ŚWIETY GRAAL – LUBUSKIM ŚLADEM ???

Autor artykułu dr Robert Wójcik Czy Święty Graal istnieje i gdzie się znajduje? Czy w ogóle prowadzone są poszukiwania Świętego Graala i czy kielich Jezusa daje nadprzyrodzoną moc niczym kamień filozoficzny? Okazuje się, że zdaniem niektórych historyków, Templariusze mogli ukryć Święty Graal w Polsce – na terenie regionu lubuskiego. To sensacyjna wiadomość – jeszcze niczym nie potwierdzona, ale może prawdziwa. Święty Graal – historycy i poszukiwacze skarbów próbują go odnaleźć od setek lat. Czy kielich, którego użył Jezus Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy, naprawdę istnieje? A może opowieść o Świętym Graalu została zmyślona i to jedynie mistyfikacja, która zawładnęła naszą wyobraźnią? Przecież każdy poszukiwacz skarbów chciałby odnaleźć artefakt mający cudowną moc, zapewniający bogactwo i nieśmiertelność. A może mamy go pod nosem, patrzymy na niego, ale nie wiemy, że to właśnie chrześcijańska relikwia? Dwoje uczonych hiszpańskich twierdzi, że zidentyfikowali prawdziwego świętego Graala. Ale teorii związanych z tym tajemniczym kielichem jest wiele. Był związany z Całunem Turyńskim? Używali go pierwsi papieże? A może to wcale nie kielich, tylko księga lub pewna konkretna kobieta? Kielich zrobiony z agatu, złota i onyksu, inkrustowany szlachetnymi kamieniami, składa się z dwóch połączonych ze sobą czarek, jednej zwróconej do góry, a drugiej do dołu. Znany jest też jako kielich infantki Urraki (znajdujący się w tzw. panteonie romańskiej kaplicy grobowej), córki Ferdynanda , króla Leonu i Kastylii w latach 1037-1065. Po analizie egipskich źródeł pochodzących prawdopodobnie z XI wieku, gdzie mowa jest o pucharze z Grobu Pańskiego, naukowcy doszli do wniosku, że być może znajdujący się w hiszpańskim Leonie kielich to właśnie św. Graal. Jakie są inne opowieści związane z tym tajemniczym naczyniem?   Legendy czy mity, sensacje czy prawda ? Po raz pierwszy wzmianka o nim pojawia się w XIII wieku w dziele Roberta de Borona „Józef z Arymatei”. Zgodnie z tą wersją Józef po pogrzebie Jezusa otrzymuje od Piłata kielich, którego Jezus miał używać podczas Ostatniej Wieczerzy. Według jednej z legend do naczynia mężczyzna zebrał krople krwi Zbawiciela. Gdy Żydzi odkrywają, że w grobie nie ma Jezusa, to Józef zostaje oskarżony o Jego ukrycie, następnie uwięziony i głodzony. Zgodnie z tą wersją w więzieniu ukazuje się Józefowi zmartwychwstały Jezus. Zwraca mu kielich, który zabrali mu Żydzi, a następnie Chrystus wydaje polecenie, by odtąd Józef został strażnikiem tego kielicha. To od Jezusa otrzymuje on wskazówki dotyczące odprawiania mszy świętej. Żywi go, by mężczyzna nie umarł z głodu. Ostatecznie, według przekazu de Borona, po zburzeniu Jerozolimy w 70 roku Józef ucieka ze swoim szwagrem Bronem do Brytanii i tam ukrywa relikwię. Potomkowie Brona noszą miano Bogatego Rybaka. Jest też druga legenda związana z kielichem i Józefem z Arymatei. Ona nawiązuje już do przypuszczeń, że z naczynia pił Jezus. Potem tego kielicha użył żydowski kupiec Józef, który napełnił go krwią wyciekającą po śmierci Jezusa z jego przebitego boku. Legenda głosi, że za głosem anioła opuścił Ziemię Świętą i udał się do Brytanii, gdzie posłuszny rozkazowi Boga, osadził się w tym miejscu i wybudował zamek. Miała to być Strażnica Graala, w której został ukryty kielich. Strażnica miała być ukryta na granicy świata materialnego i duchowego. Do jej wnętrza mógł się dostać jedynie człowiek prawy i uczciwy. Na jego poszukiwanie rzekomo wyruszyli rycerze króla Artura, ale bezskutecznie, naczynia nie mogli znaleźć. Jedni podają, że do wspomnianego zamku dotarł Percewal i to właśnie on odnalazł kielich. Inni zaś utrzymują, że Graal trafił w ręce nieślubnego syna Lancelota, Galahada, jednego z rycerzy Okrągłego Stołu. To legendy – a może trochę tam jest prawdy ??? Inną legendą o Graalu jest Cykl Wulgaty: Post-Vulgate Merlin oraz Vulgate Mortu Artu. Obejmuje ona dwie anonimowe opowieści, które powstały między 1210 a 1230 rokiem. W nich też jest mowa o dwóch Graalach. Jeden z nich pochodzić miał z Ostatniej Wieczerzy, a drugi miał być książką napisaną przez Jezusa. Warto zaznaczyć, że pod koniec XIII wieku słowo „graal” używa się na określenie kielicha. Święte naczynie było przypisywane własności krzyżaków, zwłaszcza między XII i XIII wiekiem. Idżmy dalej – bo mamy hiszpański wątek legend … Jak święty Graal znalazł się w Hiszpanii? Jest z tym związana teoria, że został odebrany chrześcijanom w Jerozolimie. Po zajęciu miasta przez muzułmanów został przywieziony do Kairu. Następnie kielich został podarowany władcy muzułmańskiemu w podziękowaniu za pomoc, jakiej udzielił mieszkańcom Egiptu. Ten z kolei podarował kielich królowi Ferdynandowi na znak pokoju. Dwoje hiszpańskich historyków, Margarita Torres i Jose Manuel Ortega del Rio oceniają, że naczynie może pochodzić z okresu między I w. przed Chr. a I w. po Chr. Co ciekawe, pierwsze jego 400 lat okrywa tajemnica. Wiemy, że od IV wieku znajdował się w kościele zbudowanym nad Grobem Pańskim. Hiszpańscy naukowcy twierdzą, że nie ma wątpliwości co do tego, że jest to kielich czczony już przez pierwszych chrześcijan jako świadek Ostatniej Wieczerzy. Natomiast nie ma przekonującego dowodu na to, że tym naczyniem posługiwał się Jezus. Celtycki wątek – „ przedmiot o niezwykłej mocy” Pochodzenia kielicha poszukiwano również w celtyckich mitach. Uważano, że święty Graal jest celtyckim kamieniem posiadającym niezwykłą, magiczną moc. Moc kielicha łączono również z celtyckim podaniem o magicznym kotle.  Wzmianka o Graalu pojawiła się także w poemacie z 1190 roku. Nazywana jest „un graal”, wykonana w sposób przypominający tacę, ozdobiona kamieniami i używana do przetrzymywania hostii. Mamy tu więc nawiązanie do naczynia pełniącego istotną funkcję podczas sprawowania mszy świętej. Są też zapiski historyczne, w których to kielich trafił w 1436 roku do Walencji, do katedry Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny jako prezent od króla Alfonsa Aragońskiego. Od 713 roku kielich przebywał w rejonie Pirenejów, potem dotarł do San Juan de la Pena. Następnie w XIV wieku trafił do Saragossy, następnie do wspomnianego króla Aragonii. Z kolei władca wysłał kielich do pałacu w Walencji.  Jest też legenda rzymska… Według niektórych historyków wcześniej święty Graal znajdował się w Rzymie, a trafił tam dzięki św. Piotrowi. Ale obecność kielicha w tym miejscu została poświadczona do połowy III wieku. W tradycji traktuje się Graala jako kielich używany przez następców św. Piotra, kolejnych papieży aż do św. Sykstusa II, kiedy to został wysłany do Huesca, aby uwolnić go spod prześladowania cesarza Waleriana.  A może skupmy się wokół arturiańskich opowieści ? Kielich pojawia się także w jednej z arturiańskich legend, a

ŚWIETY GRAAL – LUBUSKIM ŚLADEM ??? Dowiedz się więcej »

REWOLUCJA NA KLIFIE – TRZĘSACZ

Na klifie w Trzęsaczu widać wielkie rewolucyjne zmiany. Z początkiem 2026 ukazał się mój pierwszy materiał na ten temat :https://idealzezgrzytem.pl/2026/01/07/rewal-po-sylwestrze-2025-roku/ . Minęły dwa miesiące – zmiany są już bardzo widoczne. Zapraszam na drugą część refleksji o rewolucji na klifie w Trzęsaczu. Marzanna Leszczyńska Tak, na klifie coś się dzieje. Na grubo. Można powiedzieć , że praca idzie pełną parą. Gdy przechodziłam tam 1 styczna 2026 roku były już pierwsze prace – wytyczona nowa droga, pocięte drzewa i zniszczone pochyłe potężne brzozy, które stanowiły charakterystyczny i uroczy punkt tego niedługiego odcinka. Teraz, a zdjęcia są z 28 lutego widać istny armageddon – kopary, stosy korzeni, wyryta druga trasa, równoległa do tej pierwszej. Zadaję sobie pytanie dlaczego? Czy pójdzie tam jakiś bruk – nie daj Boże… To był piękny dziki zakątek, gdzie można było przejść swoją stopą po ubitej ziemi, czasami przejrzeć się w kałuży po deszczu, gdzie byli tylko spacerowicze, czasami przemknął jakiś rower. Tu był spokój, nie musiałam się z niepokojem oglądać za siebie, czy zagraża mi jakaś szalona hulajnoga czy rower. To była dróżka, po bokach której rosły zioła, latem bieliły się potężne ich baldachy. Gdy umieszczałam fotografie na facebooku z tego miejsca, dostawałam tzw. „lajki” z dalekich stron świata – zachwyconych ludzi, którzy pytali gdzie jest tak pięknie?… To był wąski pasek drzew a i tak za nim powstały apartamentowce, a ich zazdrosne – o widok na morze- okna kazały sercu drżeć, że zagości tu kiedyś topór i buldożery. Parę lat stabilności tego krajobrazu uspokoiły obawy, niestety nadeszły zmiany… Zadaję sobie pytanie dlaczego? Po drugiej stronie Rewala w kierunku Niechorza zrobiliście trasę wybrukowaną, z latarniami – jest dużo mniej atrakcyjna. Rowery mają już tyle dróg, po co jeszcze w tym miejscu ta demolka ??? „Nowoczesność dokonała już głębokich spustoszeń kosztem mordowania dla cielca postępu, jakby każdy prowincjonalny artysta musiał małpować kulturę metropolitarnej tandety, realizując hasło, iż właściwym tworzywem sztuki jest świat konsumpcji powszedniego dnia „ – Waldemar ŁysiakMam jeszcze wspomnienia, które powstały 5 lat temu i zdjęcia tamtego krajobrazu . Tego już nie ma Zapraszam na wspomnienia : https://idealzezgrzytem.pl/category/baltyk-z-perspektywy-rewalskiego-klifu/ Marzanna Leszczyńska

REWOLUCJA NA KLIFIE – TRZĘSACZ Dowiedz się więcej »

Trzy pytania do dr Roberta Wójcika – jak co roku

8 marca to nie tylko Dzień Kobiet to również data opublikowania pierwszego artykułu dr Roberta Wójcika o nowej historii Pałacu w Mierzęcinie w odcinkach. Jest ich już parędziesiąt. Co roku w kolejną rocznicę współpracy zadaję autorowi trzy pytania. I tak jest też w 2026 roku. Zapraszam – Marzanna Leszczyńska. Na zdjęciu Marzanna Leszczyńska i dr Robert Wójcik (  był administratorem Pałacu w Mierzęcinie w latach 1998-2008).   Mierzęcin to piękny Pałac z ciekawą historią i Park jak zaczarowany – z jednej strony pałacu – Park Zabytkowy z drugiej Ogród Japoński – który stworzyła żona dr R. Wójcika – Alicja Wójcik. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką uruchomi krótki film, a towarzyszyć mu będzie muzyka .Clip w pigułce przypomina prawie wszystkie „wspomnienia dr Roberta Wójcika” o nowej historii Pałacu w Mierzęcinie. Nie – nie ma. I miał nie będzie. Nigdy tego nie stosowałem i prawdę mówiąc nie wiem jak to robić. Piszę artykuły na różne tematy – bardziej korzystam z różnych literaturowych źródeł. Jestem już człowiekiem starej daty – raczej nie interesuje mnie to zupełnie. Czasami gdy korzystam z wiadomości z Internetu – widzę jedno- jak wiele wiadomości na dany temat są sprzeczne z oczywistą prawdą. Zawsze szukam „ źródeł prawdy” – i można je odnaleźć. I chyba nie robi tego „ sztuczna inteligencja” – która się panoszy. Niedawno czytałem ciekawy artykuł – w jaki sposób jest ona wykorzystywana – przeraziło mnie to i sobie nie zdawałem z tego sprawy – ale jest to fakt. Wojsko, bankowość, prawo, administracja, mechanika, elektronika, energetyka, medycyna, fizyka, matematyka, chemia, astronomia, archeologia… itd. itp. Mam wrażenie jedno – że niedługo będzie potężne bezrobocie – i ludzie z wiedzą – nie znajdą pracy – przede wszystkim – młodzi ludzie. Straszne czasy nastały. Ale z drugiej strony wiem i czytałem – że jest niezwykle pomocna – chociażby w medycynie i uratowała wielu ludziom na świecie – życie. To trudny dla mnie temat – i nie mam o nim zielonego pojęcia – tak , że nie mogę nic powiedzieć konkretnego na co to AI , poza informacjami z Internetu , które od czasu do czasu czytam. A co do pisania artykułów – to wydaje mi się – że człowiek rozumny , oczytany – potrafi zrozumieć czytany tekst , który wybrał do przeczytania – i potrafi osądzić czy to napisał człowiek czy AI. Z drugiej strony – osobiście mam takie wrażenie, że świat już wytworzył sztucznych przywódców państw, narodów – i to mnie bardzo niepokoi. Jesteśmy w jakimś chaosie kłamstwa i głupoty – i niby ma być teraz lepiej.. . Osądźcie Państwo sami – czy jest lepiej czy gorzej . Według mnie źle i będzie jeszcze gorzej. Widmo trzeciej wojny światowej wisi na włosku. Patrzę na to wszystko niezwykle przenikliwie i mogę z ręką na sercu powiedzieć – że żal mi tylko moich dzieci, które dożyją, a w zasadzie są wplątane w to wszystko. Mnie i mojej żonie już nic nie zaszkodzi. Po prostu jesteśmy już starzy – i jest nam wszystko obojętne – ale o nasze dzieci się martwimy – jaką będą miały przyszłość. Modlimy się o jedno – oby nie cierpiały. A reszta świata – mnie nie obchodzi. Czy – jestem altruistą i samolubem ? – chyba nie. I jeszcze jedno – kocham moich czworonożnych przyjaciół – moje cztery kochane mordy – i modlę się o jedno – oby one żyły do „końca mojego świata” i jak już będziemy odchodzić – marzę o tym – abyśmy odeszli razem. Na portalu http://www.idealzezgrzytem.pl– nigdy nie była wykorzystywana sztuczna inteligencja i według mnie – nigdy nie będzie. Ja jestem – prawdziwy – tak jak inni autorzy , którzy zamieszczają tam swoje artykuły. 2. Minął już kolejny rok Pana publikacji. Początkowo był jeden temat – Mierzęcin, który się nie wyczerpał. Ale w minionym roku tylko trzy artykuły  o Mierzęcinie się ukazały, właściwie to z Mierzęcinem w tle.  Nie tylko historia Pana interesuje, ale ochoczo komentuje Pan wiele aktualnych wydarzeń i tych w pogodzie jak i w polityce – czasy są niezwykle burzliwe więc trudno się dziwić. Moim zdaniem opisywanie historii pałacu w Mierzęcinie jest interesujące, bo jest blisko i jego historia odbudowy i funkcjonowania za Pana czasów jest fascynująca, tym bardziej, że tak pięknie ją Pan opisuje. Art. „Mierzęcin- to co zaciera czas”, choć jest na innym portalu – przekroczył 29000 ( dwadzieścia dziewięć tysięcy ) wyświetleń. Czytelnicy też interesują się autorem tych artykułów o Mierzęcinie, bo ” Powrót do Mierzęcina „( art. pierwszy właściwie o Panu ) ma coraz większe zainteresowanie (13 000 wyświetleń).  Chciałabym aby na www.idealzezgrzytem.pl  zrobić wersję do słuchania z obrazami artykułu „Mierzęcin- to co zaciera czas” i aby czytał go głos autora czyli  głos Roberta Wójcika.  Może zacznę od ostatniego pytania – chodzi o wersję do odsłuchania z obrazami artykułu „Mierzęcin- to co zaciera czas” i abym ja to czytał – czyli głos autora- czyli mój. Powiem krótko – mój głos jest fatalny i nie nadaje się do tego – nie jestem „mikrofonowy” . Trzeba mieć to coś – co mają zawodowi lektorzy. Osobiście uwielbiam słuchać audycji radiowych, gdzie czytają profesjonaliści. Bardzo to lubię i często słucham. Generalnie – dzieci mi sprezentowały mikrofon, wgrały specjalny program do komputera – próbuję coś zrobić… Ale finał jest taki, że mi się to nie podoba. Nie wiem – może nerwy mnie zjadają, może trzeba w to włożyć mniej emocji ? Mam pewnego rodzaju inny pomysł i musi mi pomóc profesjonalista. Natomiast powiem szczerze – bardzo chciałbym aby na portalu http://www.idealzezgrzytem.pl pojawiły się słuchowiska moich artykułów i z moim głosem. Temat do ogarnięcia i zrobię wszystko, aby takie audiobooki się pojawiły. Trochę czasu – będzie dobrze. „Mierzęcin” – to temat rzeka. Na dziś – dużo już informacji opisałem. Widzę , że czytelnicy czytają. I to bardzo miłe dla mnie. Zobaczymy jak długo. Ja mam pewną „wersję” tej poczytności – a mianowicie taką – że ludzie chcą coś wiedzieć o obiekcie do którego przyjeżdżają. Na stronach Internetowych obiektu „ Pałac Mierzęcin” – praktycznie nie ma żadnych informacji – ale to nie jest mój problem. Prawdę mówiąc – jestem trochę „zmęczony” umysłowo Mierzęcinem. Z

Trzy pytania do dr Roberta Wójcika – jak co roku Dowiedz się więcej »

Casablanca – exhibition w Willa des Arts

Sztuka współczesna i ja czyli o tym jak zazgrzytało…- Marzanna Leszczyńska Będąc w Casablance tylko jeden dzień (3 lutego 2026 r) chcieliśmy odwiedzić jakąś galerię malarstwa. Zwabiła nas interesująco brzmiąca informacja: „ Villa des Arts – Reconciliation. Nabil Bahya”. Przyjechaliśmy Uberem w część miasta z pięknymi willami. „Willa des Arts” okazała się wyjątkowa – biały budynek z ogrodem, klasyczny styl. Zadziwiająco harmonijne zestawienie willi i ogrodu – bez przepychu, wysoka jakość, wyrafinowany gust, artystyczna metaloplastyka. Ależ było obiecująco na początku zwiedzania… Przyjechaliśmy Uberem w część miasta z pięknymi willami. „Willa des Arts” okazała się wyjątkowa – biały budynek z ogrodem, klasyczny styl. Zadziwiająco harmonijne zestawienie willi i ogrodu – bez przepychu, wysoka jakość, wyrafinowany gust, artystyczna metaloplastyka. Ależ było obiecująco na początku zwiedzania… W środku parę sal. Na białych ścianach zawieszone prace Nabil Bahya czyli rozwałkowana nieregularnie farba na blejtramach – różne kolory, czasami kolory nałożone na siebie. Do tego pokazano film jak ten artysta je tworzy czyli wałek, stół i powstawanie tych dzieł (przypominało to klasyczne tapetowanie). Gdy to zobaczyłam – wściekłam się na tyle, że nie chciało mi się zapoznawać z tym całym procesem tworzenia tych dzieł. Pomyślałam tylko – jak można tak źle wykorzystywać ten wspaniały budynek, jak szkoda tego miejsca… Nikogo tam nie było oprócz nas – to chyba wymowne. Ale, ale… ktoś chyba wyczuł reakcje oglądających podobnych mi, bo na pocieszenie takim, w jednej z sali wisiały prace, które zadośćuczyniły mi wielkie rozczarowanie. To prace Louis Morere (1885-1949). Nic dodać , nic ująć tylko porównać obu artystów i resztę szczerze dopowiedzieć sobie samemu. Nawet nie chciało mi się tego malarstwa Nabil Bahya fotografować, zrobiłam dwie foty na pamiątkę. Nie rozumiem tego typu sztuki, działa na mnie jak przysłowiowa płachta na byka, za bardzo mnie denerwuje – dlatego niechętnie odwiedzam galerie sztuki współczesnej. Czuję się obrażona, oszukana bo nie widzę w tym sztuki, a przecież przyszłam oglądać coś co nie każdy potrafi. Nie wierzysz w to co mówię? To weź wałek i spróbuj zrobić takie dzieło jak Nabil Bahya, a potem weź pędzel i farby i spróbuj tak jak Murerer. Może powinnam zostać biczem na tę współczesną twórczość, bo przecież ktoś przecież musi. Marzanna Leszczyńska

Casablanca – exhibition w Willa des Arts Dowiedz się więcej »

CASABLANCA – GORZÓW WIELKOPOLSKI

10 lutego 2026 roku Klub Na zapiecku w Miejskim Ośrodku Sztuki w Gorzowie Wielkopolskim zorganizował spotkanie z Rafałem Klausem pt „ 100 lat od urodzin Mariana Klausa – podróż w anegdotach po powojennym Gorzowie z muzyką kompozytora”. Swojego ojca Mariana Klausa wspominał syn Rafał Klaus. Spotkaniu towarzyszyły utwory mistrza, Są przepiękne i na pewno poszukam i kupię płytę. Czyż to to nie metafizyka, że parę dni wcześniej wróciłam z Marocco, gdzie odwiedziłam Casablankę i spędziłam chwile w Rick`s Caffe. Nie można wobec tej podróży i tego spotkania zorganizowanego w 100 rocznicę artysty przejść milcząco i bez echa – Marzanna Leszczyńska W Rick`s Caffe w Casablanca Każde miasto ma swoją Casablankę… Po wojnie w 1945 roku, na opustoszałe odzyskane ziemie Landsberga przybyli sprowadzeni ludzie z przekonaniem, że są tu na chwilę, że wrócą tam z skąd przybyli i że przyjdzie polecenie, które nakaże opuścić te tereny, bo jednak nie będą one polskie. Dla tych ludzi bez poczucia stabilności , posiadania sposobem na życie stały się zabawy, tańce, po prostu ogarnął ich szał zabawy. Na wzór przedwojennych w tym czasie powstało w Gorzowie Wielkopolskim 111 punktów gastronomicznych. Powstawały tzw. „Budy taneczne” miejsca tylko do tańca, gdzie nie było jedzenia, gdzie grała tylko orkiestra i się tylko tańczyło. W słynnej „Caffe Wenecja’ odbywały się koncerty, które rozpoczynały się utworami Mariana Klausa. Marian Klaus był muzykiem, kompozytorem, stroicielem fortepianów i akordeonów. Pochodził z muzykalnej rodziny- jego ojciec kolejarz berlińsko-wiedeńskiej kolei grał na trąbce, skrzypcach i pianinie, grał w orkiestrze i dzięki tym umiejętnościom uniknął rozstrzelania w czasie wojny, bo ktoś miał słabość do muzyki. Marian Klaus jako 14- letni chłopiec był zesłany na roboty do Niemiec z Mogilna, ale los sprawił, że pociąg w którym jechał odczepił wagon z nim w Poznaniu i tam pozostał i pracował przy budowie bunkrów, a potem u krawca. W Poznaniu uczęszczał do szkoły muzycznej, którą ukończył, to tym okresem w życiu inspirowany był utwór „Koszula w kratę”. Już wtedy jego umiejętności muzyczne były doceniane, bo grał dla generała niemieckiego, który zajmował willę w Poznaniu, potem w Swarzędzu grał dla generała rosyjskiego. Po wojnie, gdy małżeństwo jego rodziców się rozpadło, jego matka z sześciorgiem dzieci trafiła do Gorzowa Wielkopolskiego gdzie brat znalazł pracę jako kasjer i namówił Mariana do przyjazdu za nim. Rodzina zamieszkała w kamienicy na ulicy Orląt Lwowskich. Rozbawione miasto, w którym połowa mieszkańców to byli Rosjanie ( to po nich została nam nazwa Ruskiego Stawku na Piaskach ) – potrzebowało muzyków. Marian Klaus został nauczycielem w szkole muzycznej w klasie akordeonu, był nauczycielem Edwarda Dębickiego ( Romane Dyvesa), któremu powtarzał : „Edziu, ty będziesz wielkim człowiekiem”. Z tej szkoły wyszło wielu skrzypków, powstawały małe orkiestry symfoniczne, które wynajmowane były do gry w zakładach pracy. Muzycy znajdywali w Gorzowie Wlkp. pracę jesienią, latem koncertowali w muszli koncertowej w Międzyzdrojach w dzień, wieczorem już w Świnoujściu, zimą wyjeżdżali do Szklarskiej Poręby, Poznań też był dobry dla nich jesienią. W tym czasie powstało wiele utworów, bo wyjazdy i życie artysty pisało pomysły na utwory : „Każdy w życiu robi głupstwa”, „Zakochany Cygan”. W 1947 roku, po opuszczeniu Polski przez Mikołajczaka, restauracje zostały odebrane z rąk prywatnych, stały się państwowe. Królową wszystkich lokali w Gorzowie Wielkopolskim była „Casablanka”. Restauracja pięknie położona przy alei starych platanów na ulicy Jagiellończyka. To w tej restauracji grał Marian Klaus. W siermiężnym PRL-u w Gorzowie Wlkp. Casablanka była ewenementem- miała swoje wymagania co do gości. Aby do niej wejść trzeba było mieć na sobie garnitur, krawat. Toteż w praktyce tę garderobę podawano sobie przez okno. Przed wejściem stał i czuwał bramkarz, który swoim wprawnym okiem decydował kogo wpuścić, trzeba było sprawiać wrażenie bogatego, bo dla takich powstała Casablanka. Nie wszystkich wpuszczano i czasem nie pomogły pożyczane garnitury. Nie było tam łatwo wejść. Wielu robotników pragnęło tam zabierać swoje żony, wydawało im się, że wszelkie pozory są stworzone, ale wejścia nie było – ciekawiło ich dlaczego tak zadecydował „bramkarz”. Zdarzały się wejścia po znajomości bo np. ciocia kogoś była kelnerką. Dancingi w Casablance odbywały się codziennie, a bilety rozchodziły się z wyprzedzeniem. W sali ustawiane były stoliki dla SB, policjantów, WSW, prostytutek, żołnierzy ( Ci często uciekali z warty, aby być w Casablance). Było to miejsce , w którym czasami niespodziewanie dochodziło do spotkań wrogich sobie osób – dlatego bójki zdarzały się często. Casablanca była miejscem gdzie grano dobre utwory i, w którym była dobra konsumpcja. Gośćmi byli przodownicy pracy (stachanowscy) , dostawali pieniądze od parti, byli obstawiani przez UB. Marian Klaus wspomina, że w ciągu jednego wieczora w Casablance zarabiało się tyle ile w ciągu miesiąca zarabiali ludzie. Muzycy grali do 1.00 w nocy, a potem do 3.00 goście płacili za każdy utwór. Muzycy pozwali sobie na dowcipy czasami, jeden z nich szturchał smyczkiem gości. Zdarzały się niespodziewane nieszczęścia np. to jak pewnego razu pijany gość wpadł na saksofonistę i wybił mu zęby od tego czasu orkiestra była oddzielona barierkami – poręczami. Życie rodzinne muzyka takiego jak Marian Klaus też było specyficzne – każdy Sylwester spędzony był w pracy, a żona nigdy nie była na Sylwestra za to takie życie sprzyjało rozwojowi jej samodzielności i organizowaniu „domowego przedszkola”. Casablanca miała dobrego kierownika (Kasjan) i osiągała dobre przychody poprzez dobrą organizację i pomysły – prowadzony był też z boku budynku bufet w ciągu dnia, gdzie organizowano „ śledzik i setę”( było to miejsce, gdzie można było wynająć kogoś do „mokrej roboty”). W latach 70-tych Casablanka zaczęła podupadać, pojawiły się inne restauracje. Z czasem stała się lokalem III kategorii i uczyniono z niej jadłodajnię. A muzycy powoli zaczęli wymierać, Marian Klaus w tym roku czyli w 2026 ukończyłby 100 lat. Utwory M. Klausa dzisiaj popularyzują i grają muzycy jazzowi z Gorzowa Wlkp. Przemysław Raminiak „ Błękitna bossa-nowa”, Trio Dawida Troczewskiego – Moja Casablanca. Autor scenariusza słynnego i kultowego filmu „Casablanca” z Humpreyem Bogartem i Ingrid Bergman z 1942 roku pokazuje problem ogromnej rzeszy ludzi (oficjeli Vichi i nazistowskich Niemiec, złodziei, uciekinierów), którzy utknęli w mieście Casablanka w Marocco, które wówczas było kolonią francuską. Film o interesującej fabule, zdobywca 3 Oskarów, wielkiej miłości, trudnych czasach II wojny

CASABLANCA – GORZÓW WIELKOPOLSKI Dowiedz się więcej »

Landsberg i J.W. Goethe

29 stycznia 2026 roku w Wojewódzkiej Bibliotece im. Z. Herberta w Gorzowie Wielkopolskim odbył się wykład dr Magdaleny Kamińskiej pt „ Niemiecko- polskie miejsca pamięci”. Dr M. Kamińska specjalizująca się w historii zbiorów, pamięci kulturowej i dziedzictwa pogranicza opowiedziała o kolekcji pamiątek po J. W. Goethe, którą przez 50 lat gromadził w Landsbergu właściciel księgarni Wilhelm Ogoleit. Zapraszam na relację ze spotkania i trochę wrażeń własnych – Marzanna Leszczyńska „Tęsknota, która mnie prowadziła”– Wilhelm Ogoleit o swojej kolekcji pamiątek po J. W. Goethe Wilhelm Ogoleit z pochodzenia Austriak (1869-1958) założył w dawnym Landsbergu w 1897 księgarnię na ulicy Richtstrasse 6-8 która dzisiaj w Gorzowie Wielkopolskim jest ulicą Sikorskiego. Nie był to jednak taki sobie zwykły sklep z książkami, ale mieściła się tam też wystawa sztuki, wypożyczalnia książek – było to centrum kulturalne miasta Landsberg. Pasją W. Ogoleita było gromadzenie pamiątek po Johannie Wolfgangu Goethe – najwybitniejszym niemieckim poecie i jednym z najbardziej znaczącym w skali światowej. Jego kolekcja zawierała 200 autografów poety, 130 autografów z kręgu Goethego, reprodukcje portretów, 1300 medali, przycisk do papieru, popiersia poety, pierwsze wydania utworów, luksusowe wydania licznych dzieł, teatrzyk Goethego, plakaty – była to druga w Europie co do wielkości kolekcja pamiątek po J. W. Goethe. Większą liczącą 12 000 eksponatów kolekcję miał w Bremie profesor Anton Kippenberg. W. Ogoleit oprowadzał gości po swoim muzeum, w którym przez 50 lat gromadził swoje eksponaty, które zawierały całą”Rodzinę Książęcą Weimaru” (można ją było nazwać „Goethe i Jego krąg”), organizował recytację utworów swojego ulubionego poety, zresztą szybko też zyskał popularność wśród znawców Goethego, a w roku 1934 przyznano mu medal za zasługi dla sztuki. Sam również pisał swoje filozoficzno – kolekcjonerskie przemyślenia. Stał się szanowanym mieszkańcem Landsbergu. Zanim Ogoleit trafił do Landsbergu mieszkał w Lipsku, potem w Jenie, często odwiedzał Weimar – Europejskie Centrum Kulturowe – pragnął zostać aktorem, ale trudne przeżycia z dzieciństwa, niemożność uczestniczenia w zajęciach szkoły publicznej, samotność tego czasu zrodziły problemy nerwowe i uniemożliwiły realizację tych marzeń. Wtedy zainteresował się dziedzictwem kulturowym Weimaru, a sprzedaż rodzinnego majątku w Prusach Wschodnich w 1897 roku pozwoliła na realizację pomysłu zostania księgarzem w Landsbergu. Wilhelm Ogeleit Po śmierci Jego kolekcja, którą jak mówił kochał miała trafić do Strasburga. Zakończenie wojny i przegrana Niemiec oraz wkroczenie Armii Czerwonej zupełnie inaczej pokierowały losem. Rosjanie brutalnie splądrowali całe zbiory, zniszczyli nie do naprawienia, cały dom podpalono, zginęły przy tym dwie starsze osoby. Jednak pracownicy administracji polskiej przed pożarem zabezpieczyli część jego kolekcji w sejfie banku. W. Ogelait mógł zabrać ze sobą niewiele – zabrał medal i księgę gości i przez dwa tygodnie uciekał z Landsberga przez Berlin, Magdeburg, Weimar. W. Ogoleit opisał na 17 stronach w raporcie swoją ucieczkę z Landsberga swoje dramatyczne przeżycia, spotkane osoby, zmarłe po drodze osoby, pisał listy i dzienniki z tego czasu, szukał kontaktu z ludźmi z Landsberga i tych, którzy dzielili Jego pasję do Goethego, opracował tomiki wierszy swoich oraz znanych i nieznanych wysiedleńców Landsberga, pozostawił esej o zniszczeniu swojej kolekcji przez Rosjan jak napisał: „Rozpocznę spisywanie wspomnień, smutnych i wesołych. Goethemu poświęcę, bo to wzbogaciło moje życie, opisuje moje pochodzenie, życiorys, kolekcje, które rozpoczęły się od zakupu dwóch medali z okazji 150-lecia urodzin Goethego” Profesor Anton Kippenberg właściciel największej kolekcji Goethego w Europie przekonał Amerykanów o wyjątkowości swojej kolekcji i dzięki temu udało mu się ją uratować. Dzisiaj znajduje się ona w Munich Central Collecting Point. Kolekcja Ogoleita znalazła się w Furstenwalde blisko Polski ponieważ tam powstał „Dom Brandenburg”założony przez Stowarzyszenie Brandenburg w 1999 roku. Fundacja ta powstała po to, aby promować sztukę, kulturę i porozumienie ponad narodami, promować dziedzictwo kulturowe Brandenburgii, zwłaszcza obszaru wschodniego Brandenburgii, które obecnie należy do Polski, aby zachować je w świadomości mieszkańców Brandenburgii i całego narodu niemieckiego oraz w duchu przyszłościowej współpracy z Polską, badać ją i udostępniać dla teraźniejszości i przyszłości. Historyczny region Brandenburgii wschodniej jest podwójnym miejscem pamięci bo dla wysiedlonej ludności niemieckiej jest to wysiedlona ojczyzna a dla przesiedlonej ludności polskiej po dziesięcioleciach trudności i niepewności jest teraz ojczyzną. Fundacja Brandenburgia pielęgnuje pamięć o ludności wysiedlonej z tego regionu i nadal tam mieszkającej i pozostaje w kontakcie z polskimi gminami, ludzie w Polsce bowiem też są zainteresowani historią ich miast i piszą do Fundacji listy z zapytaniami. Początkowo „Dom Brandenburg” był miejscem spotkań pokolenia, które przeżyło ucieczkę i wypędzenie, z pokojami dla gości i salą wykładową na wspólny posiłek, organizowano tam też zbiórki pieniężne dla wsparcia biblioteki i muzeum tego Domu. Pokolenie, które zbudowało ten Dom i które się w nim spotykało stopniowo wymiera. Pomieszczenia na poddaszu zostały przekształcone w archiwum i obecny zespół pracuje nad dygitalizacją zbiorów w celu łatwiejszego wyszukiwania informacji, a jest tam biblioteka, archiwum (336 segregatorów z dokumentami, fotografiami, kartami) i muzeum. Teraz opracowuje się również zbiory dotyczące historii Fundacji jak korespondencja Fundacji z przesiedleńcami, dokumentacja spotkań – jest to cenne źródło współpracy, integracji polsko-niemieckiej, kontaktów. Badane są relacje z ucieczki i wspomnienia, przeprowadzane zostały wywiady z ludźmi o przeżyciach z ucieczki, konsekwencje tych przeżyć i o tym jak wypędzeni organizowali sobie życie na nowo, jak odnajdywali swoich bliskich i znajomych , były to opowieści o całym życiu profesjonalnie przeprowadzane w różnych miejscowościach, z transkrypcjami. Każda osoba zainteresowana może uzyskać dostęp do nich, z Polski też, już są dostępne 192 pisemne relacje. Niedawno zakupiono i uruchomiono serwer na, którym umieszczono plany miejscowości rodzinnych czyli możliwe jest oglądanie pod jakimi numerami mieszkali poszczególni mieszkańcy z informacjami o nich. Biblioteka posiada katalogi on- line przetłumaczone na język polski. Fundacja Brandenburg chce udostępniać jak najszerzej swoje najcenniejsze zbiory i pogłębiać wiedzę na ich temat. Kolekcja Ogoleita jest tylko częścią tego co zostało zgromadzone w „Domu Brandenburg”,a jeden ze szczególnie zaangażowanych pracowników tej Fundacji uzyskał kontakt z prawnuczką Ogoleita i udało mu się dzięki niej załatwić darowizny i wzbogacić zbiory Domu Brandenburg, która zaowocowała nową gablotą, przy której pracował Robert Piotrowski z Gorzowa Wielkopolskiego. Marzeniem dr Magdaleny Kamińskiej jest internetowa wystawa on-line, która zebrałaby wszystkie rozpowszechnione zbiory i w ten sposób stały by się dostępne dla wszystkich. Jest to marzenie polsko -niemieckie wymagające dużej współpracy. Nie jest to proste zadanie ponieważ wiele dokumentów należy

Landsberg i J.W. Goethe Dowiedz się więcej »

O małych księżniczkach przy okazji koncertu „Czarodziejski świat bajek”

Zapraszam do nietypowej recenzji Koncertu Familijnego w Filharmonii Gorzowskiej pt : Czarodziejski świat bajek” – Wiktoria Banach Cała sala Filharmonii Gorzowskiej zapełniła się małymi księżniczkami na Koncercie Familijnym pt: „Czarodziejski świat bajek”. Filharmonia ogłosiła, aby dziewczynki przyszły w strojach księżniczek. Pomysł wpisał się celnie w modę na księżniczkę jaka panuje wśród dziewczynek w wieku przedszkolnym : szyte są sukienki a` la księżniczka, opaski na włosy jak diademy czy korony. Kiedyś dziewczynki tak się ubierały na przedszkolne bale karnawałowe, lub do roli w przedstawieniach – dzisiaj okazji jest mnóstwo, każda może się poczuć księżniczką zakładając odpowiednią sukienkę. Koncert odniósł sukces, bo sala wypełniona była po brzegi – piosenki z bajek Walta Disneya, piękny śpiew solistki panny Melodianny i solisty Rytmisława Stuk – Puk, dzieci zaangażowano ruchowo, pośpiewały nawet, a koncert miał wychowawcze przesłanie – zachęcał do realizacji dziecięcych artystycznych marzeń, podbijał ambicję, mówił o tym , że trema i nieśmiałość to naturalna sprawa i trzeba nad tym pracować, a nie uciekać z aktywności z tych powodów. Stroje solistów kolorowe, bajeczne – chociaż pomysł na strój Melodianny już widziałam u Dzwoneczka z „Piotrusia Pana” tylko, że tam był różowy, tutaj solistki ubrano w czerwony falbaniasty dół i pasiate bluzeczki. Na dowód przypominam zdjęcia z Koncertu pt: „Piotruś Pan” (grudzień roku 2022). Przyjrzałam się swojej 6 letniej podopiecznej i dziewczynkom na tym koncercie – były bardzo pochłonięte swoimi sukienkami, spontanicznym tańcem i jak te sukienki się kręcą oraz obserwacją strojów innych dziewczynek – wędrówek nie było końca. Myślę, że te wszystkie wątki wychowawcze nie miały szans się przedrzeć w tych emocjach i zadaję sobie pytanie, które z dziewczynek je wychwyciły? Nie wierzycie? Popytajcie swoje pociechy. Miejmy nadzieję, że rodzice wychwycili przekazy i będą je mieć w świadomości i wykorzystają je w procesie wychowawczym. W dzisiejszych czasach panuje moda na księżniczkę i to od dłuższego już czasu tak jak moda na tatuaże. Zauważyłam, że rodzice mówią do swoich córeczek – „księżniczko”. Zadałam sobie pytanie czy to dobrze? Księżniczka to osoba wyjątkowa, najważniejsza, o względy której zabiegają wszyscy, piękna, bogata, która nic nie musi, rozkapryszona, często sama nie wie czego chce, znudzona… Tak jest w bajkach. W rzeczywistości często prawdziwe księżniczki wyglądały jak pokojówki, a pokojówki wyglądały jak księżniczki. rys. Marcina Szancera do bajki J. Ch. Andersena ” Księżniczka na ziarnku grochu” Myślę, że każda dziewczynka słysząc:” jesteś księżniczką” myśli że jest piękna, a może w ten sposób podsyca się jej pragnienie bycia piękną. A przecież to nie prawda, bo nie każda dziewczynka jest piękna i nie wiem co by niektóre nie robiły to piękne nigdy nie będą. Życie jest inne, to nie jest prawda, że bycie piękną jest w życiu najważniejsze i gwarantuje sukces życiowy. Efekt presji i dążenia do bycia pięknym bywa często śmieszny a nawet dramatyczny. Mam wrażenie, że nadszedł czas, aby zwalczać tę dziwną modę, a dorośli powinni mądrze wychowywać swoje pociechy. Ileż to pań zrobiło ze swoich córek swoje lustro i chciałoby dla nich tego czego same pragnęły, ale nie osiągnęły. Zauważam nawet, że córki mają więcej zdrowego rozsądku i obiektywnego spojrzenia na siebie niż ich mamy. Pytanie czy ta presja, moda od najwcześniejszego wieku nie przyczynia się do tych wszystkich sztucznych poprawek urody : botoks, nadęte usta i podsyca wszelką próżność. Na pewno tak. Z księżniczką będzie mi się do końca życia kojarzyła „porządna lekcja” jaką odebrała pewna ładna i skoncentrowana na sobie osóbka – wtedy 20-letnia na obozie w Bieszczadach. „Kacha” studiowała architekturę, była atrakcyjna i tworzyła zakochaną parę ze „Stachem”. Nie wiem czy „Kachę” lubił ktokolwiek, „Stacha” uwielbiali wszyscy – facet łatwo nie miał, bo ponoć „ciągnął” dwa kierunki – jej i swój. Na tym obozie „Kacha” przeszła samą siebie. To był obóz przetrwania, a my wszyscy tyraliśmy tam równo bo wszystko musieliśmy zorganizować sami – sami gotowaliśmy, zbierali jagody, wałkowali ciasto na pierogi butelką, oprawiliśmy barana, którego załatwiliśmy od gospodarza z wioski, spaliśmy w namiotach, troszczyliśmy o tych, którzy leżeli z gorączką, organizowaliśmy ogniska, śpiewy gry i zabawy. „Kacha” nie uczestniczyła w tym przyziemnym życiu – albo bolał ją kręgosłup, albo znikała ze „Stachem”, albo rysowała portrety przed namiotem. Wiecznie „ przyklejona” do „Stacha”, trzymająca go z dala od grupy, kapryśna. Gdy przeszła ulewa i dużo namiotów przemokło, to „Kacha” postarała się, aby przenieść się do tego gdzie było sucho kosztem innych. Mieliśmy jej dosyć, zaczęły się szepty po kątach. Trudno było tę „Kachę” ruszyć, bo „Stacha” wszyscy lubili, poza tym „Kacha” była otoczona czuwaniem i opieką starszej siostry – dosyć mocno „umocowanej”. Rada Starszych na zakończenie obozu urządziła tzw, „Chwilę szczerości”, która polegała na tym, że wszyscy spotkaliśmy się, żeby podsumować czas wspólnie spędzony, doświadczenia i …można było powiedzieć co się komuś nie podobało. I tutaj Karol – odpowiedzialny, pracowity i zdroworozsądkowy nasz kolega , który niejednokrotnie brał na klatę rozwiązywanie trudnych problemów – odważnie zgłosił pretensję na samym końcu : -„Ja mam pretensję do Basi, że zachowywała się szczególnie denerwująco przez cały pobyt”. Na to „Kacha” – zaskoczona przewracając pięknymi oczami : – „ No chyba żartujesz, na czym niby to miało polegać? Co ja zrobiłam komuś złego?” – „ No Basiu, bo przez cały czas zachowywałaś się jak taka księżniczka”… Na to Basia chi chi chi,podniosła głowę wysoko : „ Księżniczka… To raczej zabrzmiało jak komplement” chi chi chi…A dyżurna siostrzyczka zaraz znalazła się przy Kasi, przytuliła ją opiekuńczo, bo wyczuła sprawę. Popatrzyliśmy po sobie, raczej bezradni, ale Karol czerwony pociągnął stanowczym i nieubłaganym tonem : – „ Kasiu, wykorzystałaś nas wszystkich przez te 3 tygodnie, omijałaś swoje obowiązki, traktowałaś z góry, wybierałaś najlepsze pozycje nie licząc się z nikim no i zabrałaś nam „ Stacha” tylko dla siebie, a tu jest dużo par, które się tak samolubnie nie zachowują”. I wtedy „Kacha” pękła, polały się łzy, pojawił się wstyd i zniknęła hadość, a księżniczka ? Nikt nie chciał być tak komplementowany. Przypomniały mi się też dwie inne koleżanki o nieprzeciętnej inteligencji i przeciętnej urodzie. Aleksandra była wybitnym ścisłym umysłem, o jej zdolnościach matematycznych krążyły na politechnice legendy. Niezaprzeczalnie była jedną z nielicznych kobiet na roku i była najlepsza. Potrafiła robić swetry

O małych księżniczkach przy okazji koncertu „Czarodziejski świat bajek” Dowiedz się więcej »

NIENAWIŚĆ …PO POLSKU

Tekst dr Robert Wójcik Poza ziemią, przyrodą, moją żoną i dziećmi, moimi czworonożnymi przyjacielami które kocham od wielu, wielu lat – w swoim życiu doświadczyłem trochę nieba – ale zdecydowanie więcej piekła – nienawiści i zawiści. Jak kiedyś powiedział perski matematyk, astronom, poeta Omar Chajjam – niebo (dobro, miłość) i piekło ( zło, nienawiść, zawiść) są w nas – i sami możemy wybrać, w których w tych stanów rzeczy chcemy przebywać. Wielu z nas – Polaków – wybrało to drugie – i tak jest od wieki wieków do dziś – dziś – wczoraj … parę minut temu, godzin, dni, miesięcy,… parę lat, parę wieków… Kiedy to się zmieni ? – na pewno nie za mojego życia – po prostu nie wierzę w tą przemianę naszego narodu. Człowiek  w ciągu swojego życia podlega różnym emocjom. Przeżywa strach, zagubienie, depresję, nienawiść, zawiść, zadowolenie, dobro, miłość, zdenerwowanie. Jednak najsilniejszymi uczuciami, jakie przeżywa człowiek są miłość i nienawiść. To one pobudzają do działania – dobrego i złego. Kiedy kochamy jesteśmy gotowi do największych poświęceń dla ukochanej osoby, bliskich, przyjaciół, ojczyzny… Miłość dodaje nam skrzydeł, wszystko, co robimy nabiera sensu i jest radośniejsze. Dzięki niej stajemy się lepszymi ludźmi. Dante  pisał o miłości, że jest tym, „co wprawia w ruch słońce i gwiazdy”. Uwzniośla i ubogaca człowieka. W Nowym Testamencie św. Paweł w Liście do Koryntian pisał o sile miłości. „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość”. Daje ona człowiekowi ogromną siłę, bo jest uczuciem czystym i prawdziwym. Czyni człowieka cierpliwym, uczy wybaczenia i nie kierowania się złością. Bez miłości nasze życie staje się puste i nic nie warte. Przecież tak mało nam potrzeba – tylko kochać – i być kochanym. Zapewniam – o wiele lepsze – niż nienawidzić – jest kochać i pomagać. Miejmy to zawsze w myślach naszych codziennych – w każdej chwili życia, w każdej sytuacji – bardzo Was proszę czytelnicy – Bardzo !!! Jednak człowiek jest taki, że ulega pokusom – lubi gdzieś tam w swoim sercu zło, które bardzo łatwo może się zamienić w niszczycielską siłę nienawiści. Przykład – jeżeli zostanie nam odebrana ukochana osoba, budzą się w nas najgorsze instynkty. Nieutulony ból, zazdrość rodzi gniew i nienawiść. Targani sprzecznymi uczuciami nie umiemy poradzić sobie z otaczającym nas światem. Gubimy się w tym wszystkim – mamy pretensje do całego świata, szukamy winnych – co ciekawe – przede wszystkim w rodzinie, swoich bliskich, przyjaciołach, sąsiadach … Dziwne jest to, że nie szukamy winy u siebie – czy ja wszystko zrobiłem aby tak nie stało się ? Jacy my jesteśmy mali – odrzucamy wtedy od siebie całe zło – mówimy sobie – to nie ja – to inni – … i szukamy tych winnych. Trochę tak jak myślę …. Szeroko pojęta literatura, kroniki historyczne – od swych początków opisuje wszystko, co dotyczy człowieka. Nie ma nic bardziej ludzkiego od miłości i nienawiści, dlatego motyw tych namiętności jest w literaturze bardzo częsty. Niestety w obecnych nośnikach informacji – przewaga zawiści , która doprowadza do nienawiści – już dawno pobiła informacje i więzi, miłości czy dobrych uczuć między ludźmi. Ktoś powie, że piszę bzdury – Drodzy Czytelnicy – zobaczcie co się dzieje w internecie , na różnych portalach i przede wszystkim na Fb. Oglądacie telewizje różnych programów ( jest ich na świecie około 1200 – w Polsce – minimum 50 – znaczących – oglądalnych ) , słuchacie radia – różnych stacji ( w Polsce około 30 – znaczących) Przeczytajcie komentarze o prezydentach, premierach, politykach, posłach, senatorach, kongresmenach, biznesmenach, gwiazdach muzycznych czy filmowych, celebrytach, papieżach, biskupach, księżach, ludzi o innym kolorze skóry, o innej kulturze – ludzi o innym wyznaniu niż religia chrześcijańska, ludzi o innych poglądach i zdaniu niż dowodzący tą naszą kulą ziemską – przeraża mnie to i martwi. Najbardziej martwi mnie nienawiść w rodzinie – a Polacy w tym przodują – my Polacy jesteśmy dziwnym narodem – nawet w Wigilię czy Świata Wielkiej Nocy potrafimy się pokłócić i nienawidzić . Nie powiem o uroczystościach rodzinnych – weselach , imieninach, urodzinach. A jeśli tam się nie pokłócimy – to jak już wracamy z tych uroczystości – na których byliśmy gośćmi czy gospodarzami – to nic innego nie robimy – tylko komentujemy . Komentarze o swoich bliskich czy znajomych są zazwyczaj – krótko mówiąc – złe. Napiszę tylko to, że są też dobre. Ale to rzadkość. Ale generalnie sondujemy po „polsku” , oceny typu „ no widziałeś(aś) jak się upił („a”)? , jak on (ona) się ubrał , co za fatalna sukienka, co za fatalny garnitur, jak się on ( ona) ubrała, co on (ona) mówił, ty słyszałaś co on( ona) mówił o polityce ? , to taka i on taki – i teraz nie chcę już pisać o poglądach politycznych czy religijnych na tych spotkaniach czy uroczystościach rodzinnych. Wiele razy w swoim życiu dowiadywałem się – jaki jestem – od swoich bliskich , rodziny , przyjaciół – jeden raz przepłaciłem to w wizycie w szpitalu – bardzo mnie to zabolało – bardzo. Ale cóż – jak ktoś Cię uderzy – nadstaw drugi policzek – to on (ona) przegra – nie ty… Nazwano mnie tzw. „ lewakiem” – bardzo to przeżyłem – i nie będę mówił jemu ( jej) – jak to wyglądało w czasie rozmowy towarzyskiej, czy przez telefon. Zawsze myślę – czy taka osoba zdaję sobie sprawę – jaką wyrządza krzywdę drugiemu człowiekowi- nie mówię o rodzinie. Ile razy słyszałem krytyczne słowa od swoich znajomych czy rodzinie bardzo krytyczne słowa – i co najgorsze – były one wypowiedziane przy małych dzieciach – a One doskonale słuchają – i zapisują w swej pamięci tą nienawiść – po prostu – uczą się jej . Przeszłość i teraźniejszość jest brudna – nie ma uczuć – i poglądów. Jest ona zlepkiem tego co oglądamy – a w zasadzie tym czym się kierujemy na opiniach różnych szarlatanów na Fb i innych nośnikach informacji. Co ciekawe – Ci wszyscy co uważają , że mają w sercu – dobro i uważają , że niosą miłość – właśnie noszą nienawiść i zawiść – myślą , że są nad tym wszystkim i im wszystko wolno. Tak jak mnie skrzywdzono – podłe to było . Ale miłość w moim sercu jest inna – ja zawsze wyciągam „ Gałązkę Palmową” – wyciągam rękę. A Ci co mnie obrażają – nawet nie stać ich na słowo – bardzo proste

NIENAWIŚĆ …PO POLSKU Dowiedz się więcej »

Zimy tysiąclecia i stulecia …

Dr Robert Wójcik w swoim żywiole – klimatycznych meandrów i swojej wiedzy o tej dziedzinie nauki zaprasza na artykuł. Jest specjalistyczna wiedza, historia, ciekawostki – w życiu nie sądziłam, że tak to właśnie było kiedyś… – Marzanna Leszczyńska Autor artykułu dr Robert Wójcik Paraliż komunikacyjny. Ogromne kłopoty z dostawą prądu: setki wsi, miasteczek, miast odcięte od energii elektrycznej. Zerwane trakcje kolejowe, tramwajowe, ludzie bezdomni zamarznięci, zamknięte szkoły, setki awarii na liniach ciepłowniczych, trudności w odpalaniu samochodów, wielogodzinne opóźnienia pociągów, oblodzone pasy startowe na lotniskach, oblodzone samoloty, fatalny stan czystości powietrza, na SOR ach – kolejki ludzi z połamanymi kończynami, zabłąkane i głodne zwierzęta ….ale finalnie wzrost tak bardzo brakującej dziś „Solidarności” w społeczeństwie… A żyjemy w świecie niezwykłego postępu informatycznego – ale nas nie interesuje pogoda czy klimat – ona nas dopiero zaczyna interesować wtedy, kiedy nam przemarznie pewna część ciała która zaczyna się na literę „d” a kończy na literę „a”. Przełom grudnia/ stycznia / lutego 2026 roku – nie jest jeszcze „zimą stulecia” –, ale jest wyjątkowo mroźny i śnieżny ( w niektórych regionach Polski) i odciska piętno na funkcjonowanie naszego kraju – a zwykłych „Kowalskich” ( takich jak Ty drogi Czytelniku czy ja) „ bije” na portfelu – rachunki za ogrzewanie mieszkania, domu – będą wysokie . Co ciekawe – eksperci są zgodni, że takie sytuacje będą się powtarzały. Pojawia się zatem pytanie, czy jesteśmy w stanie w jakikolwiek sposób wpłynąć na wydarzenia w pogodzie i zastopować bieg takich wydarzeń? Problem jest taki, że bardzo często zapominamy o tym ( a w zasadzie nie wiemy), co działo się w pogodzie na przestrzeni lat czy wieków. Nie pamiętamy niektórych ważnych wydarzeń. Gdy raz sypnęło nam bardzo mocno, od razu nazwaliśmy to wydarzenie „zimą stulecia”. Czy słusznie? Nie do końca – według mnie – absolutnie nie. W XIX wieku i wcześniej, tego typu zimy występowały co chwilę. Na nikim nie robiły takiego wrażenia. Na przestrzeni ostatniego 25 lecia – które można uznać za ekstremalnie ciepłe i wyjątkowo suche, obecne temperatury zimowe szokują i co niektórzy politycy czy rządzący krajami ( szczególnie w kręgach prawicowych) – uważają, że ocieplenie klimatu – to mit i bzdury. Oj mylą się bardzo – bardzo ! Śmiało mogę powiedzieć – a jestem osobą , która kończy za chwilę 67 lat – w trakcie ostatnich pięćdziesięciu lat mieliśmy tylko kilka razy „białe święta” lub inaczej – mroźną i śnieżną zimę. Często bywało tak, że w Wigilię było naprawdę ciepło, a dopiero drugi dzień świąt był ze śniegiem. Zdarza się to bardzo często. Jednak nie w całym kraju. Mamy dużą powierzchnię państwa. Dlatego mówi się, że żyjemy w klimacie zmiennym-przejściowym. Jest w nim zarówno wpływ kontynentalny, jak i morski. Ten drugi pochodzi znad Atlantyku. Jedyna rzecz, której jestem pewny to jest to, że takie anomalie będą się powtarzać. Paradoksalnie słowo „anomalia” jest nadużywanie. Takie sytuacje stają się normą. Zepsuliśmy klimat.  W skrócie: do atmosfery wpuściliśmy za dużo gazu. Chodzi o dwutlenek węgla i metan. Można to zobrazować bardzo prosto. Gdybyśmy stanęli przy „dwóch wielkich szybach” łatwiej byłoby nam to pojąć. W środku pomieszczenia mielibyśmy na przykład 20 stopni, a na zewnątrz minus 10. Ciepło od nas nie ucieka, a mróz nie dociera. Dlaczego? Między „szybami” utrzymuje się gaz. Blokuje wszystko. Działa to trochę, jak… super termos. Niby się nie poparzymy, ale konsekwencje naszych czynów będą złe. Planeta nagrzewa się, a ciepło nie ucieka. Stworzyliśmy „kołdrę gazową”. Błędne koło. Dodatkowo, oceany się ocieplają. Kumulują bardzo dużo ciepła. Mają wpływ na to, co się dzieje w pogodzie i w klimacie całego naszego globu. Klimat – dostał zawrotu głowy – głupieje. A Ziemia kręci się i wszystko wiruje w tym szoku klimatycznym , który nas dotyka – Ba ! – nie dotyka , tylko ustala dziwne reguły gry… Sytuacji z klimatem już nie zmienimy. Możemy ją jedynie powstrzymywać. Bądźmy realistami. Za daleko to zabrnęło. Żyjemy w świecie, w którym przybywa coraz więcej ludzi. W trakcie II wojny światowej na naszej planecie żyło około miliarda ( do półtora) osób. Teraz jest ich ponad osiem. Niebawem doliczymy się dziesięciu miliardów. Klimat psujemy wspólnie od około 200-250 lat – od momentu kiedy wymyśliliśmy pierwszą maszynę parową – za chwile – spalinową.  Zaczęło się to wtedy , gdy na świecie żyło niecałe pół miliarda osób. A teraz? Niech każdy dokończy tę myśl sam. A teraz trochę historii … o zimach – mrozie i śniegu… Najniższa temperatura, jaką kiedykolwiek odnotowano w naszym kraju, padła w 1940 roku w Siedlcach -41°C . Było to w samym środku wojennej zimy, jednej z najostrzejszych w XX wieku. Ludzie marzli wówczas w niedogrzanych domach, a zimno było tak dotkliwe, że metalowe elementy mostów pękały na masową skalę! Zima 1928/1929 to kolejny punkt zwrotny w historii najniższych temperatur w Polsce. W Tarnowie temperatura spadła wtedy do -43°C, aczkolwiek nigdy tego rekordu oficjalnie nie uznano. Ludzie opowiadali, że woda w studniach zamarzała na kamień, a mleko w butelkach rozsadzało szkło. Jeszcze większe chłody nadeszły w styczniu 1987 roku. Pociągi wówczas nie kursowały, autobusy nie odpalały, a rury pękały w całych miastach. To był armagedon. Warszawa notowała -30,7°C, Kielce -33,9°C, a w Zamościu było -31,6°C. Mówiąc o zimnie w Polsce, nie można pominąć miejsc, które regularnie odnotowują najniższe temperatury. Pierwsze na myśl przychodzą Suwałki, od lat określane mianem „polskiego bieguna zimna”. I rzeczywiście – zimy w tym regionie potrafią być surowe, zwłaszcza gdy nad Polskę napływają masy powietrza z Syberii – od carów i Putina… Jednak paradoksalnie, to nie tam notuje się absolutnie najniższe temperatury. Prawdziwym biegunem zimna w Polsce jest bowiem Kotlina Orawsko-Nowotarska i tatrzańskie mrozowiska. Szczególnie fascynujące są Litworowy Kocioł i Dolina Pięciu Stawów, gdzie temperatury mogą spadać do ekstremalnych poziomów. W tych miejscach zimne powietrze nie ma dokąd uciec – zatrzymuje się w kotlinach i nocą wychładza się jeszcze bardziej. W 2010 roku w dolinie Filipka w Tatrach odnotowano -37°C, a w 2012 roku na Hali Gąsienicowej było -35,5°C. Możliwe, że w niektórych niedostępnych dolinach bywało jeszcze zimniej. Co sprawia, że czasami Polska doświadcza temperatur, które bardziej pasowałyby do Syberii niż do Europy Środkowej? Mrozy nie były i nie są jedynie meteorologiczną

Zimy tysiąclecia i stulecia … Dowiedz się więcej »

W Zagrodzie Młyńskiej i u Leśnika w Bogdańcu

24 stycznia 2026 r. Zagroda Młyńska w Bogdańcu zorganizowała dla chętnych spotkanie z historią tego miejsca oraz spacer ścieżką edukacyjną z leśnikiem. Było to spotkanie z cyku ” Z nurtem czasu i Bogdanki” , a przewodnikiem był muzealnik i leśnik, a właściwie pani leśnik- zapraszam na wrażenia – Marzanna Leszczyńska. Zanim opowiem swoje wrażenia zapraszam na fotki połączone z muzyką. Naciśnięcie czerwonego kwadratu z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film. W Zagrodzie Młyńskiej w Bogdańcu jeszcze Bożonarodzeniowa sceneria, chociaż choinki się sypią, bo to przecież naturalne świerki. Została jedna – udekorowana przez dzieci – stoi na tle dużych zdjęć wiszących na ścianie, które pokazują skarb niedawno odkryty na tych terenach. W kredensach i szafkach oglądać można dawne świąteczne kartki, w oknach potężne śnieżynki wykonane z białego papieru, rzeźby Szopek Bożonarodzeniowych, są jeszcze świąteczne stroiki na stołach, a nad jednym łóżkiem przykuwa wzrok obraz Matki Bożej w brązach – na miejscu obrazu Chrystusa, który wisiał w Wielkanoc. W Sobotni, styczniowy, mroźny dzień zebrała się grupa 30 osób, która przyszła posłuchać opowiadań dr Mirosława Pecucha o pracy we młynie, życiu właścicieli młyna i mieszkańców wsi Bogdaniec, a że czasy były trudne to i życie było niebezpieczne i relacje ludzkie zagmatwane, trudne i traktowanie niesprawiedliwe . Zgromadzone we młynie eksponaty odżyły przy opowieściach dr Mirosława Pecucha – objaśnił jak ułatwiano sobie pracę , aby nie nosić ciężkich worków na plecach i nie używać dużej siły w pracy przy wytwarzaniu mąki. Są tam żarna rotacyjne, jakich używali Celtowie 2000 lat temu. Ale żeby nie przechodzić nieświadomie obok tych sprzętów, które zgromadzone są we młynie – trzeba posłuchać wiedzy, którą posiadł dr Mirosław Pecuch. Sobotnie spotkanie połączyło się ze spacerem i opowieścią leśnika, a właściwie Pani Leśnik – Aldony – która zrobiła to bardzo ciekawie i z pasją. W terenie zostało nam pokazane praktycznie jak mierzy się wysokie drzewa, Pani Aldona objaśniła jak drzewa bronią się przed zwierzętami, które je uszkadzają i na czym polega trudna praca leśnika, która wymaga wiedzy, doświadczenia , obserwacji i cierpliwości. Trzeba zbierać nasiona, które są zjadane przez ptaki i zwierzęta, a odnawianie niektórych gatunków jest bardzo trudne tak jak chociażby dęba, który odnawia się raz na 8 lat. Leśnicy dbają o zachowanie różnorodności biologicznej. Trzeba odpowiednio prowadzić las, którego drzewa przeznaczone są na meble – to wszystko objaśniła nam Pani Aldona. Bogdaniec ma duże sukcesy w gospodarce leśnej- przyjeżdżają tu czerpać wiedzę Austriacy, Niemcy. To tutaj znajduje się rezerwat cisów, których jest 2000 zresztą jeden z niewielu w Polsce, to tutaj jest 15 gatunków dębów. W XVIII wieku zostały sprowadzone drzewa z Ameryki, ale z obcymi gatunkami trzeba uważać, bo zagrażają naszej biocenozie. Dzisiaj te drzewa są miejscami rozpoznawczymi- punktami spotkań.Po spacerze przeszliśmy do Domu Nadleśnictwa aby dokończyć edukacji. W pięknej sali, przy śpiewie ptaków, rozłożonych na stołach skarbach z lasu Pani Aldona pokazała nam jak wyglądają szyszki różnych drzew i jak je rozróżniać, jak pachnie daglezja ( a pachnie cytrusami}, policzyliśmy igły sosny wejmutki i zobaczyliśmy różne budki lęgowe. Zapamiętamy na całe życie, że karmniki trzeba czyścic, nie karmimy ptaków chlebem ( nad morzem to takie częste obrazki, bo tyle mew się zlatuje) a słoninka nie powinna być słona. Teraz zrozumiałam , że buk w moim ogrodzie nie zrzuci liści jak inne drzewa i będzie miał brązowe liście aż do wiosny, bo taki jest . Nie będę już szukała lekarstwa na szyszki jodły koreańskiej, bo to że one kruszeją na drzewie i nie spadają wynika z natury tego drzewa, a nie z jakiejś choroby. Sala – trzeba przyznać jest okazała, piękna – zachwyca dekoracjami leśnymi. Tutaj wypiliśmy ciepłą herbatkę i poczęstowaliśmy się pieczywem chrupkim z leśnym pesto i leśnymi dżemami. Spotkanie zakończyło się ogniskiem, a Pani Aśka Skrodzka osobiście dbała, aby każdy zjadł przepyszną kiełbaskę z ogniska z bułką. Przemiłe spotkanie, talenty belferskie, wiedza, która każdemu się przyda, a może w dzieciach rozbudzić zainteresowania czy pasje. Gratuluję tak pięknie przygotowanego spotkania – widać nie tylko dobre przygotowanie i pasję do swojej pracy, ale i życzliwość, miłą atmosferę i po prostu serce. Miejsca urocze, naturalne, lepszego nie można sobie życzyć dla spędzania wolnego czasu i wychowywania naszej młodzieży i dzieci. A przybyłe dzieci miały się tutaj znakomicie – grzeczne, aktywne, zaangażowane, zaciekawione, nie narzekające na nic – były do końca. Zagroda Młyńska żyje, nie jest tylko muzeum. Radni powinni wspierać takie miejsca, aby się rozwijały i nie były ograniczane brakiem środków na promocję, materiałów do celów dydaktycznych. To jest nie do pomyślenia, że miasto wydaje miliony corocznie na skompromitowany żużel, dowiadujemy się właśnie o nieprawidłowościach w kontrolach i zawiadomieniach organów ścigania , a prezes z cygarem mówi w sprawie dotacji dla Stali : „Wyciszać , a nie nagłaśniać”. ile za te wywalane w czarną dziurę pieniądze powstałoby pożytecznej pracy na rzecz naszych dzieci takich inicjatyw jak ta – inicjatywa dobra dla dorosłych też. Komercji jest wszędzie po kokardy, tutaj jest gwarancja oryginalności, bo tworzą to miejsce dobrani, pracowici i mądrzy ludzie . Marzanna Leszczyńska

W Zagrodzie Młyńskiej i u Leśnika w Bogdańcu Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry