Autor: Marzanna Leszczyńska

ODŻYŁY DRZWI DO…SPALENIA

Zapraszam na krótka historię o renowacji starych drzwi, które miały pójść do spalenia. To była piękna przygoda, choć trzeba powiedzieć, że nie pozbawiona stresu – Marzanna Leszczyńska Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film z muzyką i zdjęciami, którego bohaterem są stare poniemieckie drzwi i ich przemianę w czasie renowacji. Gdy je zobaczyłam – miały dziury po klamkach, metalowy wkład, którego nie można było usunąć bez demolki drewna, były upstrzone szarym szpachlem, miały ślady białej farby, którą kiedyś ktoś próbował zedrzeć i śmierdziały stęchlizną. Stare, poniemieckie, dwuskrzydłowe, asymetryczne drewniane drzwi. – Jak ich nie weźmiesz to Kowalski je spali w piecu – usłyszałam. Nie miałam pojęcia po co mi one, ale wzięłam. Dla mnie były piękne. Postawiłam w drewutni na dwa lata. Przyszedł czas na remont sypialni – po 35 latach. Stwierdziłam, że czas na fantazję. Pokój jest duży więc mogę jedną ścianę uczynić bezużyteczną. Na tej ścianie będą te stare poniemieckie drzwi, które będą pełniły funkcję dekoracyjną, będą jak obraz – drzwi donikąd – wymyśliłam. Zadanie okazało się trudne dla kogoś, kto nie zna się na renowacji. Za tę pracę zabrał się Janek ( facet techniczny, „złota rączka”, z wyczuciem estetycznym, ale nie samodzielny). I tak zostałam „kierownikiem tej operacji”. Natchnieniem dla mnie stały się drzwi w Pałacu Cieleśnica na wschodzie Polski. Na zawsze utkwiły mi w pamięci wysokie, białe dwuskrzydłowe drzwi, których jedyną ozdobą była piękna mosiężna klamka. Renowację zaczęłam od klamki. A było to jej poszukiwanie na internecie. Klamki luxury wykonywane na zamówienie to było to. Tylko jedna z całej oferty idealnie pasowała do fragmentu drzwi, które w tym miejscu były beznadziejnie zniszczone i przykrywała ten szkaradny fragment rozwiązując problem usunięcia żelastwa ze środka. Padło na najdroższą, no cóż jakoś to przełknęłam i zamówiłam. Czekałam chyba 3 tygodnie aż mi ją przysłano. Janek drzwi oszlifował z resztek farby i uzupełnił ubytki szpachlem. Ja właściwie to nie wiedziałam, czy zostawić je w kolorze naturalnego drewna, pomalować na zielono czy na biało. Jakaś dobra dusza doradziła, żeby pomalować pokostem lnianym. Niestety efekt był żałosny, ponieważ pokost nie „chwycił” miejsc pokrytych szpachlem i wyszły drzwi łaciate. Zadecydowałam, że będą zielone. Po pomalowaniu jedną warstwą farby już było widać, że nie jest pięknie. Kolejne „pudło”. Kolor za jasny, klamka – przecież piękna- się na nich gubiła. Stwierdziłam, że jednak drzwi będą białe. Trzeba było położyć trzy warstwy białej matowej farby olejnej, aby nie było przebicia zieleni. I to było to. Drzwi zostały zawieszone na ścianie. Nie były równe, trzeba je było nieco podciąć. Nie idealność ich przykryła listwa, która połączyła dwa skrzydła. Zrodził się pomysł, aby dodać im stylizacji pałacowej, tym bardziej, że między holką przy suficie a drzwiami pojawiła się przestrzeń, którą chciałam uzupełnić początkowo jakimś elementem z metaloplastyki. Szukając go na internecie w oko wpadł mi na „temu” pewien tryptyk, który w sumie tworzył koło z francuskiej czy indyjskiej kultury. Po trudach udało mi się to cudo sprowadzić – okazało się, że wymiarowo kompletnie nie pasuje – każdy element był za krótki i za szeroki. Wybrałam środkowy i odcięłam ramki -były za szerokie. Dwa pozostałe elementy popsułam, aby poszerzyć element, który wybrałam. Trzeba było dokonać dosztukowania ciętych na półokrągło elementów koła i potem wszystko skleić. Udało się, a że jest tam dużo ażurów to nie widać kombinacji. Chciałam też uzyskać efekt głębi, więc cała ozdoba została odsunięta od ściany dodaniem dystansów. Jenek wykonał nowe ramki, pomalował na biało i wszystko przymocował między drzwiami i sufitem. Całość postanowiłam wykończyć sztukaterią, która spełniła rolę futryn. Cała sztuka polegała na tym, aby dobrać spośród wielu wzorów ten, który będzie pasował grubością i estetycznie. To była prawdziwa łamigłówka, chyba dwie godziny spędziłam w sklepie i kupiłam dwie listwy i wpadł mi do głowy pomysł aby na szczycie po obu stronach umieścić głowice. Te głowice chciałam zrobić z dodatkowej listwy, która miała być pocięta i niestety tutaj wyobraźnia mnie zawiodła. Po wycięciu i przymiarce efekt okazał się „ kijowy”. Ostatecznie wynalazłam idealnie dopasowaną grubością i wysokością listwę – portal, której końcówki zostały odcięte i to one tworzą głowice z boku drzwi. Przyznam szczerze, że zabawa ze sztukaterią to duże wyzwanie, ale też satysfakcja, gdy efekt zadowala. Wszystkie szczeliny Janek wypełnił akrylem i pomalował na biało. Czekam na opinię jak się Wam podobają drzwi donikąd ? Marzanna Leszczyńka

ODŻYŁY DRZWI DO…SPALENIA Dowiedz się więcej »

POCHOIR PICASSA W KRZYWEJ WIEŻY W TORUNIU

Do końca roku 2025 można oglądać w Krzywej Wieży w Toruniu wystawę grafik pochoir Pablo Picassa: „ W żywej pamięci & Maski popiołów La Flute Double . Unikalna architektura toruńskiej Krzywej Wieży stała się wyjątkowym tłem tej ekspozycji. Zapraszam na zdjęcia z wystawy i jej wyjaśnienie. Zachęcam do zwiedzenia ekspozycji w wyjątkowym miejscu w Toruniu. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film z muzyką – Marzanna Leszczyńska Pablo Picasso (1881-1973) twórca kubizmu, myśliciel, komentator i eksperymentator, artysta nieustającej rewolucji, którego dziedzictwem jest nie tylko Jego styl, ale też Jego postawa twórcza- bezkompromisowa, radykalna, nieustannie zadająca pytania. Poprzez grafikę Picasso eksperymentował, docierał bliżej materii, powracał do prastarych symboli i gestów, wreszcie to poprzez nią przemówił ( stawała się narzędziem nowego języka). Czym jest pochoir? Technika pochoir (z fr. szablon) jest sposobem reprodukcji dzieł artystycznych z zachowaniem bogactwa kolorów i jakości malarskiej. To ręczne nakładanie farby przez specjalnie przygotowane szablony, warstwa po warstwie, co pozwalało osiągnąć subtelne przejście tonalne i głębię barwy, niemożliwe do uzyskania w starodawnych technikach druku. Każdy egzemplarz wykonywano oryginalnie, co czyniło go czymś pomiędzy oryginałem, a reprodukcją – swego rodzaju artystycznym obiektem z pogranicza grafiki i malarstwa. Pochoir wymagał ścisłej współpracy z wykwalifikowanymi rzemieślnikami – kolorystami i drukarzami- co tylko podkreśla znaczenie rzemiosła i kolektywnego procesu twórczego w sztuce Picassa. Pochoir to połączenie szablonu, rzemiosła i malarskiej precyzji. Dla Picassa grafika nie była tylko sposobem reprodukcji. W Jego przypadku stałą się świadomym wyborem estetycznym. Wystawa w Krzywej Wieży w Toruniu pozwala spojrzeć na artystę nie jako na ikonę muzealną, ale jako zawsze żywego artystę – zawsze obecnego, zawsze aktualnego. Ekspozycja prezentuje dwa cykle graficzne: „ La flute Double” oraz „W żywej pamięci & Maski Popiołów”ukazujące dwie odrębne lecz równie fascynujące drogi twórcze artysty: z jednej strony techniczną precyzję i kolorystyczne malarstwo, z drugiej- poetycką wrażliwość i dadaistyczne eksperymenty z formą czyli dwie strony Mistrza : grafika i poezja. 15 akwarelowych litografii jest wynikiem współpracy Picassa z poetami ruchów dadaistycznych i ekspresjonizmu: Tristanem Tzarą oraz Yvanem Gollem. W „ Żywej pamięci” Picasso stosuje radykalnie minimalistyczną technikę – tworzy obrazy z użyciem jedynie palca i kredy litograficznej, oddając charakter słów i emocji zawartych w poezji Tzary. Natomiast „Elegia Iphetonga i Maski Popiołów” to ilustracja ekspresyjnego poematu Galla, w którym Picasso ukazuje głębokie introspektywne obrazy towarzyszące poetyckiej żałobie. W tych pracach spotyka się antyk i nowoczesność, mit i codzienność, poezja i polityka. Oba cykle podkreślają nie tylko artystyczną, ale i intelektualną wszechstronność twórcy. Marzanna Leszczyńska

POCHOIR PICASSA W KRZYWEJ WIEŻY W TORUNIU Dowiedz się więcej »

ORDER ORŁA BIAŁEGO DLA WALDEMARA ŁYSIAKA

Oprócz sporej kolekcji książek Waldemara Łysiaka, które gromadziłam od 1990 roku jestem w posiadaniu jednej na Jego temat: „ Waldemar Łysiak w oczach czytelników, recenzentów, „wrogów”, krytyków…”, które zebrał i opracował Bartosz Emchowicz .Nie kupiłam jej, a otrzymałam ją z odręcznie napisanym podziękowaniem, ponieważ znalazły się w niej też i moje skromne wypowiedzi. Książka B. Emchowicza powstała jako laurka jubileuszowa , podziękowanie Waldemarowi Łysiakowi za 30 lat Jego wspaniałych książek, a na jej okładce widnieje napis: „30 lat literatury Waldemara Łysiaka w świetle trzech dekad opinii: zawodowych krytyków i ankiet najwierniejszych czytelników” W „Życiu literackim” kiedyś napisano , że W. Łysiak to zjawisko, które egzystuje obok lub mimo koterii i kawiarnianych stolików. A On sam na pytanie: Kto za Panem stoi? Odpowiedział: Mam nadzieję, że Pan Bóg, Cesarz Napoleon i książę Józef Poniatowski… To był prawdziwy fenomen, mimo cenzury, przemilczania autora Jego książki były prawdziwymi bestsellerami. W czasie drugiej połowy lat 80-tych na Łysiaka panował absolutny szał, wszyscy czytali i zachwycali się Jego książkami , a studenci z całej Polski jeździli na Jego wykłady o sztuce na Politechnikę Warszawską, gdzie pracował. W moim liceum był jeden uczeń, który słynął z wiedzy o Napoleonie, bo czytał książki Łysiaka – ba – on się nosił jak Napoleon – oczywiście nosił „ksywkę – Napoleon”. Byłam wtedy bardzo młodą osobą – jakimś takim jednym chodzącym problemem, gdy wtedy właśnie kupiłam i przeczytałam „MW” i nie zapomnę jak zawirował mi wtedy świat tysiącem barw = jak w modnym wtedy szlagierze Anity Lipnickiej. Czytałam i raz po raz powtarzałam sobie w duchu – święta racja. Nie mogłam wyjść z podziwu nad czarodziejskim sposobem pisania autora – zachwycał styl, erudycja, szczerość, prawda (często okrutna), odwaga. Łysiak był jak cukier – krzepił. Zaczęłam kupować wszystko co się pojawiało, a co napisał Waldemar Łysiak. Czekałam na każdą nowość i wznowienia starych książek, a każda nowa książka Łysiaka to była niesamowita przygoda przy, której wszystko wokół traciło barwy. Niewiele rzeczy na tej ziemi potrafiło mnie w taki stan wprowadzić – w tych książkach – zaskoczona -odnajdywałam odpowiedzi na dręczące mnie dylematy, jakby czytał w moich myślach, otwierał mi oczy, ktoś napisał w recenzji, że W. Łysiak jak sejsmograf narodu, który jak spod lawy wydobywa nasze narastające nastroje i bezbłędnie je opisując – uświadamia. Jego książki były fantastycznie wydawane, z reprodukcjami malarstwa bogato zgromadzonymi – całość zachwycała. Uwielbiałam wszystkie gatunki literackie uprawiane przez W. Łysiaka. „M B C” jest moim podręcznikiem, tak często po niego sięgam – skarbnica wiedzy o malarstwie, które autor tak kocha i opowiada o sztuce przewybornie. Z „Francuską ścieżką” pojechałam do Francji, a z „Wyspami zaczarowanymi” do Włoch po raz pierwszy w życiu. W tych naszych siermiężnych wtedy czasach Waldemar Łysiak był jak kolorowy ptak, tak niezależnie się w nich poruszał i umiał te czasy maksymalnie wykorzystać dla siebie oddając przy okazji nam tak dużo- czytelnikom, dzieląc się tym co sam zdobył, imponując niezwykle. Jego zbiory obrazów i biblioteki książek należą do najlepszych – opisał to w „Wyspie zaginionych skarbów” . Dla tych, którzy stawiają znak równości między Napoleonem i Hitlerem zachęcę do lektury W. Łysiaka, który walczył z tym stereotypem i jak twierdzi dług wobec Napoleona spłacił. Przytoczę, że „Paris Match” pisał o ostrej polemice W. Łysiaka z francuskim historykiem Retif de la Bretonne, drukował w mediolańskiej „Historii”, zamawiały u Niego artykuły pisma radzieckie, bułgarskie, jugosłowiańskie, holenderskie, książki recenzowała prasa polonijna, a „Empirowy pasjans” tłumaczony był w Argentynie. Polecam rozdział o szwoleżerach „Un Polonais passe partout!” w „ Wyspach zaginionych skarbów”. Płakałam, gdy go czytałam. Jest w stanie zreflektować patriotycznie największego kosmopolitę. Polecam proces nad Napoleonem napisany w bardzo atrakcyjny , nowatorski, uwspółcześniony sposób czyli rozdział 4 z „Wysp bezludnych” – Longwood (Święta Helena). Nieprawdą jest, że W. Łysiak nie lubi kobiet – on cierpi, że one takie są. Łysiak zna kobiety.„Statek” trzeba przeczytać co pewien czas i być ze sobą szczerą. „Każda kobieta, nawet ta, która jeszcze nie zaliczyła zdrady, śniła o niej”.. „Jeżeli należysz do tych, którzy kochali tylko raz, to niewiele masz do powiedzenia. Ale jeżeli to była prawdziwa miłość, to inni powinni milczeć w twojej obecności”… „Bez jakiejś kobiety mężczyzna nie ma sensu, ale bez tej Jednej nie ma na domiar pojęcia, kim jest. Na ogół nie spotyka Jej i nawet o tym nie wie, jeśli zaś spotyka – staje się zupełnie inny”… „ Tyrania miłości, szlachetności i wiedzy to coś, czego kobieta zbyt długo nie może znieść”… Kiedyś próbowałam podkreślać zdania, które mnie uderzały, chciałam je sobie przepisywać, ale szybko zaprzestałam, bo było ich zbyt wiele, zajęcie po prostu bez sensu. Kupowałam gazety ze względu na felietony W. Łysiaka i tylko je z całej gazety czytałam, a potem wydzierałam i przechowuję w specjalnym pudle. Z tym to był pewien kłopot, bo jak Łysiakowi się przestała gazeta i redaktor naczelny podobać to zrywał współpracę, a ja potem gdzieś odkrywałam, że znalazł sobie inne miejsce na pisanie. Jego publicystyka była zawsze świeża, odważna, zaskakująca, bezlitosna dla „Salonu” – pozostał wrogiem publicznym nr 1 Adama Michnika, ale też Zbigniew Herbert wybrał sobie Waldemara Łysiaka na swojego sekundanta. Dzisiaj Waldemar Łysiak ma 81 lat. 11 listopada 2025 roku w Dniu Święta Niepodległości odebrał osobiście Order Orła Białego z rąk prezydenta Polski Karola Nawrockiego. W tym uroczystym dniu Order Orła Białego został przyznany -przebywającemu w kolonii karnej na Białorusi – Andrzejowi Poczobutowi. Krzyż Oficerski Odrodzenia Polski otrzymał dziennikarz sportowy Przemysław Babiarz oraz fizyk Konrad Banaszek. Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski otrzymał Sławosz Uznański Wiśniewski (naukowiec i kosmonauta) oraz aktor Adam Woronowicz. Waldemar Łysiak całymi latami odmawiał przyjmowania nagród, odznaczeń – miał krytyczny stosunek, ponieważ często osoby niegodne je odbierały jak np. Krzyż Virtuti Militari przyznawany po 1945 roku. Pisarz nie należał do żadnych związków, stowarzyszeń ponieważ zawsze pragnął wolności i niezależności. Zawsze pisał swoje książki ręcznie i na maszynie do pisania. Nie używa telefonu komórkowego, komputera, laptopa, nie jest w mediach społecznościowych. Wierzy, że trzeba trwać przy tym co stare i dobre. Na zmiany w świecie nie patrzy z optymizmem. Z dystansem patrzy na współczesny świat i ze smutkiem na to w jakim kierunku zmierzamy. Wyjątek

ORDER ORŁA BIAŁEGO DLA WALDEMARA ŁYSIAKA Dowiedz się więcej »

Kryształową kulą w głowę…

Zakończyła się „porcelanowa” edycja Tańca z Gwiazdami. Miałam swoje zdanie po pierwszym odcinku (https://idealzezgrzytem.pl/2025/10/04/porcelanowa-rocznica-tanca-z-gwiazdami-mam-swoje-zdanie/), mam też po zakończeniu ostatniego odcinka. Nie udało mi się obejrzeć tylko jednego w tej jubileuszowej edycji. Nie jest to tylko program o tańcu, ale jeśli chcemy zrozumieć o co w nim chodzi, gdy nigdy się go nie uczyliśmy profesjonalnie to warto słuchać „Czarnej Mamby” bo to nie prawda, że jest zołzą i że jest niesprawiedliwa i zazdrosna. Iwona Pavlowicz wie co mówi. W tym programie uczestnicy opowiedzieli też o swoich emocjach, które im towarzyszyły podczas treningów i w występach. Zazwyczaj te osobiste emocje bywają skrywane głęboko, a tutaj tak jakby umówiono się, że im więcej się ich pokaże tym lepiej i chyba uwierzono, że w ten sposób można wygrać Kryształową Kulę. Chyba nigdy w tym programie nie lały się łzy takimi strumieniami, nawet panom „pociły” się oczy. Zadziwiające, a dla mnie podejrzane. Tak bardzo rażące było u niektórych uczestników manifestowanie swojego przekonania, że są najlepsi, a prawione im komplementy po prostu uderzały im do głowy. Przy tym jakby nie zauważali, że nie tylko oni te komplementy otrzymywali. Brak pokory, dystansu do siebie, dziecinada, naiwność i niedojrzałość u bardzo dorosłych ludzi – zatykała i Ci szybko tracili w moich oczach swoją sympatię. Taniec nigdy nie był oczywisty. Taniec to dotyk, bliskość i erotyka. I jak mówiła mi kiedyś śp. przyjaciółka: „Wierz mi, że i facet wyglądający jak żaba- w dotyku może cię zelektryzować”…W tańcu nigdy nic nie wiadomo, jest w nim jakaś tajemnica i potrafi w człowieku coś obudzić – nawet wtedy gdy się tego nie pragnie, nie chce. Nic dziwnego, że ludzie trochę się boją tańca, niechętnie oddają swoich partnerów innym, aby z nimi zatańczyli. Podobno taniec pochodzi od diabła, tak kiedyś mówiono, a księża katoliccy kiedyś nie tańczyli i w kościele tańców nigdy nie było. Czasy się zmieniły, dziś jest inaczej. Odnoszę wrażenie, że w tej edycji tancerze jakby się pogubili w wyrażaniu swoich emocji, zapomnieli się. W pewnym momencie zaczęło się przekraczanie granic, zaczęłam się obawiać, że uczestnicy zaczną się w tym przescigać. Pisząc to mam na myśli te dosłowne pocałunki i przyklejone w tańcu usta. Szkoda, że nikt nie powiedział wtedy stop, nie postawił szlabanu. Gdybym była sędzią powiedziałabym, że przy ocenie nie biorę tego pod uwagę, a może nawet zaniżyłabym z tego powodu ocenę. Nie chciałabym, aby tańcząc z kimś wymagano ode mnie takich „figur”( zarezerwowane nie dla wszystkich, niehigieniczne, często nieestetyczne). Nie chciałabym, aby mój partner życiowy też w ten sposób tańczył z innymi osobami. W końcu, czy niektóre nauczycielki tańca, nie obawiają się, że żony gwiazd nie będą chciały oddawać swoich mężów w ich naukę??? Taniec nie jest dosłownością, jest udawaniem, odgrywaniem. Smutne to, że pojawienie się lalki w choreografii, która miała symbolizować dziecko wzbudziło takie kontrowersje i sprzeciw w komisji sędziowskiej, a te dosłowne pocałunki w układach tanecznych już nie… Prawdę mówiąc to nie jestem pewna, czy po takich „numerach” ludzie będą chcieli uczyć się tańca z innymi partnerami niż ci życiowi, no bo po co wystawiać się na ryzyko. Sądzę, że Pani Barbara Bursztynowicz zachęciła swoim udziałem kobiety w swoim wieku do przygody z tańcem. Moja mama śledziła Jej występy z ogromnym zainteresowaniem i nigdy nie zapomnę jak w pewnym momencie westchnęła; „ Jak ja jej zazdroszczę tych nóg, tej sprawności, a moje są chore”. Pełna podziwu jestem dla Tomasza Karolaka, który zbudował przecudowną relację z Izabelą Skierską, poczynił duże postępy i cudownie „ożenił” swój aktorski kunszt z tańcem. Nie jest łatwo zaskarbić sobie sympatię widzów, Jemu się to udało. Ucieszyłam się, że w finale znalazły się te trzy pary : Wiktoria Gorodecka z Kamilem Kuroczko, Maurycy Popiel z Sarą Janicką i Mikołaj Bagiński z Magdaleną Tarnowską. Widzowie okazali się przytomni i wzięli sprawy w swoje ręce, zauważyli prawdę i postawili na nią. W czołówce znalazły się pary, które nie tylko zrobiły postęp, wykonały potężną pracę, pokazały piękne i wzruszające opowieści taneczne, ale pokazały wielkie serce, wrażliwość na wartości i wykazały się kulturą osobistą. Tego my widzowie oczekujemy i tego jesteśmy spragnieni. Bardzo się cieszę z wygranej Mikołaja Bagińskiego i Magdy Tarnowskiej – w pełni zasłużyli. Byli tacy prawdziwi i prawdziwie zaskoczeni wynikiem. Otrzymali nagrodę niespodziewaną. Tak wiele dobrego przesłali i pozwolili uwierzyć, że wszystko jest możliwe. Ich free style wzruszył mnie najbardziej. Zdobyli sympatię widzów, a to nie jest proste. Nie wierzysz? Spróbuj sam. I na końcu ta śmieszna para czyli Agnieszka Kaczorowska i Marcin Rogacewicz, którą zgubiła zarozumiałość i spryt, brak szacunku dla widzów, konkurentów w programie, sędziów, organizatorów. Nie do uwierzenia, jak los z nich zadrwił. Z uporem maniaka odmrażali sobie na złość uszy aż je w końcu odmrozili. Powtórzony numer z ucieczką niczym niewinny Kopciuszek z balu. Niestety nie ta bajka, ani Kopciuszek, ani niewinny… To tylko podszywanie się pod Kopciuszka. Czy Ci ludzie nie pamiętają ile mają lat? Zamiast wykorzystać swoje ostatnie pięć minut, to je po prostu zmarnowali. Godzina dwunasta dla nich już dawno wybiła- żałosne. Jak dobrze oglądało się ten program, gdy już ich w nim nie było. Cóż, wygląda na to, że powrócę po latach do oglądania Tańca z Gwiazdami. Marzanna Leszczyńska w roku 2021

Kryształową kulą w głowę… Dowiedz się więcej »

Pierwsza tercja portalu www.idealzezgrzytem.pl

Portal http://www.idealzezgrzytem.pl skończył trzy lata. Dokładnie 31 października 2022 roku ukazał się pierwszy artykuł z okazji dwudziestej rocznicy otwarcia odrestaurowanego pałacu w Mierzęcinie : https://idealzezgrzytem.pl/2022/10/31/mierzecin-porcelanowe-wspomnienia/. Od tego czasu na portalu ukazały się 164 wpisy, autorów również przybyło. Mamy logo naszego portalu czyli super panią, która trzyma w swej delikatnej dłoni bombę z palącym się lontem. Cóż innego może odzwierciedlać ideał.. jak nie piękna, elegancka kobieta…Nasz ideał jest ze zgrzytem i u nas tym zgrzytem jest odpalona bomba. Czasem tematyka, którą podejmujemy jest właśnie jak tykająca bomba – spodziewamy się spustoszenia, ale po to, aby była odnowa i zniszczenie zła, które nie chce odpuścić. Czyj pomysł na takie logo? – Nasz – co trzy głowy to nie jedna…( jedna damska i dwie męskie – jest jak hydra). Pomysł narodził się …w kuchni, bo najlepsze eureki rodzą się w domu i w gronie ludzi, którzy się ze sobą dobrze czują. Z tej to okazji prezentujemy listę dwudziestu artykułów, które cieszą się największą poczytnością : Na zakończenie przypominam pierwszy clip, który powstał do opowieści o pałacu w Mierzęcinie opisywanych przez dr Roberta Wójcika.

Pierwsza tercja portalu www.idealzezgrzytem.pl Dowiedz się więcej »

„Betonoza”, niewiedza – czyli wizualizacje Schodów donikąd i budynków przy katedrze

Tekst : Robert Wójcik i Marzanna Leszczyńska Poniższy krótki film prezentuje najnowsze wizualizacje przebudowy Schodów donikąd i budynków przy katedrze. Naciśnięcie czerwonego prostokąta na obrazie poniżej uruchomi prezentację. Schody Donikąd rozgrzewają emocje w Gorzowie Wielkopolskim od 1971 roku. Jeśli przyjąć, że z liczącej prawie 800 lat historii miasta zaledwie 80 należy do Polski, to ponad pół wieku tworzy znaczący rozdział. Powojenny Gorzów prężnie rozwijał się dzięki wielkim zakładom przemysłowym, jak Stilon, Silwana, Ursus czy Zremb. W niemal doszczętnie zniszczonym po wojnie Starym Mieście w historyczną siatkę ulic, poprzeplataną nielicznymi ocalałymi zabytkami, wpasowano bloki. Położone po sąsiedzku Nowe Miasto miało więcej szczęścia, bo zachowało się tam wiele poniemieckich kamienic. Ale i w nim były miejsca do zaplombowania, np. zrujnowana pierzeja przy dzisiejszej ul. Drzymały, na granicy Starego i Nowego Miasta. Przerwana linia zabudowy odsłoniła park założony jeszcze w XIX wieku na stokach moreny czołowej. Z góry do dziś roztacza się panoramiczny widok na miasto i okolice. Można było odtworzyć pierzeję, lecz zdecydowano się na budowę reprezentacyjnych schodów według projektu Jędrzeja Huberta (architektura) i Marii Kordus (konstrukcja) z Gorzowskiego Oddziału Zielonogórskiego Biura Projektów Budownictwa Ogólnego. Prowadzić one miały do palmiarni, lecz konserwator zabytków wstrzymał prace na szczycie wzgórza. Budowę schodów jednak kontynuowano, zaznaczając, że tymczasowo będą to Schody Donikąd. Nie pomogło wybudowanie dwa lata później amfiteatru odsuniętego w głąb parku o zaledwie 150 metrów. Nazwa została na dobre. Zmienił się ustrój, wielki przemysł zaczął upadać, a schody wrosły w krajobraz. Były wejściem do parku, punktem widokowym, popularnym miejscem spotkań i uczniowskich wagarów. Tu odbywały się koncerty, przedstawienia czy diecezjalne dni młodzieży. W 2002 roku, ze względu na zły stan techniczny, schody wyłączono z użytkowania. Remont byłby kosztowny, a miasto miało przecież pilniejsze wydatki. Temat przyszłości schodów powracał jednak jak bumerang. Było m.in. kilka podejść do rozbiórki. Z zagospodarowaniem terenu chętnie mierzyli się studenci. Dodatkowo w 2008 roku Magistrat ogłosił otwarty konkursu na zagospodarowanie terenu, ale wpłynęły dwie prace, zdaniem jury zbyt monumentalne i za bardzo ingerujące w skarpę. Rok później Urząd Miasta zlecił wykonanie projektu koncepcyjnego lokalnym architektom: Pawłowi i Jackowi Sierakowskim, lecz i tu nie było ciągu dalszego. Rośnie liczba pomysłów, brakuje jednak decyzji i funduszy. Tymczasem schody niszczeją i zarastają. Samosiejki zmieniają się w pełnowymiarowe drzewa. Nikt nie sprząta potłuczonego szkła i kruszejącego betonu, pod rozległymi spocznikami zamieszkują bezdomni. Gorzowianie przekradają się przez dziury w płocie zagradzającym wejście, aby przejść schodami na skróty lub na nich posiedzieć. Mieszkańcy są jednogłośni: to ruina w ścisłym centrum, wstyd dla społeczeństwa i SYMBOL NIEUDOLNOŚCI WŁADZY. Ale na tym kończy się jednomyślność dotycząca przyszłości schodów. Jedni mówią: koniecznie wyremontować i otworzyć. Drudzy dostrzegają w nich wyłącznie niechlubny relikt PRL-u i głośno domagają się wyburzenia. Niektórzy widzieliby odtworzenie historycznej pierzei. Jeszcze inni podszeptują, by z zyskiem dla miasta sprzedać teren pod inwestycje albo przeznaczyć na parking wielopoziomowy. Bardzo interesują mnie losy Schodów Donikąd w naszym mieście. Jak widać temat ich odbudowy powraca co pewien czas, a zwłaszcza przed wyborami, bo kandydaci na radnych, prezydenta miasta dobrze wiedzą , że obiecanki ich odbudowy dają szansę ich wyboru. A potem ? Potem to jakoś to będzie, bo kto dzisiaj dotrzymuje słowa…Zabawa w nabieranie mieszkańców trwa już 30 lat – efekt widoczny -czyli teren ogrodzony, niedostępny, zaniedbany i otoczony nowymi blokami. Przy okazji pojawił się ostatnio nowy pomysł czyli wizualizacja nowych elewacji budynków przy „Kokosie” , Katedrze. Zarówno Schody Donikąd jak i budynki stojące przy katedrze zabytkami nie są. Nie są, ale stoją w sercu miasta i STOJĄ KOŁO ZABYTKÓW I NA ICH MIEJSCU. Należę do osób , które kochają starówki i gdybym mogła decydować stała bym na straży ich ratowania i dbania o nie. W Gorzowie Wielkopolskim takich osób jak ja jest bardzo dużo. Sprawa jest o tyle nie taka trudna, bo tych zabytków w Gorzowie Wielkopolskim jest niewiele do ocalenia. Zadziwia logika postępowania w tym względzie, a raczej jej brak. Mieszkańcy nie pojmują jak można było odnowić blok „Przemysłówki”, a zabytkowy budynek po Komendzie Policji pozwolić aby zamienił się w ruinę. Na Zawarciu wyburzono ciąg starych kamienic na ulicy przemysłowej. Dlaczego znowu słyszymy o pracach na bulwarze, przecież dopiero co był remontowany. Teraz ten pomysł z budynkami przy katedrze… przecież były odnawiane 30 lat temu. Jakoś tak jakby nikt nie zastanawiał się nad tym co jest najważniejsze, jakie są priorytety, co może jeszcze poczekać, a co zostanie zaprzepaszczone. Zdumiewa chaos i to, że zabytki w naszym mieście nie są ważne, nikt nie troszczy się o ich przyszłość, przechodzą w ręce prywatne bez gwarancji, że zostaną uratowane albo się je wyburza jakby były zbędnym balastem. Gorzów Wielkopolski jest miastem średniowiecznym, tak starym jak Toruń- ale jak wygląda dzisiaj Toruń , a jak wygląda Gorzów Wielkopolski… W roku 2024 kandydaci na Radnych i Prezydenta w swoich programach nic nie mówili o zabytkach. Jedna z kandydatek na stanowisko Prezydenta poruszała ten temat, nagrywała kiepskie filmiki, które nie ukazywały problemu – jak ratować już nie mówiła, bo nie miała o tym „zielonego pojęcia”. Dla reszty temat był absolutnie nieważny. Kandydaci do władzy nad miastem – chcieli Paryża i Nowego Jorku w Gorzowie Wielkopolski z nowoczesnymi budynkami i kolejkami – zdaje się nad naszymi głowami… To był bełkot i wygłupy. Tak jak ze zmianą nazwy miasta. To wszystko pokazuje ich niewiedzę i tzw. Partyjniactwo. Ja bym nazwała to partacwem. Marzyło im się zaoranie zabytków, aby kłopot był z głowy, nic się nie opłacało, jakby zadowoleni byli z tego co już spłonęło, nie widzieli szansy na ratowanie czegokolwiek – odpowiedź była krótka – trudno, ale taka jest prawda. Powiem prosto z mostu – wszyscy Ci kandydaci warci są pogonienia i nigdy w życiu na żadnego z nich bym nie zagłosowała, nie sprawdzili się, nawet w przyszłości gdyby obiecywali złote dachy na kamienicach mają „ pozamiatane”. Jedno jest pewne władze miasta Gorzowa Wielkopolskiego serca dla zabytków nie mają – mają obojętność, niechęć i brak wiedzy. Wolą inwestować za podatki mieszkańców Gorzowa Wielkopolskiego w „żużel”. Upadek i smutek. Pytanie ? – ile kamienic można by odnowić w miejsce odnowionej „Przemysłówki” ? Ile elewacji można by odnowić za dotacje dla Stali Gorzów? Pewnie jakieś

„Betonoza”, niewiedza – czyli wizualizacje Schodów donikąd i budynków przy katedrze Dowiedz się więcej »

Wejdź w podwórko na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi

Zapraszamy na spacer ulicą Piotrkowską w Łodzi. Jedna ulica, a dnia nie starczy aby ją zwiedzić. Po prostu zachwycająca… Marzanna Leszczyńska i Maria Galisiewicz Zanim opowiemy nasze wrażenia zapraszamy na fotki połączone z muzyką. Naciśnięcie czerwonego kwadratu z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film. Zapanowała moda na Łódź, która należy w tej chwili do czołówki najbardziej odwiedzanych miast w Polsce. Miasto, które w pewnym momencie eksplodowało rozwojem – jeszcze 200 lat temu liczyło 500 mieszkańców, a w ciągu 100 lat przybyło mu 600 000 mieszkańców. Teraz jest 750 000 Łodzian. Tak szybko rozwijały się tylko miasta amerykańskie. Tylko Łódź w Polsce budowano tak jak miasta w USA. Przed wojną 70 % mieszkańców Łodzi stanowili Niemcy, było tu też 200 000 Żydów. Łódź przez wojnę nie została zniszczona więc były pomysły aby została stolicą Polski. Przez 400 lat Łódź była drewniana. Dwa dorzecza: Odry i Wisły oraz puszcza stały się świetnymi warunkami dla rozwoju przemysłu włókienniczego bo dostarczały potrzebnej wody i drewna. To właśnie do Łodzi została sprowadzona pierwsza maszyna parowa i tutaj podpisywano najważniejsze umowy w interesach. Pionierem przemysłu włókienniczego i właścicielem pierwszej fabryki o napędzie parowym był Ludwik Geyer zwany „perkalowym królem”. Wraz z powstawaniem potężnych fabryk rosły równie potężne fortuny. Na 36 ha ziemi została wybudowana Manufaktura i imponujący łódzki Luwr przez Israela Poznańskiego innego „Króla bawełny”. Posadzka w sali balowej łódzkiego Luwru miała być wyłożona złotymi rublami tak bogaty był właściciel, ale zaniechał tego pomysłu ponieważ podłoga mogłaby się zarwać pod ciężarem monet, ale też car nie zgadzał się, aby deptano po jego wizerunku. W Łodzi powstała pierwsza elektrownia w 1907 roku, a ulica Piotrkowska jako pierwsza została oświetlona. Dzisiaj potęgi tego przemysłu już nie ma, ale to co wybudowali i pozostawili po sobie przemysłowcy świeci imponującym blaskiem. Niemała to zasługa Prezydent miasta Łodzi, która króluje tu już 20 lat i cieszy się ogromnym zaufaniem jej mieszkańców , a wzajemna współpraca układa się bardzo dobrze. Łodzianie mają dobrego gospodarza – elitę ( prawdziwa elita bierze odpowiedzialność za innych, pracuje dla dobra ludzi a nie tylko dla własnego interesu wykorzystując stanowisko, które posiadła). Ulica Piotrkowska, która ma 202 lata jest naszpikowana informacjami o bogatej historii i osiągnięciach miasta i jego sławnych mieszkańcach. Stoi tu Fortepian Artura Rubinsteina – jednego z największych muzyków XX wieku, a Filharmonia w Łodzi jest Jego imienia. Gdy przejdziesz się ulicą Piotrkowską zapamiętasz, że była to kolebka Juliana Tuwima. Ulica Piotrkowska nie da zapomnieć, że jest tu Szkoła Filmowa i Wytwórnia Filmowa. Łódź ma swoją Aleję Gwiazd, przypomina o Semaforze, który zdobył dwa Oskary ( „Tango” i „ Piotruś i wilk”), tutaj też znajduje się statuetka Oskara za „Idę”. Łódź pamięta zasłużonych filmowców – w 2024 roku obchodzone były w Łodzi urodziny Krzysztofa Zanussiego, a „Ziemia obiecana” Wajdy ma już 50 lat. Mieszkańcy też są uhonorowani i mają swoje cegiełki na ulicy Piotrkowskiej – wielu mieszkańców zechciało się na niej zaznaczyć. Piękne zdobne kamienice są wyjątkowo zadbane – każda wygląda jak pałac. W latach 90-tych ubiegłego wieku nastąpił upadek przemysłu włókienniczego i nastąpiła transformacja, zrodził się nowy pomysł na miasto. Sprowadzono artystów graficiarzy. Powstał mural z historycznymi postaciami. W ten sposób uhonorowano kandydatkę na świętą – Stanisławę Leszczyńską – położną z Auschwitz. Koniecznie trzeba wejść w podwórka na ulicy Piotrkowskiej na, które znalazł się genialny pomysł, stanowią dzieła sztuki. Jednym z nich jest podwórko nazwane „ Narodzinami dnia”. Autorem „Narodzin dnia”jest Wojciech Siudmak ur. w Wieluniu, światowej sławy polski malarz i rzeźbiarz – czołowy przedstawiciel nurtu realizmu fantastycznego. Od lat mieszka we Francji, tworzy i wystawia na całym świecie. Twórczością artysty, pełną osobistej symboliki, fantastycznych postaci i konstrukcji opartych na nieoczekiwanych splotach myślowych, rządzi jego dewiza: Tylko marzenie może przekroczyć wszelką barierę. „Narodziny dnia” są nadrukiem na ceramicznych płytkach. Tablica przed wejściem do artystycznego podwórka informuje : „ Nad bramą wjazdową kurtyna losu odsłania scenę spektaklu powitania dnia. Łagodny podmuch ust Fantazji rozsiewa po elewacjach kamienic niczym gwiezdny pył kolorowe stworzenia i postaci. Los wysypuje z otwartej kostki do gry liczby powodzenia. Nad wszystkim czuwa piękna Wieszczka, władczyni harmonii i pozytywnej energii. Wie jak pokierować zamiarami uśmiechniętego siłacza i jak zapobiec nieprzewidywalnym ruchom Maga, który żongluje Ziemią i innymi planetami. W nastroju oczekiwania i fantasmagorii wszechobecny ruch umożliwia odpłynięcie w świat marzeń lub 40 podziemnych rzek, po których oprowadza Błękitny Przewoźnik. Wszystko jest sprawą wyboru”. Innym artystycznym podwórkiem jest „Pasaż róż” na Piotrkowskiej 3 artystki pochodzącej z Warszawy -Joanny Rajkowskiej . Całe podwórko jest wyłożone kawałkami luster ułożonych w powtarzające się rozety tworząc światłoczułą mozaikę. Pasaż Róży powstał w szczególnych okolicznościach, nawiązuje do zdrowienia z nowotworu oczu córki artystki – Róży , która widziała wtedy świat jak w potłuczonym lustrze. „Architektoniczna skóra, którą pokryła artystka elewację podwórka jest odpowiednikiem siatkówki oka. Rozety symulują układy komórek nerwowych w siatkówce. Patrzenie stało się źródłem namysłu i obiektem fascynacji, a widzenie zostało sprowadzone do fenomenu fizjologicznego odbioru obrazu. Pasaż Róży to podróż od niewidzenia do widzenia ” – informuje tablica przed wejściem do Pasażu róż. Na tej ulicy organizowany jest Festiwal Światła. Koniecznie też trzeba zobaczyć chociażby jedną z pięciu zachowanych przybudówek tzw. kluczkę – wybudowanych na cześć Żydów ortodoksyjnych. O ulicy Piotrkowskiej w Łodzi – jej historii- oprowadził i opowiedział niezwykle ciekawie przemiły przewodnik Piotr. Marzymy, aby tu wrócić tak aby też zobaczyć Festiwal Światła. Marzanna Leszczyńska i Maria Galisiewicz

Wejdź w podwórko na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi Dowiedz się więcej »

Porcelanowa rocznica „Tańca z gwiazdami”- mam swoje zdanie

Na początku istnienia programu „Tańca z gwiazdami” oglądałam go pasjami. Potem wiele rzeczy przestało mi się podobać i na długie lata pozostawiłam go nieoglądanym zupełnie. Gdy usłyszałam, że 20 lat temu wyemitowano pierwszy odcinek tego tanecznego show – postanowiłam zasiąść przed telewizorem w dniu 28.09.2025 roku i zobaczyć ten jubileuszowy program. To wydanie specjalne, bardzo rozreklamowane dużo wcześniej spodobało mi się przede wszystkim ze względu na te wszystkie nuty przeszłości. I nie chodzi o to, że mam sentyment, bo był to wtedy bardziej mój czas…Dlaczego tak myślę? Wszystko było wtedy bardziej wesołe, różnorodne, barwniejsze. Gratuluję pomysłu na konferansjerkę Katarzyny Skrzyneckiej i Piotra Gąsowskiego – po prostu poczucie humoru i dystans do siebie – wielka klasa. Tak bardzo normalni, a przez to prawdziwi. Uwielbiam Was. Jakże mile zaskoczyła mnie pani Ania Mucha – zjawiskowa w walcu z Rafałem Maserakiem. Szyku dodała przepiękna kreacja: ta masa halek… Wyjątkowa kreacja na wyjątkową okazję. Nie mogę uwierzyć, że było to spontaniczne wystąpienie bez prób i ćwiczeń przed programem ( chociaż jestem w stanie uwierzyć, bo walc wiedeński ma tylko trzy figury, – za to bardzo trudne i jest bardzo szybki). A skoro o kreacjach już piszę…to bardzo wystraszyłam się białej góry „ Czarnej Mamby” . Była jakaś demoniczna. Po co sobie deformować figurę takimi humainodalnymi modami ? Widziałam uderzającą różnicę między tym jak tańczyły pary wtedy 20 lat temu a teraz. Kiedyś było jakby śmieszniej, więcej fanu, dystansu do siebie. Było też mniej pretensji i dyskusji z jurorami, chyba w ogóle nikt nie śmiał. Romanse były – a jakże, ale niejawne, albo ujawniały się dopiero po programie i chyba były bardziej niewinne…Dzisiaj te wszystkie pary tańczą podobnie. Wszystkie opowieści taneczne są w tym samym stylu. Jest jakiś przesyt akrobatyki w stosunku do kroków tanecznych. Wszystkie kobiety mam wrażenie muszą być podnoszone, obracane do góry nogami – te najstarsze też… Wszystko jest w porządku gdy w układzie są kroki taneczne i figury, które są wykonywane zgodnie z techniką – wtedy można dołożyć szpagat czy gwiazdę, zdecydowanie słabo jest gdy tancerka nie ma techniki czyli jak to się mówi ledwo stoi na nogach i 2/3 jej choreografii stanowią podnoszenia i pozy taneczne. Tak nadrabiają tancerki z małymi umiejętnościami i te starsze. Radziłabym brać przykład z Grażyny Szapołowskiej, bo to była dama na parkiecie. Śmieszny na parkiecie i oryginalny jest chyba tylko Tomasz Karolak, dlatego obstawiam, że jeszcze trochę pozostanie w programie. Zachwyciło tango Sary i Maurycego – elegancją, ciekawą opowieścią i tym rozebranym imponującym męskim torsem. Przykro też patrzeć na tę parę, która robi wszystko aby było głośno o ich romansie. Alarmuję, że z odcinka na odcinek jest coraz gorzej. Te ich opowieści taneczne mają fałszywą nutę, no robi się przekomicznie. Stają na głowie, aby podtrzymać ten zgiełk wokół siebie udzielając wywiadów, w których milczą w odpowiedzi na pytania. Czego tam już nie było: pocałunki, oświadczyny… Strach pomyśleć na co się jeszcze mogą targnąć. Na dodatek uparli się, że będą podążać tą dziwną drogą. Życzę powodzenia, ale w nie nie wierzę. Bardzo ciekawie rozwija się taniec „czarnego konia” tej edycji czyli Kasi Zillman o pięknej twarzy bardzo przypominającej mi twarz Sharon Stone. Ma trudne zadanie, ale na razie podbija moje serce swoją uczciwością, talentem i ciężką pracą. Jeszcze jedno: dobrze wytypowałam pierwszy „odpad” – czyli Ewę Minge. Tym razem postawiłam, że odpadnie Maja Bohosiewicz, ale łaskawy „kciuk w górę” organizatorów programu i porcelanowy jubileusz oszczędził ofiary. Wszystko wskazuje na to, że będę wyczekiwać następnego odcinka i znowu – tym razem w październikowy niedzielny wieczór śledzić będę turniej tańca Gwiazd. Marzanna Leszczyńska 2010 rok

Porcelanowa rocznica „Tańca z gwiazdami”- mam swoje zdanie Dowiedz się więcej »

Mierzęcin – sentymentalnie

Zapraszam na krótki film. Zdjęcia w nim zostały wykonane na jeziorze Portki ( niedaleko miejscowości Łośno), Lubniewicach i na stawie przy pałacu w Mierzęcinie. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi obrazy z muzyką. Drewniane czółna nad brzegiem jeziora i stawu zawsze wzbudzały moje zainteresowanie – lubiłam przystanąć i patrzeć. Jest to dla mnie wyjątkowo piękny widok. Ileż ja widziałam takich obrazków na żywo, a teraz w dobie fb jest niezliczona ilość takich publikacji – zwłaszcza tych przy wschodach i zachodach słońca, mgłach. Kilka lat temu w mojej ulubionej „Werandzie” zobaczyłam zdjęcie Vivien Leigh w łódce nad stawem w jej bajecznej posiadłości Tickerage Milli w Hrabstwie East Sussex England. Wybitna ( dwa Oskary : jeden na początku i drugi u schyłku kariery) i jedna z najpiękniejszych aktorek w historii kina – odtwórczyni Scarlett w „ Przeminęło z wiatrem” czy Myrny w „Waterloo Brigde” albo Blanche w „Tramwaju zwanym pożądaniem” miała życzenie, aby nad tym stawem zostały rozsypane Jej prochy po śmierci. Dla mnie ta fotografia jest wyjątkowo prześliczna, elegancka, estetyczna w każdym centymetrze i wryła mi się w pamięć głęboko chyba na zawsze, często sama się przywołuje przy różnych okazjach. Gdybym miała pałac nad stawem na pewno kupiła bym sobie drewniane czółno, pływały by po nim prawdziwe łabędzie i kwitły nenufary. Puśćmy wodze fantazji… I byłaby w pałacu garderoba ze strojami z epoki, które można byłoby wypożyczyć, aby je ubrać i popływać w łódce. Jeden dzień w roku zarezerwowałabym na konkurs na najlepszą fotografię nad stawem w czółnie. Byłaby komisja, a jakie zdjęcia…. Wyobrażam sobie przejażdżkę takim czółnem po stawie. Widzę wiosło bez pośpiechu zanurzające się w tafli wody, jak każdy ruch rozchyla zieloną rzęsę wodną latem, liście jesienią odsłaniając ścieżkę czystej wody. Spokojny, bezpieczny, pewny nurt, nie zakłócony żadną falą jak prowadzi mnie drogą, która odkrywa przede mną inne widoki niż z brzegu. Towarzyszy mi słońce, które zawsze czyni cuda na powierzchni stawu. Czas – czy wtedy istnieje? Na pewno można o nim zapomnieć przy krajobrazie z przeszłości . Widzę oczami wyobraźni te przejażdżki w mgliste dni… Jesteś ty, może ktoś jeszcze, staw, drzewa, pałac na brzegu – krajobraz z przeszłości. Nurt prowadzi cię w baśniowy świat, natura szepcze ci do ucha jakąś baśń, w której zaczynasz uczestniczyć. Bo to wszystko przeżywasz , a nie jesteś tylko widzem… A teraz ogłaszam: koniec fantazji – Marzanna Leszczyńska Zapraszam na ciekawy dodatek innego autora. Region lubuski, jego wydarzenia i historia jest często poruszany na http://www.idealzezgrzytem.pl toteż dalsza część artykułu dotyczy miejsca w lubuskim. Bywa, że czasem są to smutne refleksje, ale takie są… Łódz – staw – pałac … Tak miałem takie możliwości aby to zrobić – pływać i podziwiać. Pływałem i podziwiałem. Staw nie duży – ale wyjątkowo urokliwy. Rezydowałem w takim obiekcie – byłem jego administratorem – dyrektorem. Staw zbudowałem – piękny – zarybiony – z wyspą – z przepiękną roślinnością i otaczającą architekturą – ogród japoński. Co ciekawe – w lubuskim. Była na początku jedna łódka. Powstał pomost. Mogła być wykorzystywana dla gości hotelowych – za darmo. Szału nie było – tak prawdę mówiąc – nie było to reklamowane – bo był pewnego rodzaju „ tajemniczy zakaz” . Dostosowałem się do tego – to była wola właścicieli tego obiektu – pałacu , parku , stawu… Chyba bardziej ta decyzja należała do żony jednego z właścicieli. Strasznie ta Pani mieszała we wszystkim. Co ciekawe – nigdy nie znajdywała odpowiedzi – jak ma być – jak chce. Odpowiedź zawsze była taka – „no Ja nie wiem – ale nie tak…” Nieważne – minęło już prawie 30 lat. Ja już dzisiaj jestem tylko z „radiowym” wizerunkiem. Chyba podobnie jak byli właściciele . Teraz już wszystko się zmieniło. Czas robi swoje. Nadzieje , pomysły – wszystko prysło jak spalona kartka w piecu, jak wyrzucony „listek” z łodzi na tym wyjątkowym stawie. Wszystko się kiedyś kończy – i nie ma sensu wracać do przeszłości – Bo i po co ? Rozdzierać rany ? Wracać do marzeń ? Po co ? Nie będę już nigdy pływał na łódce w tym stawie – bo jej tam nie ma. Pozostają tylko wspomnienia – tak – było przepięknie jak tam pływałem z synem, który był wtedy jeszcze małym chłopcem. Czar prysł – skończył się sen. Nic już nie wróci. Tylko pozostają zdjęcia – ale to takie, które wzbudzają tylko smutek i nostalgię jak na nie się patrzy – nigdy nikomu ich nie pokażę. Bo one są jak „ łódka bez wioseł” – taka samotna – niczyja – taka, która pokazuje , że ktoś się świadomie utopił… Może nie utopił … ale nie chce już tam pływać na tej łódce . Zdjęcie na początku i na końcu artykułu przedstawia zabytkowy młyn Tickerage Milli w Hrabstwie East Sussex England, która kiedyś była własnością Vivien Leigh, a na łódce jest Ona sama.

Mierzęcin – sentymentalnie Dowiedz się więcej »

Były kiedyś takie schody na plażę.

Morze ma urok. zachody słońca są uwielbiane , ale nad morze wiodą ścieżki i schody. Są schody jak poezja… Zapraszam na muzykę, zdjęcia – wszystko w środku. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film – Marzanna Leszczyńska Do Rewala przyjeżdżam od ośmiu lat. Nawet już nie liczę ile było tych przyjazdów, ale było ich dużo, nawet bardzo dużo. Te małe, drewniane- można powiedzieć – na ludowo wykonane – schody zauważyłam już na pierwszym spacerze idąc plażą do Niechorza. Wykonane z drewnianych kłód, z koślawymi poręczami , w naturalnym kolorze . Schody – sama natura. Prowadziły na plażę ze stromej skarpy porośniętej laskiem -właściwie jest to niewysoki w tym miejscu klif. Miejsce niezwykle urokliwe. Odwiedzałam je na każdym spacerze, stały się punktem obowiązkowego zatrzymania się, skręcenia w bok z prostej drogi wzdłuż wybrzeża z Rewala do Niechorza. Szczególnie urokliwe latem – gdy zatopione w żółtym piasku, rozświetlone słońcem na tle błękitnego nieba. Jesienią były smutniejsze, poszarzałe, wydawały się zniszczone i stare, przysypane zwiędłymi liśćmi. Stały się moim punktem zatrzymania się, aby popatrzeć na morze, pomyśleć, zwłaszcza wtedy gdy morze było kompletnie wyciszone, lekko falujące, gdy woda zlewała się z niebem i wyłaniała się z mgły, gdy nie było horyzontu. Ile ja tam mogłam spędzić czasu, w ciszy i bez kogokolwiek…Czułam się jak „właściciel ” plaży. I miałam poczucie bezpieczeństwa, nigdy nie towarzyszył mi strach. Tyle zdjęć, ile ja tam zrobiłam… To było idealne, naturalne, oryginalne atelier, nic nie krępowało… Ileż ja tam zaciągnęłam osób w to miejsce, znajomych z którymi przyjeżdżałam do Rewala. Urządzaliśmy tam sobie sesje fotograficzne i toczyliśmy rozmowy na schodach. Można sobie było powierzać sekrety, bo nikt nie podsłuchiwał. Nie potrafiłam przejść obojętnie obok tych schodów, gdy gonił mnie czas – rzucałam w ich kierunku chociaż spojrzenie i mówiłam im dzień dobry, dobry wieczór albo dobranoc. 8 września 2025 osłupiałam, gdy będąc na spacerze zobaczyłam nowe schody w miejscu tych dawnych. To było nie do uwierzenia. Przed oczami stanęły wspomnienia, zrodził się żal. Dziwne, bo przecież powinnam się cieszyć na widok nowego bezpiecznego zejścia na plażę. Na pewno wiosenne, zimowe, jesienne sztormy zniszczyły tamte stopnie, pewnie spróchniały i groziły połamaniem nóg… Wiem na pewno, że ta ludowa architektura miała w sobie duszę. Te nowe stopnie są jak piękna, nieskazitelna drabina. W ubiegłym roku byłam na Phuket w Tajlandii. Oni tam mają „odbicie” na temat naturalnego drewna , huśtawek na sznurach, ławek z bali, drewnianych łodzi na brzegach, beach barów , drewnianych płotów, mostków i spania pod strzechą. Takie miejsca są najdroższe. W Egipcie jest podobnie zresztą. Powiem tyle: są sztucznie robione te oazy, obsadzane roślinnością. To wszystko wygląda pięknie na…zdjęciach. Brakuje tego czegoś co jeszcze jest u nas -prawdy. To nieuchwytne, ale daje się wyczuć i budzi się rozczarowanie, gdy się odkrywa jaka jest prawda. Zadaję sobie pytanie czy ktoś bierze pod rozwagę odtwarzanie zniszczonych konstrukcji, budowli czy tylko w grę wchodzą nowe i inne dzieła. I tylko czasem łzy się kręcą w oczach i spływają, bo wszystko przemija tak jak lato, które odchodzi …Nadchodzi jesień. Pocieszam się, że będzie piękna… Jest !4 września 2025 roku. Marzanna Leszczyńska

Były kiedyś takie schody na plażę. Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry