Co z tą „Pandorą”? -porady złotnika

Zapraszam na rozmowę ze złotnikiem Janem Paluszkiewiczem o bransoletkach „Pandora”. Nosić , nie nosić, kupić, nie kupić, właściwie to co sądzić ??? Oto są pytania. Taka wiedza przyda się każdemu – Marzanna Leszczyńska Na zdjęciach :Marzanna Leszczyńska i Jan Paluszkiewicz Marzanna Leszczyńska: Podobają mi się bransoletki „Pandora”. I tutaj pojawia się pewien problem, bowiem zauważyłam, że sprzedawcy czy złotnicy nie zachwycają się „Pandorą”. Parę razy przyszłam do jubilera po „Pandorę” wyszłam z czymś innym, bo mi ją odradzono i przekonano do innej biżuterii. Zaczęłam się podejrzewać o chamski gust. Chciałabym poznać Twoje prywatne zdanie na temat „Pandory”jako złotnika – artysty, który nie jedno widział, nie jedno wie na temat biżuterii. Jan Paluszkiewicz: „Pandora” to jest nowy produkt. Sprawa jest indywidualna. Mam klientki, które wręcz nienawidzą „Pandory”, ale mam i takie, które ją uwielbiają, są w niej zakochane i najchętniej nosiłyby ją na obu rękach co się czasami zdarza. Jako złotnik mogę powiedzieć, że jest to jedna z porządniejszych bransoletek wśród tych popularnych. Są też robione na zamówienie, specjalnie, robione dla „idiotoopornych” z trzema zabezpieczeniami ( jak otworzy się jedno zapięcie to są jeszcze dwa inne). „Pandora” ma dobry zamek – mówię o oryginałach. Miałem w rękach podróbki i naprawiałem je. Odlew w oryginałach ma stalową blaszkę, która bardzo dobrze trzyma, podróbki już nie mają tego wzmocnienia, dlatego ta bransoletka szybko się urwała, która na dodatek była złota. Oryginalne „Pandory” się nie psują, zapięcie jest dobre, a jeśli już się zepsują to są naprawialne. Nawet jeśli końcówki, które się wkłada do środka się wytrą, to można je dosyć łatwo zlutować. To już jest plus dla „Pandory”. Marzanna Leszczyńska:Jak kompletować „Pandorę”,aby był efekt „Łał”, z klasą i gustem? Widywałam ręce przystrojone „Pandorą”, które przyciągały wzrok i takie, które krzyczały:”Oj, coś tu jest nie tak!”. Jan Paluszkiewicz: Nie polecam zakładania na tę bransoletkę dużo zawieszek. Panie mają tendencję do przeładowania, do przerysowania – w efekcie wygląda to odpustowo. Nie wszystko co jest wielkie, świeci się i ma dużo kamieni jest dobre. Duża ilość kamieni przy takiego typu wyrobach, które są narażone na uderzenia, a kuliste kamienie na zniszczenie i zużycie nie jest najlepszym pomysłem – tu trzeba przemyśleć jak je dobrze dobrać. Zresztą są różne upodobania. Jedni lubią żeby było delikatnie, inni żeby błyszczało i tych jest znacznie więcej. Z doświadczenia widzę, że panie nie słuchają tego co radzę i przy następnym zakupie kamienie są jeszcze większe. Marzanna Leszczyńska:Jeśli masz do wyboru „pandorę” i inne bransoletki to co wybierzesz? Jan Paluszkiewicz: Dla siebie kupiłbym coś z rzemienia ze srebrnymi bądź złotymi oprawkami. Nie jestem kobietą i nie noszę biżuterii. Ale jeśli pytasz co wybrałbym dla swojej kobiety, czy jakiejkolwiek koleżanki, która mnie prosi o radę to uważam, że ja tutaj jestem nieważny. To ona ma być zadowolona więc i ona powinna wybrać, a więc ja proponuję do wyboru a ona mówi co się jej z tego podoba. Jeśli już wybierze, to wtedy uświadamiam ją czy będzie musiała niedługo ponosić dodatkowe koszty z rychłą naprawą, a nawet wyrzuceniem czy przetopieniem. Ja widzę co jest byle czym a co warto kupić. Przeważnie wszyscy widzą tylko to , że coś się podoba. Podsumowując jeśli mam dwie równorzędne rzeczy, to je oceniam wtedy po urodzie czyli: projekt, finezję, oryginalność. Marzanna Leszczyńska: W „Pandorze” nie ma finezji? Jan Paluszkiewicz: Nie ma finezji na pewno. Sam pomysł jest oryginalny dlatego, że daje właścicielce możliwość aranżacji, kreacji swojej wizji, upodobań. Jeśli chcesz się wyróżnić to „Pandora” jest wtedy dobra. Nie chcę broń Boże reklamować tego wyrobu – doceniam jego pewne walory i zarazem dostrzegam też wady, bo to ciężka biżuteria więc nie każdemu pasuje. Marzanna Leszczyńska: Jakie osoby nie powinny nosić „Pandory”. Komu ona nie pasuje? ,Jan Paluszkiewicz: To jest pytanie z gatunku czy dana osoba powinna jeździć samochodem terenowym czy „porschakiem” ? Jeśli pasuje do stylu życia i pracy to terenówka jak najbardziej dla – ogrodnika, leśnika, podróżnika, a „porschak” -dla „ artysty ”. Marzanna Leszczyńska: Do jakiego stroju nosić „Pandorę”? Jan Paluszkiewicz: Na pewno nie do eleganckiej czarnej sukni na karnawał. Może jeszcze w wykonaniu skromnej, sama bransoleta z czymś delikatnym, ale bez latających rzeczy pasowałaby…Tak w ogóle to „Pandora” jest dobra na co dzień. Nie jest to luksusowa biżuteria ani wyjątkowo piękna. Nazwałbym ją biżuterią użytkową. Trzeba ją dopasować do okoliczności, a zawieszkami można żonglować i nie trzeba nosić wszystkich, które posiadamy. Jeśli suknia będzie piękna, bez rękawów to „Pandora” będzie się wtedy bardzo rzucała w oczy. Jeśli miałaby być na wizyty – to na imieniny. Do pracy nadaje się w wersji delikatnej, niektóre zawieszki w niektórych zawodach nie będą pasowały i należy je starannie dobierać. Marzanna Leszczyńska: Dlaczego jest taka niechęć do „Pandory”? Mam wrażenie, że środowiska wysmakowane uważają, że to tylko moda. Jan Paluszkiewicz: Tak, to jest nowość, dobra jakościowo biżuteria. Nikt nie wie czy z czasem się obroni. Wkrótce pojawią się nowe pomysły, które być może ją przyćmią. Tak już jest, że to co było szczytem marzeń w latach 70-tych dzisiaj jest przetapiane na coś innego. Jak będzie z „Pandorą” trudno przewidzieć, niespodzianka. Marzanna Leszczyńska: Zdradzę Ci, że wprawdzie sama sobie nie kupiłam „ Pandory”, ale za to dostałam jej bazę w prezencie… Będąc na wyjeździe uległam emocjom chwili i kupiłam sobie na lotnisku pierwszą zawieszkę. Niestety czuję, że to „pudło”…Ale to byłby za długi wywiad z Tobą. Co zrobić z moją „ Pandorą” to byłaby rozmowa na drugą część wywiadu, ale tylko wtedy jeśli czytelnicy daliby znać, że ich to interesuje… Tak więc wielkie dzięki za rozmowę i być może -mam nadzieję – do zobaczenia w przyszłości.

Co z tą „Pandorą”? -porady złotnika Dowiedz się więcej »

Noc Świętojańska w Bogdańcu

Młyn, strumyk, wierzby głowiaste, olchy, ognisko, wianki, ludowa muzyka na żywo – to idealna sceneria na spędzenie Nocy świętojańskiej z autentyczną Janiną. Tak było w Zagrodzie Młyńskiej w Bogdańcu 20 czerwca 2024 r. Zapraszam na tekst i krótki film ( naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką uruchomi zdjęcia z muzyką) – Marzanna Leszczyńska Są imiona, które mają przywilej oryginalnego i swoistego rodzaju świętowania – że tylko pozazdrościć. Do takich imion należy Jan. Ciasto, kawa czy suto zasłany stół to za mało, za ubogo, aby świętować imieniny Jana, Janeczki, Janiny -jeśli mamy taką osobę w gronie znajomych. Zawsze w tym dniu myśli uciekały w kierunku odpowiedniej scenerii: lasu, strumyka, łąki, rusałek. Kwiat paproci wszak zakwita tylko raz w roku, tylko w imieniny Jana, w Noc Świętojańską. Ileż to opowieści, bajek, piosenek o tym… Zagroda Młyńska w Bogdańcu wpisała się znakomicie w święto Nocy świętojańskiej, bo młyn do tego pasuje idealnie. Całość stanowiła w tym dniu – miejsce jak z bajki. Paprocie w oknach, liście paproci na szybach, prace malarskie lokalnych twórców rozstawione w plenerze, ludowa muzyka na żywo, stosy bluszczu i kwiatów do zaplatania wianków, ognisko i autentyczna burza z deszczem na koniec spotkania…( nie taka straszna zresztą, przeczekałyśmy pod wiatą) i autentyczne rusałki – czegoż chcieć więcej. To miejsce pulsuje, żyje. Nie jesteśmy odgrodzeni sznurem od eksponatów – wchodzimy do młyna jak do pięknego, zadbanego domu. A kto nie chciałby tak zamieszkać na chwilę, spać na takim łóżku i pod taką pościelą jak tam, we młynie? Tęsknota została wzbudzona. Interesujące i barwne opowieści Pani Igi Borowskiej- Krajnik (opiekuna ekspozycji i przewodnika ) oraz Pana Józefa Wiatrowskiego ( który we młynie przepracował 40 lat) przybliżyły to miejsce historycznie. Dr Mirosław Pecuch również zaangażowany był tego dnia i do dyspozycji ciekawskich, odpowiadał na zadawane pytania. W obejściu kręciły się ubrane na ludowo panie i „świtezianki” w lnianych sukienkach i imponujących prześlicznych wiankach na głowach – jak z ginącego ruczaju. Zaangażowanie lokalnych mieszkańców i sympatyków tego miejsca było świetnym pomysłem. Jeśli się szuka ginącego świata, ocalałego jeszcze, który mamy gdzieś w pamięci, a który się tak szybko kurczy i znika to tutaj można go było znaleźć. Jak dobrze, że nie było dmuchanych zamków, cukrowej waty, grillów, muzyki typu w „Zakopanem polewamy się szampanem”, piwa… We wrześniu ubiegłego roku byłam na otwarciu Zagrody Młyńskiej w Bogdańcu – co opisałam na www.idealzezgrzytem.pl art: https://idealzezgrzytem.pl/2023/10/03/mlyn-w-bogdancu-otwarty/ . Od tego czasu minęły zaledwie miesiące, a tak wiele się zmieniło i się dzieje, są pomysły na życie tego miejsca i artystyczne pisanki już historycznego konkursu znalazły tutaj swoje miejsce ( miejsce zaszczytne i godne , a prezentują się tutaj oskarowo). Również można poczytać o pisankach: https://idealzezgrzytem.pl/2023/04/19/muzeum-gorzowskie-a-w-nim-pisanki-zapisane-swiaty/. Cieszy to, że są pomysły na życie tego miejsca, że na wakacjach, które właśnie się rozpoczynają będzie tutaj półkolonia dla dzieci. To miejsce wyzwala inwencję twórczą i uczy estetyki – tak szalenie potrzebnej w życiu. Zagroda Młyńska w Bogdańcu otrzymała nagrodę Ministerstwa Kultury im. Oskara Kolberga. SERDECZNIE JEJ GRALULUJEMY !. Jak widać rozpoczęła wakacje z przytupem… Marzanna Leszczyńska

Noc Świętojańska w Bogdańcu Dowiedz się więcej »

MIERZĘCIN I ZABYTKOWE POJAZDY 2024

Classica Mierzęcin z punktu widzenia ciekawskiej, która już trzeci rok z rzędu zjawia się na imprezie prezentuje się w jej oczach w 2024 roku o wiele okazalej, z nowym powiewem. Zapraszam na tekst, ale najpierw na krótki film ze zdjęciami i muzyką. Należy przycisnąć czerwony prostokąt z białą strzałką na obrazie poniżej aby uruchomić film – Marzanna Leszczyńska Sobota choć deszczowa i chłodniejsza absolutnie mnie nie zniechęciła, w końcu to prawie już lato i po co są parasole. Ktoś genialnie wstrzelił się marketingowo i handlowo i można było kupić czarny parasol z napisem Mierzęcin. Jestem szczęśliwą posiadaczką takowego – zakupiłam ( było jak znalazł, bo wszystko co było w domu – pogubione i połamane). Uwielbiam patrzeć na ludzi z parasolami, są ciekawsi niż bez. Prezenter Patryk Mikiciuk ( dziennikarz motoryzacyjny ale również współzałożyciel Muzeum Motoryzacji i Techniki w Otrębusach) hipnotyzował swoimi komentarzami i rozmowami z właścicielami prezentującymi swoje zabytkowe samochody. Słuchało się tego doprawdy z podziwem i taki prezenter chyba rozbudzi ciekawość każdego. A deszcz? A co tam deszcz… Stał się błahostką. Oglądaliśmy samochody Jamesa Bonda, patrzyliśmy na reflektory jak oczy krokodyla, widzieliśmy samochód z przebiegiem miliona kilometrów i jeszcze różne rzadko spotykane egzemplarze – po prostu ginący świat, który jeszcze nie zginął, przybliżył nam z genialną opowieścią Pan Patryk. Z prawdziwym dżentelmeńskim wdziękiem oznajmił gapiom spod ociekającego deszczem parasola, że mamy angielską pogodę – a na jego twarzy zarysowała się pogoda, bez śladu żadnego grymasu. Deszcz w końcu ustał, a atmosfera z angielskiej przerodziła się w niemiecką. Bohaterami tegorocznej edycji Classica Mierzęcin były nie tylko samochody ale również rowery, którym poświęcono rozbudowaną prezentację historyczną na tle niemieckich żołnierzy, ponieważ rowery służyły armii i były przystosowane do przewożenia pancerfaustów. Sporą atrakcją była moda czasów przedwojennych, wojny i lat 50-tych – niezwykle elegancka . Były interesujące pokazy mody, ale był też możliwy zakup garderoby z tych lat, która przyjechała z Berlina ( cena 200-300 zł np. za sukienkę). Dzieci miały możliwość pobawienia się zabawkami retro. Nie było znowu tak łatwo toczyć koło za pomocą drutu. Niedzielna aura, już słoneczna – sprzyjała spacerom dookoła stawu. Byli i tacy, którzy tańczyli przy grillowej altanie, bo muzyka na żywo grającej Charlstony kapeli – porywała nogi do tańca. Panie przechadzały się w kapeluszach i odświętnych kreacjach – co na tle stylowych samochodów i urokliwego pałacu w Mierzęcinie dało poczucie przeniesienia się i uczestniczenia w czasach minionych. Tak nie jest na co dzień. Kto nie lubi takich podróży w czasie? Warto korzystać gdy są takie okazje, a nie zdarza się to często. Mówi się o cudach świata, a jest nim kobieta w tańcu, koń w galopie czy żagle łodzi na wietrze. Ja bym jeszcze dodała, że może samochód retro na drogach wokół pałacu… I był taki widok. Na końcu samochody zrobiły rundę drogami w „lasku 12 dróg” i był to imponujący widok, gdy podniósł się kurz z drogi nie asfaltowej, tylko szutrowej… wśród zielonych pól, lasów i starych drzew. Moim marzeniem było by jeszcze jedno, aby móc popływać w drewnianej łodzi z wiosłami na stawku za pałacem. Niestety mijanka z potężnym sztucznym łabędziem na pedały to… czaru pryśnięcie… Marzanna Leszczyńska  

MIERZĘCIN I ZABYTKOWE POJAZDY 2024 Dowiedz się więcej »

BIEGIEM NA MONTE CASSINO

„Dzisiaj weszliśmy sercem na Monte Cassino” Słowa te padły na uroczystej mszy świętej , która zwieńczyła odsłonięcie tablicy na murach kościoła Najświętszego Serca Jezusowego przy ulicy Chodkiewicza w Gorzowie Wlkp. upamiętniającej 30- tą rocznicę biegu z Gorzowa Wielkopolskiego na Monte Cassino. Jedenastu uczestników biegu spośród dziewiętnastu przybyło na uroczyste spotkanie związane z odsłoną tablicy w dniu 25 maja 2024 r. Obecni byli członkowie rodzin oraz parafianie.

BIEGIEM NA MONTE CASSINO Dowiedz się więcej »

BAJKA O… JANKU I MAŁGORZACIE

Dzień Dziecka to czas spotkań, świętowania, deserów, prezentów, ale też czas wspominania swojego dzieciństwa. Dzieciństwo to zabawa i bajki. Piękne fotografie Marka Kaźmierskiego i bajkowy las na nich skierował moje myśli na ” Bajkę o Jasiu i Małgosi” o, której istnieniu dawno już zapomniałam. Teraz stanęła przede mną wyrwana z niepamięci jak żywa i właściwie to zamiast rozwodzić się nad tym, że współczesne bajki są inne niż te dawne to powstało rozważanie czyli „Bajka o Janku i Małgorzacie „. Adresatem tego rozważania mogą być wszyscy. – Marzanna Leszczyńska

BAJKA O… JANKU I MAŁGORZACIE Dowiedz się więcej »

WSPOMNIENIA DZIECKA Z GORZOWA WIELKOPOLSKIEGO LAT 90-tych

Rok temu na www.idealzezgrzytem.pl pojawiły się dwa artykuły, które ukazały się w związku z radosnym świętem jakim jest Dzień Dziecka, którego datę pamiętają chyba wszyscy. Były to wspomnienia o tym, jak bawiły się dziewczynki w latach 70-tych, a drugi o tym jak bawili się chłopcy w latach 60-tych. Cieszy fakt, że wtedy przyszło wiele ciepłych słów pod adresem tych artykułów: https://idealzezgrzytem.pl/2023/05/31/cos-w-rodzaju-dzieci-z-bulerbyn/ https://idealzezgrzytem.pl/2023/05/29/szczesliwe-dziecinstwo-zapisane-w-liscie/ Bardzo, ale to bardzo ucieszył jeszcze inny fakt, że znalazł się ktoś kto powiedział, ze warto ” pociągnąć” ten temat dalej i opisał swoje dzieciństwo, które przypadło na tata 90-te, a przeżycia związane są z miastem Gorzowem Wielkopolskim ( tamte opowieści nie są związane z naszym miastem). Autor zainspirował się poprzednimi artykułami i chce pozostać anonimowy. Zapraszam do lektury – Marzanna Leszczyńska AUTOR: Anonimowy Wspomnienia dziecka z Gorzowa Wielkopolskiego lat 90 – tych Urodziłem się w 1993 w postkomunistycznym Gorzowie Wielkopolskim na tzw. „Gierkowym osiedlu” na obrzeżach miasta. „Gierkówką”, „klockiem” nazywano sześcienne domy wybudowane w latach 70 – tych z płaskim dachem, które nijak miały się do wizerunków domów jednorodzinnych, jakie znaliśmy z przedszkola. Osiedle położone było pod wysoką skarpą i odznaczało się od innych w tamtym czasie mieszanką miejskości z wiejskością. Na jej szczycie rysowały się szare bloki, natomiast tuż pod nią był spory owocowy sad, oraz pasły się kozy. Od najmłodszych lat chodziłem do właścicieli sadu i kóz z kanką po kozie mleko, zupełnie jak czyniono to 20 lat wcześniej co znałem z opowieści moich babć. Początkowo na ulicy była nas piątka chłopaków: Daniel, Nikodem, ja, Kajtek oraz najmłodszy z nas Darek. Daniel był najsilniejszym i najbardziej cwaniakowatym z nas, Nikodem był absolutnym maniakiem militariów i wszystkiego co z nimi związane, przy okazji był moim najlepszym kolegą. Nikodem mieszkał z rodzicami i dziadkami, z którymi był bardzo związany, wiecznie chodził po ulicy obwieszony jakimś zabawkowym karabinem albo mieczem drewnianym, z hełmem na głowie, śpiewał żołnierskie piosenki, których znał mnóstwo – był grubszy i bardzo był przejęty tymi wojskowymi sprawami – myślałem, że zostanie żołnierzem. Kajtek był płaczliwym maminsynkiem , ale zyskiwał w zabawach we dwoje, w grupie już nie było tak różowo. Darek był śmieszkiem z głową pełną zwariowanych pomysłów. Każdy z nas był kompletnie inny, zdarzały się między nami kłótnie (szczególnie między całą grupą a Kajtkiem, lub między mną a Danielem), dokuczaliśmy sobie , ale koniec końców każdy wiedział, że znamy się od zawsze, mieszkamy obok siebie, i…jesteśmy na siebie skazani, a im więcej nas do zabawy, tym lepiej! Większość była jedynakami, którzy wiecznie wypatrywali innych do towarzystwa. Często do zabawy dołączały się do nas młodsze dziewczyny z osiedla: siostra Daniela – Dominika, Agnieszka, a w późniejszym etapie najmłodsza mieszkanka ulicy – Martyna. W wakacje, nasze szeregi zasilały również wnuki właścicieli sadu Stach i jego siostra Asia, oraz Mela – wnuczka „pani z ostatniego domku”- starsza przyjaciółka Nikodema. Mela była chłopczycą i miała takiego samego fioła na punkcie militariów co Nikodem. Choć byliśmy już pokoleniem znającym dobrze rozrywki wirtualne, nikt nie stawiał ich wyżej od wspólnego spędzania czasu na dworze. Były takie chwile, gdy na ulicy nie było nikogo – czas gdy w telewizji leciał japoński serial animowany Dragon Ball na kultowym kanale RTL7, oraz czas gdy nadawano „Gęsia Skórkę” czyli taki serial w konwencji horroru dla młodszych. Poniżej opowiem o pamiętliwych chwilach naszej wspólnej młodości. „Nasz lasek” Naprzeciwko mojego rodzinnego domu, była wielka, zarośnięta posesja państwa Szaraków. Spory pas zieleni, który rozciągał się od ulicy po ogrodzenie, wypełniony był wysokimi krzakami, topolami oraz klonami. To miejsce stanowiło centrum rozrywki naszego osiedla – nazywaliśmy je potocznie „Naszym Laskiem„. Lasek dzieliliśmy na dwie części – Amerykę oraz Rumunię. Nazwę „Rumunia” wymyśliłem ja, ponieważ był to najciaśniejszy i najtrudniej dostępny obszar lasku i skojarzył mi się z jakimś małym krajem. W opozycji do mojej „Rumuni” powstała „Ameryka” – ochrzczona tak przez Nikodema, jako obszar większy i bardziej przestrzenny. W tym małpim gaju mieliśmy wszystko, czego dziecko lat 90 – tych potrzebowało do szczęścia. Legowiska, szałasy, zagajniki, punkty obserwacyjne, schronienie przed rodzicami gdy wołali nas do lekcji, huśtawki z drzew oraz liany na, których można było poszybować odbijając się nogami od ogrodzenia Szaraków nad krzakami w stronę wyjścia. Wszystko fajnie ale…czyj właściwie ten lasek był? Kto miał prawo pierwszeństwa do przesiadywania w nim? Powstały dylematy, odpowiedzi nie było. Tak narodziły się wojny na jabłka. „Jabłkowe wojny” były naszą metodą rozstrzygania wszelkich sporów. Pierwsza dotyczyła „Prawa do Lasku”, więc toczyła się pomiędzy płotem mojego domostwa, a laskiem. W mojej grupie byli młodsi, tj. Kajtek i Darek, a grupę przeciwników stanowili Mela, Nikodem i Daniel. Nasza wygrana, nie byłaby możliwa, gdyby nie pomoc mojego przyjaciela z Gdańska. Drugi Daniel, jak go nazywano w czasach odwiedzin na naszym osiedlu, wpadł na pomysł by nacinać siekierą jabłka, by jeszcze szybciej przemoczyć przeciwnika. Potem w ruch szły brzoskwinie, gruszki oraz śliwki, następnie zgniłe owoce. Jako wygrani, przegoniliśmy starszych z Rumuni, ale pozwoliliśmy im zostać w Ameryce. Wojny na owoce jednak tak wszystkim się spodobały, ze prowokowaliśmy je średnio co tydzień. Z czasem „Jabłkowa Wojna” stała się „Coroczną wojną jabłkową” tak ją skwitował któregoś razu Kajtek, próbując dostać się z Martyną bezpiecznie do domu, przedzierając się przez jabłkowe gradobicie z każdej strony. Ostatnia odbyła się prawdopodobnie w 2005 roku i zakończył ją tato Kajtka przeprowadzając szczegółowe śledztwo, następnie były Jego skargi u rodziców a potem to już szlabany, „dywaniki” i długie rozmowy wychowawcze. „Dreszczyk emocji” Pierwszą tragedią osiedlową, było wykoszenie części krzaków w lasku przez sąsiadkę oraz pana Szaraka, który z nim graniczył ogrodzeniem. Z czasem zaczęliśmy zakradać się do jego posesji, co zawsze kończyło się braniem nóg za pas. Na terenie pana Szaraka grasowały spuszczone psy oraz jenoty, które pozbawiły życia niejednego mojego kota. Gdy usłyszałeś psa, były dwie opcje: albo zaraz zostaniesz pogryziony albo zaraz spod ziemi wyrośnie pan Szarak, który nie lubił gdy kręciliśmy się po jego terenie. Wyrastał dosłownie spod ziemi gdy tylko kogoś zauważył na swoim terenie. Tak naprawdę, nikomu z nas nie udało się podejść pod jego dom, a droga od Naszego Lasku, prowadząca przez gęste zarośla pod jego dom miała z 200 metrów. Przez lata wyobrażaliśmy

WSPOMNIENIA DZIECKA Z GORZOWA WIELKOPOLSKIEGO LAT 90-tych Dowiedz się więcej »

KAPLICZKA CUDÓW…W MIERZĘCINIE

Minęło 20 lat od poświęcenia wybudowanej kapliczki w otoczeniu Pałacu w Mierzęcinie. Stoi na skraju drogi, jednej z odnóg Kręgu Dwunastu Dróg wiodącej do polnej drogi wysadzonej starymi śliwami. Maj jest okazją do jej bliższego poznania. Zapraszam na krótki film – a w nim: fotografie kapliczki w Mierzęcinie, niezwykłe fotografie przyrody, wzruszający utwór muzyczny. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałka na obrazie poniżej uruchomi film. Jest tam – została poświęcona dokładnie 2004 roku – 3 maja. Nie będę pisał kto ufundował, czy kto ją wybudował. To skromni ludzie- nie chcieliby teraz, aby pisać o nich – niech zostaną anonimowi. Pan Bóg jest wszędzie, w każdym zakątku świata. Wszyscy mają inny wymiar jego postaci w kulturze różnych religii. Nie ma ludzi bez wiary. W mojej ojczyźnie – Polsce – stoją na rozstajach dróg, złotych polach i w leśnej zieleni. Są  krzyże przydrożne, kapliczki Madonny – symbol naszej wiary, co zdobią pejzaż naszej dziwnej ziemi. Wskazują Tobie którędy iść. I chcą Cię objąć ramionami swymi, słuchają twoich próśb i twego płaczu, trosk i nadziei. A ty zapominając po chwili o swojej gorącej modlitwie…. ciągle wędrujesz i wracasz do jakiejś dziwnej krawędzi, zapominasz po chwili co robiłeś, co chciałeś i w jakiej intencji … i gdzieś tam w wieczornych myślach mówisz sobie – przecież się modliłem , nie omijałem tej kapliczki i krzyży przydrożnych. Pamiętaj – to nie tylko symbole – to nasze uczucia i troski nasze, o które się modlimy codziennie i skrycie. Musisz mieć czystą duszę i dobre intencje. Ktoś na to patrzy z góry i ocenia Ciebie. Pamiętaj – ten ktoś ma wielkie serce i widzi Twe słabości i chwile zwątpienia po twojej osobistej, szarej chwili. Bądź szczery i prawy do końca, nie oszukuj siebie. Proszę … Przystań i zastanów się, chociaż przez chwilę. Czy idziesz po dobrej, czy też po złej drodze? Bo wyrw i manowców jest dziś pełno wszędzie – wszystkie bardzo strome brzegi mają – Wpaść w nie bardzo łatwo, a wyjść bardzo trudno. Drogi do niej zgubić nie można. Nigdy jej nie omijałem, nawet wtedy kiedy byłem już u kresu sił i wiedziałem , że koniec mej drogi. A Madonna w kapliczce pomogła mi w mej doli. Bardzo ciekawe …. Do dziś zachowała się tradycja budowy krzyży i kapliczek przydrożnych. Powstają na prywatnych posesjach, w bezpośrednim sąsiedztwie domów lub w miejscach ogólnie dostępnych. To przejaw naszej wiary i szacunku dla przodków, ale także pozostawienia potomnym śladu po czasach dzisiejszych. Tak … są wszędzie: na wsiach i ich skrajach, w ciszy leśnych duktów, na polach, otoczone falującym zbożem, na łąkach zatopione w polnych kwiatach, na skrzyżowaniach dróg i rozdrożach, w przydomowych ogrodach, nad rzeczkami i strumieniami. Ptaki na nie patrzą, kochają się i zakładają gniazda….. Jedne skromne, proste, inne rozbudowane, kolorowe. Zdawać się może, że są od zawsze i dawna. Stanowią trwały element polskiego krajobrazu, stanowiąc jego niezaprzeczalną ozdobę, będąc zarazem jego perłami. Są przede wszystkim znakiem wiary naszych przodków – mówię o kapliczkach starych. Są także elementem kultury i wierności tradycji. Często są świadkami historii tej ziem, świadectwem szczególnych, dziwnych wydarzeń. Wiele z nich, to najcenniejsze zabytki okolic, w których stoją. Rzeźbione w drewnie i kamieniu, malowane na drewnie, przybite do drzewa, zbudowane z polnego kamienia, usadowione w małych drewnianych lub murowanych domkach, stojące w niszach na drewnianych palach lub murowanych cokołach…. Dawały nadzieję, wskazywały drogę, chroniły przed nieszczęściami, utwierdzały w wierze, były zachętą do modlitwy – i wszyscy się modlimy po cichu – po prostu są. Przydrożne kapliczki, to nasze sumienie i nasze grzechy – „rozsiane w krajobrazie modlitwy ludu polskiego.” Fundatorami przydrożnych kapliczek były lokalne społeczności, parafie, rodziny szlacheckie i chłopskie. Różne były powody, że we wsi bądź okolicy pojawiała się kapliczka. Były wyrazem pragnienia obecności na miejscu Boskiego patrona i wiary, że swoją mocą uchronią wieś bądź rodzinę od chorób i nieszczęść. Często były hołdem dziękczynnym – modlimy się po cichu za łaski, za cudowne wyzdrowienie, za pomyślność, szczęśliwy powrót z wojny, tułaczki czy zesłania, za uchronienie od kataklizmów – ognia, powodzi, wojny czy też pomoru. Bywało, że były spełnieniem pokuty za popełnione grzechy – to dzisiejsze przesłanie dla wszystkich. A było ich wiele… czy ktoś wie jak wiele – no spójrzmy na swe życie – Czy jesteśmy bez grzechu, tacy dobrzy przyjaciele ? Te kapliczki są i były oznaką obecności Boga wśród tych małych, lokalnych społeczności – takich jak nasza. A dziś w czym My żyjemy ? Powiedzmy sobie szczerze. Odpowiedzmy sobie sami. Bywało, że kapliczkę stawiano w miejscu, które cieszyło się złą sławą – uroczysko, rozstaje dróg, wielkie głazy narzutowe – aby przepędzić stamtąd złe duchy, zmory i siły nieczyste. W przydrożnych kapliczkach najczęściej umieszczano figurę Jezusa Frasobliwego. Ta pełna bólu, troski i niedostatku postać Boga – Człowieka, nazywanego także Jezusem Bolejącym albo Miłościwym, doskonale współgrała z ciężką chłopską dolą. Bardzo często kapliczki poświęcano Matce Boskiej. Stawiano je głównie w miejscach lokalnych objawień Matki Bożej, w czasie których prosiła o postawienie w tym miejscu kapliczki. Takie kapliczki postawiono m.in. na Wiktorówkach w Tatrach, w Gietrzwałdzie, Dąbrówce Kościelnej koło Skoków i innych. Wynikało to z głęboko zakorzenionej wiary, że Matka Boża jest najlepszą Orędowniczką i Pośredniczką u swojego Syna Jezusa Chrystusa. Ponadto wynikało to z zaufania, jaką darzyły lokalne społeczności Matkę Boga. W kapliczkach najczęściej ustawiano figury Matki Bożej, dzieła lokalnych artystów. Przedstawiały one Matkę Boską Niepokalanie Poczętą, Szkaplerzną, Różańcową, Królową Polski. Czasami wnętrze kapliczek zajmował obraz Matki Boskiej w Jej Jasnogórskim Wizerunku. W kapliczkach umieszczano także figury świętych, którzy mieli strzec wsi, osady, dworu. Św. Florian strzegł od pożaru, Św. Jan Nepomucen strzegł od powodzi – stawiany w miejscowościach położonych nad rzekami, a także patronował rolnikom, chroniąc ich pola przed suszą czy gradobiciem, zmieniającym się klimatem – a Św. Roch i Św. Rozalia strzegli przed zaraźliwymi chorobami, które często przybierały postać dziesiątkujących mieszkańców epidemii. Św. Wawrzyniec patronował ubogim, których wówczas ( i dziś …) było bardzo wielu. Św. Benon patronował rybakom, Św. Jacek chronił przed kradzieżami i złodziejem, Św. Józef strzegł domowego ogniska i rodziny , a Św. Ambroży opiekował się pszczelimi pasiekami, mówiąc krótko pszczołami i ich złotem – miodem…. Przydrożne kapliczki są miejscem zaspokojenia indywidualnej lub wspólnej potrzeby modlitwy w różnych intencjach. Przechodzący koło

KAPLICZKA CUDÓW…W MIERZĘCINIE Dowiedz się więcej »

…KIEDY NIEMOŻLIWE STAJE SIĘ MOŻLIWE…NOWY BURMISTRZ DOBIEGNIEWA

Wstęp …. Po wyborach samorządowych w kwietniu 2024 roku – portal http://www.idealzezgrzytem.pl wpadł na pomysł, aby wybrać kandydatów, którzy startowali po raz pierwszy, aby podzielili się swoimi refleksjami z udziału w wyborach, mieli okazję zaprezentować się też z innej strony i podzielić się z wyborcami swoimi poglądami. Wywiady (nagrane) przeprowadzono w Gorzowie Wlkp. : z jednym kandydatem na radnego, który nie został wybrany, oraz z kandydatem na prezydenta miasta, który też nie został wybrany. Niestety nie ukażą się one, ponieważ Ci kandydaci w rezultacie nie udzielili autoryzacji. Zamilkli nie informując , że wycofują się z tego co powiedzieli. No cóż… zabrakło chyba szczerości, odwagi, kultury i szacunku- a przegrywać trzeba umieć. Chyba na takich kandydatów głosować nie warto. Te same pytania otrzymał jeden z kandydatów na stanowisko Burmistrza Dobiegniewa, który w pierwszej turze – przegrywał – ale w drugiej stało się „niemożliwe” … i ostatecznie wygrał. Odpowiedział na wszystkie pytania pracowicie, po prostu przesłał odpowiedzi pisemnie, znalazł czas mimo nowych obowiązków (pewno pisał po nocach…). Wróży to dobrze dla miasta i gminy Dobiegniew – widać solidność, dotrzymanie słowa i szacunek – to niezwykłe wartości. Cieszymy się bardzo i mamy zaszczyt zaprezentować : NOWEGO BURMISTRZA MIASTA I GMINY DOBIEGNIEW – PANA BARTOSZA JABŁOŃSKIEGO …… WYBORY SAMORZĄDOWE 2024 ROK Pytanie : Kim jest Pan mgr inż. Bartosz Jabłoński ? – Nowy Burmistrz Dobiegniewa – proszę opowiedzieć coś o sobie… długo…. Odpowiedź B. J. : „Nowy Burmistrz Dobiegniewa” to przede wszystkim autochton – z Ziemią Dobiegniewską związany od urodzenia czyli od 1986 r. Wychowałem się w wielodzietnej rodzinie, mając szczęście posiadania siostry i dwóch braci. Szczęście zwieńczone wspaniałymi rodzicami, czyli moją mamą Danutą i tatą – nieżyjącym już Markiem. Rodzice, podobnie jak ja, wychowali się tutaj i pracowali od najmłodszych lat. Mama przez bardzo długi czas realizowała się w roli pielęgniarki, pracując w lokalnej przychodni w Radęcinie, tata natomiast przez wiele lat związany był z PUK „Komunalni” oraz Zakładem Gospodarki Mieszkaniowej w Dobiegniewie. Ich praca powodowała, że problemy mieszkańców naszej gminy w naszym domu były zawsze na porządku dziennym, bo ciężko było przejść koło nich obojętnie… Myślę, że to już wtedy zostało zaszczepione nam przekonanie, że warto ludziom pomagać i starać się o lepsze jutro. To rodzice wychowali mnie i zaszczepili wartości, które z pewnością przyczyniły się do tego w jakim miejscu znajduję się aktualnie. Ja od życia dostałem naprawdę wszystko…cudowny dom rodzinny, edukację i wychowanie na najwyższym poziomie. Los sprawił, że poznałem moją cudowną żonę Dominikę z którą mam- zachowując niejako rodzinną tradycję – czwórkę wspaniałych i zdrowych dzieci. Ten sam los sprawił, że zostałem niedawno Burmistrzem Dobiegniewa i powiem szczerze – jest to dla mnie niesamowite wyróżnienie i jednocześnie sposobność do podzielenia się tą dobrą energią z innymi. Pytanie : Jest Pan najmłodszym Burmistrzem Dobiegniewa w jego powojennej historii – jak Pan to ocenia ? Odpowiedź B.J.: Mówiąc szczerze nie weryfikowałem tego faktu, ale myślę, że mój wiek czyli 37 lat, a dosłownie za chwilę 38 lat, w aktualnej sytuacji może być wyłącznie atutem. To taki okres życia, kiedy człowiek sercem znajduje się jeszcze w entuzjastycznej młodości, a umysł dostrzega już szersze znaczenie piękna życia i tego co w nim naprawdę ważne. Pytanie : Panie Burmistrzu – w pierwszej turze Pan przegrał – w drugiej – wygrał . Jak Pan to zrobił ? …. Sztukmistrz czy …. No właśnie – Co przesądziło o zwycięstwie w wyborach ? Odpowiedź B.J.: To z pozoru łatwe pytanie wymaga szerszego kontekstu. Analizując sytuację wyborczą miałem pełną świadomość faktu, że moje zwycięstwo w pierwszej turze jest praktycznie niemożliwe. Z matematycznego, a właściwie ze statystycznego punktu widzenia wiedziałem, że najlepiej dla mnie będzie jeśli w wyborach pojawi się jak najwięcej kandydatów na stanowisko Burmistrza – i tych w Dobiegniewie było 4 (czterech). Pierwsza tura wyborów była więc sprawdzianem, czy istnieje realne poparcie mojej kandydatury, pozwalające na wejście do drugiej tury. Można powiedzieć, że wspólnie z moim Komitetem robiliśmy sondy nastrojów, z których wynikało, że moja kandydatura cieszy się całkiem niezłym zainteresowaniem. Dało nam to przekonanie, że jest całkiem spora szansa na zrealizowanie niejako planu minimum, czyli doprowadzenia do drugiej tury wyborów – a tam już wszystko jest możliwe. Kiedy spłynęły do nas informacje o wynikach wyborów z 7 kwietnia wiedzieliśmy, że odnieśliśmy Pyrrusowe zwycięstwo, ponieważ doprowadziliśmy do drugiej tury wyborów – co było w Dobiegniewie sensacją, ale jako Komitet nie wprowadziliśmy żadnego radnego do Rady Miejskiej, ocierając się w kilku okręgach o zwycięstwo, a w wielu odnosząc bardzo dobre wyniki wyborcze. W przygotowaniach do drugiej tury entuzjazm studził trochę fakt, że przeciwnik w pierwszym rozdaniu osiągnął bardzo imponujący wynik – ale było w nas jakieś magiczne przeświadczenie, że los jest po naszej stronie. Pierwsza tura pokazała nam, że społeczeństwo jest mocno podzielone i oczekuje czegoś nowego. Każda rozmowa w trakcie kampanii naprawdę dodawała wiatru w żagle. Ja miałem to szczęście, że wokół mnie pojawiali się w jakiś przedziwny sposób bardzo życzliwi i naprawdę bezinteresowni ludzie, którzy wykazywali niesamowite zaangażowanie i wiarę w moje zwycięstwo. To z kolei napędzało jeszcze bardziej do działania. Zwycięstwo zarówno w pierwszej jak i iw drugiej turze, to nie jest zwycięstwo personalne Bartosza Jabłońskiego – to jest zwycięstwo wielu życzliwych ludzi, zaangażowanych bardziej lub mniej w kampanię oraz wszystkich, którzy poszli na wybory i zaufali, że w Dobiegniewie może być inaczej. Osoba nie będąca mieszkańcem Gminy Dobiegniew, z punktu widzenia inwestycyjnego i tego co na przestrzeni ostatniej kadencji zostało zrealizowane powiedziałaby, że rządził tu zaradny włodarz, który z pewnością dostanie mandat zaufania na kolejną kadencję…a jednak stało się inaczej…, a stało się tak dlatego, że nasze społeczeństwo dojrzewa, ewoluuje, obserwuje i właśnie poza tym wymiarem materialnym zrealizowanych inwestycji dostrzegło coś więcej, coś znacznie ważniejszego. To jest coś, czego nie trzeba nazywać, nie da się też tego kupić, ciężko się też tego nauczyć… to się po prostu ma i na szczęście większość mieszkańców Gminy Dobiegniew też to ma i tylko dlatego dane mi było odnieść ten wspólny sukces. Pytanie : Jak Pan ocenia kampanię wyborczą ? jaki Pan miał budżet na nią ? Proszę powiedzieć szczerze – ktoś Pana wspierał finansowo ? Odpowiedź B.J.:

…KIEDY NIEMOŻLIWE STAJE SIĘ MOŻLIWE…NOWY BURMISTRZ DOBIEGNIEWA Dowiedz się więcej »

Wierzba – drzewo łagodnej melancholii. Fotografie Marka Kaźmierskiego

Maj i wiosna w zenicie. świeża zieleń zamienia się w dojrzałą zieleń. Nie ma już kwiatów na drzewach. Nadchodzi lato i jego kolory. Zapraszam na wspomnienie wczesnej wiosny i jej utrwalenie w zachwycających fotografiach wierzby przydrożnej autorstwa Marka Kaźmierskiego z Nowin Wielkich – Marzanna Leszczyńska

Wierzba – drzewo łagodnej melancholii. Fotografie Marka Kaźmierskiego Dowiedz się więcej »

A gdy słońce było Bogiem…, zgasły światła – i pojawiła się zorza…

10 i 11 maja 2024 roku cała Polska zachwycała się i obserwowała kolorowe niebo takie jak co roku obserwują Norwegowie w Tromso ( ale nie w maju). Masa zdjęć została zrobiona. Okolice Gorzowa Wielkopolskiego oglądały to zjawisko, nawet z balkonów w mieście ludzie je obserwowali . Zewsząd zachwyt. Jednak są tacy, którzy zachwytu nie podzielili. Swoimi obawami dzieli się dr Robert Wójcik – zapraszam na artykuł – Marzanna Leszczyńska Zdjęcia „zorzy” w okolicach Świerkocina i Nowin Wielkich wykonał Marek Kaźmierski Dr Robert Wójcik motto : „Kiedy słońce było Bogiem” – czerpmy mądrość z historii…. jej nie da się oszukać. Dziś wracamy do źródeł. Nauka też – Dziś boję się ciemności….. Jakie to dziwne – kiedyś ludzie bali się zaćmienia słońca. Bardzo skutecznie to wykorzystywano. Dziś boimy się wiecznej ciemności – chyba, że nam tylko pozostanie światło zorzy, którą się upajamy….. Zorza polarna jest zjawiskiem świetlnym, które występuje głównie w okolicach bieguna północnego i południowego. Naukowa nazwa zorzy polarnej to aurora borealis w obrębie bieguna północnego i aurora australis w okolicach bieguna południowego.Zjawisko to powstaje, kiedy naenergetyzowane cząstki gazu wysyłane przez Słońce uderzają w górną warstwę atmosfery Ziemi z dużą prędkością. Planeta jest chroniona przed „atakiem” dzięki polu magnetycznemu. Przekierowuje ono cząstki w kierunku bieguna północnego i południowego, a cząsteczki wchodzą w interakcję z gazami znajdującymi się naszej atmosferze, powodując występowanie charakterystycznych, wielobarwnych świateł. Zorza polarna była widoczna nad Polską w nocy z piątku na sobotę : 10-11 maja 2024 roku. Niebo rozświetliło się setkami barw i noc nad naszym krajem była wyjątkowo bajeczna. Zachwyciła swoim kolorem i wyjątkowością. Widok przepiękny, lecz trochę niepokojący. Za zjawisko była odpowiedzialna burza geomagnetyczna klasy G5 – ekstremalna, najwyższej możliwej kategorii ( nie notowana od dziesiątek lat) – taka, o której będzie się mówiło latami i której będą poświęcone całe rozdziały we współczesnych książkach o astronomii. Koronalny wyrzut masy (ang. CME – coronal mass ejection) jest to wielki, często kilkukrotnie większy od Ziemi, silnie namagnesowany obłok plazmy, który z dużą prędkością wyrzucany jest w przestrzeń międzyplanetarną. To jeden z najważniejszych czynników kształtujących pogodę kosmiczną nie tylko w naszym układzie słonecznym. Silne CME stają się bardziej powszechne podczas maksimum słonecznego – szczytu 11-letniego cyklu. W tym czasie liczba plam słonecznych i rozbłysków słonecznych gwałtownie wzrasta, ponieważ pole magnetyczne Słońca staje się bardziej niestabilne. Jeśli słońce – nasz architekt świata jest niestabilne – to co możemy powiedzieć o naszej ziemi, która jest cząstką tego układu ? Co możemy powiedzieć o pogodzie kosmicznej otaczającej naszą planetę?   Pogoda kosmiczna nie jest czymś, o czym większość z nas myśli na co dzień. A szkoda. Naładowane cząstki i pole magnetyczne Słońca nieustannie przemierzają przestrzeń i zderzają się z polem magnetycznym Ziemi. Czasem zorze polarne wypełniają wtedy niebo światłem tańczącym wzdłuż tych linii pola. Jednak najbardziej ekstremalna pogoda kosmiczna ma miejsce wówczas, gdy Słońce wyrzuca miliardy ton naenergetyzowanych cząstek bezpośrednio w kierunku Ziemi, z prędkością dochodzącą do 3000 kilometrów na sekundę. A takie zjawisko mieliśmy właśnie teraz. Te zjawisko, znane jako koronalny wyrzut masy CME pochodzą z zewnętrznej atmosfery Słońca – jego korony – i mogą powodować intensywne burze geomagnetyczne, a przez to negatywnie wpływać na astronautów, satelity i statki kosmiczne. Burze geomagnetyczne mają miejsce, gdy pole magnetyczne Ziemi zostaje silnie zakłócone. Najbardziej ekstremalne z nich są generowane właśnie przez CME. Koronalne wyrzuty masy dosłownie pobudzają pole magnetyczne Ziemi, co może mieć także katastrofalne skutki – w zależności od ich wielkości i prędkości. Uważa się, że jeden z najintensywniejszych CME dotknął nas w ten sposób między 28 sierpnia a 2 września 1859 roku. Po około 18 godzinach od wystąpienia na Słońcu dotarł do Ziemi, wywołując potężną burzę geomagnetyczną. Zorza polarna była wówczas widziana nawet na dalekim południu, w tym i na Karaibach. Linie telegraficzne przepalały się, a komunikacja została zakłócona w różnych miejscach na całym świecie przez wiele godzin. Wcześniej już jednak obserwowano liczne plamy słoneczne, a 1 września tego samego roku angielski astronom Richard Christopher Carrington zaobserwował na Słońcu  rozbłysk, który później powiązano z powstaniem tego koronalnego wyrzutu masy. Dziś ta burza słoneczna znana jest pod nazwą zjawiska Carringtona – i takie właśnie zjawisko odnotowano ( chwała Bogu – że tylko zaobserwowano w postaci zorzy) w Polsce w końcówce pierwszej dekady maja 2024 roku. Powiedzmy sobie szczerze – Koronalne wyrzuty masy wywołują burze geomagnetyczne – zakłócenia w polu magnetycznym naszej planety – i mogą prowadzić do zakłóceń w sieciach przesyłowych energii elektrycznej, sieciach informatycznych, systemach elektroniczno- satelitarnych nawigacji wojskowej ( ba – nuklearnej) . Może wywołać tymczasowy blackout. Blackout, to potoczne określenie elektroenergetycznej i informatycznej awarii systemowej, na skutek której następuje przerwa w pracy systemu. Awarię taką definiuje się jako całkowity zanik napięcia w sieci elektroenergetycznej na znacznym obszarze i czasie. Cała niemalże współczesna cywilizacja bazuje na energii elektrycznej. Można powiedzieć, że jest ona podstawą naszej egzystencji. Wystarczy kilkugodzinna przerwa w dostawie energii elektrycznej, aby sparaliżować całe miasta, kraje, świat – a Świat miał już okazję przekonać się o tym kilkakrotnie….. Aktywność słońca rośnie – maximum ma osiągnąć w 2025 roku – to jest absolutnie pewne – poparte przez specjalistów, naukowców – którzy badają i śledzą to zjawisko. Nie wiemy co to będzie. A jak myślicie – Wy – Drodzy czytelnicy ? dr Robert Wójcik

A gdy słońce było Bogiem…, zgasły światła – i pojawiła się zorza… Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry