Autor: Marzanna Leszczyńska

„Betonoza”, niewiedza – czyli wizualizacje Schodów donikąd i budynków przy katedrze

Tekst : Robert Wójcik i Marzanna Leszczyńska Poniższy krótki film prezentuje najnowsze wizualizacje przebudowy Schodów donikąd i budynków przy katedrze. Naciśnięcie czerwonego prostokąta na obrazie poniżej uruchomi prezentację. Schody Donikąd rozgrzewają emocje w Gorzowie Wielkopolskim od 1971 roku. Jeśli przyjąć, że z liczącej prawie 800 lat historii miasta zaledwie 80 należy do Polski, to ponad pół wieku tworzy znaczący rozdział. Powojenny Gorzów prężnie rozwijał się dzięki wielkim zakładom przemysłowym, jak Stilon, Silwana, Ursus czy Zremb. W niemal doszczętnie zniszczonym po wojnie Starym Mieście w historyczną siatkę ulic, poprzeplataną nielicznymi ocalałymi zabytkami, wpasowano bloki. Położone po sąsiedzku Nowe Miasto miało więcej szczęścia, bo zachowało się tam wiele poniemieckich kamienic. Ale i w nim były miejsca do zaplombowania, np. zrujnowana pierzeja przy dzisiejszej ul. Drzymały, na granicy Starego i Nowego Miasta. Przerwana linia zabudowy odsłoniła park założony jeszcze w XIX wieku na stokach moreny czołowej. Z góry do dziś roztacza się panoramiczny widok na miasto i okolice. Można było odtworzyć pierzeję, lecz zdecydowano się na budowę reprezentacyjnych schodów według projektu Jędrzeja Huberta (architektura) i Marii Kordus (konstrukcja) z Gorzowskiego Oddziału Zielonogórskiego Biura Projektów Budownictwa Ogólnego. Prowadzić one miały do palmiarni, lecz konserwator zabytków wstrzymał prace na szczycie wzgórza. Budowę schodów jednak kontynuowano, zaznaczając, że tymczasowo będą to Schody Donikąd. Nie pomogło wybudowanie dwa lata później amfiteatru odsuniętego w głąb parku o zaledwie 150 metrów. Nazwa została na dobre. Zmienił się ustrój, wielki przemysł zaczął upadać, a schody wrosły w krajobraz. Były wejściem do parku, punktem widokowym, popularnym miejscem spotkań i uczniowskich wagarów. Tu odbywały się koncerty, przedstawienia czy diecezjalne dni młodzieży. W 2002 roku, ze względu na zły stan techniczny, schody wyłączono z użytkowania. Remont byłby kosztowny, a miasto miało przecież pilniejsze wydatki. Temat przyszłości schodów powracał jednak jak bumerang. Było m.in. kilka podejść do rozbiórki. Z zagospodarowaniem terenu chętnie mierzyli się studenci. Dodatkowo w 2008 roku Magistrat ogłosił otwarty konkursu na zagospodarowanie terenu, ale wpłynęły dwie prace, zdaniem jury zbyt monumentalne i za bardzo ingerujące w skarpę. Rok później Urząd Miasta zlecił wykonanie projektu koncepcyjnego lokalnym architektom: Pawłowi i Jackowi Sierakowskim, lecz i tu nie było ciągu dalszego. Rośnie liczba pomysłów, brakuje jednak decyzji i funduszy. Tymczasem schody niszczeją i zarastają. Samosiejki zmieniają się w pełnowymiarowe drzewa. Nikt nie sprząta potłuczonego szkła i kruszejącego betonu, pod rozległymi spocznikami zamieszkują bezdomni. Gorzowianie przekradają się przez dziury w płocie zagradzającym wejście, aby przejść schodami na skróty lub na nich posiedzieć. Mieszkańcy są jednogłośni: to ruina w ścisłym centrum, wstyd dla społeczeństwa i SYMBOL NIEUDOLNOŚCI WŁADZY. Ale na tym kończy się jednomyślność dotycząca przyszłości schodów. Jedni mówią: koniecznie wyremontować i otworzyć. Drudzy dostrzegają w nich wyłącznie niechlubny relikt PRL-u i głośno domagają się wyburzenia. Niektórzy widzieliby odtworzenie historycznej pierzei. Jeszcze inni podszeptują, by z zyskiem dla miasta sprzedać teren pod inwestycje albo przeznaczyć na parking wielopoziomowy. Bardzo interesują mnie losy Schodów Donikąd w naszym mieście. Jak widać temat ich odbudowy powraca co pewien czas, a zwłaszcza przed wyborami, bo kandydaci na radnych, prezydenta miasta dobrze wiedzą , że obiecanki ich odbudowy dają szansę ich wyboru. A potem ? Potem to jakoś to będzie, bo kto dzisiaj dotrzymuje słowa…Zabawa w nabieranie mieszkańców trwa już 30 lat – efekt widoczny -czyli teren ogrodzony, niedostępny, zaniedbany i otoczony nowymi blokami. Przy okazji pojawił się ostatnio nowy pomysł czyli wizualizacja nowych elewacji budynków przy „Kokosie” , Katedrze. Zarówno Schody Donikąd jak i budynki stojące przy katedrze zabytkami nie są. Nie są, ale stoją w sercu miasta i STOJĄ KOŁO ZABYTKÓW I NA ICH MIEJSCU. Należę do osób , które kochają starówki i gdybym mogła decydować stała bym na straży ich ratowania i dbania o nie. W Gorzowie Wielkopolskim takich osób jak ja jest bardzo dużo. Sprawa jest o tyle nie taka trudna, bo tych zabytków w Gorzowie Wielkopolskim jest niewiele do ocalenia. Zadziwia logika postępowania w tym względzie, a raczej jej brak. Mieszkańcy nie pojmują jak można było odnowić blok „Przemysłówki”, a zabytkowy budynek po Komendzie Policji pozwolić aby zamienił się w ruinę. Na Zawarciu wyburzono ciąg starych kamienic na ulicy przemysłowej. Dlaczego znowu słyszymy o pracach na bulwarze, przecież dopiero co był remontowany. Teraz ten pomysł z budynkami przy katedrze… przecież były odnawiane 30 lat temu. Jakoś tak jakby nikt nie zastanawiał się nad tym co jest najważniejsze, jakie są priorytety, co może jeszcze poczekać, a co zostanie zaprzepaszczone. Zdumiewa chaos i to, że zabytki w naszym mieście nie są ważne, nikt nie troszczy się o ich przyszłość, przechodzą w ręce prywatne bez gwarancji, że zostaną uratowane albo się je wyburza jakby były zbędnym balastem. Gorzów Wielkopolski jest miastem średniowiecznym, tak starym jak Toruń- ale jak wygląda dzisiaj Toruń , a jak wygląda Gorzów Wielkopolski… W roku 2024 kandydaci na Radnych i Prezydenta w swoich programach nic nie mówili o zabytkach. Jedna z kandydatek na stanowisko Prezydenta poruszała ten temat, nagrywała kiepskie filmiki, które nie ukazywały problemu – jak ratować już nie mówiła, bo nie miała o tym „zielonego pojęcia”. Dla reszty temat był absolutnie nieważny. Kandydaci do władzy nad miastem – chcieli Paryża i Nowego Jorku w Gorzowie Wielkopolski z nowoczesnymi budynkami i kolejkami – zdaje się nad naszymi głowami… To był bełkot i wygłupy. Tak jak ze zmianą nazwy miasta. To wszystko pokazuje ich niewiedzę i tzw. Partyjniactwo. Ja bym nazwała to partacwem. Marzyło im się zaoranie zabytków, aby kłopot był z głowy, nic się nie opłacało, jakby zadowoleni byli z tego co już spłonęło, nie widzieli szansy na ratowanie czegokolwiek – odpowiedź była krótka – trudno, ale taka jest prawda. Powiem prosto z mostu – wszyscy Ci kandydaci warci są pogonienia i nigdy w życiu na żadnego z nich bym nie zagłosowała, nie sprawdzili się, nawet w przyszłości gdyby obiecywali złote dachy na kamienicach mają „ pozamiatane”. Jedno jest pewne władze miasta Gorzowa Wielkopolskiego serca dla zabytków nie mają – mają obojętność, niechęć i brak wiedzy. Wolą inwestować za podatki mieszkańców Gorzowa Wielkopolskiego w „żużel”. Upadek i smutek. Pytanie ? – ile kamienic można by odnowić w miejsce odnowionej „Przemysłówki” ? Ile elewacji można by odnowić za dotacje dla Stali Gorzów? Pewnie jakieś

„Betonoza”, niewiedza – czyli wizualizacje Schodów donikąd i budynków przy katedrze Dowiedz się więcej »

Wejdź w podwórko na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi

Zapraszamy na spacer ulicą Piotrkowską w Łodzi. Jedna ulica, a dnia nie starczy aby ją zwiedzić. Po prostu zachwycająca… Marzanna Leszczyńska i Maria Galisiewicz Zanim opowiemy nasze wrażenia zapraszamy na fotki połączone z muzyką. Naciśnięcie czerwonego kwadratu z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film. Zapanowała moda na Łódź, która należy w tej chwili do czołówki najbardziej odwiedzanych miast w Polsce. Miasto, które w pewnym momencie eksplodowało rozwojem – jeszcze 200 lat temu liczyło 500 mieszkańców, a w ciągu 100 lat przybyło mu 600 000 mieszkańców. Teraz jest 750 000 Łodzian. Tak szybko rozwijały się tylko miasta amerykańskie. Tylko Łódź w Polsce budowano tak jak miasta w USA. Przed wojną 70 % mieszkańców Łodzi stanowili Niemcy, było tu też 200 000 Żydów. Łódź przez wojnę nie została zniszczona więc były pomysły aby została stolicą Polski. Przez 400 lat Łódź była drewniana. Dwa dorzecza: Odry i Wisły oraz puszcza stały się świetnymi warunkami dla rozwoju przemysłu włókienniczego bo dostarczały potrzebnej wody i drewna. To właśnie do Łodzi została sprowadzona pierwsza maszyna parowa i tutaj podpisywano najważniejsze umowy w interesach. Pionierem przemysłu włókienniczego i właścicielem pierwszej fabryki o napędzie parowym był Ludwik Geyer zwany „perkalowym królem”. Wraz z powstawaniem potężnych fabryk rosły równie potężne fortuny. Na 36 ha ziemi została wybudowana Manufaktura i imponujący łódzki Luwr przez Israela Poznańskiego innego „Króla bawełny”. Posadzka w sali balowej łódzkiego Luwru miała być wyłożona złotymi rublami tak bogaty był właściciel, ale zaniechał tego pomysłu ponieważ podłoga mogłaby się zarwać pod ciężarem monet, ale też car nie zgadzał się, aby deptano po jego wizerunku. W Łodzi powstała pierwsza elektrownia w 1907 roku, a ulica Piotrkowska jako pierwsza została oświetlona. Dzisiaj potęgi tego przemysłu już nie ma, ale to co wybudowali i pozostawili po sobie przemysłowcy świeci imponującym blaskiem. Niemała to zasługa Prezydent miasta Łodzi, która króluje tu już 20 lat i cieszy się ogromnym zaufaniem jej mieszkańców , a wzajemna współpraca układa się bardzo dobrze. Łodzianie mają dobrego gospodarza – elitę ( prawdziwa elita bierze odpowiedzialność za innych, pracuje dla dobra ludzi a nie tylko dla własnego interesu wykorzystując stanowisko, które posiadła). Ulica Piotrkowska, która ma 202 lata jest naszpikowana informacjami o bogatej historii i osiągnięciach miasta i jego sławnych mieszkańcach. Stoi tu Fortepian Artura Rubinsteina – jednego z największych muzyków XX wieku, a Filharmonia w Łodzi jest Jego imienia. Gdy przejdziesz się ulicą Piotrkowską zapamiętasz, że była to kolebka Juliana Tuwima. Ulica Piotrkowska nie da zapomnieć, że jest tu Szkoła Filmowa i Wytwórnia Filmowa. Łódź ma swoją Aleję Gwiazd, przypomina o Semaforze, który zdobył dwa Oskary ( „Tango” i „ Piotruś i wilk”), tutaj też znajduje się statuetka Oskara za „Idę”. Łódź pamięta zasłużonych filmowców – w 2024 roku obchodzone były w Łodzi urodziny Krzysztofa Zanussiego, a „Ziemia obiecana” Wajdy ma już 50 lat. Mieszkańcy też są uhonorowani i mają swoje cegiełki na ulicy Piotrkowskiej – wielu mieszkańców zechciało się na niej zaznaczyć. Piękne zdobne kamienice są wyjątkowo zadbane – każda wygląda jak pałac. W latach 90-tych ubiegłego wieku nastąpił upadek przemysłu włókienniczego i nastąpiła transformacja, zrodził się nowy pomysł na miasto. Sprowadzono artystów graficiarzy. Powstał mural z historycznymi postaciami. W ten sposób uhonorowano kandydatkę na świętą – Stanisławę Leszczyńską – położną z Auschwitz. Koniecznie trzeba wejść w podwórka na ulicy Piotrkowskiej na, które znalazł się genialny pomysł, stanowią dzieła sztuki. Jednym z nich jest podwórko nazwane „ Narodzinami dnia”. Autorem „Narodzin dnia”jest Wojciech Siudmak ur. w Wieluniu, światowej sławy polski malarz i rzeźbiarz – czołowy przedstawiciel nurtu realizmu fantastycznego. Od lat mieszka we Francji, tworzy i wystawia na całym świecie. Twórczością artysty, pełną osobistej symboliki, fantastycznych postaci i konstrukcji opartych na nieoczekiwanych splotach myślowych, rządzi jego dewiza: Tylko marzenie może przekroczyć wszelką barierę. „Narodziny dnia” są nadrukiem na ceramicznych płytkach. Tablica przed wejściem do artystycznego podwórka informuje : „ Nad bramą wjazdową kurtyna losu odsłania scenę spektaklu powitania dnia. Łagodny podmuch ust Fantazji rozsiewa po elewacjach kamienic niczym gwiezdny pył kolorowe stworzenia i postaci. Los wysypuje z otwartej kostki do gry liczby powodzenia. Nad wszystkim czuwa piękna Wieszczka, władczyni harmonii i pozytywnej energii. Wie jak pokierować zamiarami uśmiechniętego siłacza i jak zapobiec nieprzewidywalnym ruchom Maga, który żongluje Ziemią i innymi planetami. W nastroju oczekiwania i fantasmagorii wszechobecny ruch umożliwia odpłynięcie w świat marzeń lub 40 podziemnych rzek, po których oprowadza Błękitny Przewoźnik. Wszystko jest sprawą wyboru”. Innym artystycznym podwórkiem jest „Pasaż róż” na Piotrkowskiej 3 artystki pochodzącej z Warszawy -Joanny Rajkowskiej . Całe podwórko jest wyłożone kawałkami luster ułożonych w powtarzające się rozety tworząc światłoczułą mozaikę. Pasaż Róży powstał w szczególnych okolicznościach, nawiązuje do zdrowienia z nowotworu oczu córki artystki – Róży , która widziała wtedy świat jak w potłuczonym lustrze. „Architektoniczna skóra, którą pokryła artystka elewację podwórka jest odpowiednikiem siatkówki oka. Rozety symulują układy komórek nerwowych w siatkówce. Patrzenie stało się źródłem namysłu i obiektem fascynacji, a widzenie zostało sprowadzone do fenomenu fizjologicznego odbioru obrazu. Pasaż Róży to podróż od niewidzenia do widzenia ” – informuje tablica przed wejściem do Pasażu róż. Na tej ulicy organizowany jest Festiwal Światła. Koniecznie też trzeba zobaczyć chociażby jedną z pięciu zachowanych przybudówek tzw. kluczkę – wybudowanych na cześć Żydów ortodoksyjnych. O ulicy Piotrkowskiej w Łodzi – jej historii- oprowadził i opowiedział niezwykle ciekawie przemiły przewodnik Piotr. Marzymy, aby tu wrócić tak aby też zobaczyć Festiwal Światła. Marzanna Leszczyńska i Maria Galisiewicz

Wejdź w podwórko na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi Dowiedz się więcej »

Porcelanowa rocznica „Tańca z gwiazdami”- mam swoje zdanie

Na początku istnienia programu „Tańca z gwiazdami” oglądałam go pasjami. Potem wiele rzeczy przestało mi się podobać i na długie lata pozostawiłam go nieoglądanym zupełnie. Gdy usłyszałam, że 20 lat temu wyemitowano pierwszy odcinek tego tanecznego show – postanowiłam zasiąść przed telewizorem w dniu 28.09.2025 roku i zobaczyć ten jubileuszowy program. To wydanie specjalne, bardzo rozreklamowane dużo wcześniej spodobało mi się przede wszystkim ze względu na te wszystkie nuty przeszłości. I nie chodzi o to, że mam sentyment, bo był to wtedy bardziej mój czas…Dlaczego tak myślę? Wszystko było wtedy bardziej wesołe, różnorodne, barwniejsze. Gratuluję pomysłu na konferansjerkę Katarzyny Skrzyneckiej i Piotra Gąsowskiego – po prostu poczucie humoru i dystans do siebie – wielka klasa. Tak bardzo normalni, a przez to prawdziwi. Uwielbiam Was. Jakże mile zaskoczyła mnie pani Ania Mucha – zjawiskowa w walcu z Rafałem Maserakiem. Szyku dodała przepiękna kreacja: ta masa halek… Wyjątkowa kreacja na wyjątkową okazję. Nie mogę uwierzyć, że było to spontaniczne wystąpienie bez prób i ćwiczeń przed programem ( chociaż jestem w stanie uwierzyć, bo walc wiedeński ma tylko trzy figury, – za to bardzo trudne i jest bardzo szybki). A skoro o kreacjach już piszę…to bardzo wystraszyłam się białej góry „ Czarnej Mamby” . Była jakaś demoniczna. Po co sobie deformować figurę takimi humainodalnymi modami ? Widziałam uderzającą różnicę między tym jak tańczyły pary wtedy 20 lat temu a teraz. Kiedyś było jakby śmieszniej, więcej fanu, dystansu do siebie. Było też mniej pretensji i dyskusji z jurorami, chyba w ogóle nikt nie śmiał. Romanse były – a jakże, ale niejawne, albo ujawniały się dopiero po programie i chyba były bardziej niewinne…Dzisiaj te wszystkie pary tańczą podobnie. Wszystkie opowieści taneczne są w tym samym stylu. Jest jakiś przesyt akrobatyki w stosunku do kroków tanecznych. Wszystkie kobiety mam wrażenie muszą być podnoszone, obracane do góry nogami – te najstarsze też… Wszystko jest w porządku gdy w układzie są kroki taneczne i figury, które są wykonywane zgodnie z techniką – wtedy można dołożyć szpagat czy gwiazdę, zdecydowanie słabo jest gdy tancerka nie ma techniki czyli jak to się mówi ledwo stoi na nogach i 2/3 jej choreografii stanowią podnoszenia i pozy taneczne. Tak nadrabiają tancerki z małymi umiejętnościami i te starsze. Radziłabym brać przykład z Grażyny Szapołowskiej, bo to była dama na parkiecie. Śmieszny na parkiecie i oryginalny jest chyba tylko Tomasz Karolak, dlatego obstawiam, że jeszcze trochę pozostanie w programie. Zachwyciło tango Sary i Maurycego – elegancją, ciekawą opowieścią i tym rozebranym imponującym męskim torsem. Przykro też patrzeć na tę parę, która robi wszystko aby było głośno o ich romansie. Alarmuję, że z odcinka na odcinek jest coraz gorzej. Te ich opowieści taneczne mają fałszywą nutę, no robi się przekomicznie. Stają na głowie, aby podtrzymać ten zgiełk wokół siebie udzielając wywiadów, w których milczą w odpowiedzi na pytania. Czego tam już nie było: pocałunki, oświadczyny… Strach pomyśleć na co się jeszcze mogą targnąć. Na dodatek uparli się, że będą podążać tą dziwną drogą. Życzę powodzenia, ale w nie nie wierzę. Bardzo ciekawie rozwija się taniec „czarnego konia” tej edycji czyli Kasi Zillman o pięknej twarzy bardzo przypominającej mi twarz Sharon Stone. Ma trudne zadanie, ale na razie podbija moje serce swoją uczciwością, talentem i ciężką pracą. Jeszcze jedno: dobrze wytypowałam pierwszy „odpad” – czyli Ewę Minge. Tym razem postawiłam, że odpadnie Maja Bohosiewicz, ale łaskawy „kciuk w górę” organizatorów programu i porcelanowy jubileusz oszczędził ofiary. Wszystko wskazuje na to, że będę wyczekiwać następnego odcinka i znowu – tym razem w październikowy niedzielny wieczór śledzić będę turniej tańca Gwiazd. Marzanna Leszczyńska 2010 rok

Porcelanowa rocznica „Tańca z gwiazdami”- mam swoje zdanie Dowiedz się więcej »

Mierzęcin – sentymentalnie

Zapraszam na krótki film. Zdjęcia w nim zostały wykonane na jeziorze Portki ( niedaleko miejscowości Łośno), Lubniewicach i na stawie przy pałacu w Mierzęcinie. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi obrazy z muzyką. Drewniane czółna nad brzegiem jeziora i stawu zawsze wzbudzały moje zainteresowanie – lubiłam przystanąć i patrzeć. Jest to dla mnie wyjątkowo piękny widok. Ileż ja widziałam takich obrazków na żywo, a teraz w dobie fb jest niezliczona ilość takich publikacji – zwłaszcza tych przy wschodach i zachodach słońca, mgłach. Kilka lat temu w mojej ulubionej „Werandzie” zobaczyłam zdjęcie Vivien Leigh w łódce nad stawem w jej bajecznej posiadłości Tickerage Milli w Hrabstwie East Sussex England. Wybitna ( dwa Oskary : jeden na początku i drugi u schyłku kariery) i jedna z najpiękniejszych aktorek w historii kina – odtwórczyni Scarlett w „ Przeminęło z wiatrem” czy Myrny w „Waterloo Brigde” albo Blanche w „Tramwaju zwanym pożądaniem” miała życzenie, aby nad tym stawem zostały rozsypane Jej prochy po śmierci. Dla mnie ta fotografia jest wyjątkowo prześliczna, elegancka, estetyczna w każdym centymetrze i wryła mi się w pamięć głęboko chyba na zawsze, często sama się przywołuje przy różnych okazjach. Gdybym miała pałac nad stawem na pewno kupiła bym sobie drewniane czółno, pływały by po nim prawdziwe łabędzie i kwitły nenufary. Puśćmy wodze fantazji… I byłaby w pałacu garderoba ze strojami z epoki, które można byłoby wypożyczyć, aby je ubrać i popływać w łódce. Jeden dzień w roku zarezerwowałabym na konkurs na najlepszą fotografię nad stawem w czółnie. Byłaby komisja, a jakie zdjęcia…. Wyobrażam sobie przejażdżkę takim czółnem po stawie. Widzę wiosło bez pośpiechu zanurzające się w tafli wody, jak każdy ruch rozchyla zieloną rzęsę wodną latem, liście jesienią odsłaniając ścieżkę czystej wody. Spokojny, bezpieczny, pewny nurt, nie zakłócony żadną falą jak prowadzi mnie drogą, która odkrywa przede mną inne widoki niż z brzegu. Towarzyszy mi słońce, które zawsze czyni cuda na powierzchni stawu. Czas – czy wtedy istnieje? Na pewno można o nim zapomnieć przy krajobrazie z przeszłości . Widzę oczami wyobraźni te przejażdżki w mgliste dni… Jesteś ty, może ktoś jeszcze, staw, drzewa, pałac na brzegu – krajobraz z przeszłości. Nurt prowadzi cię w baśniowy świat, natura szepcze ci do ucha jakąś baśń, w której zaczynasz uczestniczyć. Bo to wszystko przeżywasz , a nie jesteś tylko widzem… A teraz ogłaszam: koniec fantazji – Marzanna Leszczyńska Zapraszam na ciekawy dodatek innego autora. Region lubuski, jego wydarzenia i historia jest często poruszany na http://www.idealzezgrzytem.pl toteż dalsza część artykułu dotyczy miejsca w lubuskim. Bywa, że czasem są to smutne refleksje, ale takie są… Łódz – staw – pałac … Tak miałem takie możliwości aby to zrobić – pływać i podziwiać. Pływałem i podziwiałem. Staw nie duży – ale wyjątkowo urokliwy. Rezydowałem w takim obiekcie – byłem jego administratorem – dyrektorem. Staw zbudowałem – piękny – zarybiony – z wyspą – z przepiękną roślinnością i otaczającą architekturą – ogród japoński. Co ciekawe – w lubuskim. Była na początku jedna łódka. Powstał pomost. Mogła być wykorzystywana dla gości hotelowych – za darmo. Szału nie było – tak prawdę mówiąc – nie było to reklamowane – bo był pewnego rodzaju „ tajemniczy zakaz” . Dostosowałem się do tego – to była wola właścicieli tego obiektu – pałacu , parku , stawu… Chyba bardziej ta decyzja należała do żony jednego z właścicieli. Strasznie ta Pani mieszała we wszystkim. Co ciekawe – nigdy nie znajdywała odpowiedzi – jak ma być – jak chce. Odpowiedź zawsze była taka – „no Ja nie wiem – ale nie tak…” Nieważne – minęło już prawie 30 lat. Ja już dzisiaj jestem tylko z „radiowym” wizerunkiem. Chyba podobnie jak byli właściciele . Teraz już wszystko się zmieniło. Czas robi swoje. Nadzieje , pomysły – wszystko prysło jak spalona kartka w piecu, jak wyrzucony „listek” z łodzi na tym wyjątkowym stawie. Wszystko się kiedyś kończy – i nie ma sensu wracać do przeszłości – Bo i po co ? Rozdzierać rany ? Wracać do marzeń ? Po co ? Nie będę już nigdy pływał na łódce w tym stawie – bo jej tam nie ma. Pozostają tylko wspomnienia – tak – było przepięknie jak tam pływałem z synem, który był wtedy jeszcze małym chłopcem. Czar prysł – skończył się sen. Nic już nie wróci. Tylko pozostają zdjęcia – ale to takie, które wzbudzają tylko smutek i nostalgię jak na nie się patrzy – nigdy nikomu ich nie pokażę. Bo one są jak „ łódka bez wioseł” – taka samotna – niczyja – taka, która pokazuje , że ktoś się świadomie utopił… Może nie utopił … ale nie chce już tam pływać na tej łódce . Zdjęcie na początku i na końcu artykułu przedstawia zabytkowy młyn Tickerage Milli w Hrabstwie East Sussex England, która kiedyś była własnością Vivien Leigh, a na łódce jest Ona sama.

Mierzęcin – sentymentalnie Dowiedz się więcej »

Były kiedyś takie schody na plażę.

Morze ma urok. zachody słońca są uwielbiane , ale nad morze wiodą ścieżki i schody. Są schody jak poezja… Zapraszam na muzykę, zdjęcia – wszystko w środku. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film – Marzanna Leszczyńska Do Rewala przyjeżdżam od ośmiu lat. Nawet już nie liczę ile było tych przyjazdów, ale było ich dużo, nawet bardzo dużo. Te małe, drewniane- można powiedzieć – na ludowo wykonane – schody zauważyłam już na pierwszym spacerze idąc plażą do Niechorza. Wykonane z drewnianych kłód, z koślawymi poręczami , w naturalnym kolorze . Schody – sama natura. Prowadziły na plażę ze stromej skarpy porośniętej laskiem -właściwie jest to niewysoki w tym miejscu klif. Miejsce niezwykle urokliwe. Odwiedzałam je na każdym spacerze, stały się punktem obowiązkowego zatrzymania się, skręcenia w bok z prostej drogi wzdłuż wybrzeża z Rewala do Niechorza. Szczególnie urokliwe latem – gdy zatopione w żółtym piasku, rozświetlone słońcem na tle błękitnego nieba. Jesienią były smutniejsze, poszarzałe, wydawały się zniszczone i stare, przysypane zwiędłymi liśćmi. Stały się moim punktem zatrzymania się, aby popatrzeć na morze, pomyśleć, zwłaszcza wtedy gdy morze było kompletnie wyciszone, lekko falujące, gdy woda zlewała się z niebem i wyłaniała się z mgły, gdy nie było horyzontu. Ile ja tam mogłam spędzić czasu, w ciszy i bez kogokolwiek…Czułam się jak „właściciel ” plaży. I miałam poczucie bezpieczeństwa, nigdy nie towarzyszył mi strach. Tyle zdjęć, ile ja tam zrobiłam… To było idealne, naturalne, oryginalne atelier, nic nie krępowało… Ileż ja tam zaciągnęłam osób w to miejsce, znajomych z którymi przyjeżdżałam do Rewala. Urządzaliśmy tam sobie sesje fotograficzne i toczyliśmy rozmowy na schodach. Można sobie było powierzać sekrety, bo nikt nie podsłuchiwał. Nie potrafiłam przejść obojętnie obok tych schodów, gdy gonił mnie czas – rzucałam w ich kierunku chociaż spojrzenie i mówiłam im dzień dobry, dobry wieczór albo dobranoc. 8 września 2025 osłupiałam, gdy będąc na spacerze zobaczyłam nowe schody w miejscu tych dawnych. To było nie do uwierzenia. Przed oczami stanęły wspomnienia, zrodził się żal. Dziwne, bo przecież powinnam się cieszyć na widok nowego bezpiecznego zejścia na plażę. Na pewno wiosenne, zimowe, jesienne sztormy zniszczyły tamte stopnie, pewnie spróchniały i groziły połamaniem nóg… Wiem na pewno, że ta ludowa architektura miała w sobie duszę. Te nowe stopnie są jak piękna, nieskazitelna drabina. W ubiegłym roku byłam na Phuket w Tajlandii. Oni tam mają „odbicie” na temat naturalnego drewna , huśtawek na sznurach, ławek z bali, drewnianych łodzi na brzegach, beach barów , drewnianych płotów, mostków i spania pod strzechą. Takie miejsca są najdroższe. W Egipcie jest podobnie zresztą. Powiem tyle: są sztucznie robione te oazy, obsadzane roślinnością. To wszystko wygląda pięknie na…zdjęciach. Brakuje tego czegoś co jeszcze jest u nas -prawdy. To nieuchwytne, ale daje się wyczuć i budzi się rozczarowanie, gdy się odkrywa jaka jest prawda. Zadaję sobie pytanie czy ktoś bierze pod rozwagę odtwarzanie zniszczonych konstrukcji, budowli czy tylko w grę wchodzą nowe i inne dzieła. I tylko czasem łzy się kręcą w oczach i spływają, bo wszystko przemija tak jak lato, które odchodzi …Nadchodzi jesień. Pocieszam się, że będzie piękna… Jest !4 września 2025 roku. Marzanna Leszczyńska

Były kiedyś takie schody na plażę. Dowiedz się więcej »

AS LOTNICTWA – MAJOR SLAB MACIEJ KRAKOWIAN

Nigdy nie marzyłam o tym aby zostać pilotem. W szkole podstawowej chciałam być stewardessą. Gdy miałam siedem lat mój wujek Zbyszek , który był kierowcą i dowoził paliwo śmigłowcom robiącym opryski na polach załatwił mi taką przejażdżkę helikopterem. Bałam się bardzo, pamiętam wiatr od rozkręconych śmigieł gdy do niego wsiadałam, a potem płakałam w górze, bo było już tak wysoko, że czułam ciśnienie w uszach. To były lata 70-te. Gdy poszłam do Liceum – do naszej klasy doszlusował nagle nowy kolega, który nie zaliczył pierwszej klasy w szkole dla pilotów w Dęblinie. Bardzo chciał być pilotem, ale brakowało mu talentu do nauki w tej szkole. Poznając Brunona wiedzieliśmy w klasie co to jest miłość do samolotów i wiedzieliśmy jak wymagająca jest to szkoła. Katastrofa F16 i śmierć majora Macieja Slab Krakowiana, która tak bardzo poruszyła Polaków spowodowała wyjątkowe i niezwykłe zjawisko społeczne na to wydarzenie. Powstało tak dużo materiału o tym co robił, rozdzierających serce wspomnień, publikacji jego umiejętności – tak imponujących. W tak krótkim czasie dowiedziałam się czym są te samoloty, jaka jest rola i zadania pilotów bojowych , na czym polegają ich szkolenia jakich talentów potrzebują, jak jest to szalenie niebezpieczne. Wszystko niezwykle ciekawe, To doprawdy niesamowite ile tak młody człowiek, bo 35- letni dokonał i jakie umiejętności posiadł. Major Maciej Slab Krakowian był imponującym połączeniem tak wielu cech i talentów. Aktorem nie był, ale kamera go kochała. Materiały, które po nim pozostały są tak bardzo atrakcyjnie wykonane, wzbudzają zainteresowanie chyba każdego. Jego uroda, męskość, kultura osobista, spokój , łagodność, ujmujący uśmiech po prostu lepiej nie można było wybrać człowieka na wizytówkę i promocję elity polskiego lotnictwa. Ludzie mają po prostu już dosyć zabiegów marketingowych za, którymi chowa się pustka lanserów. Najlepszym przykładem – polityka. Tutaj w przypadku lotnictwa nie było możliwości okłamania, przedarła się prawda, której ludzie są już spragnieni, a prawda jest imponująca. Nic dziwnego, że taka samoistna reakcja społeczeństwa na tę tragiczną śmierć, reakcja jak wtedy gdy odchodzi ze świata wielka gwiazda estrady, filmu czy król bądź królowa jakiegoś państwa. Taki hołd ludzie sami chcą złożyć i w ten sposób podziękować wspaniałemu człowiekowi, który jest już wzorem. Chyba do tej pory śmierć żadnej „gwiazdy” nie wycisnęła z moich oczu tylu łez. Cały kraj, a nawet świat chce mu podziękować i szczerze rozpacza , że skończyło się jego krótkie, piękne, intensywne życie jakże imponujące złożone w ofierze. Nawet pierwsza wizyta naszego prezydenta Karola Nawrockiego w Ameryce oddała hołd majorowi Maciejowi Slab Krakowianowi. Cały świat zobaczył Missing Man Formation – symboliczny gest wykonywany podczas przelotu samolotów, gdzie jeden opuścił formację i wzniósł się pionowo w górę, symbolizując pilota, który zginął. Nie był to tylko przelot nad Białym Domem i pokaz, ale było to oddanie hołdu polskiemu pilotowi, zmarłemu tragicznie 28 sierpnia 2025 roku. Piękny gest Ameryki, która ma szacunek do zmarłego pilota. Smutne to, ale wielu naszych rodaków nie rozumie co się stało; żałują zdemolowanego pasa startowego, zniszczonego – drogiego samolotu, doszukują się przyczyn tego wypadku takich, ze nie będę nawet tego przytaczać. Żałosne wystąpienia. Czasem pojawia się jakiś pilot rozpostarty w fotelu, wypiękniony, który usiłuje podważyć umiejętności i odpowiedzialność majora M. S. Krakowiana. Wypada w hołdzie wyłączyć nagranie. Niestety to jest po prostu zazdrość i to bardzo widać. Poprzeczka jest wysoko postawiona, żeby Mu dorównać. Major Maciej Slab Krakowian zbudował legendę opartą na solidnym dorobku, znakomicie udokumentowanym. To legenda rangi Żwirki i Wigury, Dywizjonu 303. Trudno będzie ją podważyć i się z nią zmierzyć tym bardziej. Polacy wpłacili na konto wdowy i dwóch synków- bliźniaków po majorze Macieju Slab Krakowian miliony złotych (1,5 miliona dziennie) . To są pieniądze od darczyńców zwykłych obywateli po 20, 100 zł. Czy to nie piękne i wspaniałe? Takie rzeczy zawsze będą wzbudzać zazdrość,,, złych i maluczkich ludzi. Marzanna Leszczyńska

AS LOTNICTWA – MAJOR SLAB MACIEJ KRAKOWIAN Dowiedz się więcej »

Mierzęcin- koncertowe lato 2025

O koncertach w czwartki organizowanymi przez pałac w Mierzęcinie – Marzanna Leszczyńska Zapraszam na zdjęcia z muzyką. Wszystkie utwory w krótkim filmie pochodzą z koncertów, które odbywały się w Mierzęcinie podczas lata 2025. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi film. Z pośród koncertów, które odbywały się w lipcowe i sierpniowe czwartki – byłam na trzech. Pałac Mierzęcin umilił wakacyjne wieczory zapraszając na godzinę 19.00 , a na niej na muzyczne duety. Dwa koncerty odbyły się na powietrzu , z tyłu pałacu, a towarzyszący śpiew ptaków był jak dodatkowy akompaniament dla muzyków. Propozycja ciepłej herbatki czy lampki miejscowego wina spotkała się z dużą akceptacją widzów. Każdy wieczór był inny, ale każdy niezwykle miły, bo dobra muzyka na żywo, w plenerze na tle pałacu czy w jego wnętrzach taka być musi – nawet gdy wieczór chłodnawy, komar dokuczy, a nagłośnienie odmówi posłuszeństwa na chwilę. Niektóre utwory powstały po to, aby je właśnie słuchać nocą i na wolnym powietrzu. Do nich należą nokturny Fryderyka Chopina. Tego właśnie doświadczyliśmy słuchając wykonania nokturnu na flet i pianino przez Joannę i Rafała Kowalczyków. Taka naturalna scena była idealna dla „światła księżyca” Claude Debussy albo „Summer time” George Gershwina. Para zagrała nam też słynne „ Usta milczą dusza śpiewa, kocham cię” z operetki Franza Lehara „Wesoła wdówka”, „Różę południa” Johana Straussa, czardasza z operetki „ Cygańska miłość”, słynny utwór „ Don t cry for me Argentina” czy Zbigniewa Wodeckiego „ Lubię wracać tam, gdzie byłem już”. W ostatni dzień lipca mieliśmy okazję włączyć się do śpiewu Pani Ewy z duetu Valdiango, bo kto nie zna refrenu z „Kawiarenek’ Ireny Jarockiej, „ Remedium” Maryli Rodowicz, piosenek Lady Pank. Były też szlagiery Madonny, Stinga, Stevena Wondera, Abby albo Megan. Gra na gitarze Waldemara Zielińskiego zachwycała. Pałac Mierzęcin jest chyba idealnym miejscem, w którym mogą zagrać skrzypce i utwory Niccolo Paganiniego. Czy to nie dziwne, że akurat utwór N. Paganiniego zabrzmiał we wnętrzu pałacu i to na skrzypcach z XVII wieku? Czarna legenda mistrza Paganiniego ciągnie się za nim do dziś, bo physis artysty i nieprawdopodobna wirtuozeria gry kojarzona była z zaprzedaniem duszy diabłu. Trzeba czytać artykuły dr Roberta Wójcika na www.idealzezgrzytem.pl o pałacu w Mierzęcinie, aby mieć takie skojarzenia. Duet Danuta Organiściuk i Włodzimierz Żylin sprawili prawdziwą ucztę muzyczną na wiolonczelę i skrzypce nie tylko utworami N.Paganiniego, ale również utworami Jana Sebastiana Bacha, Edwarda Elgara, Wiktora Strawińskiego, Ennio Moricone i Astora Piazzoli. Słynne Libertango w wykonaniu na skrzypce i wiolonczelę ukazało nowe oblicze, dla którego trudno nie mieć zachwytu. Piękne spotkania, piękna muzyka i jej wykonanie z ciekawym słowem wstępnym przed każdym utworem – wszystko oryginalne i warte przyjazdu na każde nawet aż z Gorzowa Wielkopolskiego. Żałuję, że nie mogłam uczestniczyć w każdym, ale cieszę się już na ostatnie – 28 sierpnia o godzinie 19.00. To już za kilka godzin… Marzanna Leszczyńska

Mierzęcin- koncertowe lato 2025 Dowiedz się więcej »

Rugia – wyspa Caspara Davida Friedricha

O swoich wakacyjnych wrażeniach z krótkiego pobytu na kredowej wyspie – Marzanna Leszczyńska Zapraszam na zdjęcia z muzyką. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką uruchomi krótką prezentację. ” Te skały pozostawił sam Bóg „ – Hanns Cibulka W mojej świadomości najpierw był obraz Rugii Caspara David Friedricha , a dopiero potem Rugia. Rugia utkwiła mi w pamięci za przyczyną jego zachwycającego obrazu „ Kredowe skały Rugii”. Jest to arcydzieło C.D. Friedricha górujące nad resztą jego dzieł, arcydzieło niemieckiego romantyzmu i jeden z cudów malarskich XIX wieku. Znalazłam oto okazję do przypomnienia sobie tego obrazu po trzy- dniowym pobycie na północno- wschodniej i południowo – wschodniej części Rugii. Tutaj właśnie znajduje się kredowe nabrzeże skał i widokowe otwarcie ku morzu, okna pejzażowe pomiędzy zboczami, które zostały wyrzeźbione przez sztormy, wiatry i erozję gleby z bukami wiszącymi na krawędziach urwisk i ich odsłoniętymi korzeniami. Ma rację ten, kto nazwał te widoki ” czarnoksięstwem rzadkiego rodzaju”. Ten dzisiejszy krajobraz nie jest już taki jak za czasów C.D. Friedricha bo jego przemiana trwa nadal, tak oto np. w 2002 roku oderwało się i runęło do morza 25 000 metrów sześciennych skały kredowej. C. D. Friedrich uwiecznił swoim płótnem Rugię i ją rozsławił na cały świat, ale nie tylko przez odtworzenie charakteru pejzażu i piękna przyrody, ale poprzez zawarcie w tym obrazie ogromnej ilości znaczeń i niewyczerpanych możliwości interpretacyjnych tego obrazu. „ Kredowe skały Rugii” to nie tylko scenka rodzajowa, ale jak napisał Waldemar Łysiak tą sceną – artysta – niczym poeta pędzla namalował wieczność, zamienił banał w arcypoezję i wlepił mu transcendentny wymiar. Friedrich lubił pokazywać symbole mijającego czasu, a czas był notorycznym bohaterem jego obrazów. Czy ten obraz to nie Jego alter ego? Obsesja śmierci męczyła wielu romantyków, a Friedricha już od samego dzieciństwa, od chwili, gdy załamał się pod nim lód. Friedrich utonął by pod nim, ale skoczył mu z pomocą starszy brat, który wypchnął go na lód, ale sam nie zdołał się wydobyć i zginął. Friedrich nigdy nie przestał myśleć o tej tragedii. Czy ta czeluść i martwy pniak nie symbolizują śmierci? Jest w tym obrazie też mnogość symboliki miłosno – małżeńskiej : dwa kredowe stoki i dwa konary drzew splecione ze sobą rysują kształt serca, przytulone żagle w oddali. O politycznej interpretacji już nie będę się rozpisywać. Rugia pamięta Caspara Davida Friedricha i upamiętniła go godnie. Jego sylwetka z brązu w staroniemieckim stroju stoi dumnie i patrzy w dal na bezkresne morze w punkcie widokowym niedaleko Arkony, a obok stoi Jego obraz w potężnym powiększeniu w kolorze sepii. Godnie upamiętnia malarza Stół Królewski, gdzie przy potężnej platformie widokowej zawieszonej na stalowych linach gromadzą się masowo turyści, aby podziwiać widoki. W tym miejscu stoi potężny baner z obrazem „Kredowych skał Rugii” Caspara Davida Friedricha. Tutaj znajduje się też imponujące muzeum multimedialne wyspy, które należy zobaczyć – koniecznie. Ileż ja tutaj znalazłam odpowiedzi na pytania, które powstały w mojej głowie podczas spaceru po wybrzeżu i patrząc na te zjawiskowe skały z kredy, które gdy wyjdzie słońce – świecą na biały odblaskowy kolor. Zachwyca nie tylko genialny edukacyjny przekaz, ale też estetyka ekspozycji i niezwykłe artystyczne zdjęcia przyrody. Rugia to wyspa tajemnicza i jakże odmienna od naszego polskiego wybrzeża, a tak niedaleko położona przecież. Bukowe lasy Rugii są idealne na rowerowe trasy, a zieleń i jej odcienie w słońcu serwują niezapomniane widoki na , które nie trzeba długo czekać, pojawiają się niezwykle często. Chyba niewiele jest tak pięknych dróg na świecie. Zachwyca architektura w mieście Binz – białe domy z misternymi ażurami przy oknach i balkonach całe ich ulice nawiązujące kolorem do kredowych klifów w Narodowym Parku Jasmund. Zapierają dech całe wioski z domami krytymi strzechą z przepięknymi ogródkami. Tam też na pólnocy Rugii stoi Pomnik Śventovit powstały w 2021 roku autorstwa Patrycji Kujawowicz i Tadeusza Glińczaka, którzy w ten sposób przypomnieli, że były to ziemie słowiańskie i panował tam kult pogaństwa i właśnie tutaj najdłużej opierał się chrystianizacji. „ Dzisiejsi ludzie, mieszkańcy świata przematerializowanego, przetechnicyzowanego, przeracjonalizowanego, zrobili się chorzy od wszechobecnej maszynerii, od terroru betonu i biurokracji; ci ludzie słysząc codziennie ile agregatów codziennie wyprodukowano, sami czują się agregatami. I tacy ludzie tęsknią do nieskazitelnej przyrody oraz do romantyczności bajkowego typu” – Waldemar Łysiak „Malarstwo Białego Człowieka” „ Szczypająca duszę” aura pejzaży Rugii jest lekarstwem tak samo jak obrazy Caspara Davida Friedricha, które warto poznawać – wszystkie. Dodatek „ Nocleg Ordens Kapelle – taki, że… nigdy więcej” Wyboru nie było, więc zdecydowaliśmy się, a nazwa była obiecująca : Kapliczka Zakonników Rycerskich na Rugii. Ordens Kapelle. Przybyliśmy nocą na miejsce. Malutka kapliczka, wyglądała na zabytkową i taką też się okazała. Z okiennicami wymalowanymi na czerwono w maltańskie krzyże. Do tej kapliczki przylegał dobudowany niedawno- na oko – hotelik z nisko podwieszonym sufitem. Przeszliśmy „mosteczkiem zwodzonym „ ( takim na trzy kroki szerokim) ale z boku grube łańcuchy raczej dla ozdoby, bo nic nie podtrzymywały. Zieleń owszem była, nawet dużo. Za to przed samym wejściem – cmentarz! Czyli parę mini nagrobków – jakieś poprzewracane, krzyże jak ze sklejki, dziwne te krzyże. Podejrzewałam od razu, że to jakaś ustawka i tak też, po zasięgnięciu języka się okazało. W środku dziwności nad dziwnościami. Krzesła skórzane jak trony, a raczej krzesła elektryczne, kute ozdoby rycerskie na ścianach, masa rzeczy, przyłbic rycerskich. Wszystko sprawiało wrażenie – jak zebranych przypadkowo. Dostaliśmy kule jak od billarda z numerem pokoju i z prośbą abyśmy wybrali sobie godzinę na śniadanie ( a były cztery do wyboru i żebyśmy je wrzucili do odpowiedniej rury). Na mój gust bardzo skomplikowany system jak na wybór śniadania . Japończycy zaśmiewali się z tych kuli pokazując je sobie. Jadalnia nam przyznana, wprowadziła mnie w osłupienie. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam i nawet apetyt odebrało.. W kredensie za szklanymi szybami pełno było różnych lichtarzy i krzyży, z sufitu zwisały żółte szklane kule- gęsto – wyglądały jak lampki z kościoła przy tabernakulum, na ścianach portrety postaci jakby biskupów w ornatach. Szczytem była dekoracja okien – tiary biskupie nad każdym oknem i stuły zawieszone jak…firanki… Z głośników sączyła się notorycznie jakaś kościelna muzyka, czasem zespołu Enigma. Koleżanka miała w

Rugia – wyspa Caspara Davida Friedricha Dowiedz się więcej »

Prawda jest okrutna – Wołyń

O tegorocznych uroczystościach w Gorzowie Wielkopolskim w dniu 11 lipca 2025 roku ku czci Ofiar Wołyńskich na Kresach Wschodnich z zaproszeniem do wysłuchania przedmowy historycznej profesora Grzegorza Kucharczyka – Marzanna Leszczyńska Gdy rok temu na różnych grupach facebookowych ukazały się zdjęcia Pomnika Ofiar Wołyńskich na Kresach Wschodnich autorstwa Andrzeja Pityńskiego z informacją, że będzie jego odsłonięcie 11 lipca 2024 roku w Domostawie, zrobiły one na mnie oszałamiające wrażenie i wzbudziły ogromne zainteresowanie. Wtedy mało kto wiedział co to za pomnik i dlaczego powstał w jakiejś Domostawie? Minął rok – czyli niewiele czasu, a dzisiaj mało kto nie widział na zdjęciu tego pomnika i nie wie czego dotyczy, a tak wielu pojechało, aby zobaczyć go na własne oczy. Stało się tak mimo tego, że : „tak go oczerniali, że za dosadny, taki okropny i kiczowaty, że dziecko na widłach to niesmaczne i niepotrzebne, że lepszy byłby jakiś symbol…Tymczasem jego autor Andrzej Pityński nienawidził abstrakcji, którą nazywał antysztuką do zacierania śladów. Co do okropieństwa, to rzeczywistość była tysiąc razy straszliwsza, praktycznie niewyrażalna, uważał. Byliśmy w Domostawie też w zwykły dzień już o zmroku. Tam stale są ludzie, stale podjeżdżają auta. Pomnik był wiele lat „ aresztowany” w odlewni w Gliwicach, Poza tym nikt go nie chciał, wszyscy się bali. Kolejne miasta się wycofywały, były zastraszane”. -Anna Milanowski Właśnie tylko wielki baner ze zdjęciem Memoriału z Domostawy stanął w Parku Siemiradzkiego podczas obchodów kolejnej rocznicy tych tragicznych wydarzeń, które rozpoczęły się już tradycyjnie mszą świętą w Białym Kościółku o godzinie 18.00 11 lipca 2025 roku w Gorzowie Wielkopolskim. Te tradycyjne już uroczystości odbywają się na tle naszego gorzowskiego Pomnika Ofiar Rzezi Wołyńskiej, a jest to kamień, który mówi coś o znamionach zbrodni… Profesor Grzegorz Kucharczyk, który co roku wygłasza w tym właśnie miejscu swoje niesamowite przedmowy historyczne o wydarzeniach na Wołyniu – przypomina co roku z całą stanowczością, że nie jest to właściwy napis: „Żadne znamiona, a genocidium atrox czyli zbrodnie ze szczególnym okrucieństwem”. Tym, którzy liczą na to, że ktoś z władz tego miasta , kiedyś podejmie kroki, aby zmienić ten napis odpowiem tylko, że nie spodziewam się takiej wspaniałomyślności nawet za sto lat. Łatwiej i lepiej będzie postawić nowy i tam przenieść obchody. Cieszę się, że przybywa – co roku 11 lipca – uczestników na mszy w Białym Kościółku o godz.18.00 i słuchaczy niezwykłej przedmowy historycznej profesora Grzegorza Kucharczyka. Chociaż to ciągle mało jak na 120 000 miasto. A szkoda… Zapytam tylko gdzie są wszyscy nauczyciele historii, języka polskiego, religii, politycy prawicowi, duchowieństwo? Media też skromniutko. Co zrobili, aby zachęcić i przyprowadzić młodzież i dzieci ??? Zapraszam na wysłuchanie znakomitego wykładu prof. Grzegorza Kucharczyka i przypomnienie ubiegłorocznego na http://www.idealzezgrzytem.pl https://idealzezgrzytem.pl/2024/07/22/zadne-znamiona-a-genocidum-atrox-11-07-2024-gorzow-wielkopolski/ To wiedza skarb wygłoszona przez zasłużonego, z dużym dorobkiem naukowca, który urodził się w Gorzowie i jak został przedstawiony ; „Jest humanistą rzadkiej konstrukcji, bo dąży do prawdy zawsze i nie wstydzi się swojej wiary, co rzadko się dzisiaj zdarza” . Naciśnięcie czerwonego prostokąta z czerwoną strzałką na obrazie poniżej uruchomi wykład na tle zdjęć.

Prawda jest okrutna – Wołyń Dowiedz się więcej »

„Hydrozagadka” po 55 latach

O filmie „Hydrozagadka”, który wyświetlono na tegorocznym Lubuskim Lecie Filmowym w Łagowie- Marzanna Leszczyńska Jest w Łagowie nad jeziorem restauracja, z zachwycającą różą. Wszyscy o nią dbają, a ona się odwdzięcza masą kwiatów. Łagów to piękna miejscowość. Jak to się stało, że nigdy nie oglądałam „Hydrozagadki” w reżyserii Andrzeja Kondratiuka – nie wiem do dziś… Myślę, że najpierw byłam po prostu za mała na ten film, a potem stało się tak na wskutek starań moich rodziców o dobre wychowanie dzieci, bo był to niewątpliwie film dla dorosłych. Tegoroczne Lato Filmowe w Łagowie przypomniało ten purnonsens czy surrealistyczną zgrywę z wielkim wdziękiem. „Hydrozagadka” stała się jednym z najbardziej oryginalnych filmów polskiej kinematografii, jest majstersztykiem, niezaprzeczalnie jednym z lepszych filmów i jak ktoś zauważył : „ dziś nikt ze współczesnych nie wymyśliłby tak odjechanych tekstów, nie mówiąc już o tym, że nie znaleźliby się aktorzy, którzy podali by je w taki sposób”. Organizatorzy Lubuskiego Filmowego Lata 2025 w Łagowie wyświetlili film pomysłowo – nad jeziorem, widzów posadzili na leżaczkach, pod gołym niebem, nocą (pięknie przyświecał księżyc). Kropką nad i byłaby upalna noc – ale tego akurat zabrakło. Sekret geniuszu „Hydrozagadki” kryje się po pierwsze w scenariuszu, którego pomysłodawcą był Andrzej Bonarski, ale stworzył go razem z Andrzejem Kondratiukiem. Warto przypomnieć postać Andrzeja Bonarskiego, bo jest osobą arcyciekawą, zasłużoną i bardzo niedocenioną w kulturze naszego kraju. Urodził się w Krakowie w 1932 roku, ale całe życie związał z Warszawą, w której studiował na Uniwersytecie Warszawskim matematykę i astronomię. Z zamiłowania był dziennikarzem, literatem, wydawcą. Był też znawcą i kolekcjonerem sztuki polskiej i światowej, zorganizował wiele znaczących wystaw plastycznych – gdyby nie Jego działanie to nic z lat 80-tych nie zachowało by się w polskiej historii sztuki tego okresu. Promował twórczość malarki Ariki Madeyskiej. Współpracował z Jerzym Grotowskim. Stworzył też scenariusz do filmów: „Dziura w ziemi” , „ Panna i Łucznik”, „ Rewizja osobista”( razem z Andrzejem Kostenką i Witoldem Leszczyńskim), autor pierwszych 5 odcinków serialu „Punkt widzenia” ( reż. Andrzej Zaorski, Małgorzata Niezabitowska jest autorką dwóch ostatnich odcinków filmu). Jako prozaik debiutował w 1957 roku, był dziennikarzem tygodnika „ Kultura” i miesięcznika „Polska”. Wiadomości o Andrzeju Bonarskim przytoczyłam dzięki pani Henryce Milczanowskiej, która jak pisze – miała przyjemność Go poznać i z Nim rozmawiać, a podzieliła się nimi na facebooku. Nawet genialny scenariusz na niewiele by się zdał, gdyby zaangażowano kiepskich artystów. Do „Hydrozagadki” zaangażowano masę świetnych aktorów. Furorę zrobiła oczywiście młodziutka i zjawiskowa Ewa Szykulska. Wszystko się zgadza : Jej kobiecość w tym filmie „wypływa niczym woda w delcie Amazonki”, ma seksapil i powab kobiecy, jest obłędnie piękna nawet wybitnie śliczna z tymi rzadko spotykanymi jasno-niebieskimi oczami, jest symbolem seksu, „a ta jej diastema tak jej dodaje uroku, że szok”, taka leciutko femme fatale – cudo, polska Malena, jest naturalnie piękna i zagrała mistrzowsko no i „ma to coś, co chciałaby mieć każda kobieta.” Współczuję wszystkim paniom, które odważą się krytycznie wysłowić odnośnie Ewy Szykulskiej – oberwą niemiłosiernie, bo „lepiej gdy mizerna i mierna zazdrość milczy”…Podobno w „Hydrozagadce” Ewa Szykulska nie mówi swoim głosem, ale czy jest to głos Kaliny Jędrusik czy Ireny Rylskiej – nie wiem. Natomiast wszystkim tym, którzy tak dużo mówią tylko o pięknej i utalentowanej Ewie Szykulskiej muszę stanowczo powiedzieć, że nie są sprawiedliwi, bo Iga Cembrzyńska – ucharakteryzowana na „wodnika” jak z czeskiej bajki wygląda ślicznie i zapowiada film niesamowicie. Legenda mówi, że to była improwizacja, bez dubli, ponieważ koszty przeznaczone na film były ograniczone i Andrzej Kondratiuk poprosił Igę Cembrzyńską o przeczytanie zapowiedzi filmu. A tancerka wykonująca arabski taniec to niby nie robi wrażenia? Jakie ciało, jaki erotyzm… Zastanawiam się, czy takie występy były na spotkaniach u Jerzego Urbana, które dzisiaj na emeryturze wspomina Leszek Miller? Więcej uwagi poświęcam panią w tym filmie, ale oczywiście wszyscy panowie są rewelacyjni. Dr Plama i maharadża z Kabulu po prostu genialni. Wszystko w tym filmie zachwyca. A jakie są tam podkłady muzyczne pod dialogi, jak budują nastrój… Obejrzenie tego filmu to okazja do posłuchania pięknej polszczyzny – miodu dla uszu, kultury konwersacji, rozmów na poziomie, cudnej gry słów, genialnie podanych dialogów, zachwyca poczucie humoru i masa podtekstów. – „Ja na drzewo – dzik za mną” – „ Achtung Herman, torpeden loss!” – „ Jolu, zdejm kapelusz. Będziemy uprawiać miłość francuską. Jurku, uspokój się. Nie zdejmę kapelusza.” Tego filmu nie można odbierać dosłownie. Rzecz w tym, że jak każda prawdziwa sztuka może być ,ale nie musi być o czymś konkretnie. W rezultacie dla każdego będzie o czymś innym. Film jest ponadczasowy, prekursorski. Oglądając go dzisiaj widzimy doskonałe reklamy produktów i to zgodnie z dzisiejszymi standardami, a przecież w 1970 roku nikt nie wiedział co to jest marketing. Problemy wiecznie żywe: aluzje do płonącej planety, marzenia ludzi i ich fantazje. Wszyscy je mamy i Ci, których o to nie posądzamy też. Oderwać się od szarej rzeczywistości, odpowiedzialności czasem pragną też poważni i dojrzali ludzie nauki na przykład… w takich laboratoriach… „Hydrozagadka” jest jedyna. Dzisiaj nie brakuje tematów, którymi można się zainspirować, aby powstał nowy współczesnym nam purnonsens. Cóż nam dzisiaj pozostaje – jak tylko się pośmiać … Marzanna Leszczyńska P.s. Purnonsens – dowcip, w którym efekt komiczny powstaje z niedorzeczności, z pozbawionego logicznej motywacji, absurdalnego skojarzenia obrazów lub pojęć. Stworzony został w XIX wieku przez pisarzy angielskich, odegrał ważną rolę w estetyce surrealizmu.

„Hydrozagadka” po 55 latach Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry