy – „Wielkopolski” rozwiązuje ten problem zanim zdąży się w ogóle pojawić. Ile zabawnych nieporozumień osobiście miałem w tym temacie podczas podróży, np. festiwalach muzycznych -to nie byłbym w stanie wyliczyć: -Skąd jesteście? -Z Gorzowa. -Z Chorzowa? My z Katowic. -Nie, z Gorzowa Wielkopolskiego. -A, Gorzów Wielkopolski, jasne! Przejeżdżaliśmy obok niego ostatnio jak jechaliśmy nad morze. Potem najczęściej słyszy się anegdoty o żużlu lub nagrywaniu muzyki w przeszłości na kasety Stilonu, bo przecież nie o „Dominancie” czy remontowanych ponad 20 lat Schodach Donikąd – to są na szczęście meandry wstydu jedynie w skali makro. Jako argument również podaje się przykład enigmatycznych „przedsiębiorców i biznesmenów” którym rzekomo błędne lokowanie Gorzowa gdzieś na Wielkopolsce odbija się negatywnie na interesach – to kompletna bzdura. Załóżmy, że gdzieś na skraju województwa podlaskiego, leży miasto, które zawiera w sobie przymiotnik odwołujący się do woj. mazowieckiego i Polacy przez to często kojarzą je z Warszawą. Czy takie skojarzenia mogą szkodzić, czy wręcz przeciwnie? Gorzów na takiej samej zasadzie kojarzony jest z Poznaniem – tylko korzystać z takiego stanu rzeczy! Podobnie jak z byciem jedynym miastem z przymiotnikiem – przecież to aż krzyczy by wykorzystać to marketingowo. Fakt posiadania przymiotnika nie musi być wadą, a zaletą. Po za tym, to nie jest jakiś „Gorzów Dolny/Górny” czy „Gorzów nad Kłodawką”. Przymiotnik „wielkopolski” brzmi dumnie, brzmi po prostu „wielko”. Nawiasem mówiąc, małomiasteczkowo moim zdaniem brzmi proponowany przez wielu „Gorzów Nad Wartą”. Argument o budowaniu odrębnej tożsamości w duchu Lubuskim. Naszemu miastu delikatnie mówiąc, daleko do bycia pretendentem do tytułu najlepszego miasta wojewódzkiego w Polsce. W każdym zestawieniu miast wojewódzkich pod względem wysokości zarobków, komfortu życia Gorzów Wielkopolski dumnie zajmuje ostatnie miejsce, ewentualnie jedno z ostatnich. Gorzów nie może się również pochwalić napływającą ludnością, turystyką oraz uczelniami. Wielu Gorzowian (w tym też ja) upadek swojego miasta upatruje w niekorzystnym położeniu wojewódzkim. Zielona Góra, która stale się rozwija, zostawiła Gorzów daleko w tyle. Mając Urząd Marszałkowski- to właśnie ona rozdaje karty, dysponuje funduszami, a dla Gorzowa zostają marne okruszki. Pojawiają się głosy, że Zielona Góra nie byłaby tam – gdzie jest gdyby nie Gorzów- i nasze miasto jest jej potrzebne by zachować swoją obecną pozycję. Pytanie tylko, czy Gorzów do funkcjonowania również potrzebuje Zielonej Góry? I tutaj właśnie ta grupa Gorzowian wskazuje na Wielkopolskę. Związek z Poznaniem jest dla Gorzowian naturalny – to tam większość wybiera się na studia, a sam gorzowski AWF jest filią AWF im. Eugeniusza Piaseckiego w Poznaniu. Nie tylko część Gorzowian widzi w woj. lubuskim i współpracy z Zieloną Górą niekorzystny dla siebie układ. W 2023 roku, jeszcze za poprzedniego rządu coraz głośniej mówiło się o reformie administracyjnej w Polsce na, której między innymi miały zyskać miasta, które utraciły status miast wojewódzkich. Dwa z czterech proponowanych wariantów reform, zakładały likwidację woj. lubuskiego i ulokowanie Gorzowa w granicach woj. zachodnio-pomorskiego. – Obecny układ województw nie jest wynikiem żadnej spójnej

Problem (?) „wielkopolskiego” przymiotnika w nazwie miasta położonego na pograniczu Pomorza i….Wielkopolski Dowiedz się więcej »

Wenecja – Bazylika S. Marka- „Pax tibi, Marce…”

O Bazylice św. Marka, historii, legendach, religijności Wenecjan , tajemniczości , wrażeniach własnych, Popielcu – Marzanna Leszczyńska     ” Takiego miejsca nie ujrzałoby się po opium, mrocznego od dymu kadzidła; pełnego skarbów z kamieni i metali szlachetnych, połyskującego zza żelaznych krat, świętego relikwiami martwych świętych „ Karol Dickens W tych czterech linijkach tekstu K. Dickens ujął istotę Bazyliki św. Marka w Wenecji. Podobno to jeden z cudów architektonicznych tego świata. Zachwyca pięknem, wielkością, przepychem bogactwa, ale wzbudza zdziwienie swoim wschodnim charakterem. W końcu poświęciłam na ten zabytek odpowiednią ilość czasu. Moja noga stanęła tutaj trzeci raz. Dwa razy wcześniej oglądałam Bazylikę tylko z zewnątrz. Wiadomo- Wenecja to jedno z najdroższych miast świata. Któż z Polaków mógł sobie pozwolić na obiad w Wenecji czy nocleg w latach komuny, czy transformacji 90-tych lat? Ja na pewno nie. Zwiedzałam uliczki w upałach sierpnia czy czerwca, a wycieczka to wiadomo: mało czasu wolnego, zbiórki , trzymanie się grupy, czekanie na wszystkich.. i jeden cel -zobaczyć jak najwięcej w krótkim czasie. Uff… Teraz poświęciłam Bazylice dwa dni – ostatni dzień karnawału i środę popielcową. Czekanie w kolejce do wejścia to dla mnie nie był czas męki i zniecierpliwienia, zresztą nie trwało to aż tak długo. Dla mnie takie czekanie to czas na obserwację ludzi, a w karnawale jest na co patrzeć, bo przechodzących przebierańców w przepysznych strojach nie masz dość. Wzrok mój przykuli jacyś prawosławni duchowni w czarnych sutannach, w czapach, z długimi brodami, mocno zbudowani. Może to pop jeden, drugi i trzeci. Robili ogromne wrażenie, byli inni, wyróżniali się na tym ogromnym placu z tak wielką ilością ludzi przed Bazyliką św. Marka, z tymi bizantyjskimi kopułami. Byli najbardziej kompatybilni w tym pejzażu. Najbardziej udani w swoim ubiorze, choć to czas karnawału, rewii przebierańców – to oni wpasowali się najlepiej, byli najlepiej przebrani choć paradoksalnie – nie przebierali się. Przywiezienie w 828 r. ciała ( mówi się często rzekomego) św. Marka Ewangelisty odmieniło to miasto zupełnie i to wydarzenie było pretekstem do powstania tej wspaniałej budowli. Wcześniej w Wenecji czczono św. Teodora, a w miejscu Bazyliki była łąka, parę drzew i ogród oraz owocowy sad. Historia i legendy powstania Bazyliki są arcyciekawe i warto je znać. Oto co mówi legenda i historia. Dwaj kupcy weneccy: Buono z Malamocco i Rusico z Torcello przybyli do Aleksandrii z misją handlową, ale przy okazji wyszła też inna transakcja. Nawiązali dyskusję z opiekunami kościoła, w którym spoczywało ciało świętego męczennika w sarkofagu i które mieli za zadanie chronić. Kapłani narzekali na prześladowania katolików przez Saracenów, spodziewali się splądrowania, a nawet zniszczenia kościoła. Wenecjanie zaproponowali kapłanom zabranie ich do Wenecji razem z ciałem św. Marka, które miało być opłatą za podróż. Ciało św. Marka wyjęto z sarkofagu i tam umieszczono relikwie mniej prestiżowego świętego. Na pokładzie statku przewieziono je w skrzyni i przykryto warstwami słoniny i kapusty. Muzułmańscy urzędnicy, którzy kontrolowali skrzynię zakrzyknęli z obrzydzeniem : „Kanzir! Kanzir!” („O zgrozo!). Na pełnym morzu, z dala od wykrycia maskarady, święte zwłoki wystawiono na pokładzie w otoczeniu świec i kadzielnic. Podczas rejsu przez Morze Śródziemne wydarzyły się różne cuda. Potem powstała legenda, że św Marek był biskupem Akwilei, a nie Aleksandrii. W XIII wieku zrodziła się kolejna legenda, że Marek szukał schronienia przed burzą i opatrzność go skierowała na wyspę Rialto, gdzie objawił mu się anioł i oznajmił : „Pax tibi, Marce. Hic requiescet corpus tuum„. („ Pokój z tobą Marku. Tutaj spocznie ciało Twoje”). Źródeł historycznych nie ma o tym. Pojawił się też mit związany z morzem i żywiołem: święci( Marek, Mikołaj, Jerzy) na łodzi uśmierzają sztorm na lagunie zesłany przez demony. Marek schodząc na ląd podaje rybakowi złoty pierścień, a rybak daje go doży. Relikwie św. Marka umieszczono w sali bankietowej Pałacu Dożów mimo tego , że w tym czasie budowano katedrę Olivolo i mogły spocząć tam właśnie. Najpierw wzniesiono kaplicę pod wezwaniem św. Marka. Pałac Dożów potrzebował religijnej legitymizacji, a świątynia potrzebowała Pałacu. Obecność świętego chroniła Wenecję przed napaścią. Miasto zyskało renomę niezdobytego. Wenecja pozostała nietknięta do czasów Napoleona. Umocniła się pozycja doży i wspólnoty. Całkowicie zmienił się charakter i pozycja Wenecji od tego czasu. Św. Marek szybko przewyższył kult św. Teodora, a na cześć nowego świętego wzniesiono wielką bazylikę Monsignior S. Marko w XII wieku. Na wielkim łuku nad prawą galerią śpiewaczą w bazylice pokazane są mozaiki ze scenami zaokrętowania ciała św. Marka, żeglugi do Wenecji i powitania ciała w mieście. Mozaiki są świetliste, wykonane zgodnie z tradycją bizantyjską – są filigranem na srebrnej powierzchni – wykonane z cienkich drucików złota, które rozklepywano i w ten sposób uzyskiwano ząbkowany brzeg, przylutowywano je do podłoża i układano w ornamenty. W 976 roku podczas buntu przeciwko doży wybuchł pożar, który pochłonął kościół św. Marka. Wtedy zniknęły relikwie. Odnalazły się w 1094 r., gdy odpadł tynk z kolumny. Dzisiaj podobno spoczywają pod głównym ołtarzem bazyliki. W 1968 roku papież Paweł VI wręczył kilka relikwii św. Marka delegacji duchownych koptyjskich, jednak reszta ciała pozostała w Wenecji. W skarbcu Wenecji można oglądać kciuk św. Marka i słynny złoty pierścień sprezentowany rybakowi. Być może doszło do kradzieży jakiejś świętej relikwii może Marka, a może nie. Być może doża wysłał kupców z misją zakupu relikwii, aby podnieść religijny prestiż miasta, aby mogło rywalizować z Rzymem i jego św. Piotrem. Pewne jest, że od tego czasu Wenecja nie chciała się podporządkowywać Rzymowi w sprawach religijnych. Te wydarzenia i relikwie zapewniły Wenecji autonomię. Wyspy laguny się zjednoczyły, a przewodniczyła im Wenecja. Cesarz Bizancjum wprowadził embargo na handel między Saracenami a chrześcijanami, Wenecja łowiąc ryby i świętych mogła bogacić się inaczej. Od początku istnienia miasta panowało tu przekonanie, że Wenecja została ufundowana przez Boga i od niego czerpała władzę. Stopniowo władza ze świętego przeszła na rybaka, a potem na polityka. Wenecja to miasto bez fortyfikacji, w którym handel był najważniejszy, a więc port musiał być otwarty. Kult św. Marka razem ze skrzydlatym lwem stał się sprawą świecką, stał się ikoną Wenecji i kojarzono go z dożą. Lew towarzyszący św. Markowi pozostał symbolem władzy, sprawiedliwości i paternalizmu – potęgi panowania Wenecji na morzu i lądzie. Wenecka religijność. Miasto,

Wenecja – Bazylika S. Marka- „Pax tibi, Marce…” Dowiedz się więcej »

W KRĘGU CYRKLA I WĘGIELNICY

Autor artykułu Dr Robert Wójcik Wstęp Bardzo skryci – dla kościoła – diaboliczni. Na pewno tajemniczy, ale byli i … są do dziś skuteczni. Jest jedną z najbardziej dyskretnych, konspiracyjnych organizacji na świecie. Wzbudza tyle samo kontrowersji, co fascynacji. Co stoi u źródeł jej powstania? Z kim się utożsamiała? Czy rzeczywiście należy się jej obawiać? Czy istniała w Gorzowie ? Tyle wiem, że tak – nie tylko w Gorzowie, ale powoli….. Muszę ten temat poruszyć , gdyż wiele złych skojarzeń związanych jest ze słowem „masoneria” … . Nie wiem dlaczego – ale to sprawa czasu i jego dojrzewania w historii – dążenia do poznania czegoś , gdzie nasi przodkowie byli ( i do dzisiaj są ) bardzo związani uczuciowo i emocjonalnie. Może ktoś powie – złe emocje, uczucia, poglądy ,wiara … a może moda tych minionych czasów ? Czy minionych ? – chyba nie. Lubię historię i śledzę ją – żałuję bardzo, że dopiero teraz. Ta potrzeba poszukiwania, poznania – to potrzeba chęci. Wszyscy poszukujemy. To taki symbol przemijającego czasu, który wymyka się wszelkim definicjom. Odsłania, zakrywając i zakrywa, odsłaniając. Percepcja symbolu nosi w sobie pierwiastek subiektywności, gdyż jest zakorzeniona w naszym sposobie poznawania rzeczy, z naszą skłonnością do zawężania lub „wybuchu” naszej interpretacji. Symbol przemijającego czasu niczego nie narzuca, jest oknem otwartym na wszechświat, uprzywilejowanym nośnikiem prowadzącym do działania podporządkowanego rozmyślaniu. Każdy człowiek postrzega skutek doznanego dobra czy zła i w sobie znany sposób – naturalny je ocenia. W ten sposób pragnie poznać jego przyczynę. Zdolność naszego postrzegania nie ogranicza się do tego, co cząstkowe, pojawia się w nas pragnienie poznania powszechnej i ostatecznej przyczyny wszystkiego, co istnieje, czy istniało. Naszej współczesnej, dzisiejszej mentalność skłonne jest takie wyjaśnienie głównego motywu – dlaczego ciągle szukamy…. Wielu szuka i pasjonuje się historią. W obecnym i ostatnim stuleciu ostatnich modna stała się „polityka historyczna” polegająca głównie na fałszowaniu i przekłamywaniu historii. Stała się wręcz pewną domeną. Czytając książki z różnych okresów jest to bardzo zauważalne i prawdę mówiąc nie przeraża mnie to, bo wiem jedno – że historii nie da się oszukać. Najogólniej mówiąc w literaturze historycznej ten trend „polityczny” dotyczący masonerii jest bardzo niejednoznaczny i panuje duży chaos wiedzy na jej temat. Publikacji – dużo – bardzo sprzecznych, czasami dziwnych i niedorzecznych. Pytanie dlaczego tak jest ?Odpowiedź jest jedna – masoneria to organizacja, o której dlatego niewiele wiadomo, ponieważ celowo ukrywa prawdę o swojej ideologii, celach i sposobach działania. Dostęp do niej mają tylko wtajemniczeni. Czy da się przeniknąć ten nimb tajemnicy? Część I. Są jak dwie strony księżyca – jaśni i ciemni. Są dziwni, budzą strach, ale jednocześnie dziwnie pobudzają naszą wyobraźnię. Boimy się ich wiedzy, ale korzystamy z niej codziennie….- może podziwiamy ich geniusz?Byli i są – w naszej kulturze europejskiej – wyryli kolebkę światła i … ciemności. Byli zawsze w ukryciu – tacy zamknięci – jak ciemna strona księżyca…. Jest ich na świecie prawie osiem milionów, wśród nich lwia część to mężczyźni. Zrzeszeni są w kilkuset niezależnych związkach lóż, zwanych „obediencjami”. Największa grupa braci w fartuszkach działa w Stanach Zjednoczonych – ponad 5 milionów – w 1500 lóż. W historycznej kolebce ruchu – Wielkiej Brytanii – żyje przeszło milion inicjowanych do wolnomularstwa, a w samym tylko Londynie jest 1700 lóż. We Francji, gdzie loże od połowy XVIII wieku na trwałe wpisały się w społeczny pejzaż – stanowią już tylko sześćdziesięciotysięczną grupę. W Niemczech loże liczą 45 tys. członków, we Włoszech – 30 tys., w Norwegii zaś – 20 tys. W Polsce – obecnie jest kilkaset członków, którzy są zrzeszeni w pięć lóż: Wielka Loża Narodowej Polski, Wielki Wschód Polski, Międzynarodowy Zakon Mieszany „Prawa Człowieka” i loża Gaja Aetarnai Prometea. Dwie pierwsza przyjmują samych mężczyzn, trzecia jest lożą mieszaną, a dwie ostatnie są lożami żeńskimi. Wbrew pokutującej tu i ówdzie opinii, loże masońskie nie są organizacjami tajnymi. W krajach, w których działają, podlegają ogólnym przepisom o organizacjach społecznych lub religijnych. Jednak i dziś – tak jak w czasie narodzin ruchu około połowy XVII w. – atmosfera tajemniczości otacza wolnomularstwo, jego cele i zasady. Nic w tym dziwnego, skoro masoneria odgrodziła się od profanów dość szczelnym murem dyskrecji i obowiązku milczenia. Tajemnica rozciąga się jednak jedynie na niektóre wewnętrzne sprawy lóż – na rytualną część zgromadzeń. Cała reszta: składy osobowe lóż, struktura organizacyjna i zasady działania, wreszcie fundamenty filozoficzne i programy działania należą do jawnej sfery „sztuki królewskiej” – jak sami masoni nazwali swój ruch. Wiedza o masonerii opiera się na mitach. Powszechnie uważa się, że masoneria to tajna organizacja dzierżąca władzę nad światem. W Polsce demonizowana i otoczona aureolą bulwersującej tajemnicy. A przecież to właśnie wolnomularstwu Polska zawdzięcza wiele największych osiągnięć: od reform Sejmu Czteroletniego i Konstytucji 3 Maja po tradycję liberum conspiro. I świętujemy. Hymn i dzień flagi – 3 maja . Niestety wielu naszym rodakom nie po drodze ze światłością i wiedzą. Deficyty wykształcenia są aż nadto widoczne. Jeśli do tego dodamy ilość książek przeczytanych w ciągu roku przez statystycznego Polaka , to nie ma się co dziwić intelektualnej aberracji ( 35 % czyta jedną książkę rocznie…) Takie czasy.   Politycy ( kościół też) rozpływają się w zachwytach nad jej znaczeniem – Konstytucją 3 maja. W świetle wydarzeń ostatnich lat – dla mnie sfałszowanym, mizernym, upolitycznionym, służącym nie społeczeństwu,tylko chęci posiadania władzy. Oczywiście jej treść i prawa ulegała w czasie różnym zmianom – ale jej symbol znaczenia – nie. Ciekawe w tym wszystkim jest to, że twórcy, autorzy tekstu wspomnianej konstytucji ( 3 maja) to masoni. Ktoś powie – jak to? Ale takie są fakty. Król Stanisław August Poniatowski był masonem wysokiego poziomu, jego główny doradca, ksiądz Scipione Piattoli też mason, marszałek ówczesnego Sejmu Stanisław Małachowski – mason, główni autorzy Ignacy i Jan Potoccy to też masoni – jeden z nich był wręcz Wielkim Mistrzem. Nawet ówczesny prymas Michał Poniatowski był masonem. Hugo Kołłątaj i jedna czwarta posłów to także masoni. Oni napisali i przyjęli (w delikatnie mówiąc nieuczciwy sposób) Konstytucję 3 Maja. Jeśli dodamy do tego autora polskiego hymnu ( często obecnie śpiewanego na sali sejmowej…) – Józefa Wybickiego również masona i jednego z bohaterów hymnu

W KRĘGU CYRKLA I WĘGIELNICY Dowiedz się więcej »

WERONA,JULIA i JA

Zapraszam na zdjęcia i muzykę H. Manciniego – wszystko bardzo romantyczne. Piękna i smutna historia Romea i Julii, przepiękne miasto. Idealne na romantyczną podróż w Dniu Zakochanych. – Marzanna Leszczyńska Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film z muzyką.  Lubniewice i szlak Michaliny Wisłockiej wypadają topornie i mało romantycznie w porównaniu z Weroną i Domem Romea i Julii. Cóż… Byłam tam w 2015 r. Chciałam powtórzyć tę wizytę rok temu, będąc przejazdem. Jeden dzień był zaplanowany na Weronę, ale pechowo cały dzień padał silny deszcz, nie dało się wyjść z samochodu. Pojechaliśmy dalej… Historię Romea i Julii Wiliam Shakespeare zmyślił. Wszystko: balkon, pokój Julii, dom, wszystko jest sztucznie stworzone w Weronie. Ludzie o tym wiedzą, ale jadą tam zobaczyć coś czego nie było, ale za czym tęsknią ,o czym marzą. Zostawiają na ścianie napisane imię swojej ukochanej osoby , pewnie wierzą, że to będzie miłość wielka i na zawsze. Jak ta ściana jest zapisana gęsto, jakie to robi wrażenie… To osobliwe grafitti. Jest piękne choć kontrastuje z cudownym domem, balkonem, łóżkiem, zdjęciami Julii. Tłoczno tam jest, ale niezwykle… Ktoś stworzył iluzję, udało mu się. Żyjemy w czasach w których brakuje romantyzmu. Jak to dobrze, że są historie i miejsca, które przypominają o jego istnieniu. Czytelniku! Jeśli życzysz sobie nas wesprzeć w zamian za wytrwałe głoszenie prawdy, zachęcam na wejście na stronę https://patronite.pl/idealzezgrzytem.pl i założenie konta, aby nam pomóc działać aktywnie, rozwijać kanał, umożliwiać realizowanie nowych projektów jak np. tłumaczenie artykułów na obce języki.

WERONA,JULIA i JA Dowiedz się więcej »

POKÓJ Z ZIMOWYM WIDOKIEM NA MORZE

O zimowym przebywaniu nad morzem, Rewalu i mieszkaniu na klifie – zdań kilka – Marzanna Leszczyńska Wraz z porami roku – w tym samym miejscu – zmienia się tak wiele. A żywioły, które towarzyszą wszystkim czterem porom roku, potrafią zmienić geografię terenu, dlatego trzeba się cieszyć każdym zdjęciem. Przyszłość niedaleka potrafi ci udowodnić, że zdjęcie, którego nie chciało ci się pstryknąć, zatrzymało coś czego już nie ma, a nigdy nie przyszłoby ci do głowy, że tak będzie, że to unicestwienie nastąpi tak szybko. Zapraszam do obejrzenia – poniżej- filmu z zimowymi zdjęciami Rewala i mieszkania na klifie z muzyką. Naciśnięcie czerwonego kwadracika z białym trójkącikiem uruchomi film. Zimową porą Rewal jest inny niż latem, z zamkniętymi sklepikami, piekarenkami, kawiarniami, kramami, smażalniami ryb wydaje się jakby był niezamieszkany, jakby wszyscy wyjechali. Tak przecież nie jest. Funkcjonuje „Kalifornia”( prężna restauracja nad samym morzem), artystyczna galeria „Siedem”, położone na brzegu miasta dyskonty handlowe, kościół. Znakiem, że jest tu ktoś jest dający się słyszeć hałas młota pneumatycznego lub inny warkot urządzenia na budowie, ponieważ rozpoczętych prac nowych apartamentowców jest wiele, nadzwyczaj wiele. Wszyscy są ciągle zdumieni tymi inwestycjami, ich powodzeniem , bo czasy są niepewne tak jak pogoda nad polskim morzem. Rewal taki bezludny wcale znowu zimą nie jest, bo gdy tylko zaświeci słońce , nawet nie wiesz skąd i kiedy pojawia się na plaży tak wiele ludzi spacerujących. Gdy jest sztorm – nie jest inaczej. Amatorów obejrzenia tego żywiołu nie brakuje. Znam takich, którzy jadą extra z Gorzowa Wlkp. na ten spektakl natury. Jeśli lubisz spokój to pora na Bałtyk jest idealna. Przed Świętami Bożego Narodzenia miasteczko jest jak przygotowane do tego, abyś poczuł się jak Kevin sam w domu. Zdarzają się dni ze śniegiem. Czapy śniegu, miasto lśni dekoracjami, nie ma ruchu ulicznego, bez wiatru. 30-letni Artur, który oddał swoje dzieci pod opiekę i wrócił do pokoju na klifie spacerkiem ze sklepu – pierwsze słowa jakie wypowiedział po przestąpieniu progu były: ” Nie mogłem sobie niczego lepszego zafundować na tym pobycie jak ten spacer. Czułem się jak Kevin sam w domu”. Nie tylko śnieg, spokój, bezludzie, słońce mają swój czar. Wiem, że żadnego spaceru do tej pory nie pożałowałam. Zawsze czekała mnie nagroda. W ciągu 2-godzinnego spaceru może wydarzyć się wiele: zmieniają się kolory nieba, chmury układają się przedziwnie. Zdarzyło się niebo przecięte pionowo na pół, w tym jedna połowa ciemna zasnuta czarnymi chmurami, z których sypnął śnieg jak z rozerwanej poduszki przez krótką chwilę, a zaraz potem pionowa linia zniknęła i pojawił się zwyczajny krajobraz. Niespodzianką są te wszystkie „rzeczy”, które wyrzuca morze : korzenie; fikuśne kije; ciemnozielone wodorosty, które wyrzuca morze i rozkłada jak falbanki na plaży, dodatkowe ślady zarysowanych fal; muszelki; kamyki, bursztyny. Śnieg na plaży nie jest częsty. Nigdy nie żałowałam, że zmarzłam, zmokłam. Nagroda przerasta niewygody. Tym bonusem są endorfiny szczęścia i radości. Po prostu chce się żyć. Stare wille, domy w Rewalu wyglądają zimą jak domy, które robią furorę w grupie na fb ATMOSPHERIA albo ABANDONED PLACES. Doceniam, że jestem w miejscu, gdzie panuje różnorodność. Jest nie tylko nowe, ale też stare, pojawia się historia, pełnia, a to zdecydowanie więcej niż w zamkniętym ośrodku wypoczynkowym, jakie teraz wyrastają na wybrzeżu jak grzyby po deszczu ( takie same). Czasem, gdy idę po klifie z Trzęsacza do Rewala – zadaję sobie pytanie co też się tutaj musiało dziać? Gdy widzisz jak trawa na klifie wymieszana jest z piachem – wyobrażasz sobie armageddon -jak mocno musiało wiać i jak szalał piach w powietrzu… Uruchamiają wyobraźnię nowe góry piachu przy klifie, dziwnie ukształtowane; woda, która podchodzi pod granitowe głazy, które latem były tak daleko od morza. Gdy nie mam ochoty, czy też siły na wyjście nad morze – zawsze mogę patrzeć na nie przez oszkloną ścianę pokoju w willi na klifie. Tutaj też widać jak zmienia się niebo, jak faluje morze, słychać szum morza. Nie ma znaczenia czy pada śnieg, deszcz, nie widać słońca, świeci słońce, ponieważ wszystko to jest równie piękne – bo naturalne.  Apartament Marzanna w willi na klifie tel. 530-786-021 Marzanna Leszczyńska

POKÓJ Z ZIMOWYM WIDOKIEM NA MORZE Dowiedz się więcej »

Sylwester po egipsku

Oprócz wrażeń ze spędzonego Sylwestra – inaczej niż w Polsce- jest tu poruszanych dużo kwestii, spraw, do których podeszłam z humorem i dystansem. Nie polewaliśmy się tam szampanem tak jak w Zakopanem ( jak w słynnej piosence znanej z Sylwestra Marzeń) i dlatego być może Egipt jest tańszy niż Zakopane…..Oczywiście żaden to heroizm z mojej strony wyjechać tam i spędzić tydzień, nawet w tych niespokojnych czasach. Zapraszam na muzykę, taniec i zdjęcia z atrakcyjnego miejsca jakim jest El Gouna. Jest też niespodzianka czyli podróż w przeszłość do wspomnień, wyobrażeń o Egipcie 8-letniego chłopca, którą przygotował w drugiej części dr Robert Wójcik. Właściwie jest to dłuższy komentarz pierwszego czytelnika tego artykułu. Dwie podróże w to samo miejsce, ale jakże różne. Marzanna Leszczyńska Wylatywanie z Polski na Sylwester 31 grudnia do Egiptu jest z pewnością szalonym pomysłem. Twierdzę to dziś z całą pewnością, a już planowanie takiego terminu z premedytacją, aby podkręcić wrażenia i emocje jest dużą nieroztropnością. Po pierwsze – emocji i wrażeń jest i bez takich planów wystarczająco dużo. W moim przypadku termin taki uparł się wypaść sam, mimo , że celowaliśmy w inny termin i dużo wcześniej. Szkoda wspominać porażkę, pech – koniec. Po drugie Sylwester to wyjątkowy czas, każdy chce go przeżyć wyjątkowo, spokojnie, a tymczasem podróżując w tym dniu można gdzieś utkwić i to w nieciekawym miejscu. Samolot, w którym już siedzieliśmy okazał się mieć awarię jednego z systemów, którego nie dało się naprawić. Przygotowanie następnego i przesiadka spowodowała 3-godzinną ”obsuwę”, a przede wszystkim zmąciła mój spokój i brak stresu związanego z lotem, który tym razem mi wyjątkowo nie towarzyszył. Błogi spokój ulotnił się błyskawicznie, za to napięcie wróciło. Siedząca za mną 8-letnia Lucynka, która podróżowała ze swoim tatusiem- pilotem, rozbrajająco – co tu dużo mówić – niepokoiła: „ Tato, a miałeś kiedyś takie coś, że samolot Ci się nagle..na przykład…zaplątał?”. Cztery godziny lotu ją nudziły, więc jak się skończyły m&m-ki to musiała sobie pochodzić, a nawet poskakać po samolocie. Jej tatuś na szczęście zgasił te harce, mówiąc, że zaraz zrobi dziurę w podłodze samolotu jak tak będzie skakała i wtedy to wszystko się na pewno zaplącze. W ogóle to ludzie mają chyba – stwierdzam-nerwy jak ze stali.Siedzący obok mnie gość czytał książkę o katastrofach lotniczych i nawet próbował się ze mną dzielić jej treścią jak to pewien pilot dzięki temu, że poinformował pasażerów, że sytuacja jest krytyczna, zaufał podpowiedziom i w ten sposób ocalił 2/3 załogi, a mógł przecież nie ocalić nikogo (tylko 1/3 się spaliła). .Bardzo pocieszające. Reszty szczegółów już nie chciałam poznawać. I śmiesznie i straszno. Ludziom to się wydaje, że ich nic nie dotyczy, a tylko innych… Nigdy wcześniej nie widziałam z okna samolotu w czasie lotu takiej ilości mijanych samolotów. Co nie spojrzałam w okno, to coś leciało w zasięgu wzroku. Pozostawiały za sobą białe smugi, które szybko znikały bez śladu, były jak warkocze, których sploty się rozluźniały i znikały jak marzenia o długich pięknych włosach u tych, którym nigdy nie wyrosną. Nie wiem, czy to już normalność, że jest takie zagęszczenie w ruchu powietrznym, czy też to właśnie ten szczególny dzień 31 grudnia taki jest, że nagle tylu ludzi pragnie jeszcze w ostatniej chwili roku gdzieś zdążyć, z kimś się spotkać, a może gdzieś uciec albo przed kimś, a może z kimś… El Gouna zwana egipską Wenecją będąca własnością najbogatszego Egipcjanina zachwyciła swoją urodą i egzotyką. Jak mawiają kite-surferzy, którzy tutaj mają raj do nauki tego sportu ( płytko, wiatr do lądu, ciepła woda) El Gouna jest wyjątkowa w Egipcie, stanowi „Egipt w Egipcie” a i cały Egipt różni się od innych krajów arabskich. Letnia aura dla nas Polaków przyzwyczajonych do zimowych krajobrazów na przełomie roku starego z nowym – mimo tego, że spodziewamy się jak będzie – jest po prostu dziwna. Ciągle towarzyszyło mi wrażenie, że coś jest nie tak, mimo świątecznego wystroju i nastroju muzycznego. To takie bezustanne pomieszanie wakacji z feriami zimowymi. Hotel zadziwił świąteczno – sylwestrowym wystrojem – muszę przyznać- wyjątkowo gustownym i nie przesadzonym. Można by się było spodziewać palm przystrojonych światełkami czy bombkami, otóż nic z tych rzeczy. Palmy są nie tykane, tak jakby ktoś chciał oznajmić: „To nie nasza tradycja, ale to co robimy to robimy dla Was szanując Was”. W Egipcie stawiane są choinki w tym czasie, tutaj one naturalnie nie rosną. W naszym hotelu stało coś na podobieństwo wieszaka czyli kij z paroma skrzyżowanymi deseczkami w dużych odstępach od siebie, a na tych deseczkach przyklejone było zielone coś udające igły. Na tym wieszaku rzadko rozwieszono bombki. Choinka skromna ale za to pod choinką leżały ogromne pluszowe renifery i czerwone gwiazdy betlejemskie. To raczej była artystyczna i oryginalna wizja drzewka świątecznego, bo poza naszym hotelem i na ulicach El Gouny było mnóstwo takich, które są bardzo podobne do tych u nas w Polsce. Za to główną dekoracją w holu hotelu był postawiony na środku potężny domek jak z czekolady taki jak z bajki „O Jasiu i Małgosi”. Stały też duże czekoladowe Mikołaje, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to inspiracja posągami z Luxoru. Generalnie to świeckie, świąteczne dekoracje. Z sufitu zwisała potężna siatka z tysiącami balonów i czekała na północ, bo właśnie wtedy zostały spuszczone, a dzieci, których było dużo miały zabawę w ich przebijaniu. I to były jedyne wybuchy i fajerwerki tego wyjątkowego Wieczoru Sylwestrowego. Wszystkie psy i zwierzęta nie miały stresu. Muszę przyznać, że moda na zwierzęta tak rozpanoszona w Polsce tutaj nie istnieje. W naszym hotelu nie było żadnych zwierząt, tak samo w mieście rzadko widuje się psy, nie ma też po nich żadnych śladów. Przy stolikach siedzą „dziecka” ,a nie „psiecka”. Czasem w mieście trafi się jakiś kot. Do mnie się nawet jeden przykleił, kiedy to w marinie popijałam sobie kawę przy stoliku, usiadł na moim krześle i ogrzewał mi plecy. Był rudy, leniwy, ale widać oswojony i zadbany. Przyjemnymi dekoracjami są na plaży układane z płatków kwiatów, czy kamyczków hasła typu: Happy New Year 2024, bo jest to czas , w którym dookoła ośrodka i domków hotelowych kwitnie mnóstwo cudownych i niesamowicie kolorowych, bajecznych kwiatów. Nie potrafię ich

Sylwester po egipsku Dowiedz się więcej »

PRABABCIA WSPOMINA SWOJĄ BABCIĘ

21 stycznia jest dniem wszystkich babć. W przedszkolach i wczesnych klasach szkolnych odbywają się występy wnucząt. A co robią dorosłe wnuczęta dla swoich babć? Odwiedzają je, przynoszą kwiaty, idą na groby, pamiętają w modlitwach. Ilu jeszcze się modli za nie? Moja mama Teresa, która doczekała się dwójki prawnucząt opowiedziała mi o swojej babci. Oto jej barwne wspomnienie o babci Stanisławie. Wiktoria Banach Moja mama Teresa w latach 60-tych. Autorka poniższych wspomnień. Urodziła się jeszcze w XIX wieku i całe życie 86-letniej Babci Stasi upłynęło we wsi Foluszczyki ( dzisiaj woj. kaliskie). Wyszła za mąż za Jana, który pochodził z Węglewic, wsi położonej niedaleko, a miała wtedy zaledwie 17 lat. Jej mąż Jan przed wojną pracował we Francji w cegielni. Ona też jeździła do niego tam często. Z tam zarobionych pieniędzy postawili sobie skromny domek na skraju lasu i w nim zamieszkali. Doczekali się 5-rga dzieci – 4-rech synów i córki Janiny (mojej mamusi). Jeden z jej synów zmarł wcześnie jako dziecko. We wsi Foluszczyki się urodziła, wychowała, potem przychodziły na świat następne pokolenia, część z nich wyjechała w Polskę, część wyprowadzała w pobliże po swoich weselach, ale są tacy co zostali do dzisiaj i założyli swoje rodziny, rozbudowali domy. Można powiedzieć, że jest ciągłość nieprzerwana rodziny. Dzisiaj mieszkają w Foluszczykach Jej pra pra wnuczki: Maja, Hania i Wiktoria – córki prawnuka Łukasza i jego żony Elżbiety . Całe życie spędziła w Foluszczykach jej córka Janina z Józefem, kontynuuje wnuczka Lilla z Jurkiem oraz syn Lilii Łukasz ze swoją rodziną. Czy Maja, Hania i Wiktoria tutaj zostaną? Nikt dziś nie wie, One z pewnością też nie wiedzą, bo chodzą jeszcze do szkoły podstawowej. Wieś Foluszczyki położona jest na skraju sosnowych lasów, a właściwie borów , niezwykle malowniczych, otoczona łanami zbóż i stanowi właściwie zbiór rozstrzelonych w odległościach domów z jedną drogą , niegdyś długo piaszczystą a teraz asfaltową i tzw. „rowu”, czyli rzeczki z zastawką, w której moczyły się w czasie upałów wszystkie, pobliskie dzieci. Jest to wieś, w której nigdy nie było kościoła, sklepu, szkoły. Zawsze były te rozstrzelone w odległościach domy z gospodarstwami. I tak zostało do dzisiaj, niewiele się zmieniło na przestrzeni 100 lat. Te lasy to zawsze było bogactwo borówek, grzybów i drzewa dlatego w tej wsi istniał ich skup. Te bory są niesamowite i przepiękne. Szumią. Ludzie, którzy się urodzili i wychowali w tych stronach, a którzy je opuścili zawsze tęsknili i ukochali te lasy. I przyjeżdżali, wracali, planowali te powroty regularnie z wielu atrakcyjnych miast Polski. Syn babci Stasi, a mój wujek był po 80-tce, ale często sam przyjeżdżał z Krakowa samochodem ,stawał przy ruinach swojego rodzinnego domu i mówił, że tęskni i musi tu być. Moja koleżanka ze szkolnej ławki, która wyjechała do Stanów Zjednoczonych w latach 80-tych, często do mnie dzwoniła i powtarzała przez telefon: ” Tu w Ameryce jest mi bardzo dobrze, dużo lepiej niż w Polsce mi się powodzi, a jedyne czego mi brakuje – to tego boru”. Babcia Stasia umiała czytać i pisać i bez wątpienia jeśli chodziła do szkoły to tylko podstawowej. Na pewno była osobą myślącą. Lubiła czytać i często czytała Biblię i ją znała. Potem prowadziła dyskusje z księdzem proboszczem. Zresztą na Jej pogrzebie w 1975 roku ksiądz wspominał o tych rozmowach o Biblii z nią, że potrafiła być odważna, miała argumenty i znała Biblię. Powszechne w tych czasach były tzw. wędrówki po domach Świadków Jehowy. Legendy krążyły po wsi o tych odwiedzinach i ich praktykach nakłaniania do swojej wiary, które były podstępne, stopniowo wdrażane. Wielu ludzi dało się przez nich zmanipulować. Dyskusja z nimi i wielokrotne spotkania kończyły się w wielu domach na ściąganiu obrazów ze ścian z Matką Boską i ich deptaniu przez ich właścicieli(??!!). Dlatego wielu mieszkańców Foluszczyków po prostu unikało kontaktów z nimi, nie wpuszczało ich do domów, bo wiedzieli, że nie będą umieli obronić swojej wiary. Babcia Stasia się wyłamała. Wpuszczała do domu Świadków Jehowy, dyskutowała z nimi, ale potrafiła wykazać, że racji nie mają. Nie ukrywała też, że z nimi rozmawia. Wielu ludzi uważało, że to nie przystoi z nimi rozmawiać, wstydziło się przyznać do kontaktu z nimi. Ale nie babcia Stanisława. Księdzu proboszczowi, który odradzał Jej się z nimi kontaktowania odpowiadała: ” Ale dlaczego? Przecież to też są ludzie, są grzeczni i trzeba umieć z nimi rozmawiać.” Po powrocie z Francji mąż babci Stasi zajął się handlem sacharozą, którą kupował od przemytników z Niemiec. Zaczęli też uprawiać pole, o które wystarała się babcia Stasia sądownie, ponieważ babcia Stasia uważała, że się jej należy. Miała braci, którzy uważali, że ponieważ są facetami to pole mogą dziedziczyć tylko oni, a kobiety nie mają prawa własności. Ona uważała inaczej, założyła sprawę w sądzie i część, która się Jej należała została Jej przyznana. Potem dokupili z dziadkiem jeszcze dodatkowy kawałek pola, mieli też krowę i konia, kury, kaczki, indyki i własny ogródek z warzywami. Ze swojego gospodarstwa się utrzymywali. Las dawał możliwość zarabiania, kto posiadał konia – woził drzewo. Babcia Stasia miała duże poczucie humoru. Kiedyś w latach 50-tych, a były to bardzo biedne lata na wsiach, cukierki były dużym rarytasem w Święta przebrała się tak, że nikt jej nie poznał we wsi. Wcześniej sprzedała dużo jaj, które uskładała od swoich wychodowanych kur, zakupiła cukierki, zarzuciła worek na plecy, chodziła po wsi obdarowując ludzi tymi cukierkami. To była duża niespodzianka, radość, nikt się dowiedział kto to był. Uważała, że powinna pomagać swojej jedynej córce, bo w naszej rodzinie było 5-cioro dzieci, a tatuś szybko zaczął chorować na żołądek i po prostu było biednie. Pomagała Jej w ten sposób, że kupowała mojej mamusi ładne ciuchy od czasu do czasu. Na załączonej fotografii widać Jej córkę, a moją mamusię w eleganckiej czarnej sukience i białych rękawiczkach, to był strój od niej. W środku jest babcia Stanisława, a z lewej strony jeden z Jej trzech synów. Była estetką i widziała, że Jej córka też jest. Miała zamiłowanie do porządku w domu. U niej widziałam piękną pościel, nikt takiej nie miał bo w czasach siermiężnej komuny nie było takiej w sklepach. Gdy zapytałam kiedyś: „Babciu, skąd masz

PRABABCIA WSPOMINA SWOJĄ BABCIĘ Dowiedz się więcej »

MIERZĘCIN PRZED BOŻYM NARODZENIEM 2023 ROKU

Mimo nie zimowej aury nastrój w Mierzęcinie w Pałacu wyczarowany jak zimą. Tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia zdecydowanie po wodzie. Ale czy to ważne? Zapraszam na zdjęcia, muzykę świąteczną i dekoracje świąteczne. Marzanna Leszczyńska To już 10 artykułów i słuchowisk o nowej historii Pałacu w Mierzęcinie według wspomnień dr Roberta Wójcika na www.idealzezgrzytem.pl a wszystkie w jednej kategorii: https://idealzezgrzytem.pl/category/mierzecin-wedlug-wspomnien-dr-roberta-wojcika/

MIERZĘCIN PRZED BOŻYM NARODZENIEM 2023 ROKU Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry