W Zagrodzie Młyńskiej i u Leśnika w Bogdańcu

24 stycznia 2026 r. Zagroda Młyńska w Bogdańcu zorganizowała dla chętnych spotkanie z historią tego miejsca oraz spacer ścieżką edukacyjną z leśnikiem. Było to spotkanie z cyku ” Z nurtem czasu i Bogdanki” , a przewodnikiem był muzealnik i leśnik, a właściwie pani leśnik- zapraszam na wrażenia – Marzanna Leszczyńska. Zanim opowiem swoje wrażenia zapraszam na fotki połączone z muzyką. Naciśnięcie czerwonego kwadratu z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film. W Zagrodzie Młyńskiej w Bogdańcu jeszcze Bożonarodzeniowa sceneria, chociaż choinki się sypią, bo to przecież naturalne świerki. Została jedna – udekorowana przez dzieci – stoi na tle dużych zdjęć wiszących na ścianie, które pokazują skarb niedawno odkryty na tych terenach. W kredensach i szafkach oglądać można dawne świąteczne kartki, w oknach potężne śnieżynki wykonane z białego papieru, rzeźby Szopek Bożonarodzeniowych, są jeszcze świąteczne stroiki na stołach, a nad jednym łóżkiem przykuwa wzrok obraz Matki Bożej w brązach – na miejscu obrazu Chrystusa, który wisiał w Wielkanoc. W Sobotni, styczniowy, mroźny dzień zebrała się grupa 30 osób, która przyszła posłuchać opowiadań dr Mirosława Pecucha o pracy we młynie, życiu właścicieli młyna i mieszkańców wsi Bogdaniec, a że czasy były trudne to i życie było niebezpieczne i relacje ludzkie zagmatwane, trudne i traktowanie niesprawiedliwe . Zgromadzone we młynie eksponaty odżyły przy opowieściach dr Mirosława Pecucha – objaśnił jak ułatwiano sobie pracę , aby nie nosić ciężkich worków na plecach i nie używać dużej siły w pracy przy wytwarzaniu mąki. Są tam żarna rotacyjne, jakich używali Celtowie 2000 lat temu. Ale żeby nie przechodzić nieświadomie obok tych sprzętów, które zgromadzone są we młynie – trzeba posłuchać wiedzy, którą posiadł dr Mirosław Pecuch. Sobotnie spotkanie połączyło się ze spacerem i opowieścią leśnika, a właściwie Pani Leśnik – Aldony – która zrobiła to bardzo ciekawie i z pasją. W terenie zostało nam pokazane praktycznie jak mierzy się wysokie drzewa, Pani Aldona objaśniła jak drzewa bronią się przed zwierzętami, które je uszkadzają i na czym polega trudna praca leśnika, która wymaga wiedzy, doświadczenia , obserwacji i cierpliwości. Trzeba zbierać nasiona, które są zjadane przez ptaki i zwierzęta, a odnawianie niektórych gatunków jest bardzo trudne tak jak chociażby dęba, który odnawia się raz na 8 lat. Leśnicy dbają o zachowanie różnorodności biologicznej. Trzeba odpowiednio prowadzić las, którego drzewa przeznaczone są na meble – to wszystko objaśniła nam Pani Aldona. Bogdaniec ma duże sukcesy w gospodarce leśnej- przyjeżdżają tu czerpać wiedzę Austriacy, Niemcy. To tutaj znajduje się rezerwat cisów, których jest 2000 zresztą jeden z niewielu w Polsce, to tutaj jest 15 gatunków dębów. W XVIII wieku zostały sprowadzone drzewa z Ameryki, ale z obcymi gatunkami trzeba uważać, bo zagrażają naszej biocenozie. Dzisiaj te drzewa są miejscami rozpoznawczymi- punktami spotkań.Po spacerze przeszliśmy do Domu Nadleśnictwa aby dokończyć edukacji. W pięknej sali, przy śpiewie ptaków, rozłożonych na stołach skarbach z lasu Pani Aldona pokazała nam jak wyglądają szyszki różnych drzew i jak je rozróżniać, jak pachnie daglezja ( a pachnie cytrusami}, policzyliśmy igły sosny wejmutki i zobaczyliśmy różne budki lęgowe. Zapamiętamy na całe życie, że karmniki trzeba czyścic, nie karmimy ptaków chlebem ( nad morzem to takie częste obrazki, bo tyle mew się zlatuje) a słoninka nie powinna być słona. Teraz zrozumiałam , że buk w moim ogrodzie nie zrzuci liści jak inne drzewa i będzie miał brązowe liście aż do wiosny, bo taki jest . Nie będę już szukała lekarstwa na szyszki jodły koreańskiej, bo to że one kruszeją na drzewie i nie spadają wynika z natury tego drzewa, a nie z jakiejś choroby. Sala – trzeba przyznać jest okazała, piękna – zachwyca dekoracjami leśnymi. Tutaj wypiliśmy ciepłą herbatkę i poczęstowaliśmy się pieczywem chrupkim z leśnym pesto i leśnymi dżemami. Spotkanie zakończyło się ogniskiem, a Pani Aśka Skrodzka osobiście dbała, aby każdy zjadł przepyszną kiełbaskę z ogniska z bułką. Przemiłe spotkanie, talenty belferskie, wiedza, która każdemu się przyda, a może w dzieciach rozbudzić zainteresowania czy pasje. Gratuluję tak pięknie przygotowanego spotkania – widać nie tylko dobre przygotowanie i pasję do swojej pracy, ale i życzliwość, miłą atmosferę i po prostu serce. Miejsca urocze, naturalne, lepszego nie można sobie życzyć dla spędzania wolnego czasu i wychowywania naszej młodzieży i dzieci. A przybyłe dzieci miały się tutaj znakomicie – grzeczne, aktywne, zaangażowane, zaciekawione, nie narzekające na nic – były do końca. Zagroda Młyńska żyje, nie jest tylko muzeum. Radni powinni wspierać takie miejsca, aby się rozwijały i nie były ograniczane brakiem środków na promocję, materiałów do celów dydaktycznych. To jest nie do pomyślenia, że miasto wydaje miliony corocznie na skompromitowany żużel, dowiadujemy się właśnie o nieprawidłowościach w kontrolach i zawiadomieniach organów ścigania , a prezes z cygarem mówi w sprawie dotacji dla Stali : „Wyciszać , a nie nagłaśniać”. ile za te wywalane w czarną dziurę pieniądze powstałoby pożytecznej pracy na rzecz naszych dzieci takich inicjatyw jak ta – inicjatywa dobra dla dorosłych też. Komercji jest wszędzie po kokardy, tutaj jest gwarancja oryginalności, bo tworzą to miejsce dobrani, pracowici i mądrzy ludzie . Marzanna Leszczyńska

W Zagrodzie Młyńskiej i u Leśnika w Bogdańcu Dowiedz się więcej »

Krzyże nie tylko w kościele

„Miłości bez krzyża nie znajdziecie, a krzyża bez miłości nie uniesiecie” „Jeśli będziemy bronić krzyża to z pewnością przetrwamy” Jan Paweł II Zapraszam na zdjęcia z muzyką. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej – uruchomi krótki film . Ten tekst dedykuję przede wszystkim tym, którzy nie chcą krzyża w przestrzeni publicznej i uważają, że Jego miejsce jest tylko w kościele, tym którzy w sposób niewiarygodnie lekceważąco odnoszą się do Opatrzności Bożej i wypowiadają się w duchu takim, że skoro ludzie dopuszczają się aktów wandalizmu na krzyżach i figurach Matki Bożej i nie widzą natychmiastowej każącej reakcji Boga – który przecież może wszystko – to znaczy według nich, że cała religia katolicka jest jednym wielkim kłamstwem, a stawianie krzyży w szkołach to ciemnogród, średniowiecze. Napomknę tylko, że jeden z kandydatów na prezydenta Polski w wyborach roku 2025, krótko przed swoim startem ogłosił w swoim programie, likwidację krzyży w szkołach, urzędach. Jak to w Polsce rozpętała się burza i protest wielu środowisk. Zorientował się szybko, że może to zaszkodzić jego wygranej, więc się sprytnie wycofał z tego punktu. Chociaż jego zwycięstwo było niemalże przesądzone, to jednak wybory – mimo wielkiej przewagi finansowych nakładów i medialnych starań – przegrał. Nie tylko przegrał, ale został ośmieszony stając się dwugodzinnym prezydentem Polski. Zadaję tym wszystkim zbuntowanym i pogardzającym krzyżem ludziom pytanie: czy naprawdę uważacie, że Ktoś kto wszystko może czyli Bóg , będzie się zniżał do takich jak wy i na wasze zawołanie będzie robił przed wami jakieś cuda? Jest takie jedno stare, ale dobre powiedzenie: „ Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy”. Pożyjecie, zobaczycie. Nie będę pisała o Polsce, w której jest dużo kapliczek, krzyży przydrożnych, jest większy niż w Rio de Janeiro Pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie, ale zatrzymam się na trzech krajach, w których miałam przyjemność być na krótko i ten pobyt otworzył mi oczy, zaskoczył mnie i skłonił do skromnej osobistej refleksji – jest to Malta. Portugalia i Toskania we Włoszech. Plaża na Gozo – maltańskiej wyspie wprawiła mnie w osłupienie gdy zobaczyłam na niej potężną, bielącą się w oddali figurę Maryi. Widok dla mnie niespotykany nigdzie indziej. W oddali na wzgórzu wznosi się ogromny posąg Chrystusa Króla – taki na wzór naszego w Świebodzinie czy najsłynniejszego w Rio de Janeiro. Na Gozo jest wiele zabytkowych uliczek z przepięknymi domami, a niemal przy każdym domu stoi krzyż, kapliczka. Wielkim ewenementem są małe jaskinie, które mieszczą się w prywatnych domach – można je zwiedzać – umawiając się z właścicielami tych posesji. Zwiedziłam Xerris Grotto. W pięknym domu przy zejściu krętymi, wąskimi wykutymi w skale schodami do jaskini stoi dużych rozmiarów – wielkości człowieka – fotografia Anthoniego Xerrisa z 1923 roku, który odkrył grotę podczas kopania studni, gdy szukał miejsca osiedlenia się. Całą nieprawdopodobną historię tego miejsca opowiedziała nam córka bądź wnuczka Xerrisa. W tym domu przy tej grocie stała ogromna Szopka Bożonarodzeniowa, którą Xerris wszystkim zwiedzającym pokazywał mówiąc, że miejsca swojego osiedlenia ze studnią i grotą nie znalazł przypadkowo, ale dokładnie została mu ona wskazana i podpowiedziana – a zawdzięczał to Bogu i przez tę historię uczynił misję przekazania światu, że Bóg istnieje i to On pokierował Jego szczęśliwym życiem. Byłam też w muzeum państwowym na Malcie i na wyświetlanym filmie multimedialnym pokazującym historyczne wydarzenia wyspy, bitwy – dużo mówiono o kontekście religijnym i splocie cudownych wydarzeń, ingerencji Maryi. Portugalia – 40 km od Lizbony Cabo da Roca – najdalej wysunięty na zachód przylądek Europy. Miejsce gdzie mocno wieje, a fale Oceanu Atlantyckiego dają niezwykłe widowiska zwłaszcza gdy uderzają o skały – wypluwają wodę ze szczelin dają przedziwne spektakle i odgłosy jak z piekielnych otchłani. Kelner z tutejszej przybrzeżnej restauracji – niezwykle położonej, w której zjadłam najlepszą zupę dyniową jaką próbowałamw życiu – człowiek o wielkiej kulturze, perfekcyjnym języku angielskim powiedział mi : „ Jestem tu codziennie, ale widoki się nie powtarzają”.Tutaj na Cabo da Roca na najdalej wysuniętym na zachód punkcie kontynentalnej Europy umieszczono betonowy potężny krzyż z napisem symbolizującym historyczne znaczenie tego miejsca, które do XV wieku aż do odkrycia Ameryki uznawano jako „koniec świata”. Wyryto tam cytat poety Luisa Vaz de  Camões : „Gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna”. W samej Lizbonie z wieży Belem widać potężny posąg Jezusa rozpościerającego swoje ręce nad miastem tak jak Chrystus w Rio de Janeiro. W grudniu, w czasie Świąt Bożego Narodzenia oprócz masy światełek w kształcie gwiazdek, Mikołajów, choinek, kokardek, bombek są Szopki przedstawiające Św. Rodzinę. Na koniec Toskania czyli niezwykle urokliwy region we Włoszech. Nie dziwię się tym, którzy po powrocie z Toskanii urządzają swoje domy po toskańsku, albo przenoszą się tam. Miałam okazję mieszkać niedaleko słynnego Montepulciano, gdzie nagrywano „Zmierzch”, jeździłam elektrycznym rowerem po polach gdzie jest „vija z Gladiatora”.To bajeczna kraina – nie zejdziesz tego na pieszo, bo za duże przestrzenie, samochodem nie zakosztujesz uroków, bo zbyt szybko umykają, zwykłym rowerem nie dasz radę, ale rower elektryczny jest najlepszy. XVII- nasto wieczny dom, który wynajęliśmy na tygodniowy pobyt dawał wyjątkowe możliwości zwiedzania i smakowania Toskanii. Dom położony na wzgórzu, otoczony gajami oliwnymi. Luksus polegał na tym, że mieszkaliśmy tam tylko my czyli 9 osób i nie dzieliliśmy go z innymi nieznajomymi. Mieliśmy szczęście, bo kaprys właściciela posesji nie zawsze sprzyja, że dom jest do wynajęcia. Mogę powiedzieć, że ta miejscówka należy do jednych z najatrakcyjniejszych z jakichkolwiek korzystałam. Właściwie to dom, miejsce jest tak wyjątkowe, że nie trzeba się nigdzie ruszać, aby wystarczająco pobyć i wypocząć. Wstawaliśmy wczesnym rankiem, aby podziwiać spektakularne wschody słońca nad winnicami z perspektywą na polach, mgły, zapachy, kolory nieba – każdy poranek inny, niepowtarzalny. Biesiadowanie w tym domu, przygotowywanie posiłków z tego co zakupiliśmy na targu – to była wielka przygoda. Tym miejscem należało się delektować. Toskania to wyjątkowe zapachy ziół. I pokoje…Są jak z obrazów Rembrandta. Piękne meble, estetycznie zasłane łoża,a nad każdym łóżkiem „Maryjka”.Tak jest w każdym pokoju, nad drzwiami jadalni, we wszystkich wspaniałych restauracjach – „Maryjki”. „ Maryjki” nie tyle obrazki co mające srebrny kolor metaloplastyczne płaskorzeźby. Zabytkowe uliczki posiadają niezliczone ilości kapliczek przy okazałych kamienicach, na rogach ulic. Toskania bez tych figurek, „Maryjek” i krzyży nie

Krzyże nie tylko w kościele Dowiedz się więcej »

Aniołki w Łagowie w Święto Trzech Króli

Popłakałam się ze wzruszenia na Święcie Trzech Króli w Łagowie Lubuskim. Zapraszam na zdjęcia ze śpiewem malutkiej uzdolnionej solistki , tym bardziej, że śpiewała piosenkę bez podkładu muzycznego, co podkreśliło talent dziecka. Uważam, że lepiej nie można też podkreślić czystości i wielkości Bożego Dzieciątka. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film. Po mszy świętej w zabytkowym kościółku przy Zamku Joanitów wyruszył Orszak Trzech Króli. Słychać go było aż przy kinie Świteź, bo szli z kolędą na ustach z Gwiazdą Betlejemską na czele. Wyglądało to imponująco, gdy długi ciąg mieszkańców przeszedł pod tunelem zabytkowej baszty i zakręcił do amfiteatru u stóp Zamku Joanitów. W Orszaku szło dużo ludzi i dzieci, maluszki pięknie ustrojone jak aniołki, chociaż w kurtkach, bo przecież zima i tęgi mróz – na pewno powyżej 10 stopni Celsjusza. Moi drodzy żadnych koni! Żadnych chińskich smoków, żadnych duchów na szczudłach i innych powozów, żadnych kamer i mikrofonów… Na scenie u stóp zamku dzieci przedstawiły Jasełka w sposób prześliczny, wzruszający – cała uroczystość należała do nich. Dorośli, rodzice, ksiądz i nauczyciele pozostali w ich cieniu, dyskretnie ukryci, czuwający nad wszystkim, eksponujący te maluszki w większości przecież. To one miały być aktorami to one miały oddać cześć narodzonemu Jezusowi. Moi drodzy TO BYŁY DZIECI, nie władze miasteczka, które przy okazji sprytnie lansują się, aby kodować się widzom w przyszłych wyborach aby zostać utrwalonymi na zdjęciach i filmach, paradujących w togach i koronach – tak jest we wszystkich miastach. Tu były DZIECI, w większości z przedszkola z pobliskiego Łagówka dały wzruszający spektakl jasełkowy przedstawiony z zachowaniem tradycji. Było dużo kolęd, niewiele słów, a te wypowiedziane dziecięcymi głosikami, jeszcze z tymi wadami wymowy , które przysługują rozwojowi mowy są szczególnie ujmujące. Przepiękną kolędę Kuby Badacha „ Mario czy Ty wiesz” wyraziła formacja taneczna dziewczynek – bardzo ładnie zatańczoną w rytmie, z dramatyzmem, z użyciem welonów. Prześlicznie piosenkę o choince i drugą o małym Dzieciątku zaśpiewała dziewczynka trzymająca serduszko w ręku – przepowiadam jej jakiś sukces, bo to dziecko utalentowane w śpiewie. Powtarzam, że zaśpiewała trudną piosenkę bez podkładu muzycznego , pięknych słowach – tak właśnie można najbardziej oddać klimat dramatycznych tamtych wydarzeń i ubóstwo Bożej Rodziny. W centralnym miejscu uwagę skupiała czuwająca przy żłóbku – Maryjka z Józefem. Maryjka po prostu zjawiskowa, Józef – prawdziwy opiekun. Dzieci tak przebrane, że ściskało za serce, od nich biło szczególne światło. 6 stycznia 2026 roku przy Zamku Joanitów nagromadziła się armia aniołków – niewinnych, szczerych, nieskalanych, grzecznych, cierpliwych. Przed sceną temperaturę podgrzewały trzy koksowniki , można było zjeść pyszny bigos, pierogi, krokiety z barszczem, wypić ciepłą herbatę lub grzańca – za co łaska. Atmosfera niesamowita, swojska, bardzo przyjazna. Widać wspólnotę mieszkańców. Wypada tylko pogratulować. Podziw wzbudza ten dar dawania, nie lansowania się, tak dzisiaj widoczny w sposób bezwstydny. Ktoś miał wspaniały pomysł, odważny i bardzo oryginalny. Wyszło baaaaaaardzo artystycznie . Daliście, ale już otrzymaliście. Otrzymacie, bo w ten sposób wychowujecie dobrze swoje dzieci. Owoce już widać. Obserwowałam jedna dziewczynkę, która przyszła się ogrzać po występie. Była taka zmarznięta, płakała bezgłośnie, wyciągając rączki do ogniska, mamusia pochylała się nad nią podając jej kubek herbaty do ust. A ona nie wyładowywała swojej złości tylko cicho płakała. To było widowisko – klasa. Organizatorzy nie zapomnieli o jednym, że to było wydarzenie religijne. Mogłyby się od Was uczyć wielkomiejskie ośrodki, które w większości „odkleiły się” w jakimś niezrozumiałym kierunku prezentując przerost formy nad treścią i zapominając o najważniejszym. Kliknij na czerwony prostokąt z białą strzałką a otworzy się piosenka o choince śpiewana przez małą dziewczynkę. Marzanna Leszczyńska ogrzewająca się zimową herbatką w Uroczym Zamku Joanitów. Muszę jednocześnie przyznać, że w „Leśniku” całego ośrodka strzeże niczym ” Cerber” blond „Stróżyca” i z wielką zajadłością pilnuje toalety. Nawet gdyby człowiekowi leciało po nogach to na żadne prośby i za żadne pieniądze nie wpuści. Nie tylko w Wigilię trzeba mieć trochę serca , ale w Święto Trzech Króli może tez.

Aniołki w Łagowie w Święto Trzech Króli Dowiedz się więcej »

„Wszeteczni” polscy królowie i książęta…

Tekst dr Robert Wójcik Walczyli z rywalami, zdobywali ziemie, rządzili mądrze lub niezbyt mądrze. Polscy władcy to nie tylko dostojne postacie z dawnych malowideł. Najwyższa pozycja w państwie pozwalała im luźniej traktować niektóre moralne nakazy i zakazy. Czasem ku zgorszeniu najbliższego otoczenia, czasami za jego przyzwoleniem. Kim byli najbardziej rozpustni władcy Polski? Postrzeganie władcy w dużej mierze zależało od tego jak go postrzegali jemu współcześni. Jeżeli był lubiany, to patrzyli przez palce na jego wybryki. Król był traktowany jak reprezentacja swojego królestwa. Dla autorów średniowiecznych grzeszność króla ściągała gniew Boga na cały naród. Dlatego czasem niepowodzenia i klęski kraju wiązano ze złym prowadzeniem się władcy. Z drugiej strony jeszcze starszy był archetyp (pierwotny wzorzec lub pierwowzór postaci, motywu, symbolu czy schematu zachowania, głęboko zakorzeniony w ludzkiej psychice i kulturze, wspólny dla wszystkich ludzi niezależnie od epoki czy miejsca) władcy-ojca narodu. Jego potencja seksualna oznaczała płodność i dobrobyt, a zdolność do spłodzenia dużej ilości potomków pozwalała nawiązywać sojusze z innymi krajami i zapewniała ciągłość dynastii. Władcy Słowian przed chrystianizacją praktykowali wielożeństwo, tak jak wielu starożytnych władców wielkich cywilizacji Bliskiego Wschodu. Dla chrześcijańskich kronikarzy to jednak była praktyka „dzikich” pogan, którą należało wyplenić. To zmieniło się w renesansie. W okresie renesansu posiadanie kochanek nie było aż tak silnie potępianie jak w poprzedniej epoce. Nieślubne dzieci mieli szlachcice, królowie i duchowni. Nierzadko zdobywały one wysoką pozycję w państwie czy lokalnej polityce samorządnego miasta. Ten model był powszechny przede wszystkim na Półwyspie Apenińskim. Wielu papieży nie kryło się ze swoimi romansami i promowało otwarcie swoje nieślubne dzieci. Nie było wcale rzadkością, że same matki pchały następców tronu w ramiona doświadczonej kochanki, która zarazem była szpiegiem królowej-matki. Model dotarł i do Polski wraz z włoskimi nauczycielami królewskich dzieci, a przede wszystkim z dworem Bony Sforzy. Przymykanie oka na kochanki królów było jeszcze bardziej powszechne w czasach demokracji szlacheckiej. Wobec możliwości wyboru władcy spośród szlachty potomstwo nie było pierwszym jego zmartwieniem. Ważne, żeby nadawał się do zadań jakie w danym momencie stały przed krajem. W XVIII wieku rozwiązłość na dworach królewskich – tym razem głównie na wzór Wersalu – była po prostu w modzie, a faworyty królewskie miały ogromny wpływ na politykę i decyzje personalne władcy. Średniowieczni władcy Polski byli znani z gwałtownego charakteru, co było uważane przeważnie za dobrą cechę. Do ich wybryków seksualnych kronikarze odnosili się różnie. Bolesław Chrobry – z pewnością dokonał przynajmniej jednego, szczególnie haniebnego gwałtu na kijowskiej księżniczce, kiedy zdobył to miasto. Był to jednak raczej akt polityczny. Wiemy, że Chrobry był człowiekiem bezwzględnym, raczej okrutnym niż rozpustnym. Przecława , którą zgwałcił i uprowadził jako nałożnicę z Kijowa, odgrywała w konflikcie z Jarosławem Mądrym ważną rolę polityczną. W ten sposób nie tylko zdobył kobietę, której pożądał, ale upokorzył swojego przeciwnika i jego sojuszniczkę. Jako oznakę politycznej bezwzględności czyn ten był chwalony przez kronikarza. Władysław Laskonogi – nie tylko słynął z rozpusty, ale zginął z rąk dziewczyny, którą prawdopodobnie chciał wziąć gwałtem. Zabójczyni księcia była Niemką i zdecydowanie ich spotkanie nie miało nic z miłosnej schadzki. W późniejszej kronice Jan Długosz , opierając się na nieznanych źródłach, stwierdził wprost, że Laskonogibył nielubiony z powodu „rozpusty i wszeteczeństw”. Kazimierz Wielki – to chyba najbardziej znany lubieżnik wśród Piastów. Z całą pewnością wiemy, że miał słabość do wielu kobiet, Jan Długosz (choć nie wiadomo na jakiej podstawie) przypisuje mu nawet tworzenie rozbudowanego haremu . Faktem jest, że jeżeli jakaś pani działała na jego zmysły, to nie miało znaczenia czy była chłopką, mieszczką czy szlachcianką, chrześcijanką czy żydówką. Jedna z jego najsłynniejszych kochanek to przecież, na wpół legendarna –Esterka. To z jej powodu miał Kazimierz rozszerzyć prawa Żydów w Polsce. Wcześniej kochanką, a potem żoną króla była czeska mieszczka – Krystyna Rokiczana. Kronikarze wspominają też o córce kasztelana sieciechowskiego – Cudce. Jednym z największych żartów historii było to, że Kazimierz, mając wiele nieślubnych dzieci (w tym zdrowych synów), nie doczekał się prawowitego potomka. Paranoja – a niby taki mądry król – Bo zastał Polskę drewnianą – a zostawił murowaną. Wiemy, że kochanki mieli też Mieszko II, Bolesław Śmiały i książę sandomierski Kazimierz Sprawiedliwy. Jednak to nie rozpusta była główną wadą przedstawicieli tej dynastii. Jagiellonowie na tle innych renesansowych rodów Europy wypadają raczej blado (lub jak kto woli – cnotliwie…). Ten obraz w oczach Polaków utrwalił przede wszystkim Kazimierz Jagiellończyk. Król z pewnością aniołem nie był, ale unikał alkoholu, dbał o higienę i tężyznę fizyczną oraz płodził kolejne dzieci z niezbyt urodziwą, ale prawowitą żoną – Elżbietą Rakuszanką. Maciej z Miechowa twierdzi jednak, że król lubił uciechy łoża i stołu, miał też kochanki. Jednak dbał o wizerunek i nie zatracał się w rozpuście. Był przede wszystkim władcą i odpowiedzialnym politykiem. Kto z tej dynastii zasłużył na miano naprawdę rozwiązłego władcy? Przede wszystkim dwóch królów: Jan Olbracht – nigdy się nie ożenił, ale od miłości cielesnej nie stronił. Lubił też dobrze zjeść, a przede wszystkim obficie wypić. Kronikarze zapisali, że co najmniej raz wdał się w bójkę po pijaku. Przyczyną bezpotomnej śmierci polskiego króla była prawdopodobnie kiła, co jest najlepszym świadectwem „ciekawego” życia jakie prowadził. Możliwe jednak, że tak jak jego ojciec i bracia miał skłonność do udaru mózgu i chorób układu krążenia. Poza tym był człowiekiem renesansu – lubiącym naukę, sztukę, ale i dobrą zabawę. Rozpusta na pewno nie była jego dominującą cechą. Zygmunt II August – być może postać tego króla została uromantyczniona, ale bardziej pasuje do niego określenie „kochliwy” niż „rozpustny”. Mówi się nawet, że w ramionach kobiet szukał ucieczki od swojej depresji, zimnej relacji z matką, a później lekarstwa na liczne dolegliwości. Chociaż nie stronił od kochanek, prawdziwą miłością jego życia była (podobno równie rozwiązła…) Barbara Radziwiłłówna. Ten król jest może bardziej znany jako patron okultyzmu niż rozpustnik. Co czyni go postacią równie ciekawą, ale z zupełnie innych powodów. Chętnie współpracował z ówczesnymi magami, alchemikami oraz astrologami. Jednym z jego celów miało być przecież przywołanie ducha ukochanej Barbary. Zmieniały się czasy, obyczaje i kryteria wyboru władcy. Tylko Wazowie liczyli na zakorzenienie na polskim tronie. Co oczywiście nie powstrzymywało ich przed romansami. Z tej dynastii najbardziej rozpustny był Jan Kazimierz– młodszy syn Zygmunta III Wazy. Jego

„Wszeteczni” polscy królowie i książęta… Dowiedz się więcej »

REWAL PO SYLWESTRZE 2025 ROKU

Przyjechałam na Sylwestra w Rewalu. W pierwszy dzień Nowego 2026 roku poszłam na spacer do Trzęsacza i to co zobaczyłam na klifie mnie przeraziło…Zapraszam na tekst, zdjęcia tego czego już nie ma i muzykę – Marzanna Leszczyńska Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film . Nie mieszkam nad morzem Bałtyckim, ale często nad nie przyjeżdżam – właśnie do Rewala. Uwielbiam nasze polskie morze, które ma na mnie niezwykle dobroczynny wpływ o każdej porze roku. Jest to doskonały wpływ zdrowotny, ale też wszelki inny wpływający na moje rewelacyjne samopoczucie. Przyjeżdżałam też spędzić tu Sylwestra. Dwa razy wybrałam się na – trudno to nazwać balem – po prostu Sylwester w lokalu. Restauracja „ Kalifornia” w Rewalu co roku organizuje takie imprezy. Nie mam jakiś rewelacyjnych wspomnień, bardzo podobna impreza do takich jakie przeżywałam w innych miejscach kraju. Na pewno było więcej Niemców, którzy dali się zauważyć – ponieważ Sylwester zakończył się śpiewami gości przy stołach. Atrakcje wieczoru takie jak wszędzie- para pokazująca taniec towarzyski, tańczący miś, żadnego nawiązania do regionu, a szkoda bo tutaj możliwości jest wiele i aż by się prosiło… Szczerze powiem, że tacy ludzie jak ja, którzy największą frajdę mają z samego pobytu nad morzem – wystarczy spacer, butelka szampana zabrana na spacer i wypita na plaży, a muzyką szum fal… Znam siebie. a bywało też tak, że siedząc w lokalu na tym Sylwestrze tęskniłam za wyjściem na właśnie taki spacer, więc po co wydawać nie małe pieniądze, gdy myśli wędrują gdzie indziej? Całkiem inaczej odbiera się wyjście z lokalu na chwilę, aby zobaczyć sztuczne ognie gdy wymykamy się z ciepłego lokalu nakrywając się paltem , w tych cienkich sukienkach, pantofelkach niż w odpowiednim ubraniu i na długo, gdy nie targa człowiekiem powinność powrotu…Aura Sylwestrowej nocy 2025 roku sprzyjała spacerom, było bezwietrznie, bez deszczu, śniegu, nie tak znowu zimno – dzień wcześniej nikt się nie spodziewał takiej łaskawości Neptuna, który rozpętał sztorm w końcówce roku i go wyciszył na Sylwestrową Noc. W pierwszy dzień Nowego Roku 2026 wybrałam się do Trzęsacza pod mury legendarnego kościoła, którego zabrało morze. Tam jest punkt widokowy i trasa spacerowa urokliwym klifem w kierunku Rewala – moja ulubiona, uważam, że znacznie ciekawsza, niż kawałek pokryty kostką brukową oświetlony latarniami od latarni w Rewalu do Niechorza. Zresztą opisałam go cztery lata temu : https://idealzezgrzytem.pl/2022/11/29/retrospekcje-z-rewalskiego-klifu/ Oczom nie mogłam uwierzyć gdy tamtędy szłam właśnie teraz. To miejsce jest nie do poznania. Dużo drzew wyciętych, fragment ze starymi brzozami tymi pochylonymi od wiatru już nie istnieje, dużo kawałków drewna, powyrywanych korzeni. Równolegle do starego traktu wytyczony jest drugi trakt, a jeden od drugiego teraz odgradza wąski pasek zieleni. Wytyczona jest droga wbitymi kijkami. Pytanie co się tam dzieje? Co tam się planuje? Aż strach pomyśleć? Mam nadzieję, że to nie pomysł odsłonięcia widoku morza dla nowoczesnych apartamentowców – to byłoby fatalne. Coraz mniej dzikich, naturalnych skrawków terenów w Rewalu. Co tam będzie ? Wszak nie muszę pytać, już niedługo się okaże bo czas wszystko odsłoni. A ja tymczasem zapraszam na zdjęcia z klifu jaki zastałam podczas noworocznego spaceru. Marzanna Leszczyńska

REWAL PO SYLWESTRZE 2025 ROKU Dowiedz się więcej »

Trzej Królowie … inaczej …

Dr Robert Wójcik o Trzech Królach w Święto obchodzone co roku 6 stycznia. 6 stycznia, czyli Dzień Objawienia Pańskiego i święto Trzech Króli to jedno z najstarszych świąt w historii, które swoimi korzeniami sięga aż III wieku. Wtedy było ono jednak obchodzone jako rzeczywiste Boże Narodzenie, jedynie pod koniec IV wieku nastąpiło rozłączenie tych dwóch świąt. Od tego czasu chrześcijanie mieszkający na wschodzie Imperium Rzymskiego tego dnia celebrowali przybycie do Betlejem i oddanie pokłonu małemu Jezusowi przez mędrców ze Wschodu oraz ofiarowanie Mu darów: złota (100 gramów złota w formie sztabki kosztuje w grudniu 2025 roku około 50 000 – 54 000 zł brutto) , kadzidła(  symbolizuje boską naturę Jezusa, Jego godność kapłańską oraz rolę pośrednika między Bogiem a ludźmi, a jego dym wznoszący się ku niebu symbolizował modlitwy) i mirry( wonna, gorzka żywica pozyskiwana z drzew balsamowca – Commiphora – – rosnących w Afryce i na Bliskim Wschodzie, znana od starożytności jako cenny dar, kadzidło, lek i środek balsamujący. Ma ciepły, balsamiczny zapach, a jej właściwości antyseptyczne, przeciwzapalne i kojące znajdują zastosowanie w aromaterapii, medycynie ). Imiona – wiele dyskusji od wieków wywołuje także kwestia imion trzech mędrców. Najczęściej mówi się jednak o imionach takich jak Kacper (Jaspar, Gaspar, Gathaspa, Jaspas), Melchior (Melichior) i Baltazar (Balthasar, Balthazar, Balthassar, Bithisarea).  Pochodzenie – Kacpra (Gaspara) najczęściej określa się jako króla Indii, Melchiora jako władcę Persji, zaś o Baltazarze niekiedy mówi się jako o królu Arabii lub Etiopii. Dary – prezenty przekazane przez królów Jezusowi są różnie interpretowane, dlatego niezmiernie ważna jest ich symbolika. Złoto to symbol godności królewskiej Chrystusa – poprzez to królowie udowodnili, że naprawdę traktują Go jako prawdziwego króla. Kadzidło to natomiast symbol godności kapłańskiej Jezusa – znak tego, że nie jest on zwykłym człowiekiem. Z kolei mirra podobno symbolizowała męczeńską śmierć, która czekała Go w dorosłym życiu. Ciekawostka – wokół przyszłości darów krąży wiele legend. Jedna z najciekawszych mówi o kradzieży złota przez dwóch złodziei, którzy zostali później ukrzyżowani razem z Jezusem, natomiast ta najpopularniejsza przekazuje, że złoto zostało wykorzystane przez Marię i Józefa, kiedy musieli uciekać z Betlejem przed Herodem, który, jak wiemy, chciał zamordować Jezusa. Nie tylko złoto ma swoje ciekawe historie. Istnieje także opowieść mówiąca o tym, że mirrę wykorzystano do namaszczenia ciała Chrystusa po Jego ukrzyżowaniu.  W klasztorze św. Pawła na górze Athos w Grecji znajduje się pochodząca z XV wieku skrzynia z umieszczonymi w niej rzekomymi darami mędrców… Trzej Królowie – według niektórych badaczy w przenośnym znaczeniu mają oni utożsamiać trzy etapy życia człowieka, a także trzy aspekty etniczne. Najczęściej możemy zauważyć starszego człowieka przedstawianego z białą brodą, który ofiarowuje złoto – Kacpra. Melchiora widzimy jako człowieka w średnim wieku, który przekazuje Jezusowi kadzidło, natomiast Baltazar, najczęściej czarnoskóry, to młody człowiek, który składa w darze mirrę. Mogli być zaratusztriańskimi kapłanami,(„Zaratusztrianizm” – także mazdaizm – był religią ludów posługujących się językami irańskimi, które przybyły z Azji Środkowej ok. 1000 lat p.n.e. i osiedliły się na Płaskowyżu Irańskim), albo też astrologami wnikliwie obserwującymi niebo. Niektórzy twierdzą, że byli bogaczami z różnych zakątków świata. Mogli też w ogóle nie istnieć, a opowieść o nich jest jedynie symboliczną legendą biblijną. Kim byli Trzej Królowie i dlaczego ich święto było jednym z najważniejszych w Kościele? Jak to zazwyczaj bywa w historii, o trzech królach wiemy znacznie więcej niż znaleźć możemy na ich temat w źródłach. Tradycja dopisała wspaniałą opowieść o bogatych monarchach z różnych stron świata– Kacprze, Melchiorze i Baltazarze – którzy za wskazaniem gwiazdy przybyli do betlejemskiej stajenki, aby oddać hołd nowonarodzonemu Chrystusowi i wręczyć mu wspaniałe dary. W takiej formie wyobrażenie o niezwykłych przybyszach utrwaliło się w kulturze chrześcijańskiej i narracji o narodzinach Jezusa. Zwyczajowo świętem Trzech Króli nazywane jest też obchodzone 6 stycznia święto Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego. W tych dniach ani żadne jasełka, ani rozliczne atrapy groty bożonarodzeniowej nie mogą obyć się bez tajemniczych wędrowców w bogato zdobionych szatach. O śpiesznie dążących do Betlejem monarchach mówi też tekst znanej polskiej kolędy. Problem w tym, że najbardziej pierwotny ze znanych nam przekazów dotyczących ich wizyty – nie mówi ani o królach, ani o imionach, ani – co więcej – nie określa żadnej liczby. Pierwszą – i jedyną w Nowym Testamencie – wzmiankę opisującą to wydarzenie znajdujemy w Ewangelii według św. Mateusza. Ewangelista pisze o nim tak: „Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon». Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela». Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny”. W polskim tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia, skąd pochodzi powyższy fragment, przybysze nazywani są nie królami – jak nakazywałaby tradycja – lecz mędrcami. Nie jest to w polskich tłumaczeniach pojęcie nowe. Jeśli bowiem sięgniemy do Wulgaty (łacińskie tłumaczenie całej Biblii, stworzone głównie przez św. Hieronima w IV/V wieku, które stało się oficjalnym i powszechnie używanym przekładem Pisma Świętego w Kościele Rzymskokatolickim przez wiele wieków, aż do czasów współczesnych), albo – być może pierwotnej – greckiej wersji ewangelii, to tam również nie znajdziemy słowa o monarchach, lecz

Trzej Królowie … inaczej … Dowiedz się więcej »

Mierzęcin- zaczarowane choinki Alicji

W pewien grudniowy, zwyczajny, słoneczny dzień 2025 roku udałam się do pałacu w Mierzęcinie specjalnie po to, aby zobaczyć jak jest udekorowany na Święta Bożego Narodzenia. Zachęcam, aby samemu zobaczyć nie tylko jak jest w środku pałacu, ale również w obejściu. W tym roku przy fontannie do pałacu zaprasza zielona świerkowa brama przystrojona czerwonymi bombkami, które jakby rozsypały się na bukszpanowy żywopłot. Przy drzwiach stoją jak żołnierze na warcie dwie doniczki z ostrokrzewem na nóżce. Wypatruję jak zwykle tego co nie komercyjne, wykonane ludzkimi rękami, inne – taka już jestem. Pani Izabella Serafin – pracująca jako grafik komputerowy, która wykonała tak wiele karykatur i portretów kiedyś tak powiedziała o Pałacu w Mierzęcinie – „ Tam jest na tyle pięknie, że za wiele nie trzeba”… W pierwszych latach funkcjonowania pałacu zaraz po odbudowie było inaczej, naturalnie. Jeszcze dzisiaj po niemal dwudziestu latach często słyszę, że dekoracje w tamtym czasie były niesamowicie piękne i zadziwiały swoją oryginalnością i tym, że były naturalne. Ludzie zjeżdżali z okolic, aby je zobaczyć, z dalekiego Gorzowa Wielkopolskiego również, bo wieść się niosła – chociaż nie było jeszcze mediów społecznościowych. Chcę napisać i przypomnieć, że tak bajkowo było dzięki Pani Alicji Wójcik, która pracowała tam wtedy jako „specjalista do spraw terenów zieleni”a potem dodano jej funkcję kierownika hotelu. To Pani Alicja jest twórcą całego założenia parkowego w obiekcie Pałac Mierzęcin i oczywiście ogrodu japońskiego (który niestety nie doczekał się nazwy własnej). Na zdjęciu Alicja Wójcik Dzisiaj zapraszam w podróż w latach 2000- 2008 i na krótkie wspomnienia dr Roberta Wójcika ( męża Alicji Wójcik) o tym jak te przepiękne dekoracje Bożo-Narodzeniowe przed Wigilią wtedy powstawały. Zapraszam na zdjęcia dekoracji świątecznych w Pałacu – nie są idealnej jakości, ale to dokument tamtych czasów – ,które się przecież już nie powtórzą. Tutaj w świątecznym klipie z muzyką K. Praisnera. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką uruchomi krótki film z przeszłości – Marzanna Leszczyńska Tekst dr Robert Wójcik „Wszystko było planowane praktycznie już od listopada ,a w zasadzie od lipca – ponieważ trzeba było już zbierać pewien materiał roślinny . Wszystko było planowane – szkice, rysunki – i najważniejsze było to – czy to jest wykonalne?. Alicja bardzo często rozmawiała z załogą parkową. Był podział – Panowie – kwestie techniczne – Panie– ogromna pomoc w stworzeniu tych dekoracji. Ja byłem tylko odpowiedzialny za materiał – aby to zrobić i stworzyć – absolutnie nie uczestniczyłem w żadnych pracach – byłem tylko – dostawcą odpowiednich materiałów czy towarów. Autorką, pomysłodawcą wszystkich dekoracji była tylko Alicja – Natomiast Panie tzw. „ parkowe” – ogromnie jej pomagały i uczestniczyły we wszystkim – to była potężna praca zespołowa – od rana do wieczora – Jaki tam był duch … jaka atmosfera – to było ogromnie budujące dla tych naszych pracowników – a my z nimi też ogromnie to przeżywaliśmy i cieszyliśmy się. Nam zależało przede wszystkim na tym – aby wszystkich zaskoczyć – i żeby było „ bajkowo” . I tak zawsze było . Co roku był inny pomysł i inne kompozycje. Staraliśmy się jak tylko było to możliwe. Zawsze było pięknie – i ludzie podziwiali – nie tylko z Gorzowa – z całej Polski. Ale wszystko ma swój koniec. Co do ludzi – ekipa męska – to byli Panowie Robert, Darek, Jurek, Marcin, Władek. Pan Robert zawsze był odpowiedzialny za wszystkie iluminacje świetlne – na jego barkach spoczywała słynna choinka umieszczona w środku fontanny – tam było zawsze około 3000 lampek – wyglądało jak w baśni. Co do Pań , które pracowały z Alicją były to Panie – Hania, Grażyna i Ania. Jednak jeszcze bardzo ciekawa rzecz- do pracowni – gdzie powstawały te wszystkie cuda świąteczne – uwielbiały przychodzić dzieci naszych pracowników. To było magiczne jak Alicja ze swoimi koleżankami ( paniami pracownikami) uczyła ich robić różnego rodzaju stroiki, choinki, dekoracje. Wiem jedno, że niektóre dzieciaki zamiast iść do szkoły – robiły sobie wagary – i już od rana siedziały w pracowni – Jaki tam był klimat…. Ile tam było radości, twórczości – jak te dzieciaki były dumne z tego , że pomagały robić dekoracje „ dla pałacu”. I jeszcze jedno – wszystkie choinki które były w obiekcie – a było ich zawsze kilkanaście – były wybierane z lasu . Miałem dobre układy z leśnikami – np. z Panem Karpińskim – razem z ekipą męską „parkową” – jechałem traktorem do lasu – i je wybieraliśmy . Takie to były czasy. Ważną rzeczą jest też to – że zawsze ekipa parkowa z Alicją– dekorowała kościół na Święta Bożego Narodzenia – uważaliśmy to za nasz obowiązek i wręcz stało się to taką tradycją w tym czasie kiedy tam byliśmy ( Alicja i Ja) . A ksiądz Henryk Wojnar – na pasterce – zawsze dziękował tzw. „Pałacowi „ za dekoracje – Kościół w Mierzęcinie zawsze błyszczał – i wielu ludzi z innych wsi przyjeżdżało podziwiać dekoracje – jakie tam były. Nie da się ukryć – te wszystkie rzeczy – tworzenie, strojenie, dekorowanie obiektu „ Pałac Mierzęcin” zajmowały dużo czasu – to było około trzech tygodni bardzo wytężonej pracy – ale to bardzo wytężonej pracy. Ale ile było w tym wszystkim radości. Z drugiej strony – Alicja jako kierownik hotelu – musiała tez czuwać nad wieloma innymi sprawami związanym z jego funkcjonowaniem – kuchnia, personel sprzątający, recepcja, Zawsze wszystko było przygotowane na „tip – top”. Kulminacją tego wszystkiego była wigilia dla pracowników ( wszystkich) firmy Novol i zaproszonych gości – zawsze był około 250 osób. Tradycją było goszczenie znaczących ludzi w gminie i powiecie – od starostów po wójtów, leśniczych , księży, nauczycieli … itp. Itd. I takie to były wigilie w Mierzęcinie w latach 2000 – 2008. Łza się w oku kręci . Nawet stajnia w Mierzęcinie miała specjalne dekoracje – a koniki to uwielbiały – bo wyżerały sianko, czy jabłuszka z tych dekoracji … jakie były zadowolone…„ Robert Wójcik

Mierzęcin- zaczarowane choinki Alicji Dowiedz się więcej »

Oczy patrzące w Prezydenta…

Tekst – dr Robert Wójcik Dziś będzie ta moja opowieść wigilijna – o Niwku – którego przyrównuję do Pana Jezusowego Burka. Malutka psinka – która miała przepiękne oczy, która gdzieś tam na Kaszubach, chyba była uwiązana na łańcuchu – była tak wychudzona – że odczepiła się z tego łańcucha – tak ta jego szyjka była cienka i chuda. Poszła w świat –…. i ktoś dobry ją przygarnął – napił, nakarmił, zaopiekował się nią, leczył, wychodził na spacery – wiem jedno – Bardzo ją kochał – nie tylko On – czyli mój były Szef – ale paru ludzi dobrej woli. A gdy umarła ta psinka ( ciężko chorowała) – mówię o Niwku – to miała godny pochówek – i jest nawet kamień na jej pochówku – odeszła do swojej krainy na Kaszuby… Są ludzie, którzy potrafią kochać – dziękuję im za to z całego serca. To piękne – i budujące w ten czas … Kochać trzeba umieć – niestety nie każdy to potrafi – a przecież powinniśmy w tym okresie przed Bożo – Narodzeniowym wyzbyć się wszelkich nienawiści – powinniśmy uczyć się miłości… Teraz inaczej … 13 listopada 1924 roku Akademia Szwedzka przyznała Literacką Nagrodę Nobla Władysławowi Reymontowi za powieść „Chłopi”. Akademicy docenili „uniwersalizm powieści, archetypiczność postaci, harmonię kompozycji, epicki rozmach, plastyczność obrazowania”, uznając „Chłopów” za „prawdziwy epos prozą”. W uzasadnieniu werdyktu z 1924 r. Komitet Noblowski pisał, że „Chłopi” jako arcydzieło, pisane – prawdziwy epos prozą – podkreśla uniwersalizm powieści, archetypiczność postaci, harmonię kompozycji, epicki rozmach, plastyczność obrazowania. Ujęła akademików prawda o polskim ludzie – jakkolwiek ją rozumieli – oraz prawda o człowieku w ogóle- jego namiętnościach, lękach, nadziejach, pragnieniach, troskach i szacunku do zwierząt. Dostrzegli w „Chłopach” mocną wiarę w potęgę życia, do wszystkich żyjących na tym świecie – pisano, że to – potężny hymn na cześć życia. Chłopi są powieścią wybitną – w 1924 r. Komitet Noblowski uznał, że najwybitniejszą” Wielu Literaturoznawców podkreśla znaczenie bogactwa języka, jakim zostali napisani „Chłopi”; w ich opinii same opisy przyrody są w powieści tak dynamiczne, że mogłyby zastąpić najbardziej wyrafinowane dialogi. Według mnie – To musiało zachwycić – mnie zachwyciło… szczególnie opowieść jednego z bohaterów tej powieści – Rocha– o psie Pan Jezusowym – Burku. Jak to można wszystko przyrównać do Niwka – tej psinki , którą opisałem na początku tego artykułu – i do tej autentycznej sytuacji – literackiej i teraźniejszej… Przeczytajcie Drodzy czytelnicy … „ Roch milczał chwilę, a potem podniósł siwą głowę, okoloną długimi, równo nad czołem uciętymi włosami, utkwił blade, jakby wypłakane oczy w ogniu i ozwał się cicho, przebierając palcami ziarna różańca…W owy czas daleki…Kiej Pan Jezus jeszcze po ziemi chadzał i rządy nad narodem sam sprawował, stało się to, coć wam rzeknę…Szedł se Pan Jezus na odpust do Mstowa, a drogi nikaj nie było, ino piachy srogie a parzące, bo słońce przypiekało i gorąc był taki, jak kieby przed burzą… A cienia nikaj ni osłony.Pan Jezus szedł z cierpliwością wielką, bo do lasu było jeszcze kawał drogi, ale że już tych świętych nóżków nie czuł z utrudzenia i pić mu się okrutnie chciało, to se raz w raz przysiadał na wydmach, chocia tam i barzej przygrzewało, i rosły same ino koziebródki, a cienia było tyla, co od tych poschniętych badyli dziewann, że i ptaszek by się nie schronił….Ale co przysiadł, to i nie odzipnął nawet rzetelnie, bo zaraz Zły, jako ten jastrząb paskudny, co bije z góry w ustałego ptaszka, tak ci on zapowietrzony bił racicami w piach, a tarzał się jako to bydlę, że taka kurzawa, taka ćma się podnosiła, co i świata widać nie było…Pan Jezus, choć mu piersi zapierało i ledwie się już ruchał, to wstawał i szedł, a ino się pośmiewał z głupiego, bo przeciech wiedział, że Zły chciał mu zmylić drogę, coby nie szedł na odpust na zbawienie grzesznego narodu…I szedł. Pan Jezus… szedł… aż i przyszedł do lasu…Odpoczął se w cieniu niezgorzej, ochłodził wodą i coś niecoś z torby przegryz, potem wyłamał niezgorszy kijaszek, przeżegnał się i wlazł w bór. A bór był stary i gęsty, a błota nieprzebyte, a chrapy i oparzeliska takie, że musi sam Zły tam domował, a gąszcze, że i niektóremu ptakowi łacno przemknąć się nie było. Jeno Pan Jezus wszedł, a tu kiej Zły borem nie zatrzęsie, kiej nie zacznie wyć, kiej nie pocznie łamać chojarów a wiater, jako że to jeno parob piekielny, pomagał w te pędy i rwał suszki, rwał dęby, rwał gałęzie i huczał, i hurkotał po borze jako ten głupi. Ciemność się stała, że chocia oko wykol – a tu szum,a tu trzask… a tu zawierucha… a tu jakieś zwierzaki, pomioty diabelskie wyskakują i szczerzą kły… i warczą…i straszą… i świecą ślepiami, i… ino… ino chycić pazurami. ale juści, że nie śmiały, bo jakże by… Pan ci Jezus był w swojej świętej osobie…Ale i Panu Jezusowi dość było tego głupiego strachania, i że pilno na odpust, to przeżegnał bór i zaraz wszystkie Złe i ze swoimi kumami przepadli w oparzeliskach. Ostał się ino taki dziki pies, bo w ony czas pieski nie były jeszcze z ludźmi pobratane. Ten ci to pies ostał i leciał za Panem Jezusem, szczekał, to docierał do świętych nóżek Jego, to udarł zębami za porteczki, to kapot Mu ozdarł i za torby chytał, i sielnie się dobierał do mięsa… ale Pan Jezus, jako że był litościwy i krzywdy nijakiemu stworzeniu zrobić by nie zrobił, a mógł go kijaszkiem przetrącić abo i zasie samym pomyśleniem zabić, to ino powieda:- Naści, głupi, chlebaszka, kiejś głodny – i rzucił mu z torby. Ale pies się rozeźlił i zapamiętał, że nic, ino kły szczerzy, warczy, ujada, a dociera i całkiem już psuje Jezusowe porteczki. Chlebam ci dał, nie ukrzywdził, a obleczenie mi rwiesz i szczekasz po próżnicy. Głupiś, mój, piesku, boś Pana swego nie poznał. Jeszcze ty za to człowiekowi odsłużysz i żyć bez niego nie poradzisz… – powiedział Pan Jezus mocno, aż pies siadł na zadzie, potem zawrócił, ogon wtulił między nogi, zawył i kiej ogłupiały pognał w cały świat. A Pan Jezus przyszedł na odpust.Na odpuście narodu jak

Oczy patrzące w Prezydenta… Dowiedz się więcej »

DOMINANTA – STOJAK POD CHOINKĘ

6 grudnia 2025 ujrzałam w mediach społecznościowych krótki film, którego autorem była telewizja Gorzów – przedstawiał moment zakładania na Dominantę czerwonej czapki. Niemal kaskaderski wyczyn – człowiek na wysokości, dźwig, zmagania z materią i jest! Zobaczyłam i osłupiałam no bo człowiek nie wiedział czy śmiać się czy smucić…. Najlepiej przelać swoje refleksje na papier i podzielić się nimi z innymi. Tekst dr Robert Wójcik Polska architektura nowego milenium to czas odwagi i eksperymentu – niestety braku gustu. Idealnie ukazuje to przykład Dominanty – gorzowskiego „pająka”, który wraz z postmodernistycznym, różowym napuchniętym mostem stanowi osobliwe, acz absolutnie nie zgrane połączenie. Mimo tego, że została okrzyknięta najbrzydszym budynkiem 2006 roku !!!! – staje się od wczoraj i dziś jakimś obiektem „kultowym” dla Gorzowa Wielkopolskiego. To taki symbol – jak w tym mieście, o wspaniałej historii – można wszystko sknocić. Niełatwe jest życie Dominanty. Gorzowska budowla – o alternatywnej nazwie infoGLOB – została zaprojektowana w biurze gorzowskiej Autorskiej Pracowni Projektowej FORMAT. Oddana do użytku w 2006 roku, od samego początku wzbudzała skrajne reakcje. Trudno się dziwić – świat nie był gotowy na eksperymenty architektoniczne po 1989 roku i chyba absolutnie nie jest przygotowany na to. Powiedzmy sobie szczerze – ten kto wpadł na ten pomysł, ten kto to zatwierdził i Ci co go wybudowali – nigdy nie powinni być architektami, budowniczymi, decydentami , sponsorami itd. itp. To coś chorego co powstało w Gorzowie Wielkopolskim – dla mnie, który zna historię tego miasta, historię tego regionu sięgającą prawie XII wieku – to strzał nie w kolano – tylko w serce. W 2007 roku Dominanta została wybrana MAKABRYŁĄ – według internautów najbrzydszym budynkiem wybudowanym w 2006 r.  Funkcję Dominanty trudno odgadnąć po wyglądzie, bo tego nie da się określić – punkt nawigacyjny w zamyśle miał służyć za niewielką galerię handlową, taras widokowy oraz ułatwić komunikację pod rondem – w podziemiach znajdują się przejścia i hol z różą wiatru oraz oznaczeniem środka miasta. Architekci z APP Format określają obiekt „fontanną światła”. Oni chyba mieli „fontannę” w głowie – po dobrej, zakrapianej imprezie… Ten ohydny „Pajączek” miał być elementem symetrycznym w rzucie, interesującym zarówno w dzień jak i w nocy dla osób zmotoryzowanych i pieszych ( śmiechu warte…). Dolny poziom miał pełnić rolę placu publicznego obudowanego szeregiem pomieszczeń o różnych funkcjach użytkowych ( to wszystko dzisiaj jest zamknięte w cztery d..y). Całość została przykryta przestrzenną konstrukcją żelbetową w formie nachodzących na siebie pancerzy – „muszelek.” – ja uważam – że to nie muszelki, tylko hełmy, które obejmują przeszkloną kopułę doświetlającą podziemną część ronda. Kopuła jest zwieńczona szklaną tubą ( taka ona szklana – jak ja kryształowy) ze spiralnymi schodami ( chorymi schodami – bo tam nikt nie chodzi) prowadzącymi na „pseudo” taras widokowy na szczycie tej makabreski. Mam pytanie – kto tam był z gorzowian? Kto to zwiedza ? – Kto podziwia tego bazyliszka ? Ile tam było wycieczek z turystami ? Który przewodnik tam chodzi ze zwiedzającymi to piękne stare miasto – Gorzów Wielkopolski. Czy w tym mieście są tam jacyś przewodnicy, którzy coś potrafią powiedzieć o historii tego miasta ? Pewno tak – jestem pewien, że są i mają ogromną wiedzę – ale im jest wstyd, aby tam chodzić. Słowo” dominanta” ma kilka znaczeń, ale ogólnie oznacza element, cechę lub wartość, która jest najważniejsza, góruje lub występuje najczęściej w danym kontekście. W statystyce  to wartość występująca najczęściej w zbiorze danych (tzw. moda). A architekturze  to główny, dominujący element kompozycji, a w muzyce  to piąty dźwięk skali lub akord zbudowany na nim.  Dla mnie „Dominanta Gorzowska” – to stojak pod choinkę – idealny. Jego za zwyczaj tradycyjny od setek lat, nie widać jak ubieramy na Święta Bożego Narodzenia w naszych domach nasze zielone drzewko. I tak bym chciał – aby go nigdy nie było widać – i niech zniknie z Gorzowa Wielkopolskiego – raz na zawsze – proponuję zburzyć i zapomnieć o nim. To coś wyjątkowo paskudnego, które szpeci to miasto. A w tym roku „strzał” – założono na pająka – stojak – dominantę – czapkę czerwoną z białym pomponem. Dźwigi, zaangażowanych kilku pracowników , samochodów, pewno była policja i oczywiście drony, media – no przecież to było trzeba nagrać. A kto to zasponsorował ? Kto na taki pomysł wpadł? Kto jest autorem ( autorką… – bo tak sobie myślę ) tego pomysłu ? Kto to zatwierdził ? Co na to media gorzowskie – no podoba Wam się to ? – jesteście zadowoleni ? Inaczej – proponuję dobrą „lewatywę” – ale do mózgu – przez ucho. Panie Prezydencie Gorzowa Wielkopolskiego i szanowna Rado Miasta – jedna sentencja mi się nasuwa z literatury – „kończ Waść – wstydu oszczędź” Beznadzieja i wstyd. Znowu cała Polska się z Was śmieje. Ludzie !!! trzeba się obudzić !!! Czy Wy tego nie czujecie jaki wstyd dajecie temu miastu ? Czego chcecie nauczyć dzieci czy młodzież tego miasta – tym paskudztwem ? Jak to ma tak dalej wyglądać. Ta Wasza edukacja na tej Waszej „uczelni”. Pamiętajcie o jednym – miasto rozwija się tylko dzięki dobrym ośrodkom akademickim – ale z prawdziwego zdarzenia – wiedzy , wiedzy – poziomu – nie jakiś licencjatów . Nie będę podpowiadał co mają zrobić władze tego miasta – bo one chyba chcą aby był ten bajzel niewiedzy. Co ciekawe – Zielona Góra przeszła wielką transformację – zrobiła „skok” – wygrała – to obecnie niezwykle prężny ośrodek akademicki. Młodzi ludzie przyjeżdżają tam z całej Polski. Na koniec – Czy Wy czujecie co to są Święta Bożego Narodzenia ? Nie czujecie ! – w tym całym „gorzówku” – i tak jest od wielu lat – nie było i nie ma elit, dobrego i mądrego, wykształconego, inteligentnego gospodarza – i wszystko się zanosi na to, że przez wiele lat nie będzie. Żyjcie sobie w tym przypalonym bigosie – dla Was tylko żużel się liczy i hot dogi ze stacji benzynowej na święta – no i czerwona czapa „dziadka mroza” na tej waszej dominancie… Robert Wójcik A teraz jeszcze dodatek ode mnie, a właściwie od mieszkańców, którzy wypowiedzieli się dobitnie na temat tej świątecznej dekoracji w sieci. Dawno się tak nie uśmiałam. w sumie ok.

DOMINANTA – STOJAK POD CHOINKĘ Dowiedz się więcej »

ODŻYŁY DRZWI DO…SPALENIA

Zapraszam na krótka historię o renowacji starych drzwi, które miały pójść do spalenia. To była piękna przygoda, choć trzeba powiedzieć, że nie pozbawiona stresu – Marzanna Leszczyńska Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film z muzyką i zdjęciami, którego bohaterem są stare poniemieckie drzwi i ich przemianę w czasie renowacji. Gdy je zobaczyłam – miały dziury po klamkach, metalowy wkład, którego nie można było usunąć bez demolki drewna, były upstrzone szarym szpachlem, miały ślady białej farby, którą kiedyś ktoś próbował zedrzeć i śmierdziały stęchlizną. Stare, poniemieckie, dwuskrzydłowe, asymetryczne drewniane drzwi. – Jak ich nie weźmiesz to Kowalski je spali w piecu – usłyszałam. Nie miałam pojęcia po co mi one, ale wzięłam. Dla mnie były piękne. Postawiłam w drewutni na dwa lata. Przyszedł czas na remont sypialni – po 35 latach. Stwierdziłam, że czas na fantazję. Pokój jest duży więc mogę jedną ścianę uczynić bezużyteczną. Na tej ścianie będą te stare poniemieckie drzwi, które będą pełniły funkcję dekoracyjną, będą jak obraz – drzwi donikąd – wymyśliłam. Zadanie okazało się trudne dla kogoś, kto nie zna się na renowacji. Za tę pracę zabrał się Janek ( facet techniczny, „złota rączka”, z wyczuciem estetycznym, ale nie samodzielny). I tak zostałam „kierownikiem tej operacji”. Natchnieniem dla mnie stały się drzwi w Pałacu Cieleśnica na wschodzie Polski. Na zawsze utkwiły mi w pamięci wysokie, białe dwuskrzydłowe drzwi, których jedyną ozdobą była piękna mosiężna klamka. Renowację zaczęłam od klamki. A było to jej poszukiwanie na internecie. Klamki luxury wykonywane na zamówienie to było to. Tylko jedna z całej oferty idealnie pasowała do fragmentu drzwi, które w tym miejscu były beznadziejnie zniszczone i przykrywała ten szkaradny fragment rozwiązując problem usunięcia żelastwa ze środka. Padło na najdroższą, no cóż jakoś to przełknęłam i zamówiłam. Czekałam chyba 3 tygodnie aż mi ją przysłano. Janek drzwi oszlifował z resztek farby i uzupełnił ubytki szpachlem. Ja właściwie to nie wiedziałam, czy zostawić je w kolorze naturalnego drewna, pomalować na zielono czy na biało. Jakaś dobra dusza doradziła, żeby pomalować pokostem lnianym. Niestety efekt był żałosny, ponieważ pokost nie „chwycił” miejsc pokrytych szpachlem i wyszły drzwi łaciate. Zadecydowałam, że będą zielone. Po pomalowaniu jedną warstwą farby już było widać, że nie jest pięknie. Kolejne „pudło”. Kolor za jasny, klamka – przecież piękna- się na nich gubiła. Stwierdziłam, że jednak drzwi będą białe. Trzeba było położyć trzy warstwy białej matowej farby olejnej, aby nie było przebicia zieleni. I to było to. Drzwi zostały zawieszone na ścianie. Nie były równe, trzeba je było nieco podciąć. Nie idealność ich przykryła listwa, która połączyła dwa skrzydła. Zrodził się pomysł, aby dodać im stylizacji pałacowej, tym bardziej, że między holką przy suficie a drzwiami pojawiła się przestrzeń, którą chciałam uzupełnić początkowo jakimś elementem z metaloplastyki. Szukając go na internecie w oko wpadł mi na „temu” pewien tryptyk, który w sumie tworzył koło z francuskiej czy indyjskiej kultury. Po trudach udało mi się to cudo sprowadzić – okazało się, że wymiarowo kompletnie nie pasuje – każdy element był za krótki i za szeroki. Wybrałam środkowy i odcięłam ramki -były za szerokie. Dwa pozostałe elementy popsułam, aby poszerzyć element, który wybrałam. Trzeba było dokonać dosztukowania ciętych na półokrągło elementów koła i potem wszystko skleić. Udało się, a że jest tam dużo ażurów to nie widać kombinacji. Chciałam też uzyskać efekt głębi, więc cała ozdoba została odsunięta od ściany dodaniem dystansów. Jenek wykonał nowe ramki, pomalował na biało i wszystko przymocował między drzwiami i sufitem. Całość postanowiłam wykończyć sztukaterią, która spełniła rolę futryn. Cała sztuka polegała na tym, aby dobrać spośród wielu wzorów ten, który będzie pasował grubością i estetycznie. To była prawdziwa łamigłówka, chyba dwie godziny spędziłam w sklepie i kupiłam dwie listwy i wpadł mi do głowy pomysł aby na szczycie po obu stronach umieścić głowice. Te głowice chciałam zrobić z dodatkowej listwy, która miała być pocięta i niestety tutaj wyobraźnia mnie zawiodła. Po wycięciu i przymiarce efekt okazał się „ kijowy”. Ostatecznie wynalazłam idealnie dopasowaną grubością i wysokością listwę – portal, której końcówki zostały odcięte i to one tworzą głowice z boku drzwi. Przyznam szczerze, że zabawa ze sztukaterią to duże wyzwanie, ale też satysfakcja, gdy efekt zadowala. Wszystkie szczeliny Janek wypełnił akrylem i pomalował na biało. Czekam na opinię jak się Wam podobają drzwi donikąd ? Marzanna Leszczyńka

ODŻYŁY DRZWI DO…SPALENIA Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry