Autor: Marzanna Leszczyńska

W Zagrodzie Młyńskiej i u Leśnika w Bogdańcu

24 stycznia 2026 r. Zagroda Młyńska w Bogdańcu zorganizowała dla chętnych spotkanie z historią tego miejsca oraz spacer ścieżką edukacyjną z leśnikiem. Było to spotkanie z cyku ” Z nurtem czasu i Bogdanki” , a przewodnikiem był muzealnik i leśnik, a właściwie pani leśnik- zapraszam na wrażenia – Marzanna Leszczyńska. Zanim opowiem swoje wrażenia zapraszam na fotki połączone z muzyką. Naciśnięcie czerwonego kwadratu z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film. W Zagrodzie Młyńskiej w Bogdańcu jeszcze Bożonarodzeniowa sceneria, chociaż choinki się sypią, bo to przecież naturalne świerki. Została jedna – udekorowana przez dzieci – stoi na tle dużych zdjęć wiszących na ścianie, które pokazują skarb niedawno odkryty na tych terenach. W kredensach i szafkach oglądać można dawne świąteczne kartki, w oknach potężne śnieżynki wykonane z białego papieru, rzeźby Szopek Bożonarodzeniowych, są jeszcze świąteczne stroiki na stołach, a nad jednym łóżkiem przykuwa wzrok obraz Matki Bożej w brązach – na miejscu obrazu Chrystusa, który wisiał w Wielkanoc. W Sobotni, styczniowy, mroźny dzień zebrała się grupa 30 osób, która przyszła posłuchać opowiadań dr Mirosława Pecucha o pracy we młynie, życiu właścicieli młyna i mieszkańców wsi Bogdaniec, a że czasy były trudne to i życie było niebezpieczne i relacje ludzkie zagmatwane, trudne i traktowanie niesprawiedliwe . Zgromadzone we młynie eksponaty odżyły przy opowieściach dr Mirosława Pecucha – objaśnił jak ułatwiano sobie pracę , aby nie nosić ciężkich worków na plecach i nie używać dużej siły w pracy przy wytwarzaniu mąki. Są tam żarna rotacyjne, jakich używali Celtowie 2000 lat temu. Ale żeby nie przechodzić nieświadomie obok tych sprzętów, które zgromadzone są we młynie – trzeba posłuchać wiedzy, którą posiadł dr Mirosław Pecuch. Sobotnie spotkanie połączyło się ze spacerem i opowieścią leśnika, a właściwie Pani Leśnik – Aldony – która zrobiła to bardzo ciekawie i z pasją. W terenie zostało nam pokazane praktycznie jak mierzy się wysokie drzewa, Pani Aldona objaśniła jak drzewa bronią się przed zwierzętami, które je uszkadzają i na czym polega trudna praca leśnika, która wymaga wiedzy, doświadczenia , obserwacji i cierpliwości. Trzeba zbierać nasiona, które są zjadane przez ptaki i zwierzęta, a odnawianie niektórych gatunków jest bardzo trudne tak jak chociażby dęba, który odnawia się raz na 8 lat. Leśnicy dbają o zachowanie różnorodności biologicznej. Trzeba odpowiednio prowadzić las, którego drzewa przeznaczone są na meble – to wszystko objaśniła nam Pani Aldona. Bogdaniec ma duże sukcesy w gospodarce leśnej- przyjeżdżają tu czerpać wiedzę Austriacy, Niemcy. To tutaj znajduje się rezerwat cisów, których jest 2000 zresztą jeden z niewielu w Polsce, to tutaj jest 15 gatunków dębów. W XVIII wieku zostały sprowadzone drzewa z Ameryki, ale z obcymi gatunkami trzeba uważać, bo zagrażają naszej biocenozie. Dzisiaj te drzewa są miejscami rozpoznawczymi- punktami spotkań.Po spacerze przeszliśmy do Domu Nadleśnictwa aby dokończyć edukacji. W pięknej sali, przy śpiewie ptaków, rozłożonych na stołach skarbach z lasu Pani Aldona pokazała nam jak wyglądają szyszki różnych drzew i jak je rozróżniać, jak pachnie daglezja ( a pachnie cytrusami}, policzyliśmy igły sosny wejmutki i zobaczyliśmy różne budki lęgowe. Zapamiętamy na całe życie, że karmniki trzeba czyścic, nie karmimy ptaków chlebem ( nad morzem to takie częste obrazki, bo tyle mew się zlatuje) a słoninka nie powinna być słona. Teraz zrozumiałam , że buk w moim ogrodzie nie zrzuci liści jak inne drzewa i będzie miał brązowe liście aż do wiosny, bo taki jest . Nie będę już szukała lekarstwa na szyszki jodły koreańskiej, bo to że one kruszeją na drzewie i nie spadają wynika z natury tego drzewa, a nie z jakiejś choroby. Sala – trzeba przyznać jest okazała, piękna – zachwyca dekoracjami leśnymi. Tutaj wypiliśmy ciepłą herbatkę i poczęstowaliśmy się pieczywem chrupkim z leśnym pesto i leśnymi dżemami. Spotkanie zakończyło się ogniskiem, a Pani Aśka Skrodzka osobiście dbała, aby każdy zjadł przepyszną kiełbaskę z ogniska z bułką. Przemiłe spotkanie, talenty belferskie, wiedza, która każdemu się przyda, a może w dzieciach rozbudzić zainteresowania czy pasje. Gratuluję tak pięknie przygotowanego spotkania – widać nie tylko dobre przygotowanie i pasję do swojej pracy, ale i życzliwość, miłą atmosferę i po prostu serce. Miejsca urocze, naturalne, lepszego nie można sobie życzyć dla spędzania wolnego czasu i wychowywania naszej młodzieży i dzieci. A przybyłe dzieci miały się tutaj znakomicie – grzeczne, aktywne, zaangażowane, zaciekawione, nie narzekające na nic – były do końca. Zagroda Młyńska żyje, nie jest tylko muzeum. Radni powinni wspierać takie miejsca, aby się rozwijały i nie były ograniczane brakiem środków na promocję, materiałów do celów dydaktycznych. To jest nie do pomyślenia, że miasto wydaje miliony corocznie na skompromitowany żużel, dowiadujemy się właśnie o nieprawidłowościach w kontrolach i zawiadomieniach organów ścigania , a prezes z cygarem mówi w sprawie dotacji dla Stali : „Wyciszać , a nie nagłaśniać”. ile za te wywalane w czarną dziurę pieniądze powstałoby pożytecznej pracy na rzecz naszych dzieci takich inicjatyw jak ta – inicjatywa dobra dla dorosłych też. Komercji jest wszędzie po kokardy, tutaj jest gwarancja oryginalności, bo tworzą to miejsce dobrani, pracowici i mądrzy ludzie . Marzanna Leszczyńska

W Zagrodzie Młyńskiej i u Leśnika w Bogdańcu Dowiedz się więcej »

Krzyże nie tylko w kościele

„Miłości bez krzyża nie znajdziecie, a krzyża bez miłości nie uniesiecie” „Jeśli będziemy bronić krzyża to z pewnością przetrwamy” Jan Paweł II Zapraszam na zdjęcia z muzyką. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej – uruchomi krótki film . Ten tekst dedykuję przede wszystkim tym, którzy nie chcą krzyża w przestrzeni publicznej i uważają, że Jego miejsce jest tylko w kościele, tym którzy w sposób niewiarygodnie lekceważąco odnoszą się do Opatrzności Bożej i wypowiadają się w duchu takim, że skoro ludzie dopuszczają się aktów wandalizmu na krzyżach i figurach Matki Bożej i nie widzą natychmiastowej każącej reakcji Boga – który przecież może wszystko – to znaczy według nich, że cała religia katolicka jest jednym wielkim kłamstwem, a stawianie krzyży w szkołach to ciemnogród, średniowiecze. Napomknę tylko, że jeden z kandydatów na prezydenta Polski w wyborach roku 2025, krótko przed swoim startem ogłosił w swoim programie, likwidację krzyży w szkołach, urzędach. Jak to w Polsce rozpętała się burza i protest wielu środowisk. Zorientował się szybko, że może to zaszkodzić jego wygranej, więc się sprytnie wycofał z tego punktu. Chociaż jego zwycięstwo było niemalże przesądzone, to jednak wybory – mimo wielkiej przewagi finansowych nakładów i medialnych starań – przegrał. Nie tylko przegrał, ale został ośmieszony stając się dwugodzinnym prezydentem Polski. Zadaję tym wszystkim zbuntowanym i pogardzającym krzyżem ludziom pytanie: czy naprawdę uważacie, że Ktoś kto wszystko może czyli Bóg , będzie się zniżał do takich jak wy i na wasze zawołanie będzie robił przed wami jakieś cuda? Jest takie jedno stare, ale dobre powiedzenie: „ Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy”. Pożyjecie, zobaczycie. Nie będę pisała o Polsce, w której jest dużo kapliczek, krzyży przydrożnych, jest większy niż w Rio de Janeiro Pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie, ale zatrzymam się na trzech krajach, w których miałam przyjemność być na krótko i ten pobyt otworzył mi oczy, zaskoczył mnie i skłonił do skromnej osobistej refleksji – jest to Malta. Portugalia i Toskania we Włoszech. Plaża na Gozo – maltańskiej wyspie wprawiła mnie w osłupienie gdy zobaczyłam na niej potężną, bielącą się w oddali figurę Maryi. Widok dla mnie niespotykany nigdzie indziej. W oddali na wzgórzu wznosi się ogromny posąg Chrystusa Króla – taki na wzór naszego w Świebodzinie czy najsłynniejszego w Rio de Janeiro. Na Gozo jest wiele zabytkowych uliczek z przepięknymi domami, a niemal przy każdym domu stoi krzyż, kapliczka. Wielkim ewenementem są małe jaskinie, które mieszczą się w prywatnych domach – można je zwiedzać – umawiając się z właścicielami tych posesji. Zwiedziłam Xerris Grotto. W pięknym domu przy zejściu krętymi, wąskimi wykutymi w skale schodami do jaskini stoi dużych rozmiarów – wielkości człowieka – fotografia Anthoniego Xerrisa z 1923 roku, który odkrył grotę podczas kopania studni, gdy szukał miejsca osiedlenia się. Całą nieprawdopodobną historię tego miejsca opowiedziała nam córka bądź wnuczka Xerrisa. W tym domu przy tej grocie stała ogromna Szopka Bożonarodzeniowa, którą Xerris wszystkim zwiedzającym pokazywał mówiąc, że miejsca swojego osiedlenia ze studnią i grotą nie znalazł przypadkowo, ale dokładnie została mu ona wskazana i podpowiedziana – a zawdzięczał to Bogu i przez tę historię uczynił misję przekazania światu, że Bóg istnieje i to On pokierował Jego szczęśliwym życiem. Byłam też w muzeum państwowym na Malcie i na wyświetlanym filmie multimedialnym pokazującym historyczne wydarzenia wyspy, bitwy – dużo mówiono o kontekście religijnym i splocie cudownych wydarzeń, ingerencji Maryi. Portugalia – 40 km od Lizbony Cabo da Roca – najdalej wysunięty na zachód przylądek Europy. Miejsce gdzie mocno wieje, a fale Oceanu Atlantyckiego dają niezwykłe widowiska zwłaszcza gdy uderzają o skały – wypluwają wodę ze szczelin dają przedziwne spektakle i odgłosy jak z piekielnych otchłani. Kelner z tutejszej przybrzeżnej restauracji – niezwykle położonej, w której zjadłam najlepszą zupę dyniową jaką próbowałamw życiu – człowiek o wielkiej kulturze, perfekcyjnym języku angielskim powiedział mi : „ Jestem tu codziennie, ale widoki się nie powtarzają”.Tutaj na Cabo da Roca na najdalej wysuniętym na zachód punkcie kontynentalnej Europy umieszczono betonowy potężny krzyż z napisem symbolizującym historyczne znaczenie tego miejsca, które do XV wieku aż do odkrycia Ameryki uznawano jako „koniec świata”. Wyryto tam cytat poety Luisa Vaz de  Camões : „Gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna”. W samej Lizbonie z wieży Belem widać potężny posąg Jezusa rozpościerającego swoje ręce nad miastem tak jak Chrystus w Rio de Janeiro. W grudniu, w czasie Świąt Bożego Narodzenia oprócz masy światełek w kształcie gwiazdek, Mikołajów, choinek, kokardek, bombek są Szopki przedstawiające Św. Rodzinę. Na koniec Toskania czyli niezwykle urokliwy region we Włoszech. Nie dziwię się tym, którzy po powrocie z Toskanii urządzają swoje domy po toskańsku, albo przenoszą się tam. Miałam okazję mieszkać niedaleko słynnego Montepulciano, gdzie nagrywano „Zmierzch”, jeździłam elektrycznym rowerem po polach gdzie jest „vija z Gladiatora”.To bajeczna kraina – nie zejdziesz tego na pieszo, bo za duże przestrzenie, samochodem nie zakosztujesz uroków, bo zbyt szybko umykają, zwykłym rowerem nie dasz radę, ale rower elektryczny jest najlepszy. XVII- nasto wieczny dom, który wynajęliśmy na tygodniowy pobyt dawał wyjątkowe możliwości zwiedzania i smakowania Toskanii. Dom położony na wzgórzu, otoczony gajami oliwnymi. Luksus polegał na tym, że mieszkaliśmy tam tylko my czyli 9 osób i nie dzieliliśmy go z innymi nieznajomymi. Mieliśmy szczęście, bo kaprys właściciela posesji nie zawsze sprzyja, że dom jest do wynajęcia. Mogę powiedzieć, że ta miejscówka należy do jednych z najatrakcyjniejszych z jakichkolwiek korzystałam. Właściwie to dom, miejsce jest tak wyjątkowe, że nie trzeba się nigdzie ruszać, aby wystarczająco pobyć i wypocząć. Wstawaliśmy wczesnym rankiem, aby podziwiać spektakularne wschody słońca nad winnicami z perspektywą na polach, mgły, zapachy, kolory nieba – każdy poranek inny, niepowtarzalny. Biesiadowanie w tym domu, przygotowywanie posiłków z tego co zakupiliśmy na targu – to była wielka przygoda. Tym miejscem należało się delektować. Toskania to wyjątkowe zapachy ziół. I pokoje…Są jak z obrazów Rembrandta. Piękne meble, estetycznie zasłane łoża,a nad każdym łóżkiem „Maryjka”.Tak jest w każdym pokoju, nad drzwiami jadalni, we wszystkich wspaniałych restauracjach – „Maryjki”. „ Maryjki” nie tyle obrazki co mające srebrny kolor metaloplastyczne płaskorzeźby. Zabytkowe uliczki posiadają niezliczone ilości kapliczek przy okazałych kamienicach, na rogach ulic. Toskania bez tych figurek, „Maryjek” i krzyży nie

Krzyże nie tylko w kościele Dowiedz się więcej »

Aniołki w Łagowie w Święto Trzech Króli

Popłakałam się ze wzruszenia na Święcie Trzech Króli w Łagowie Lubuskim. Zapraszam na zdjęcia ze śpiewem malutkiej uzdolnionej solistki , tym bardziej, że śpiewała piosenkę bez podkładu muzycznego, co podkreśliło talent dziecka. Uważam, że lepiej nie można też podkreślić czystości i wielkości Bożego Dzieciątka. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film. Po mszy świętej w zabytkowym kościółku przy Zamku Joanitów wyruszył Orszak Trzech Króli. Słychać go było aż przy kinie Świteź, bo szli z kolędą na ustach z Gwiazdą Betlejemską na czele. Wyglądało to imponująco, gdy długi ciąg mieszkańców przeszedł pod tunelem zabytkowej baszty i zakręcił do amfiteatru u stóp Zamku Joanitów. W Orszaku szło dużo ludzi i dzieci, maluszki pięknie ustrojone jak aniołki, chociaż w kurtkach, bo przecież zima i tęgi mróz – na pewno powyżej 10 stopni Celsjusza. Moi drodzy żadnych koni! Żadnych chińskich smoków, żadnych duchów na szczudłach i innych powozów, żadnych kamer i mikrofonów… Na scenie u stóp zamku dzieci przedstawiły Jasełka w sposób prześliczny, wzruszający – cała uroczystość należała do nich. Dorośli, rodzice, ksiądz i nauczyciele pozostali w ich cieniu, dyskretnie ukryci, czuwający nad wszystkim, eksponujący te maluszki w większości przecież. To one miały być aktorami to one miały oddać cześć narodzonemu Jezusowi. Moi drodzy TO BYŁY DZIECI, nie władze miasteczka, które przy okazji sprytnie lansują się, aby kodować się widzom w przyszłych wyborach aby zostać utrwalonymi na zdjęciach i filmach, paradujących w togach i koronach – tak jest we wszystkich miastach. Tu były DZIECI, w większości z przedszkola z pobliskiego Łagówka dały wzruszający spektakl jasełkowy przedstawiony z zachowaniem tradycji. Było dużo kolęd, niewiele słów, a te wypowiedziane dziecięcymi głosikami, jeszcze z tymi wadami wymowy , które przysługują rozwojowi mowy są szczególnie ujmujące. Przepiękną kolędę Kuby Badacha „ Mario czy Ty wiesz” wyraziła formacja taneczna dziewczynek – bardzo ładnie zatańczoną w rytmie, z dramatyzmem, z użyciem welonów. Prześlicznie piosenkę o choince i drugą o małym Dzieciątku zaśpiewała dziewczynka trzymająca serduszko w ręku – przepowiadam jej jakiś sukces, bo to dziecko utalentowane w śpiewie. Powtarzam, że zaśpiewała trudną piosenkę bez podkładu muzycznego , pięknych słowach – tak właśnie można najbardziej oddać klimat dramatycznych tamtych wydarzeń i ubóstwo Bożej Rodziny. W centralnym miejscu uwagę skupiała czuwająca przy żłóbku – Maryjka z Józefem. Maryjka po prostu zjawiskowa, Józef – prawdziwy opiekun. Dzieci tak przebrane, że ściskało za serce, od nich biło szczególne światło. 6 stycznia 2026 roku przy Zamku Joanitów nagromadziła się armia aniołków – niewinnych, szczerych, nieskalanych, grzecznych, cierpliwych. Przed sceną temperaturę podgrzewały trzy koksowniki , można było zjeść pyszny bigos, pierogi, krokiety z barszczem, wypić ciepłą herbatę lub grzańca – za co łaska. Atmosfera niesamowita, swojska, bardzo przyjazna. Widać wspólnotę mieszkańców. Wypada tylko pogratulować. Podziw wzbudza ten dar dawania, nie lansowania się, tak dzisiaj widoczny w sposób bezwstydny. Ktoś miał wspaniały pomysł, odważny i bardzo oryginalny. Wyszło baaaaaaardzo artystycznie . Daliście, ale już otrzymaliście. Otrzymacie, bo w ten sposób wychowujecie dobrze swoje dzieci. Owoce już widać. Obserwowałam jedna dziewczynkę, która przyszła się ogrzać po występie. Była taka zmarznięta, płakała bezgłośnie, wyciągając rączki do ogniska, mamusia pochylała się nad nią podając jej kubek herbaty do ust. A ona nie wyładowywała swojej złości tylko cicho płakała. To było widowisko – klasa. Organizatorzy nie zapomnieli o jednym, że to było wydarzenie religijne. Mogłyby się od Was uczyć wielkomiejskie ośrodki, które w większości „odkleiły się” w jakimś niezrozumiałym kierunku prezentując przerost formy nad treścią i zapominając o najważniejszym. Kliknij na czerwony prostokąt z białą strzałką a otworzy się piosenka o choince śpiewana przez małą dziewczynkę. Marzanna Leszczyńska ogrzewająca się zimową herbatką w Uroczym Zamku Joanitów. Muszę jednocześnie przyznać, że w „Leśniku” całego ośrodka strzeże niczym ” Cerber” blond „Stróżyca” i z wielką zajadłością pilnuje toalety. Nawet gdyby człowiekowi leciało po nogach to na żadne prośby i za żadne pieniądze nie wpuści. Nie tylko w Wigilię trzeba mieć trochę serca , ale w Święto Trzech Króli może tez.

Aniołki w Łagowie w Święto Trzech Króli Dowiedz się więcej »

REWAL PO SYLWESTRZE 2025 ROKU

Przyjechałam na Sylwestra w Rewalu. W pierwszy dzień Nowego 2026 roku poszłam na spacer do Trzęsacza i to co zobaczyłam na klifie mnie przeraziło…Zapraszam na tekst, zdjęcia tego czego już nie ma i muzykę – Marzanna Leszczyńska Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film . Nie mieszkam nad morzem Bałtyckim, ale często nad nie przyjeżdżam – właśnie do Rewala. Uwielbiam nasze polskie morze, które ma na mnie niezwykle dobroczynny wpływ o każdej porze roku. Jest to doskonały wpływ zdrowotny, ale też wszelki inny wpływający na moje rewelacyjne samopoczucie. Przyjeżdżałam też spędzić tu Sylwestra. Dwa razy wybrałam się na – trudno to nazwać balem – po prostu Sylwester w lokalu. Restauracja „ Kalifornia” w Rewalu co roku organizuje takie imprezy. Nie mam jakiś rewelacyjnych wspomnień, bardzo podobna impreza do takich jakie przeżywałam w innych miejscach kraju. Na pewno było więcej Niemców, którzy dali się zauważyć – ponieważ Sylwester zakończył się śpiewami gości przy stołach. Atrakcje wieczoru takie jak wszędzie- para pokazująca taniec towarzyski, tańczący miś, żadnego nawiązania do regionu, a szkoda bo tutaj możliwości jest wiele i aż by się prosiło… Szczerze powiem, że tacy ludzie jak ja, którzy największą frajdę mają z samego pobytu nad morzem – wystarczy spacer, butelka szampana zabrana na spacer i wypita na plaży, a muzyką szum fal… Znam siebie. a bywało też tak, że siedząc w lokalu na tym Sylwestrze tęskniłam za wyjściem na właśnie taki spacer, więc po co wydawać nie małe pieniądze, gdy myśli wędrują gdzie indziej? Całkiem inaczej odbiera się wyjście z lokalu na chwilę, aby zobaczyć sztuczne ognie gdy wymykamy się z ciepłego lokalu nakrywając się paltem , w tych cienkich sukienkach, pantofelkach niż w odpowiednim ubraniu i na długo, gdy nie targa człowiekiem powinność powrotu…Aura Sylwestrowej nocy 2025 roku sprzyjała spacerom, było bezwietrznie, bez deszczu, śniegu, nie tak znowu zimno – dzień wcześniej nikt się nie spodziewał takiej łaskawości Neptuna, który rozpętał sztorm w końcówce roku i go wyciszył na Sylwestrową Noc. W pierwszy dzień Nowego Roku 2026 wybrałam się do Trzęsacza pod mury legendarnego kościoła, którego zabrało morze. Tam jest punkt widokowy i trasa spacerowa urokliwym klifem w kierunku Rewala – moja ulubiona, uważam, że znacznie ciekawsza, niż kawałek pokryty kostką brukową oświetlony latarniami od latarni w Rewalu do Niechorza. Zresztą opisałam go cztery lata temu : https://idealzezgrzytem.pl/2022/11/29/retrospekcje-z-rewalskiego-klifu/ Oczom nie mogłam uwierzyć gdy tamtędy szłam właśnie teraz. To miejsce jest nie do poznania. Dużo drzew wyciętych, fragment ze starymi brzozami tymi pochylonymi od wiatru już nie istnieje, dużo kawałków drewna, powyrywanych korzeni. Równolegle do starego traktu wytyczony jest drugi trakt, a jeden od drugiego teraz odgradza wąski pasek zieleni. Wytyczona jest droga wbitymi kijkami. Pytanie co się tam dzieje? Co tam się planuje? Aż strach pomyśleć? Mam nadzieję, że to nie pomysł odsłonięcia widoku morza dla nowoczesnych apartamentowców – to byłoby fatalne. Coraz mniej dzikich, naturalnych skrawków terenów w Rewalu. Co tam będzie ? Wszak nie muszę pytać, już niedługo się okaże bo czas wszystko odsłoni. A ja tymczasem zapraszam na zdjęcia z klifu jaki zastałam podczas noworocznego spaceru. Marzanna Leszczyńska

REWAL PO SYLWESTRZE 2025 ROKU Dowiedz się więcej »

DOMINANTA – STOJAK POD CHOINKĘ

6 grudnia 2025 ujrzałam w mediach społecznościowych krótki film, którego autorem była telewizja Gorzów – przedstawiał moment zakładania na Dominantę czerwonej czapki. Niemal kaskaderski wyczyn – człowiek na wysokości, dźwig, zmagania z materią i jest! Zobaczyłam i osłupiałam no bo człowiek nie wiedział czy śmiać się czy smucić…. Najlepiej przelać swoje refleksje na papier i podzielić się nimi z innymi. Tekst dr Robert Wójcik Polska architektura nowego milenium to czas odwagi i eksperymentu – niestety braku gustu. Idealnie ukazuje to przykład Dominanty – gorzowskiego „pająka”, który wraz z postmodernistycznym, różowym napuchniętym mostem stanowi osobliwe, acz absolutnie nie zgrane połączenie. Mimo tego, że została okrzyknięta najbrzydszym budynkiem 2006 roku !!!! – staje się od wczoraj i dziś jakimś obiektem „kultowym” dla Gorzowa Wielkopolskiego. To taki symbol – jak w tym mieście, o wspaniałej historii – można wszystko sknocić. Niełatwe jest życie Dominanty. Gorzowska budowla – o alternatywnej nazwie infoGLOB – została zaprojektowana w biurze gorzowskiej Autorskiej Pracowni Projektowej FORMAT. Oddana do użytku w 2006 roku, od samego początku wzbudzała skrajne reakcje. Trudno się dziwić – świat nie był gotowy na eksperymenty architektoniczne po 1989 roku i chyba absolutnie nie jest przygotowany na to. Powiedzmy sobie szczerze – ten kto wpadł na ten pomysł, ten kto to zatwierdził i Ci co go wybudowali – nigdy nie powinni być architektami, budowniczymi, decydentami , sponsorami itd. itp. To coś chorego co powstało w Gorzowie Wielkopolskim – dla mnie, który zna historię tego miasta, historię tego regionu sięgającą prawie XII wieku – to strzał nie w kolano – tylko w serce. W 2007 roku Dominanta została wybrana MAKABRYŁĄ – według internautów najbrzydszym budynkiem wybudowanym w 2006 r.  Funkcję Dominanty trudno odgadnąć po wyglądzie, bo tego nie da się określić – punkt nawigacyjny w zamyśle miał służyć za niewielką galerię handlową, taras widokowy oraz ułatwić komunikację pod rondem – w podziemiach znajdują się przejścia i hol z różą wiatru oraz oznaczeniem środka miasta. Architekci z APP Format określają obiekt „fontanną światła”. Oni chyba mieli „fontannę” w głowie – po dobrej, zakrapianej imprezie… Ten ohydny „Pajączek” miał być elementem symetrycznym w rzucie, interesującym zarówno w dzień jak i w nocy dla osób zmotoryzowanych i pieszych ( śmiechu warte…). Dolny poziom miał pełnić rolę placu publicznego obudowanego szeregiem pomieszczeń o różnych funkcjach użytkowych ( to wszystko dzisiaj jest zamknięte w cztery d..y). Całość została przykryta przestrzenną konstrukcją żelbetową w formie nachodzących na siebie pancerzy – „muszelek.” – ja uważam – że to nie muszelki, tylko hełmy, które obejmują przeszkloną kopułę doświetlającą podziemną część ronda. Kopuła jest zwieńczona szklaną tubą ( taka ona szklana – jak ja kryształowy) ze spiralnymi schodami ( chorymi schodami – bo tam nikt nie chodzi) prowadzącymi na „pseudo” taras widokowy na szczycie tej makabreski. Mam pytanie – kto tam był z gorzowian? Kto to zwiedza ? – Kto podziwia tego bazyliszka ? Ile tam było wycieczek z turystami ? Który przewodnik tam chodzi ze zwiedzającymi to piękne stare miasto – Gorzów Wielkopolski. Czy w tym mieście są tam jacyś przewodnicy, którzy coś potrafią powiedzieć o historii tego miasta ? Pewno tak – jestem pewien, że są i mają ogromną wiedzę – ale im jest wstyd, aby tam chodzić. Słowo” dominanta” ma kilka znaczeń, ale ogólnie oznacza element, cechę lub wartość, która jest najważniejsza, góruje lub występuje najczęściej w danym kontekście. W statystyce  to wartość występująca najczęściej w zbiorze danych (tzw. moda). A architekturze  to główny, dominujący element kompozycji, a w muzyce  to piąty dźwięk skali lub akord zbudowany na nim.  Dla mnie „Dominanta Gorzowska” – to stojak pod choinkę – idealny. Jego za zwyczaj tradycyjny od setek lat, nie widać jak ubieramy na Święta Bożego Narodzenia w naszych domach nasze zielone drzewko. I tak bym chciał – aby go nigdy nie było widać – i niech zniknie z Gorzowa Wielkopolskiego – raz na zawsze – proponuję zburzyć i zapomnieć o nim. To coś wyjątkowo paskudnego, które szpeci to miasto. A w tym roku „strzał” – założono na pająka – stojak – dominantę – czapkę czerwoną z białym pomponem. Dźwigi, zaangażowanych kilku pracowników , samochodów, pewno była policja i oczywiście drony, media – no przecież to było trzeba nagrać. A kto to zasponsorował ? Kto na taki pomysł wpadł? Kto jest autorem ( autorką… – bo tak sobie myślę ) tego pomysłu ? Kto to zatwierdził ? Co na to media gorzowskie – no podoba Wam się to ? – jesteście zadowoleni ? Inaczej – proponuję dobrą „lewatywę” – ale do mózgu – przez ucho. Panie Prezydencie Gorzowa Wielkopolskiego i szanowna Rado Miasta – jedna sentencja mi się nasuwa z literatury – „kończ Waść – wstydu oszczędź” Beznadzieja i wstyd. Znowu cała Polska się z Was śmieje. Ludzie !!! trzeba się obudzić !!! Czy Wy tego nie czujecie jaki wstyd dajecie temu miastu ? Czego chcecie nauczyć dzieci czy młodzież tego miasta – tym paskudztwem ? Jak to ma tak dalej wyglądać. Ta Wasza edukacja na tej Waszej „uczelni”. Pamiętajcie o jednym – miasto rozwija się tylko dzięki dobrym ośrodkom akademickim – ale z prawdziwego zdarzenia – wiedzy , wiedzy – poziomu – nie jakiś licencjatów . Nie będę podpowiadał co mają zrobić władze tego miasta – bo one chyba chcą aby był ten bajzel niewiedzy. Co ciekawe – Zielona Góra przeszła wielką transformację – zrobiła „skok” – wygrała – to obecnie niezwykle prężny ośrodek akademicki. Młodzi ludzie przyjeżdżają tam z całej Polski. Na koniec – Czy Wy czujecie co to są Święta Bożego Narodzenia ? Nie czujecie ! – w tym całym „gorzówku” – i tak jest od wielu lat – nie było i nie ma elit, dobrego i mądrego, wykształconego, inteligentnego gospodarza – i wszystko się zanosi na to, że przez wiele lat nie będzie. Żyjcie sobie w tym przypalonym bigosie – dla Was tylko żużel się liczy i hot dogi ze stacji benzynowej na święta – no i czerwona czapa „dziadka mroza” na tej waszej dominancie… Robert Wójcik A teraz jeszcze dodatek ode mnie, a właściwie od mieszkańców, którzy wypowiedzieli się dobitnie na temat tej świątecznej dekoracji w sieci. Dawno się tak nie uśmiałam. w sumie ok.

DOMINANTA – STOJAK POD CHOINKĘ Dowiedz się więcej »

ODŻYŁY DRZWI DO…SPALENIA

Zapraszam na krótka historię o renowacji starych drzwi, które miały pójść do spalenia. To była piękna przygoda, choć trzeba powiedzieć, że nie pozbawiona stresu – Marzanna Leszczyńska Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film z muzyką i zdjęciami, którego bohaterem są stare poniemieckie drzwi i ich przemianę w czasie renowacji. Gdy je zobaczyłam – miały dziury po klamkach, metalowy wkład, którego nie można było usunąć bez demolki drewna, były upstrzone szarym szpachlem, miały ślady białej farby, którą kiedyś ktoś próbował zedrzeć i śmierdziały stęchlizną. Stare, poniemieckie, dwuskrzydłowe, asymetryczne drewniane drzwi. – Jak ich nie weźmiesz to Kowalski je spali w piecu – usłyszałam. Nie miałam pojęcia po co mi one, ale wzięłam. Dla mnie były piękne. Postawiłam w drewutni na dwa lata. Przyszedł czas na remont sypialni – po 35 latach. Stwierdziłam, że czas na fantazję. Pokój jest duży więc mogę jedną ścianę uczynić bezużyteczną. Na tej ścianie będą te stare poniemieckie drzwi, które będą pełniły funkcję dekoracyjną, będą jak obraz – drzwi donikąd – wymyśliłam. Zadanie okazało się trudne dla kogoś, kto nie zna się na renowacji. Za tę pracę zabrał się Janek ( facet techniczny, „złota rączka”, z wyczuciem estetycznym, ale nie samodzielny). I tak zostałam „kierownikiem tej operacji”. Natchnieniem dla mnie stały się drzwi w Pałacu Cieleśnica na wschodzie Polski. Na zawsze utkwiły mi w pamięci wysokie, białe dwuskrzydłowe drzwi, których jedyną ozdobą była piękna mosiężna klamka. Renowację zaczęłam od klamki. A było to jej poszukiwanie na internecie. Klamki luxury wykonywane na zamówienie to było to. Tylko jedna z całej oferty idealnie pasowała do fragmentu drzwi, które w tym miejscu były beznadziejnie zniszczone i przykrywała ten szkaradny fragment rozwiązując problem usunięcia żelastwa ze środka. Padło na najdroższą, no cóż jakoś to przełknęłam i zamówiłam. Czekałam chyba 3 tygodnie aż mi ją przysłano. Janek drzwi oszlifował z resztek farby i uzupełnił ubytki szpachlem. Ja właściwie to nie wiedziałam, czy zostawić je w kolorze naturalnego drewna, pomalować na zielono czy na biało. Jakaś dobra dusza doradziła, żeby pomalować pokostem lnianym. Niestety efekt był żałosny, ponieważ pokost nie „chwycił” miejsc pokrytych szpachlem i wyszły drzwi łaciate. Zadecydowałam, że będą zielone. Po pomalowaniu jedną warstwą farby już było widać, że nie jest pięknie. Kolejne „pudło”. Kolor za jasny, klamka – przecież piękna- się na nich gubiła. Stwierdziłam, że jednak drzwi będą białe. Trzeba było położyć trzy warstwy białej matowej farby olejnej, aby nie było przebicia zieleni. I to było to. Drzwi zostały zawieszone na ścianie. Nie były równe, trzeba je było nieco podciąć. Nie idealność ich przykryła listwa, która połączyła dwa skrzydła. Zrodził się pomysł, aby dodać im stylizacji pałacowej, tym bardziej, że między holką przy suficie a drzwiami pojawiła się przestrzeń, którą chciałam uzupełnić początkowo jakimś elementem z metaloplastyki. Szukając go na internecie w oko wpadł mi na „temu” pewien tryptyk, który w sumie tworzył koło z francuskiej czy indyjskiej kultury. Po trudach udało mi się to cudo sprowadzić – okazało się, że wymiarowo kompletnie nie pasuje – każdy element był za krótki i za szeroki. Wybrałam środkowy i odcięłam ramki -były za szerokie. Dwa pozostałe elementy popsułam, aby poszerzyć element, który wybrałam. Trzeba było dokonać dosztukowania ciętych na półokrągło elementów koła i potem wszystko skleić. Udało się, a że jest tam dużo ażurów to nie widać kombinacji. Chciałam też uzyskać efekt głębi, więc cała ozdoba została odsunięta od ściany dodaniem dystansów. Jenek wykonał nowe ramki, pomalował na biało i wszystko przymocował między drzwiami i sufitem. Całość postanowiłam wykończyć sztukaterią, która spełniła rolę futryn. Cała sztuka polegała na tym, aby dobrać spośród wielu wzorów ten, który będzie pasował grubością i estetycznie. To była prawdziwa łamigłówka, chyba dwie godziny spędziłam w sklepie i kupiłam dwie listwy i wpadł mi do głowy pomysł aby na szczycie po obu stronach umieścić głowice. Te głowice chciałam zrobić z dodatkowej listwy, która miała być pocięta i niestety tutaj wyobraźnia mnie zawiodła. Po wycięciu i przymiarce efekt okazał się „ kijowy”. Ostatecznie wynalazłam idealnie dopasowaną grubością i wysokością listwę – portal, której końcówki zostały odcięte i to one tworzą głowice z boku drzwi. Przyznam szczerze, że zabawa ze sztukaterią to duże wyzwanie, ale też satysfakcja, gdy efekt zadowala. Wszystkie szczeliny Janek wypełnił akrylem i pomalował na biało. Czekam na opinię jak się Wam podobają drzwi donikąd ? Marzanna Leszczyńka

ODŻYŁY DRZWI DO…SPALENIA Dowiedz się więcej »

POCHOIR PICASSA W KRZYWEJ WIEŻY W TORUNIU

Do końca roku 2025 można oglądać w Krzywej Wieży w Toruniu wystawę grafik pochoir Pablo Picassa: „ W żywej pamięci & Maski popiołów La Flute Double . Unikalna architektura toruńskiej Krzywej Wieży stała się wyjątkowym tłem tej ekspozycji. Zapraszam na zdjęcia z wystawy i jej wyjaśnienie. Zachęcam do zwiedzenia ekspozycji w wyjątkowym miejscu w Toruniu. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film z muzyką – Marzanna Leszczyńska Pablo Picasso (1881-1973) twórca kubizmu, myśliciel, komentator i eksperymentator, artysta nieustającej rewolucji, którego dziedzictwem jest nie tylko Jego styl, ale też Jego postawa twórcza- bezkompromisowa, radykalna, nieustannie zadająca pytania. Poprzez grafikę Picasso eksperymentował, docierał bliżej materii, powracał do prastarych symboli i gestów, wreszcie to poprzez nią przemówił ( stawała się narzędziem nowego języka). Czym jest pochoir? Technika pochoir (z fr. szablon) jest sposobem reprodukcji dzieł artystycznych z zachowaniem bogactwa kolorów i jakości malarskiej. To ręczne nakładanie farby przez specjalnie przygotowane szablony, warstwa po warstwie, co pozwalało osiągnąć subtelne przejście tonalne i głębię barwy, niemożliwe do uzyskania w starodawnych technikach druku. Każdy egzemplarz wykonywano oryginalnie, co czyniło go czymś pomiędzy oryginałem, a reprodukcją – swego rodzaju artystycznym obiektem z pogranicza grafiki i malarstwa. Pochoir wymagał ścisłej współpracy z wykwalifikowanymi rzemieślnikami – kolorystami i drukarzami- co tylko podkreśla znaczenie rzemiosła i kolektywnego procesu twórczego w sztuce Picassa. Pochoir to połączenie szablonu, rzemiosła i malarskiej precyzji. Dla Picassa grafika nie była tylko sposobem reprodukcji. W Jego przypadku stałą się świadomym wyborem estetycznym. Wystawa w Krzywej Wieży w Toruniu pozwala spojrzeć na artystę nie jako na ikonę muzealną, ale jako zawsze żywego artystę – zawsze obecnego, zawsze aktualnego. Ekspozycja prezentuje dwa cykle graficzne: „ La flute Double” oraz „W żywej pamięci & Maski Popiołów”ukazujące dwie odrębne lecz równie fascynujące drogi twórcze artysty: z jednej strony techniczną precyzję i kolorystyczne malarstwo, z drugiej- poetycką wrażliwość i dadaistyczne eksperymenty z formą czyli dwie strony Mistrza : grafika i poezja. 15 akwarelowych litografii jest wynikiem współpracy Picassa z poetami ruchów dadaistycznych i ekspresjonizmu: Tristanem Tzarą oraz Yvanem Gollem. W „ Żywej pamięci” Picasso stosuje radykalnie minimalistyczną technikę – tworzy obrazy z użyciem jedynie palca i kredy litograficznej, oddając charakter słów i emocji zawartych w poezji Tzary. Natomiast „Elegia Iphetonga i Maski Popiołów” to ilustracja ekspresyjnego poematu Galla, w którym Picasso ukazuje głębokie introspektywne obrazy towarzyszące poetyckiej żałobie. W tych pracach spotyka się antyk i nowoczesność, mit i codzienność, poezja i polityka. Oba cykle podkreślają nie tylko artystyczną, ale i intelektualną wszechstronność twórcy. Marzanna Leszczyńska

POCHOIR PICASSA W KRZYWEJ WIEŻY W TORUNIU Dowiedz się więcej »

ORDER ORŁA BIAŁEGO DLA WALDEMARA ŁYSIAKA

Oprócz sporej kolekcji książek Waldemara Łysiaka, które gromadziłam od 1990 roku jestem w posiadaniu jednej na Jego temat: „ Waldemar Łysiak w oczach czytelników, recenzentów, „wrogów”, krytyków…”, które zebrał i opracował Bartosz Emchowicz .Nie kupiłam jej, a otrzymałam ją z odręcznie napisanym podziękowaniem, ponieważ znalazły się w niej też i moje skromne wypowiedzi. Książka B. Emchowicza powstała jako laurka jubileuszowa , podziękowanie Waldemarowi Łysiakowi za 30 lat Jego wspaniałych książek, a na jej okładce widnieje napis: „30 lat literatury Waldemara Łysiaka w świetle trzech dekad opinii: zawodowych krytyków i ankiet najwierniejszych czytelników” W „Życiu literackim” kiedyś napisano , że W. Łysiak to zjawisko, które egzystuje obok lub mimo koterii i kawiarnianych stolików. A On sam na pytanie: Kto za Panem stoi? Odpowiedział: Mam nadzieję, że Pan Bóg, Cesarz Napoleon i książę Józef Poniatowski… To był prawdziwy fenomen, mimo cenzury, przemilczania autora Jego książki były prawdziwymi bestsellerami. W czasie drugiej połowy lat 80-tych na Łysiaka panował absolutny szał, wszyscy czytali i zachwycali się Jego książkami , a studenci z całej Polski jeździli na Jego wykłady o sztuce na Politechnikę Warszawską, gdzie pracował. W moim liceum był jeden uczeń, który słynął z wiedzy o Napoleonie, bo czytał książki Łysiaka – ba – on się nosił jak Napoleon – oczywiście nosił „ksywkę – Napoleon”. Byłam wtedy bardzo młodą osobą – jakimś takim jednym chodzącym problemem, gdy wtedy właśnie kupiłam i przeczytałam „MW” i nie zapomnę jak zawirował mi wtedy świat tysiącem barw = jak w modnym wtedy szlagierze Anity Lipnickiej. Czytałam i raz po raz powtarzałam sobie w duchu – święta racja. Nie mogłam wyjść z podziwu nad czarodziejskim sposobem pisania autora – zachwycał styl, erudycja, szczerość, prawda (często okrutna), odwaga. Łysiak był jak cukier – krzepił. Zaczęłam kupować wszystko co się pojawiało, a co napisał Waldemar Łysiak. Czekałam na każdą nowość i wznowienia starych książek, a każda nowa książka Łysiaka to była niesamowita przygoda przy, której wszystko wokół traciło barwy. Niewiele rzeczy na tej ziemi potrafiło mnie w taki stan wprowadzić – w tych książkach – zaskoczona -odnajdywałam odpowiedzi na dręczące mnie dylematy, jakby czytał w moich myślach, otwierał mi oczy, ktoś napisał w recenzji, że W. Łysiak jak sejsmograf narodu, który jak spod lawy wydobywa nasze narastające nastroje i bezbłędnie je opisując – uświadamia. Jego książki były fantastycznie wydawane, z reprodukcjami malarstwa bogato zgromadzonymi – całość zachwycała. Uwielbiałam wszystkie gatunki literackie uprawiane przez W. Łysiaka. „M B C” jest moim podręcznikiem, tak często po niego sięgam – skarbnica wiedzy o malarstwie, które autor tak kocha i opowiada o sztuce przewybornie. Z „Francuską ścieżką” pojechałam do Francji, a z „Wyspami zaczarowanymi” do Włoch po raz pierwszy w życiu. W tych naszych siermiężnych wtedy czasach Waldemar Łysiak był jak kolorowy ptak, tak niezależnie się w nich poruszał i umiał te czasy maksymalnie wykorzystać dla siebie oddając przy okazji nam tak dużo- czytelnikom, dzieląc się tym co sam zdobył, imponując niezwykle. Jego zbiory obrazów i biblioteki książek należą do najlepszych – opisał to w „Wyspie zaginionych skarbów” . Dla tych, którzy stawiają znak równości między Napoleonem i Hitlerem zachęcę do lektury W. Łysiaka, który walczył z tym stereotypem i jak twierdzi dług wobec Napoleona spłacił. Przytoczę, że „Paris Match” pisał o ostrej polemice W. Łysiaka z francuskim historykiem Retif de la Bretonne, drukował w mediolańskiej „Historii”, zamawiały u Niego artykuły pisma radzieckie, bułgarskie, jugosłowiańskie, holenderskie, książki recenzowała prasa polonijna, a „Empirowy pasjans” tłumaczony był w Argentynie. Polecam rozdział o szwoleżerach „Un Polonais passe partout!” w „ Wyspach zaginionych skarbów”. Płakałam, gdy go czytałam. Jest w stanie zreflektować patriotycznie największego kosmopolitę. Polecam proces nad Napoleonem napisany w bardzo atrakcyjny , nowatorski, uwspółcześniony sposób czyli rozdział 4 z „Wysp bezludnych” – Longwood (Święta Helena). Nieprawdą jest, że W. Łysiak nie lubi kobiet – on cierpi, że one takie są. Łysiak zna kobiety.„Statek” trzeba przeczytać co pewien czas i być ze sobą szczerą. „Każda kobieta, nawet ta, która jeszcze nie zaliczyła zdrady, śniła o niej”.. „Jeżeli należysz do tych, którzy kochali tylko raz, to niewiele masz do powiedzenia. Ale jeżeli to była prawdziwa miłość, to inni powinni milczeć w twojej obecności”… „Bez jakiejś kobiety mężczyzna nie ma sensu, ale bez tej Jednej nie ma na domiar pojęcia, kim jest. Na ogół nie spotyka Jej i nawet o tym nie wie, jeśli zaś spotyka – staje się zupełnie inny”… „ Tyrania miłości, szlachetności i wiedzy to coś, czego kobieta zbyt długo nie może znieść”… Kiedyś próbowałam podkreślać zdania, które mnie uderzały, chciałam je sobie przepisywać, ale szybko zaprzestałam, bo było ich zbyt wiele, zajęcie po prostu bez sensu. Kupowałam gazety ze względu na felietony W. Łysiaka i tylko je z całej gazety czytałam, a potem wydzierałam i przechowuję w specjalnym pudle. Z tym to był pewien kłopot, bo jak Łysiakowi się przestała gazeta i redaktor naczelny podobać to zrywał współpracę, a ja potem gdzieś odkrywałam, że znalazł sobie inne miejsce na pisanie. Jego publicystyka była zawsze świeża, odważna, zaskakująca, bezlitosna dla „Salonu” – pozostał wrogiem publicznym nr 1 Adama Michnika, ale też Zbigniew Herbert wybrał sobie Waldemara Łysiaka na swojego sekundanta. Dzisiaj Waldemar Łysiak ma 81 lat. 11 listopada 2025 roku w Dniu Święta Niepodległości odebrał osobiście Order Orła Białego z rąk prezydenta Polski Karola Nawrockiego. W tym uroczystym dniu Order Orła Białego został przyznany -przebywającemu w kolonii karnej na Białorusi – Andrzejowi Poczobutowi. Krzyż Oficerski Odrodzenia Polski otrzymał dziennikarz sportowy Przemysław Babiarz oraz fizyk Konrad Banaszek. Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski otrzymał Sławosz Uznański Wiśniewski (naukowiec i kosmonauta) oraz aktor Adam Woronowicz. Waldemar Łysiak całymi latami odmawiał przyjmowania nagród, odznaczeń – miał krytyczny stosunek, ponieważ często osoby niegodne je odbierały jak np. Krzyż Virtuti Militari przyznawany po 1945 roku. Pisarz nie należał do żadnych związków, stowarzyszeń ponieważ zawsze pragnął wolności i niezależności. Zawsze pisał swoje książki ręcznie i na maszynie do pisania. Nie używa telefonu komórkowego, komputera, laptopa, nie jest w mediach społecznościowych. Wierzy, że trzeba trwać przy tym co stare i dobre. Na zmiany w świecie nie patrzy z optymizmem. Z dystansem patrzy na współczesny świat i ze smutkiem na to w jakim kierunku zmierzamy. Wyjątek

ORDER ORŁA BIAŁEGO DLA WALDEMARA ŁYSIAKA Dowiedz się więcej »

Kryształową kulą w głowę…

Zakończyła się „porcelanowa” edycja Tańca z Gwiazdami. Miałam swoje zdanie po pierwszym odcinku (https://idealzezgrzytem.pl/2025/10/04/porcelanowa-rocznica-tanca-z-gwiazdami-mam-swoje-zdanie/), mam też po zakończeniu ostatniego odcinka. Nie udało mi się obejrzeć tylko jednego w tej jubileuszowej edycji. Nie jest to tylko program o tańcu, ale jeśli chcemy zrozumieć o co w nim chodzi, gdy nigdy się go nie uczyliśmy profesjonalnie to warto słuchać „Czarnej Mamby” bo to nie prawda, że jest zołzą i że jest niesprawiedliwa i zazdrosna. Iwona Pavlowicz wie co mówi. W tym programie uczestnicy opowiedzieli też o swoich emocjach, które im towarzyszyły podczas treningów i w występach. Zazwyczaj te osobiste emocje bywają skrywane głęboko, a tutaj tak jakby umówiono się, że im więcej się ich pokaże tym lepiej i chyba uwierzono, że w ten sposób można wygrać Kryształową Kulę. Chyba nigdy w tym programie nie lały się łzy takimi strumieniami, nawet panom „pociły” się oczy. Zadziwiające, a dla mnie podejrzane. Tak bardzo rażące było u niektórych uczestników manifestowanie swojego przekonania, że są najlepsi, a prawione im komplementy po prostu uderzały im do głowy. Przy tym jakby nie zauważali, że nie tylko oni te komplementy otrzymywali. Brak pokory, dystansu do siebie, dziecinada, naiwność i niedojrzałość u bardzo dorosłych ludzi – zatykała i Ci szybko tracili w moich oczach swoją sympatię. Taniec nigdy nie był oczywisty. Taniec to dotyk, bliskość i erotyka. I jak mówiła mi kiedyś śp. przyjaciółka: „Wierz mi, że i facet wyglądający jak żaba- w dotyku może cię zelektryzować”…W tańcu nigdy nic nie wiadomo, jest w nim jakaś tajemnica i potrafi w człowieku coś obudzić – nawet wtedy gdy się tego nie pragnie, nie chce. Nic dziwnego, że ludzie trochę się boją tańca, niechętnie oddają swoich partnerów innym, aby z nimi zatańczyli. Podobno taniec pochodzi od diabła, tak kiedyś mówiono, a księża katoliccy kiedyś nie tańczyli i w kościele tańców nigdy nie było. Czasy się zmieniły, dziś jest inaczej. Odnoszę wrażenie, że w tej edycji tancerze jakby się pogubili w wyrażaniu swoich emocji, zapomnieli się. W pewnym momencie zaczęło się przekraczanie granic, zaczęłam się obawiać, że uczestnicy zaczną się w tym przescigać. Pisząc to mam na myśli te dosłowne pocałunki i przyklejone w tańcu usta. Szkoda, że nikt nie powiedział wtedy stop, nie postawił szlabanu. Gdybym była sędzią powiedziałabym, że przy ocenie nie biorę tego pod uwagę, a może nawet zaniżyłabym z tego powodu ocenę. Nie chciałabym, aby tańcząc z kimś wymagano ode mnie takich „figur”( zarezerwowane nie dla wszystkich, niehigieniczne, często nieestetyczne). Nie chciałabym, aby mój partner życiowy też w ten sposób tańczył z innymi osobami. W końcu, czy niektóre nauczycielki tańca, nie obawiają się, że żony gwiazd nie będą chciały oddawać swoich mężów w ich naukę??? Taniec nie jest dosłownością, jest udawaniem, odgrywaniem. Smutne to, że pojawienie się lalki w choreografii, która miała symbolizować dziecko wzbudziło takie kontrowersje i sprzeciw w komisji sędziowskiej, a te dosłowne pocałunki w układach tanecznych już nie… Prawdę mówiąc to nie jestem pewna, czy po takich „numerach” ludzie będą chcieli uczyć się tańca z innymi partnerami niż ci życiowi, no bo po co wystawiać się na ryzyko. Sądzę, że Pani Barbara Bursztynowicz zachęciła swoim udziałem kobiety w swoim wieku do przygody z tańcem. Moja mama śledziła Jej występy z ogromnym zainteresowaniem i nigdy nie zapomnę jak w pewnym momencie westchnęła; „ Jak ja jej zazdroszczę tych nóg, tej sprawności, a moje są chore”. Pełna podziwu jestem dla Tomasza Karolaka, który zbudował przecudowną relację z Izabelą Skierską, poczynił duże postępy i cudownie „ożenił” swój aktorski kunszt z tańcem. Nie jest łatwo zaskarbić sobie sympatię widzów, Jemu się to udało. Ucieszyłam się, że w finale znalazły się te trzy pary : Wiktoria Gorodecka z Kamilem Kuroczko, Maurycy Popiel z Sarą Janicką i Mikołaj Bagiński z Magdaleną Tarnowską. Widzowie okazali się przytomni i wzięli sprawy w swoje ręce, zauważyli prawdę i postawili na nią. W czołówce znalazły się pary, które nie tylko zrobiły postęp, wykonały potężną pracę, pokazały piękne i wzruszające opowieści taneczne, ale pokazały wielkie serce, wrażliwość na wartości i wykazały się kulturą osobistą. Tego my widzowie oczekujemy i tego jesteśmy spragnieni. Bardzo się cieszę z wygranej Mikołaja Bagińskiego i Magdy Tarnowskiej – w pełni zasłużyli. Byli tacy prawdziwi i prawdziwie zaskoczeni wynikiem. Otrzymali nagrodę niespodziewaną. Tak wiele dobrego przesłali i pozwolili uwierzyć, że wszystko jest możliwe. Ich free style wzruszył mnie najbardziej. Zdobyli sympatię widzów, a to nie jest proste. Nie wierzysz? Spróbuj sam. I na końcu ta śmieszna para czyli Agnieszka Kaczorowska i Marcin Rogacewicz, którą zgubiła zarozumiałość i spryt, brak szacunku dla widzów, konkurentów w programie, sędziów, organizatorów. Nie do uwierzenia, jak los z nich zadrwił. Z uporem maniaka odmrażali sobie na złość uszy aż je w końcu odmrozili. Powtórzony numer z ucieczką niczym niewinny Kopciuszek z balu. Niestety nie ta bajka, ani Kopciuszek, ani niewinny… To tylko podszywanie się pod Kopciuszka. Czy Ci ludzie nie pamiętają ile mają lat? Zamiast wykorzystać swoje ostatnie pięć minut, to je po prostu zmarnowali. Godzina dwunasta dla nich już dawno wybiła- żałosne. Jak dobrze oglądało się ten program, gdy już ich w nim nie było. Cóż, wygląda na to, że powrócę po latach do oglądania Tańca z Gwiazdami. Marzanna Leszczyńska w roku 2021

Kryształową kulą w głowę… Dowiedz się więcej »

Pierwsza tercja portalu www.idealzezgrzytem.pl

Portal http://www.idealzezgrzytem.pl skończył trzy lata. Dokładnie 31 października 2022 roku ukazał się pierwszy artykuł z okazji dwudziestej rocznicy otwarcia odrestaurowanego pałacu w Mierzęcinie : https://idealzezgrzytem.pl/2022/10/31/mierzecin-porcelanowe-wspomnienia/. Od tego czasu na portalu ukazały się 164 wpisy, autorów również przybyło. Mamy logo naszego portalu czyli super panią, która trzyma w swej delikatnej dłoni bombę z palącym się lontem. Cóż innego może odzwierciedlać ideał.. jak nie piękna, elegancka kobieta…Nasz ideał jest ze zgrzytem i u nas tym zgrzytem jest odpalona bomba. Czasem tematyka, którą podejmujemy jest właśnie jak tykająca bomba – spodziewamy się spustoszenia, ale po to, aby była odnowa i zniszczenie zła, które nie chce odpuścić. Czyj pomysł na takie logo? – Nasz – co trzy głowy to nie jedna…( jedna damska i dwie męskie – jest jak hydra). Pomysł narodził się …w kuchni, bo najlepsze eureki rodzą się w domu i w gronie ludzi, którzy się ze sobą dobrze czują. Z tej to okazji prezentujemy listę dwudziestu artykułów, które cieszą się największą poczytnością : Na zakończenie przypominam pierwszy clip, który powstał do opowieści o pałacu w Mierzęcinie opisywanych przez dr Roberta Wójcika.

Pierwsza tercja portalu www.idealzezgrzytem.pl Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry