Autor: Robert Wójcik

Mierzęcin – zamach na generała… -historia prawdziwa…

Zapraszam na kolejny odcinek wspomnień dr Roberta Wójcika o nowej historii Pałacu w Mierzęcinie. Udało się w końcu, bo ten odcinek długo był planowany, ciągle odkładany, ponieważ inne tematy wydawały się ważniejsze. Ten jest inny – filmowy, ale połączony z wiedzą historyczną. Tak się złożyło, że powstał na zakończenie 2024 roku. Odchodzi kolejny rok, a my zatrzymujemy przez wspomnienia to co zaciera czas. Cieszę się, że wyłowione są i wymienione kolejne osoby , które zostawiły swój ślad w tej nowej historii Pałacu i że znowu nie pozwolimy o kimś zapomnieć. Zadaję sobie pytanie kto dziś wie o tych wydarzeniach filmowych w Mierzęcinie, kto je pamięta i wspomina oraz czy dziś też tutaj powstają jakieś filmy ? W Pałacu w Mierzęcinie powstały sceny do filmu na pół dokumentalnego, dotyczącego wydarzeń dramatycznych, tajemniczych i do dziś niewyjaśnionych w historii naszego państwa. Zostały nakręcone w miejscu odpowiednim, bo również bogatym w dramatyczne, tajemnicze i niewyjaśnione zagadki . Sporym zaskoczeniem są zebrane w artykule fakty dotyczące zamachu w Gibraltarze i historyczne fakty dotyczące Pałacu. Myślę, ze to już są tematy dla koneserów historii , czy się z nimi zgodzą? Mam nadzieję, ze ten odcinek będzie dobrą niespodzianką dla miłośników wspomnień o Pałacu w Mierzęcinie dr Roberta Wójcika, zachęci do obejrzenia filmu i ” wyłowienia ” wszystkich scen kręconych w Pałacu – Marzanna Leszczyńska na zdjęciu dr inż. Robert Wójcik administrator Pałacu Mierzęcin w latach 1998 – 2008 To długi artykuł – ale bardzo serdecznie zachęcam do jego przeczytania. To fakt … mam we wspomnieniach 2007 rok – Pałac Mierzęcin w Polsce – województwo lubuskie – powiat Strzelecko- Drezdenecki – gmina Dobiegniew … koniec lata – początek jesieni – piękna i złota- czasami deszczowa… To była sensacja – wbiega do mojego pokoju w oficynie ( tuż przy pałacu) Pani Marta Kobus – wspaniała , piękna dziewczyna – bez wątpienia mogła by grać w najlepszych filmach u światowych reżyserów – najlepszy marketingowiec w historii tego obiektu – niezwykle pracowita, inteligentna – klasa sama w sobie – oznajmiając mi głośno – „ Panie Robercie – mamy Hollywood” Uściskałem ją serdecznie, gdy mi powiedziała co się wydarzy przez najbliższy miesiąc. Cicho jej powiedziałem – jesteś genialna, wspaniała – jak Ci się udało to zrobić ? Powoli , powoli … A gdzie ten generał i ten zamach ? Teraz trochę historii i trochę „Hollywoodu” … … Gibraltar – 4 lipca 1943 roku. Godzina 23.07. Samolot Liberator AL 523 spada do morza zaledwie 16 sekund po starcie. Na pokładzie był Naczelny Wódz, premier Rządu Polskiego na Uchodźctwie, generał Władysław Sikorski. Śmierć Wodza do dzisiaj jest niewyjaśnioną zagadką. Czy była to katastrofa? Czy Sikorski został zamordowany? Historyk i publicysta Dariusz Baliszewski przez wiele lat badał tę sprawę. Na kanwie jego odkryć powstał film fabularny „Generał – zamach na Gibraltarze”. Według oficjalnej, głoszonej przez lata wersji, generał Władysław Sikorski zginął w katastrofie lotniczej lecąc w 1943 roku z Gibraltaru do Londynu. Film fabularny obala tę wersję. Przedstawia dowody: fotografie, dokumenty i relacje świadków wydarzeń, które mogą wskazywać na morderstwo. Innowacyjność tego filmu polega przede wszystkim na przedstawieniu spójnej, choć niewątpliwie kontrowersyjnej hipotezie dotyczącej okoliczności śmierci generała Sikorskiego. Jest ona poparta precyzyjnie skonstruowanym scenariuszem, w którym historia w sposób nowatorski wprowadza współczesnego widza w obszary filmu łączącego fabułę z dokumentem. Dysponuje ponadto dotychczas niepublikowanymi materiałami archiwalnymi, zdjęciami i dokumentami, które potwierdzają, że dotychczasowe przekazy historyczne były błędne – tak mówiły autorki filmu, reżyserki  – Panie Anna Jadowska i Lidia Kazen. Akcja filmu toczy się w Londynie, Egipcie i na Gibraltarze ( no i oczywiście w Mierzęcinie – co opiszę później..) Wszędzie tam, gdzie generał Sikorski wraz ze swoją ekipą (przede wszystkim swoją córką Zofią Leśniowską – która była odpowiedzialna za szyfry w depeszach i korespondencje), który w ostatnich miesiącach swojego życia pełnił misję Naczelnego Wodza… Największym atutem tego filmu jest przedstawienie mechanizmów rządzących wielką polityką. Mechanizmów, które doprowadziły po wojnie do rządów komunistycznych w Polsce oraz faktu, że do dzisiaj wiele dokumentów sprawy gibraltarskiej nie zostało odtajnionych bądź „zaginęło”. Film demaskuje skrywane przez lata tajemnice, które mogły w istotny sposób zmienić bieg historii. Film fabularny „Generał – zamach na Gibraltarze” opowiada o ostatnich dniach życia generała Władysława Sikorskiego (w tej roli Krzysztof Pieczyński), tuż przed katastrofą- patrz zdjęcie poniżej zrobione w sali balowej w Pałacu w Mierzęcinie. Wodzowi towarzyszy córka Zofia (Kamilla Baar- Kochańska ) i ekipa najbliższych współpracowników. Wszyscy goszczą w pałacu gubernatora Gibraltaru (czyli Hollywoodzkiego Mierzęcina) Masona Macfarlane’a (Jerzego Grałka), który ma nakłonić Sikorskiego do oddania dokumentów świadczących o morderstwie oficerów polskich w Katyniu. Gdy ten stanowczo odmawia, w plan zostaje wdrożony zamach na generała. Kto za nim stoi? Kto go wykonał i jak przebiegał? Czy Zofia też była na pokładzie Liberatora ? Równolegle pokazane są losy polskiego kuriera Jana Gralewskiego (Tomasza Sobczaka) i jego żony Alicji Iwańskiej (Marietty Żukowskiej). Jan Gralewski miał ostrzec generała przed zamachem, a w istocie odegrał zaskakującą rolę w mistyfikacji gibraltarskiej… proponuję obejrzeć film… Film dla dojrzałych widzów – interesujących się historią – thriller polityczny, natomiast dla młodszych odbiorców – film szpiegowski z elementami dramatu psychologicznego… a jego tłem w jego realizacji – był …. Pałac Mierzęcin, gdzie kręcono jedne z najważniejszych zdjęć w jego ekranizacji. A teraz trochę dociekań historycznych – zapewniam wszystkich – na koniec tego artykułu – „wisienka na torcie” Nie ma chyba w historii Polski wydarzenia, wokół którego nie narosłoby kaskadowo tyle teorii spiskowych. Wersja, wedle której przyczyną katastrofy był błąd ludzki bądź usterka maszyny, wciąż znajduje swoich przeciwników, utrzymujących, że generał Władysław Sikorski zginął w zamachu. To, co wiemy dziś na pewno, to fakt, że Władysław Sikorski zginął na pokładzie Liberatora 4 lipca 1943 roku i to, że samolot runął do morza tuż po starcie. Wiemy też, że jedyną osobą, która przeżyła katastrofę, był czeski pilot Eduard Prchal ( okazuje się że nie tylko On – bo był drugi pilot). Z wraku udało się wydostać ciało generała Sikorskiego i większości ofiar. Nigdy nie odnaleziono za to szczątków…. Zofii Leśniowskiej ( Kamilla Baar – Kochańska) córki generała – patrz zdjęcie poniżej zrobione w Zabytkowym Parku w Mierzęcinie Przedziwne – wrak samolotu był tylko na

Mierzęcin – zamach na generała… -historia prawdziwa… Dowiedz się więcej »

Dyplom za….

Tak zawsze się zastanawiam – po co się uczyłem? Nic mi to nie dało w moim życiu zawodowym. Żadnych profitów – a wręcz czasami zazdrość, którą doświadczyłem od innych ludzi – typu – no popatrz – znalazł się „ inteligent” Miałem jednak mądrych rodziców i wspaniałych nauczycieli – którzy zawsze mi mówili – „uczysz się dla siebie” … Po wielu latach to zrozumiałem. A ten artykuł jest odpowiedzią – dlaczego się warto uczyć. Uczyć się uczciwie i zdobywać kolejne stopnie wiedzy. Podstawówka – nie była moją pasją – byłem tam raczej przeciętnym uczniem – ale już miałem swoje pewne pasje – czytanie lektur. To były lata głębokiej „komuny”. Ale mój tata i mama wpajali mi w tym czasie do mojego umysłu – jedną fundamentalną zasadę – bądź uczciwym i bądź sobą. Technikum obudziło moją pasje do matematyki i nie tylko – czułem i ścisłe nauki i humanistyczne. Znów powiem – dzięki wspaniałym nauczycielom – miałem szczęście w życiu. Matura była dla mnie tzw. „ pestką” Potem studia – praca magisterska – też z wyróżnieniem – nagroda dziekana. Potem „syzyfowe prace” – zacząłem prace na jednej z uczelni – startowałem od pracownika fizycznego ( takie to były czasy) – po dwóch latach zostałem mianowany na – tzw. starszego technika . Poprosiłem o możliwość zrobienia doktoratu. Pamiętam – był śmiech w dziekanacie na uczelni – „ chłopie za wysokie progi dla Ciebie – gdzie ty się pchasz – gdzie znajdziesz promotora ?” Znalazłem sam. Jak to się wtedy mówiło – do odważnych świat należy. Trzy lata badań w terenie i podróży pociągiem. Jeździłem też rowerem – przejechałem nim prawie 5 tyś. kilometrów. Boże ! ile było problemów i różnych dziwnych sytuacji – ale jedno powiem – była to niezwykła , niezwykle ciężka praca – fizyczna i umysłowa – i piękna. Po nocach pisałem swoją prace i analizę swoich wyników badań . To był horror . Bardzo mnie wspomagała moja żona. W tym czasie mieliśmy dwójkę małych dzieci – w wieku 2 i 4 lat. Nie było też „wesoło pod względem finansów” – ale jakoś to przetrzymaliśmy. Po wszystkim – bardzo trudna obrona. Dostałem nagrodę rektorską za najlepszą prace. Uciekłem z uczelni – nie powiem dlaczego – miałem już wszystkiego dosyć – tzw. upadku nauki. To była końcówka lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Wiele transformacji ustrojowych i wprowadzanie „innych standardów” w szkolnictwie podstawowym, zawodowym oraz średnim i przede wszystkim wyższym. Niż demograficzny też zrobił swoje. Upadek. Patrzyłem na to wszystko co się dzieje z jakimś przerażeniem. Następne lata pokazały już dogłębnie kryzys w edukacji – zaczęły powstawać jak „ grzyby po deszczu” jakieś dziwne twory – uczelnie niepaństwowe – z „biznesowymi” kierunkami nauczania – tzw. fabryki dyplomów – czyli produkujące „ papier toaletowy” I oczywiście wszystko za pieniądze. Ile warte są te dyplomy – wiedzą tylko Ci – co je zdobyli… czy zapłacili za nie… Okazało się, że ten „papier toaletowy” – przynosił bardzo duże profity – pracę w Spółkach Skarbu Państwa – w Radach Nadzorczych – czyli – generalnie – nic nie robienie – cztery razy przyjazd na posiedzenie Rady – wypicie kawy – i odebranie pensji – czasami do 250 tyś. polskich złotych – przez cały rok – czyli pensja za cztery dni pracy. No i oczywiście wypłata delegacji – bo członkowie Rad Nadzorczych byli – od siedziby spółki , którą nadzorowali – oddaleni o setki kilometrów. Ten proceder trwał wiele lat – może nawet dwadzieścia – dwadzieścia pięć ? Gdzie było rząd ? – gdzie były służby nadzorujące przekręty ? – a może wszyscy byli w tym procederze „ugotowani” – czyli zamieszani i czerpiący z tego profity – oczywiście wszyscy. Teraz wróćmy do meritum sprawy… Rektor Collegium Humanum – Paweł C. był wcześniej rektorem w Wyższej Szkole Menedżerskiej (WSM) w Warszawie, założonej przez Stanisława Dawidziuka w latach 90. S.Dawidziuk to były lektor KC PZPR, który doktoryzował się na Wojskowej Akademii im. Dzierżyńskiego („lektorzy” zajmowali się partyjną propagandą) w 1974 r. Kształciła ona komunistycznych „oficerów politycznych”. Już po upadku komuny S. Dawidziuk utrzymywał kontakty z tym samym prorosyjskim środowiskiem byłych działaczy PZPR, co Paweł C. On również dostawał od nich nagrody za współpracę. Paweł C. i S. Dawidziuk część swoich stopni naukowych zdobyli na słowackich uczelniach. To placówki zaangażowane jeszcze kilkanaście lat temu w proceder tzw. turystyki habilitacyjnej czy doktorskiej, ukrócony niedawno przez zmianę przepisów. S. Dawidziuk habilitację uzyskał w 2015 roku na Wyższej Szkole Nauk o Zdrowiu i Pracy Socjalnej im. Św. Elżbiety w Bratysławie. Aby zdobyć tam habilitację, nie trzeba było nawet przedstawiać monografii (książki) własnego autorstwa. Dopuszczano… zamienniki. Wystarczyło pięć artykułów lub dwa rozdziały z pracy zbiorowej – co w Polsce nie byłoby możliwe. Natomiast obowiązkowe było wpłacenie 10 tysięcy euro. W tej samej słowackiej szkole rok wcześniej doktorat obronił – Paweł C. – wówczas rektor w szkole WSM Stanisława Dawidziuka. Zdobył on na Słowacji także dwie habilitacje – na Katolickim Uniwersytecie w Rużomberku i na Uniwersytecie Preszowskim. Można powiedzieć – ogromny talent i wybitny naukowiec. Śmiało można stwierdzić, że te tytuły uzyskane w ramach tego procederu, chociaż formalnie uznawane w Polsce, w środowisku naukowym uchodzą za bardzo mało wątpliwe i chluby nie przynoszą. Swoją drogą – wokół pierwszego doktoratu Pawła C. obronionego na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie w 2004 roku wybuchła afera. Ustalono, że ponad sto stron pracy doktorskiej Pawła C. pokrywa się z tekstem książki innego autora… Sprawę rozpatrywała senacka komisja w Wyższej Szkole Menedżerskiej w Warszawie, której Paweł C. był wówczas… rektorem. Nic dziwnego, że stwierdzono, iż plagiatu nie było… Ja już się gubię w tym wszystkim – ile ci Panowie mają tych tytułów naukowych ? Paweł C. i S. Dawidziuk współpracowali także z prywatną szkołą wyższą na Słowacji – Vysoka Skola Bezpecnostneho Manazerstva (VSBM) w Koszycach. To kolejna szkoła wyższa, która wpisuje się w schemat aktywności byłych komunistów. Miała dwóch założycieli. Jednym z nich był (dziś nieżyjący) Milan Čič- znany komunistyczny polityk czechosłowacki. Drugim – Marian Mesároš, który ukończył Wojskową Akademię Lotniczą Związku Radzieckiego w Moninie pod Moskwą – KUŹNI kadr dowódczych sił lotniczych ZSRR. To właśnie szkoła Mesároša i Čiča przyznała w 2016 roku

Dyplom za…. Dowiedz się więcej »

QUO VADIS AMERYKO ?

Robert Wójcik o refleksjach po wyborach na prezydenta w Stanach Zjednoczonych i zwycięstwie Donalda Trampa w 2024 roku. Donald Trump – wygrał wybory. To miliarder i celebryta, który zmienił oblicze amerykańskiej polityki. Jego prezydentura w latach 2017-2021 naznaczona była chaosem i skandalami. W tegorocznej kampanii sam przedstawiał się jako kandydat „ludzi zapomnianych”, walczący o „odebranie” USA lewicowym elitom. Od wyniku wyborów zależało, czy wróci do polityki, czy zapisze się w historii jako oskarżony o liczne przestępstwa. Spraw w sądach amerykańskich jest wiele. Wygrał – zrobił NOKAUT. Prezydent Donald Trump urodził się w 1946 roku w bogatej rodzinie w Nowym Jorku jako jeden z trzech synów znanego z bezwzględności dewelopera z Queens o niemieckich korzeniach – Freda Trumpa i imigrantki ze Szkocji Mary Anne. Ma pochodzenie – niemiecko – szkockie. Zasadą, jakiej jego ojciec – Fred Trump nauczył swego syna – Donalda Trumpa, jest to, że trzeba być zwycięzcą. (ZWYCIĘZCĄ) – czyli człowiekiem , która gra twardo i chce wygrać. Po trupach – do celu. Jeśli oznacza to wyznaczanie reguł, to wyznaczy reguły i będzie chciał, by inni grali zgodnie z nimi. Sam Donald Trump twierdził często podczas wieców przedwyborczych, że o ile jego matka z pewnością spogląda na niego z góry z nieba, to wątpliwe jest- a wręcz niemożliwe – by tam trafił jego ojciec. Za młodu – nasz Donald Trump chciał zawodowo grać w baseball lub robić karierę w Hollywood. Ojciec zapisał go jednak do wojskowej szkoły średniej, która – jak przyznał po latach – nowo wybrany prezydent USA – nauczyła go dyscypliny. Następnie Trump studiował ekonomię na nowojorskim Fordham i prestiżowym Uniwersytecie Pensylwanii. Twierdził – niezgodnie z prawdą – że był tam najlepszym studentem w swojej klasie, choć nigdy nie udostępnił swoich wyników – co więcej posługując się groźbami naciskał na te szkoły, by nie udostępniały dziennikarzom i mediom jego świadectw czy dyplomów. Czegoś się bał – chyba nie było – „prymusem” na tej uczelni. A ja też nie byłem prymusem – ale w końcu się obudziłem – jak mi kiedyś powiedziała mój kochany – nieżyjący już nauczyciel. Ach – wspomnienia… W latach studiów uniknął służby wojskowej w Wietnamie !!! – a potem został z niej zwolniony z powodu „domniemanych” ostróg piętowych. Po zakończeniu edukacji Donald Trump rozpoczął pracę dla ojca w branży nieruchomości. Rozszerzał rodzinny biznes – skoncentrował się na bardziej prestiżowym Manhattanie, zdominowanym przez nowojorską śmietankę towarzyską, o której by można długo i ciekawie pisać. Ale to nie ten temat. Trump uczył się poruszania w świecie biznesu, czy show-biznesu i polityki od swojego mentora, niesławnego prawnika Roya Cohna znanego z nieczystych zagrywek, niepłacenia rachunków, łamania pisanych oraz niepisanych zasad i konszachtów z mafią nowojorską i nie tylko z nią. Donald Trump w tym czasie zasłynął m.in. budową wieżowca Trump Tower i był gwiazdą kolorowych magazynów. Jak napisał magazyn „The Atlantic”- manhattańskie elity nigdy go tak naprawdę nie zaakceptowały i traktowały Trumpa – jak „kolejnego nuworysza o złych manierach i niesmacznej skłonności do autopromocji”. Takie są te „elity” – ale taki też był Trump – jego wizerunek. I nastąpiły też upadki – W latach 80. i 90. ub. wieku- nieudane inwestycje Trumpa m.in. w ligę futbolu amerykańskiego, linie lotnicze i kasyna w Atlantic City w New Jersey doprowadziły go na skraj bankructwa (stan upadłości swoich biznesów ogłaszał sześć razy !!!). Jednak jego fortuna odmieniła się na początku nowego millennium (2000 rok) dzięki reality show „The Apprentice”, w którym oceniał uczestników konkursu starających się o pracę w jego firmie. Dobry pomysł. Po fiasku biznesu w Atlantic City – Donald Trump, w dużej mierze zrezygnował z inwestowania w nieruchomości, skupiając się głównie na promocji swojej marki i zarabiał głównie poprzez udzielanie innym deweloperom i biznesom licencji na używanie swojego nazwiska. Ambicje polityczne zasygnalizował już w latach 80., lawirując między obiema partiami, a nawet snując plany startu w wyborach jako kandydat niezależny. Nie miał ugruntowanych politycznych poglądów, a środowiska konserwatywne zniechęcała jego opinia – o Nim – jako „bawidamka – i playboya”. W 2005 roku ożenił się po raz trzeci ( kochliwy ten prezydent…). Jego wybranką była pochodząca ze Słowenii – obecnie jego żona – Melania Knavs – obecnie Trump – swoją drogą – piękna kobieta, która wygląda bardzo młodo przy tym 78 -letnim facecie. No cóż – miłość nie zna granic. Tak a’propos – chodzi o jego urodę – szczególnie twarz – nie wiem dlaczego On jest zawsze żółty – czy pomarańczowy. Może zatrudnia jakąś „azjatycką” wizażystkę ? Sytuacja zmieniła się w 2015 roku. Mimo że prezydenckie aspiracje Donalda Trumpa były znów początkowo wyśmiewane jako niepoważne, jego populistyczny program, szokująca antyimigracyjna i antyestablishmentowa retoryka oraz showmańska charyzma trafiły na podatny grunt na mieszkańców Ameryki – oni nie wiedzą co to jest prawica czy lewica. Oni patrzą w to co ktoś obiecuje – czyli polepszenie zasobów swojego portfela – rozciągnięcie nożyc zarobkowych. Trump wykorzystał to doskonale- obiecując „góry złota” czyli zasobne w dolary portfele. Najpierw zdominował republikańskie prawybory, a potem wbrew wszelkim oczekiwaniom i mimo szeregu oskarżeń o molestowanie seksualne kobiet – odniósł w 2016 roku wyborcze zwycięstwo nad byłą pierwszą damą i szefową dyplomacji – żoną poprzedniego prezydenta – Panią Hillary Clinton ( jej maż – też nie był święty…) Prezydentura Trumpa, podobnie jak jego kampania wyborcza, była naznaczona chaosem, skandalami i burzyła wiele zasad amerykańskiej polityki. Targany wewnętrznymi konfliktami – Biały Dom nie był w stanie zrealizować wielu obietnic wyborczych – wyjątkiem były cięcia podatków, deregulacja i ograniczenie nielegalnej imigracji z użyciem drakońskich metod – lecz do czasu pandemii – Trumpowi sprzyjała koniunktura gospodarcza. Mimo początkowo silnej wewnętrznej opozycji w Partii Republikańskiej – a po zamieszkach na Kapitolu – ostracyzmu ze strony części liderów partii – dzięki charyzmie i sile wiernego mu elektoratu, udało mu się niemal w pełni podporządkować sobie partyjne władze. W swej karierze – Donald Trump wielokrotnie był w centrum sporów prawnych i nieraz był przedmiotem prokuratorskich śledztw. Według byłego prokuratora Jima Zirina – Trump był stroną 3,5 tys. pozwów (był pozywany za niepłacenie kontrahentom i pracownikom oraz dyskryminację). Tylko w ostatnich latach jego „uniwersytet” (w praktyce seminaria dotyczące rynku nieruchomości) – był ścigany za oszustwa

QUO VADIS AMERYKO ? Dowiedz się więcej »

„Lud obrzucił błotem króla …”

Dr Robert Wójcik o wydarzeniach powodzi w Hiszpani w kontekście prawdy na kilku płaszczyznach. Pytanie – dobrze czy źle ? Według mnie – dobrze. Hiszpania podnosi się po jednej z najtragiczniejszych od dekad powodzi. Wiadomo, że zginęło co najmniej 215 osób, a kilkadziesiąt wciąż uznaje się za zaginione. podwojono liczbę mundurowych skierowanych na zdewastowane tereny. Pojawiają się pierwsze próby wyliczenia strat spowodowanych żywiołem. Wiele wskazuje na to, że przekroczą one barierę 15 mld euro. Premier kraju (Hiszpanii) przedstawił we wtorek ( 5.11.2024) plan odbudowy zniszczonych obszarów… obiecanki- cacanki …. Sześć dni po dramatycznych powodziach na południowym wschodzie kraju wciąż nie jest znana ostateczna liczba ofiar. Według różnych źródeł zginęło co najmniej 215 lub 217 osób, choć z powodu dużej liczby zaginionych cały czas istnieje obawa, że ostateczny bilans będzie jeszcze gorszy. Wiadomo, że najgorsza sytuacja panuje w Walencji, w której zginąć miało co najmniej 211 osób. Tam również straty materialne są największe. W wielu miejscach całkowicie została zniszczona infrastruktura. Choć trudno nawet w przybliżeniu ocenić finansowy wymiar strat, według specjalistów będą one gigantyczne. Jednak najgorsze jest to , że zginęli ludzie – śmierć była straszna – okrutna. Służby ratunkowe cały czas zmagają się z potężnym wyzwaniem. Dlatego też premier ogłosił, że w ciągu trzech dni podwojono liczbę żołnierzy i policjantów skierowanych na zniszczone tereny. Obecnie pracuje tam 15 tyś. żołnierzy. Swoją drogą – można było inaczej – poinformować ludzi w odpowiednim czasie – że się szykuje Armagedon powodziowy – nie zrobiono tego w odpowiednim czasie. Chyba liczono na cud – który stał się tragedią i pochłonął wiele istnień ludzkich. Nie wiem jak wyrazić skalę tej powodzi… powodzi tzw. „błyskawicznej” Parking pod supermarketem Mercadony, czołowej sieci handlowej Hiszpanii, w miejscowości Paiporta był pełen, gdy ulicami miasta zaczęły płynąć błyskawicznie – ogromne potoki wody – to była fala jak na morzu. Błyskawicznie cała miejscowość została zalana średnio dwoma metrami wody. Zalany został też parking. Ile osób znalazło w nim śmierć? Strażacy dopiero teraz zaczynają to odkrywać. Wcześniej wjazd do parkingu był całkowicie zablokowany, nie tylko niezliczoną ilością aut, które tu przyniosła wezbrana woda, ale i dobytku, jaki wyrwała z sąsiednich mieszkań. Takich tragedii w regionie Walencji rozegrało się wiele. W niedzielę ( 3.11.2024) do Paiporty przyjechał król Filip VI z królową Letycją, a także premier Pedro Sanchez i przewodniczący rządu regionalnego (Generalitat) Walencji – Carlos Mazon. Zostali powitani okrzykami „hijo de puta!” (skur…synu) i „fuera!” (won). W kierunku monarchy i jego otoczenia rzucano błotem, różnymi przedmiotami. Król próbował rozmawiać z rozżalonymi mieszkańcami miejscowości. No i po co ? Dobrze , że go obrzucono błotem – może niepotrzebnie wyzwiskami. Królowej też się nieźle oberwało … Premier rządu Hiszpanii – pod asystą ochrony szybko „ dał nogi” – czyli uciekł. Władze – premier, król, królowa, przewodniczący rządu regionalnego Walencji – zareagowali „katastroficznie” za późno. Gniew to wynik poczucia, że władze przyszły na odsiecz potrzebującym bardzo późno – po czasie. Przede wszystkim – AEMET -hiszpańska służba meteorologiczna, od wielu dni ostrzegał o nadejściu DANA, zjawiska nazywanego niskim ciśnieniem na dużej wysokości. To układ, w którym wilgotne powietrze znad coraz bardziej (z powodu zmian klimatycznych) rozgrzanego Morza Śródziemnego zderza się z zimnym powietrzem nadchodzącym nad Półwysep Iberyjski z północy. Z tego powodu w ciągu kilku godzin na okolice Walencji spadło tyle wody, co zwykle w ciągu roku – około 490 litrów na 1 m2 – w błyskawicznym czasie – góra 4-6 godzin ( za zwyczaj tyle deszczu w tym regionie spada przez cały rok). Choć jednak AEMET już we wtorek rano (29.10.2024) podniósł stan alarmowy do najwyższego poziomu, władze Wspólnoty Walencji ostrzegły o tym mieszkańców dopiero późnym wieczorem, gdy już runęła potężna ulewa. W tle jest jak zwykle polityka. Carlos Mazon (przewodniczący rządu regionalnego (Generalitat) Walencji) stanął na czele rządu utworzonego przez konserwatywną Partię Ludową (PP) w porozumieniu z postfrankistowskim Vox, którego lider Santiago Abascal otwarcie podważa istnienie ZMIANY KLIMATU. Premier Sanchez twierdzi, że nie chciał interweniować, aby nie spotkać się z zarzutem, że podważa prerogatywy władz regionalnych. Wielu podejrzewa jednak, że jego celem było zrzucenie całej odpowiedzialności za to, co sam nazwał „największą katastrofą naturalną w Hiszpanii w tym wieku” na politycznych konkurentów. No i teraz mamy obraz władz i rządzących – coś paskudnego – niewyobrażalnego – ale prawdziwego. Tak jest prawda. A teraz trochę naukowo – Zjawiskiem, które przyczyniło się do kataklizmu w Hiszpanii , jest DANA, zwana również potocznie „zimną kroplą”. Na czym polega to zjawisko? Przyczyną ulewnych deszczy, które wywołały tą powódź, było zjawisko pojawiające się w określonych warunkach pogodowych we wrześniu oraz październiku, gdy temperatura wody w Morzu Śródziemnym jest jeszcze wysoka po lecie. DANA, czyli w języku hiszpańskim – początkowo nosiła nazwę gota fría (zimny niż/zimny front lub dosłownie: zimna kropla), która to nazwa nadal jest używana w języku potocznym. Zjawisko to polega na oddzieleniu się na dużych wysokościach zimnej masy powietrza, co powoduje gwałtowne burze i opady. Masa powietrza oddzielająca się od bardzo zimnego prądu trafia na warstwę ciepłego powietrza, a to powoduje zaburzenia atmosferyczne, które mogą być tragiczne w skutkach. Ponadto masa ta może być niemalże nieruchoma nawet przez kilka dni lub czasami przemieszczać się na zachód, czyli w kierunku, który jest przeciwny do dominującego przepływu powietrza. W Hiszpanii DANA pojawia się wówczas, gdy bardzo zimny polarny front powietrza przesuwa się nad Europą Zachodnią na dużej wysokości, zwykle wynoszącej od 5 do 9 kilometrów. Zderza się z ciepłym i wilgotnym powietrzem znad Morza Śródziemnego. We wrześniu i październiku woda jest wciąż nagrzana po lecie, co sprawia, że morze staje się swojego rodzaju „gorącym” kotłem. Gdy te dwie masy się zderzą, pojawiają się gwałtowne burze z bardzo intensywnymi opadami deszczu. Aby odpowiedzieć na pytanie, czy za gwałtowne burze, które nawiedziły Hiszpanię, odpowiadają zmiany klimatu, konieczne są analizy, które wymagają czasu. Jednak da się zauważyć taką zależność – absolutnie – i potwierdzają to wybitni hydrolodzy i klimatolodzy – ale jak zwykle ich się nie słucha. Im wyższa temperatura Morza Śródziemnego, tym cieplejsze i bardziej wilgotne są masy powietrza, które nad nim powstają, a tym samym nagłe i groźne zdarzenia pogodowe mogą być częstsze.  Według mnie w niedalekiej przyszłości będziemy świadkami coraz większej liczby takich gwałtownych

„Lud obrzucił błotem króla …” Dowiedz się więcej »

Odpocznę sobie na starość…

Zastanawiam się czy ktoś opisał wejście w jesień swojego życia z równą obserwacją i rejestracją otaczających nas czasów. Zachować optymizm, dystans i szukać prawdy dalej bez okłamywania się, że się starzejemy, że nadeszła jesień życia. Mamy listopad , ale też dla wielu z nas nadeszła jesień życia, która każdego czeka – bez wyjątku. Uczymy się od innych, mądrych, rozsądnych ponieważ to jest właściwe wyjście. Zapraszam na jedyny w swoim rodzaju tekst dr Roberta Wójcika, a ja dołączam swoja ilustrację – Mierzęcin, z którym autor artykułu związał dziesięć lat swojego życia – Marzanna Leszczyńska Naciśniecie czerwonego prostokąta z czerwoną strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film z muzyką. Koniec lutego tego roku – „pożegnanie” . Jest piąta nad ranem – dziś już ostatni dzień – nazajutrz nie muszę iść do pracy – pozostało rozstanie. Dziwne – ale się nie denerwowałem. Byłem bardzo spokojny – nic mnie nie wzruszało – szkoda mi tylko było samochodu służbowego ( zawsze je miałem…) Tak – jakieś to wszystko było – bez emocji, owszem były przemowy. Mało ludzi – i dobrze. Ciasto i kawa, trochę alkoholu – i miłe prezenty – od nielicznej grupy znajomych mi sercu. Inni nie przyszli – no bo i po co. Może mnie nie lubili ? – a może żeby się nie przekonać o tym , że mi zazdroszczą. Chciałem, aby to szybko się skończyło – to rozstanie. Szału nie było – nie liczyłem na to – bo to ostatnie rozstanie z pracą – która nie była moją pasją. Swoje serce zostawiłem gdzie indziej… W ciągu przeżytych lat zbierałem różne doświadczenia, gromadziłem wspomnienia i emocje. Nikt z nas nie jest wolny od złych doświadczeń, a były takie – ale jest też tak, że każdego spotykają także chwile dobre i piękne. Były i te i tamte. Boże – ile bym zrobił rzeczy inaczej ? – to jest ciągłe pytanie, które dziś w ten jesienny poranek gdzieś tam błąka się w moich myślach. Czy jak emeryt – jest mi lepiej ? Nie wiem ? Wiem, że to, jak będę się starzeć, w dużej mierze zależeć będzie ode mnie i nie mamy tu na myśli np. czynnego wypoczynku na świeżym powietrzu czy odpowiedniej diety lub innych form zdrowego stylu życia. Tego chyba mam dużo. Wstaję o szóstej rano i idę na spacery z moimi czworonożnymi członkami rodziny – pieskami – mam ich czwórkę ( czasami piątkę). Wieczorem , a czasami w dzień – powtórka. To dobre ponad dwie godziny aktywnego spaceru. Do tego dochodzą schody – dokładnie 22 stopnie. Są też pewne słabości – każdy je ma. Na tych spacerach towarzyszy mi przysłowiowy „papierosek”. Ale jestem pewien, że kolosalne znaczenie ma psychika i umiejętność radzenia sobie ze stresem. Staram sobie uświadomić siłę pozytywnego myślenia na sposób radzenia sobie z nadmiarem czasu. Nie jest to łatwe i mam z tym kłopot. Czuję, że nadszedł czas wspomnień – w zasadzie ich kumulacja. Chyba miałem, za bardzo intensywny tryb życia. Muszę zaakceptować starość – taką jaka jest … To trudne. Zastanawiam się skąd powiedzenie „jesień życia”? I dlaczego po tej jesieni nie ma zimy? No jest – ona zawita prędzej czy później, gdy w pędzie codzienności zatrzymam się jeden czy dwa metry pod ziemią. Mowa polska zna wiele eufemizmów, których używa się po to, by nie wspominać o starości. „Jesień życia” to pikuś. Mówi się też o „złotym wieku”. Nie wiem czemu. Do stawek emerytur to na bank się nie odnosi. Mam też wrażenie, że jakby ostatnio ludzie rzadziej  „umierali”. Częściej się mówi: kończą bieg życia, odchodzą do Pana, finiszują ziemską wędrówkę, przekraczają próg wieczności itd. Takie eufemizmy i synonimy, które są chyba miąższem literatury – coraz bardziej są słyszalne w mediach. Spoko. Mi pasuje. I będzie pasowało, dopóki przez to nie przegapię swojego własnego „przemijania”. „Trzeci wiek” może i brzmi romantycznie, ale może też być wymówką dla braku produktywności ludzi starszych w porównaniu do tych na etacie. Prędzej przemawia do mnie określenie „zmierzch życia” – tyle, że podobnie jak o starości, nikt o nim nie wspomina. Znam jeszcze inne, wyszukane określenie: „wiek matuzalowy”. Odczytuję je jak pobożne życzenie, biorąc pod uwagę fakt, że rzeczony biblijny Matuzel miał żyć 969 lat. Nie .., nie chcę tak długo żyć. Moje przemyślenia o „Starości” : Starość – z jednej strony wydaje się być pojęciem neutralnym, opisującym określoną fazę życia, z drugiej natomiast — stanowi ono jakieś dziwne tabu – chyba językowe. Innymi słowy starość nie jest traktowana — również przez badaczy tego zagadnienia — jako naturalna faza życia (jak np. młodość), o której możemy swobodnie mówić czy pisać, ale jako faza życia obciążona ciężarem symbolicznym – faza, o której trzeba mówić delikatnie, ważąc słowa, tak aby nikogo nie urazić. Można bez przeszkód mówić o kimś, że jest człowiekiem młodym, trudniej — że jest człowiekiem starym. Starość wydaje się być traktowana jak wstydliwa choroba bądź inna przypadłość. Warto przy tym zauważyć, że pojęcie „stary” może odnosić się zarówno do wieku, jak i do np. zażyłości („stary kumpel”) i wtedy nie tylko nie stanowi tabu, ale budzi bardzo pozytywne skojarzenia. W tym miejscu pragnę postawić pytanie o to, czy sam fakt tabuizacji starości nie przyczynia się w rezultacie do jej faktycznego stygmatyzowania? Może tak , a może nie. Ale mam wrażenie, że obecnie także mamy do czynienia z ambiwalencją starości. Z jednej więc strony sięgamy po pozytywne pojęcia kojarzone ze starością, takie jak np. „senior”, czy „nestor”. Określenie „babcine” kojarzy się bardzo rodzinnie i ciepło. Starość kojarzona jest z mądrością (co np. bywa symbolizowane przez siwy włos), dojrzałością, dostojnością, szlachetnością, doświadczeniem, autorytetem, szacunkiem. W wielu kulturach decydującą rolę pełni tzw. starszyzna, która też cieszy się największym szacunkiem pozostałych członków społeczności. Osoba starsza pierwsza podaje rękę na przywitanie, jako pierwsza zabiera głos w grupie. Przecież pierwsze obrady w polskim parlamencie po wyborach prowadzi marszałek senior, będący najstarszym posłem lub senatorem. I wreszcie, Pana Boga symbolicznie przedstawia się niekiedy jako dobrego i mądrego starca z siwą brodą (abstrahuję w tym momencie od trafności wspomnianej metafory starca, która może się przyczyniać do bardzo uproszczonego postrzegania Boga i religii). Wśród innych norm kulturowych warto wymienić

Odpocznę sobie na starość… Dowiedz się więcej »

„Pcim”- Gorzów -„pipidówka” – czyli wielki Gorzów Wielkopolski…

Szanowni Państwo – kończymy temat Gorzowa Wielkopolskiego – chodzi o zmianę nazwy miasta. To nasza decyzja – portalu http://www.idealzezgrzytem.pl. Nic więcej nie będziemy publikować na ten temat. Dołożyliśmy tam swoją małą cegiełkę – zaznaczamy – jesteśmy zwolennikami pozostawienia nazwy miasta – czyli Gorzów Wielkopolski. Zastrzegamy – wszystko będziemy bacznie obserwować – mimo ciągłego „boksowania nas” – czyli straszenia po nocach jakimiś smsami, mailami, wpisami na Fb. Ten absurdalny pomysł o zmianie nazwy miasta – to były „ duby smalone” – ja bym powiedział jeszcze bardziej dosadnie. No bo jak można twierdzić, że nazwa Gorzów Wielkopolski świadczy o tym, że to jest „pipidówka” czy „pcim” . No tak – jeżeli będzie tak dalej – jak jest teraz, że Gorzów Wielkopolski się wyludnia – i niedługo będzie mieć mniej niż 100 tysięcy mieszkańców – może wtedy będzie „pipidówką” czy „ pcimem” – Ale na pewno zmiana nazwy miasta – jej skrócenie – nie pomoże temu miastu w stopniowym wyludnianiu i „starzeniu się” – pogorszy , bardzo pogorszy ten problem. Komitet „66” i ich inicjatywa, wszystko robił aby ku temu dążyć. Obłęd. Gorzowianie Wielkopolscy dali wyraźny sygnał komitetowi „66” w ankiecie, która powstała ( o ironio ..) na życzenie tego komitetu. Nie wspomnę o bardzo dużym wsparciu komitetu przez dziennikarzy, media czy też polityków – niezrozumiałe to dla mnie. Chyba było za mało cygar i kostek lodu w szklankach na tych „salonach” gdzie ten pomysł powstawał – swoją drogą wyciągany „ jak trup z szafy” już któryś raz. Czy to jakaś tajemnica, którą ktoś skrzętnie ukrywa ? A może coś innego ? A może pych, buta, arogancja, nonszalancja, że tylko „My” mamy rację – czyli „Elyta” – ja bym użył w tym momencie innego słowa – NIEUDACZNICY. Nie mieli sensownych argumentów, które były słabe, naciągane, wydumane. Kompletne amatorstwo. Narobili dużego bałaganu medialnego – bo obecnie cała Polska śmieje się z tego pomysłu zmiany nazwy miasta – zobaczcie to na stronach profesjonalnych portali na ekranach waszych komputerów. Nie wiem czy macie świadomość – zwracam się do komitetu „ 66” – jej członków i głównych inicjatorów – że pozostawiliście jakiś swój ślad w szeroko pojętych mediach i będziecie na zawsze kojarzeni z tą nie przynoszącą chluby Gorzowowi Wielkopolskiemu – inicjatywą czy absurdalnym pomysłem. Tam są Wasze nazwiska i imiona – Wasze tytuły naukowe i stanowiska zawodowe. Nadchodzący czas szybko to zweryfikuje. Sami to zauważycie już niedługo. Czy Wy tego nie czujecie ? – nie widzicie ? Proponuję zobaczyć się w lustrze – tam zobaczycie siebie – te swoje „ja”. Najlepiej to zrobić rano – i się zastanowić nad jednym – co ja zrobiłem lub robię dla tego miasta – Gorzowa Wielkopolskiego? Do członków komitetu „66” – proponuję zajmijcie się swoimi sprawami zawodowymi – w „waszym ogródku” . Wszak macie wiele różnych obowiązków i zadań. Nie wiem co dokonaliście dobrego dla tego miasta i jego mieszkańców. Ale wiem jedno – tragedia w OW NFZ, śmieci najdroższe w Polsce, uczelnia produkująca niepotrzebne tzw. „słabe” dyplomy. Proponuję – Zróbcie sobie taką „samo-ocenę” – czy jesteście zadowoleni z siebie ? Ja powiem krótko – „kończ waść wstydu oszczędź”. Ale tak nie jest – „Elyty” nie mogą się pogodzić z porażką i nadal próbują przeforsować swój absurdalny pomysł. Cóż – przegrywać trzeba umieć. Widać, że nie każdy to potrafi i nie każdego na to stać. Ale to Wasza sprawa. Gorzowianie Wielkopolscy – już Was ocenili. Przypominam – pod koniec sierpnia ogłoszono wyniki ankiety internetowej oraz formularzy papierowych. Wynik mówi sam za siebie – okazało się, że 2/3 z około 7 tys. osób opowiedziało się za dotychczasową nazwą ( czyli 75 %). Prezydent miasta Gorzowa Wielkopolskiego – Pan Jacek Wójcicki wyraźnie powiedział, że kończy sprawę – definitywnie. Choć w teorii radni mogliby przegłosować zmianę (konsultacje są wymogiem przy zmianie nazwy, ale nie muszą być wiążące), Pan Prezydent stanął po stronie większości głosujących. Tym samym ostudził  „przepchnięcie ” odcięcia przymiotnika z nazwy miasta. A to Panie Prezydencie – wielu Gorzowian zapisze Panu na plus. Wszak to któraś kadencja – będą następne. Problemem Gorzowa Wielkopolskiego od wielu lat – jest brak prawdziwych elit – politycznych , przede wszystkim naukowych, biznesowych, brak wsparcia dla prywatnej przedsiębiorczości, a o szeroko rozumianej kulturze już nie wspomnę. Tragedia w mediach – są jak chorągiewki – jak zawieje – tak będą pisać lub tworzyć coś w mediach czy gazetach. Absolutna negacja rzeczywistości. Koniecznie do głębokiej transformacji – jesteście „ zależni” , a nie „ niezależni”. Wam – Gorzowianom Wielkopolskim potrzebni są wizjonerzy – sprawdzeni zawodowcy i praktycy, którzy mają osiągnięcia w swoim dorobku zawodowym – po prostu – trzeba postawić na ludzi skutecznych i przede wszystkim młodych. Gorzów Wielkopolski trzeba odmłodzić – przyciągnąć młodzież. Wam jest potrzebna koniecznie elita intelektualna i jej ciągłe tworzenie. Jej nie ma – jest marazm. Oby się tylko coś opłacało w jakimś układzie. Wam jest potrzebna rozbudowa dróg krajowych i międzynarodowych i infrastruktury kolejowej . Wam – Gorzowianom Wielkopolskim jest potrzebna prawdziwa uczelnia akademicka – z poważnym naukowym zapleczem ( nie ten dziwny „twór” – co jest). A włodarzom tego miasta jest potrzeba wsłuchania się w rzeczywiste problemy mieszkańców Gorzowa Wielkopolskiego. Jest ich wiele. Nie poświęcajcie nigdy więcej czasu na zmianę nazwy miasta, bo to nie świadczy o mądrości. Ale jest „zielone światełko” – coś się dzieje. I to jest fajne. Myślę o małej grupie osób, która aktywnie brała udział, aby ten kuriozalny pomysł nie przeszedł – szczególnie było to widoczne na Fb. Zauważyliśmy to – portal http://www.idealzezgrzytem.pl – starał się im pomóc pisząc artykuły o Gorzowie Wielkopolskim i zmianie jego nazwy . Smutne jest to, że dziennikarze czy media ich nie zauważali. Chyba świadomie to robili, aby komuś się nie narazić i nie zadzierać z ekspertami „Elyty”. A tu taka niespodzianka. Było widać, że są zaskoczeni wynikiem ankiety. Dla tej aktywnej grupy osób – przeciwników zmiany nazwy miasta – DUŻE BRAWA – i jednocześnie nasz przekaz – jeżeli Państwo coś chcą opublikować związanego z problemami Gorzowa Wielkopolskiego portal http://www.idealzezgrzytem.pl jest otwarty – serdecznie zapraszamy. I tyle na ten temat. Obecnie apelujemy do wszystkich Gorzowian Wielkopolskich o pomoc dla powodzian w Kotlinie

„Pcim”- Gorzów -„pipidówka” – czyli wielki Gorzów Wielkopolski… Dowiedz się więcej »

I znów opadną liście, ale zanim…

Zabytkowe parki i pałace prezentują się jesienią szczególnie pięknie. Nie można przegapić momentów przebarwień, są niepowtarzalne, nie identyczne. Spacer w Mierzęcinie jesienią musi się wydarzyć – Marzanna Leszczyńska. Zapraszam na krótką prezentację – zdjęcia i muzykę. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi film. Tekst poniżej dr Roberta Wójcika co roku aktualny. Do jesieni trzeba się przekonać. https://idealzezgrzytem.pl/2023/11/20/mierzecin-zanim-opadna-liscie/ Jeśli życzysz sobie nas wesprzeć w zamian za wytrwałe głoszenie prawdy, zachęcam na wejście na stronę https://patronite.pl/idealzezgrzytem.pl i założenie konta, aby nam pomóc działać aktywnie, rozwijać kanał, umożliwiać realizowanie nowych projektów jak np. tłumaczenie artykułów na obce języki.  Wyświetleń: 174

I znów opadną liście, ale zanim… Dowiedz się więcej »

Kolejna powódź na pewno przyjdzie, pytanie kiedy ?

Kliknięcie na czerwony prostokąt z białą strzałką na obrazku poniżej uruchomi krótki film. „Ta woda to nie rzeka- ona znajduje się kilkadziesiąt metrów dalej” – powiedziała mieszkanka tej posesji Pani Kwit. To jest miejscowość przygraniczna Opawica – film Katarzyna Banach Dr inż. Robert Wójcik dzieli się swoimi refleksjami Polska od kilkunastu dni walczy z wielką wodą. Najtrudniejsza sytuacja jest w południowo-zachodniej części kraju, a na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie – wracają obrazki sprzed lat. To w 1997 roku nadeszła bowiem powódź zwana dotąd „powodzią tysiąclecia”. Sama nazwa sugeruje, że takie zdarzenie wypada raz na tysiąc lat. A dziś do podobnego zdarzenia dochodzi po około 30 latach. Po drodze był jeszcze 2010 rok. Więc musimy być gotowi na to, że tzw. „powodzie tysiąclecia” będą zdarzać się częściej – Nie nazywajmy tego „powodzią tysiąclecia”, ale „kolejną powodzią”. Może lepiej przygotujemy się do tej następnej powodzi za rok , 5, 10 czy 30-40 lat, bo na pewno jej nie unikniemy. Nawet gdybyśmy wydali miliardy miliardów, to i tak w każdej chwili może przyjść takie zdarzenie pogodowe, które nas zmiecie… Powódź jest jedną z najczęściej występujących i najgroźniejszych klęsk żywiołowych. Zdarza się w niemal każdej strefie klimatycznej i powoduje olbrzymie straty społeczne i gospodarcze. Powódź jest zjawiskiem hydrologicznym, polegającym na podniesieniu się stanu wód rzecznych lub morskich i wystąpieniu ich ze swoich brzegów. Powoduje to zalanie terenów lądowych, które w normalnych warunkach nie są zalane wodą. W pierwszej kolejności wodą zalewane są tereny nabrzeżne, doliny i tereny depresyjne. Różne są przyczyny powstawania powodzi. Ze względu na proces, który prowadzi do wystąpienia powodzi, wyróżnia się w Polsce powodzie: – opadowe – wywoływane przez intensywne lub długotrwałe opady, – roztopowe – wywoływane gwałtownym topnieniem nagromadzonego śniegu, – zimowe – wywołane przez nasilenie zjawisk lodowych, np. zator lodowy z kry na rzece, – sztormowe – wywołanych silnymi wiatrami, np. sztormami. Powodzie można skategoryzować jako naturalne lub antropogeniczne. Drugi typ powstaje na skutek niewłaściwego zarządzania urządzeniami hydrotechnicznymi, np. uszkodzenia zapory wodnej, wałów. Dla suchych terenów najgroźniejsze są odmiany błyskawiczne. Do powstania tego zjawiska dochodzi, gdy szybko zalany teren nie może wchłonąć nadmiernej ilości wody. Rodzajem powodzi błyskawicznej szczególnie groźnej dla „zabetonowanych” miast jest z kolei powódź miejska. Dochodzi do niej, gdy w wyniku ulewnych deszczów kanalizacja miejska nie jest w stanie przyjąć tak dużych ilości wody i dochodzi do zalania części lądu. „Powódź tysiąclecia” to określenie klęski żywiołowej, która w 1997 roku dotknęła Polskę, wschodnie Niemcy, Czechy, Słowację i Austrię. Była spowodowana wylewem wód z dorzeczy m.in. Bystrzycy, Kwisy, Nysy Kłodzkiej, Odry, Olzy, Oławy, Prudnika, Skory, górnej Wisły, Widawy i Złotego Potoku. Na skutek powodzi tysiąclecia doszło do śmierci ponad 100 osób. Powódź wywołała ponadto straty szacowane na 4,5 miliarda dolarów, z czego 3,5 mld dolarów w samej Polsce. To straty – a cała odbudowa zniszczeń po powodzi 1997 kosztowało nasze państwo – 34 mld zł. Woda w krajobrazie Kotliny Kłodzkiej i życiu tamtejszych domostw jest na trwale wpisana w jej pejzaż. Od wieków płynęła po górskich stokach, nie licząc się z władzą królów i cesarzy. Budziła niepokój i zachwyt, pracując jak rzeźbiarz nad pięknem krajobrazu. Bo kotlina ta jest wyjątkowa z otaczającymi ją ze wszystkich stron górami, do tego stworzona wręcz, by w czasie obfitych opadów deszczu zmieniać się w zabójcze, niszczycielskie rwące rzeki, wręcz wodospady, które pozostawiają po sobie ogromne powierzchnie zalane wodą. Takie dno jeziora… Na tamtejsze góry spada co roku około 1000 litrów wody na metr kwadratowy, ale co jakiś czas bywa jej więcej, stąd wpisane w pejzaż powodzie. Szczególnie tragiczne pojawiły się w latach: 1310, 1475, 1598, 1783, 1883, 1938 oraz 1997. Do annałów przechodzi właśnie powódź 2024 roku. Niż genueński Boris – sprawca obecnej powodzi – w połowie września rzucił cień nie tylko na Polskę, lecz także na spory kawałek Europy Środkowo-Wschodniej. W niektórych miejscach w ciągu czterech-pięciu dni spadły średnie półroczne opady. W naszym kraju roczna suma opadów w Sudetach wynosi od 900 do 1200 l/mkw., tymczasem od 12 do 15 września posterunek opadowy Kamienica w Masywie Śnieżnika odnotował 370 l/mkw. Na pogranicznych krańcach Śląska Opolskiego spadło do 330 l/mkw. Jaka to ilość wody? – to taka jakbyśmy wylali ponad 3 pełne wanny wody o pojemności 100 litrów w swoim mieszkaniu na podłogę w mieszkaniu na 1 mkw. Licząc średnio powierzchnię mieszkania np. 50 mkw – to mamy 15 000 litrów wody. Chyba ta liczba przemawia od świadomości każdego. Od setek lat niż genueński przemieszcza się tą samą trasą, znad Zatoki Genueńskiej u północnych wybrzeży Włoch, przez Węgry i Austrię, w kierunku południowej Polski. Wędrując w głąb kontynentu zwalania, a czasami na dłużej lokuje swoje centrum na pograniczu polsko-czesko-słowackim. Tor wędrówki pogodowego systemu powodziowego odkrył pod koniec wieku XIX niemiecki meteorolog Wilhelm van Bebber. Wirujący nad Bałkanami i Europą Środkową cyklon sprawiedliwie rozrzuca opady po nizinach i dolinach, ale to góry wypiętrzone na jego trasie są czynnikiem wymuszającym ekstremalne ulewy. Zgodnie z obecnymi modelami klimatycznymi wzrostowi średniej temperatury na Ziemi towarzyszy wzrost ilości pary wodnej w atmosferze, co oznacza wzrost sum opadów. Zagrożenie powodziami jak było, tak będzie, spotęgowane tylko przez ocieplenie klimatu. Do tego powodziowy niż formowany w naturalnym procesie przychodzi nad Kotlinę Kłodzką szybko i nie daje wiele czasu na przygotowania. Pytanie? Czy ktoś domyślał się skali zniszczeń, kiedy pod koniec sierpnia w prognozach dla Europy Środkowej było widać utrzymanie się upału w pierwszej dekadzie września, a później rozbudowę zatoki chłodu, czemu zwykle towarzyszą nawałnice? To starcie między ciepłem a chłodem przyniosło ten ogromny opad deszczu, którego konsekwencją była dramatyczna powódź. Czy można zakładać, że zagrożenie od strony cyklonów genueńskich zmalało? Raczej nie. Większa ilość energii ( przez niespotykany od wielu lat wzrost temperatury ziemi) w systemie woda-atmosfera odbije się we wzroście liczby cyklonów genueńskich, które niosą ekstremalne opady. A biorąc pod uwagę fakt, że występują seriami, tworzą się w krótkich odstępach czasu, będą wielkim problemem w nadchodzącej bliskiej przyszłości.  Smutne to wszystko – w czasach lotów na księżyc, potężnego rozwoju „infrastruktury komputeryzacji naszego życia”, rozwoju sztucznej inteligencji, szybkości przebiegu informacji, dostępnych baz danych, śledzenia wszystkiego co się dzieje na ziemi przez tysiące satelitów – do dziś nie potrafimy zapobiec takim katastrofom – albo przygotować się skutecznie, aby je zminimalizować. Ja tego nie rozumiem absolutnie. Mam takie wrażenie, że „żyję – lub – inaczej – ludzie „żyją” w innym świecie”. – Myśmy ten świat zmienili. Zmieniamy go coraz szybciej. Jestem już pewien, że nasze przyzwyczajenia

Kolejna powódź na pewno przyjdzie, pytanie kiedy ? Dowiedz się więcej »

Czy pokonamy fale Tsunami ?

Niewątpliwie tsunami należy do grupy żywiołów, nad którymi człowiek nie potrafi zapanować. Niesie ono zamęt i zniszczenie ogromnych rozmiarów. Jest doskonałym przykładem, jak bardzo istota ludzka jest bezsilna wobec potęgi Matki Natury. Co to jest Tsunami ??? – jednym słowem – horror – zabija – chociaż jest niespotykanie piękne w swoim złowieszczym zabijaniu ludzi. Tsunami – to dużych rozmiarów fale oceaniczne wywołane podmorskim trzęsieniem ziemi, wybuchem wulkanu, osuwiskiem ziemi lub „cieleniem” się lodowców ( „ cielenie lodowców” to proces odrywania się od czoła lodowca brył lodu pod wpływem siły ciężkości – w powietrzu – lub siły wyporu – pod powierzchnią wody. Bryły lodu mają bardzo zróżnicowane rozmiary – od drobnych okruchów po góry lodowe o powierzchni nawet setek kilometrów kwadratowych). Zjawisko to teoretycznie mogłoby być – i chyba może jest … spowodowane też przez upadek meteorytu – co też jest odnotowane w historii naszego globu – jedna z wersji mówi, że przez upadek meteorytu wyginęły dinozaury … i zaczął się inny świat dla naszej ziemi – Homo Sapiens – czyli my – ludzie. Wtedy jeszcze ludzi nie było – ale było życie – które kształtowało się w dziwaczny i niezrozumiały sposób… ale dziś jesteśmy tego namacalnym przykładem – jesteśmy. Choć kwestią czasu jest tylko to – że zginiemy. I sami jesteśmy sobie winni. Tsunami – choć nazywane jest „wielką falą”, tak naprawdę to seria fal, z których jedna ma charakter dominujący – jest najwyższa i sieje największe spustoszenie. Może mieć (średnio) do 40 metrów wysokości – to potężna siła – zabija wszystko jak uderzy w naszą ziemię – plażę, nabrzeża , porty Odstęp czasu pomiędzy dotarciem każdej z kolejnych fal tsunami do brzegu może wynosić około 30 min. Tak było w przypadku tsunami z 2004 roku, które swój początek miało w pobliżu zachodniego wybrzeża Sumatry na Oceanie Indyjskim. Wywołane przez zbieżny ruch płyt litosfery czyli zewnętrznej, sztywnej powłoki  Ziemi  obejmującej jej  skorupę – zaliczanej do górnej części  tzw. płaszcza ziemskiego. Litosfera jest pojęciem szerszym niż skorupa ziemska. Jest ściśle związana z biosferą oraz hydrosferą, a także atmosferą- miąższość – głębokość  litosfery wynosi od ok. 10 do ponad 100 km, a jej temperatura w dolnej części dochodzi do 700  Celsjusza !!! – Litosfera Ziemi podzielona jest na poruszające się względem siebie płyty, których ruch opisywany jest tzw. teorią tektoniki płyt -powoduje powstawanie w skałach naprężeń i kumulowanie energii – i jej wyzwalaniem. Kiedy energii jest zbyt dużo, masy skalne przesuwają się, powodując drgania, które rozchodzą się pod postacią fal sejsmicznych. W ten sposób powstaje podmorskie trzęsienie ziemi, które jest najczęstszą przyczyną powstania fal Tsunami. Wybrzeża na całym świecie – mogą być atakowane przez kolejne grzbiety fali tsunami w odstępach równych okresowi fali, a więc w przedziałach rzędu kilkunastu lub kilkudziesięciu minut. Cofające się tsunami może sprawiać wrażenie gigantycznego odpływu. Czasami „cofanie” się wody może poprzedzić pierwszy atak Tsunami – tragiczny dla ludzi we wszystkich szerokościach i długościach geograficznych… Tsunami różni się od fali wiatrowej tym, że w falowaniu bierze udział woda na całej głębokości (od dna do powierzchni), a nie tylko jej powierzchniowa warstwa. Po tym, jak fale zostaną wywołane, przemieszczają się po oceanie z prędkością sięgającą nawet 800 kilometrów na godzinę !!! – to tak jakbyśmy jechali samochodem z prędkością – niewyobrażalną !!! – i mogą przebyć cały ocean w ciągu jednej doby – przez 24 godzin – to odległość 19 200 kilometrów – można powiedzieć śmiało – 1/3 długości równika ziemi – i na dodatek przybiera na sile – potęguje swoją niszczycielską moc , jeżeli dojdzie do tego druga erupcja ziemi – co się zdarza – to już katastrofa niewyobrażalna. Ale nie jest aż tak tragicznie – Na otwartym oceanie tsunami porusza się z zawrotną prędkością, ale ma znaczną długość, z tego też względu fala jest stosunkowo niska (przeważnie do 1 metra) i prawie niezauważalna. Nie stanowi więc większego niebezpieczeństwa dla statków. Zbliżając się do brzegu, na szelfie, fala skraca się, przez co jej wysokość znacznie rośnie wraz z podnoszącym się dnem oceanicznym. Docierając do wybrzeża, jej wysokość może przekroczyć 40 metrów (przybliżona wysokość 20 piętrowego budynku … Kolejne fale mogą atakować przybrzeżne miejscowości nawet przez kilka następnych godzin. Najwyższą, czterdziestometrową falą tsunami w XXI wieku była ta, która uderzyła w Indonezję w 2004 roku. Fale tsunami wdarły się na 2 kilometry w głąb lądu na Sumatrze w Indonezji i w Tajlandii, a na wybrzeżu Sri Lanki woda sięgnęła rejonów oddalonych o kilometr od brzegu. Najwięcej takich zjawisk występuje na wodach Oceanu Spokojnego. Gdzie było największe tsunami na świecie? Przerażający kataklizm miał miejsce w zatoce Lituya, na Alasce. W 1958 roku wystąpiło tam trzęsienie ziemi o sile 8 stopni w skali Richtera. W następstwie tej katastrofy, do wody osunęło się 40 mln metrów sześciennych ziemi, w wyniku czego powstała fala o wysokości 524 metrów!  Naukowcy określają takie zjawisko mianem  MegaTsunami. Na szczęście katastrofa miała miejsce w obszarze słabo zaludnionym. Zginęły wówczas tylko dwie osoby. Inne katastrofy pochłonęły znacznie więcej istnień ludzkich. Im głębsza jest woda, tym większa prędkość tsunami. Na oceanie o głębokości 5000 metrów może ona pędzić z prędkością nawet 750 km/h. Średnia prędkość fali sejsmicznej w skałach może się wahać od 2000 do 9000 km/h. Tę właśnie różnicę w prędkości przemieszczania się fal sejsmicznych i tsunami wykorzystuje się do ostrzegania przed potencjalnym kataklizmem. Międzynarodowe systemy alarmowania o niebezpieczeństwie działają na Pacyfiku, Oceanie Indyjskim, w rejonie Karaibów oraz na północno‑wschodnim Atlantyku – są. Te ostatnie obejmują swoim zasięgiem również basen Morza Śródziemnego, gdzie także występują podmorskie trzęsienia ziemi czy wybuchy wulkanów, które mogą spowodować powstanie tsunami. W chwili zarejestrowania fal sejsmicznych powstałych w wyniku trzęsienia ziemi pod dnem morskim, wysłane zostaje ostrzeżenie o możliwości wystąpienia tsunami. W zależności od oddalenia epicentrum od brzegu, czas na reakcję i ewakuację ludności może być bardzo krótki i wynosić od kilku do kilkunastu minut. Te systemy nie są jeszcze bezpieczne – nie ostrzegają ludzi. Po Tsunami z 2004 roku system wykrywania podwodnych trzęsień został znacznie rozbudowany – obecnie składa się z 2 elementów: – detektorów tsunami, – sieci komunikacyjnej pomiędzy ośrodkami, które wzajemnie informują się o niebezpieczeństwie. Wykrywanie tsunami działa na szczeblu regionalnym i międzynarodowym. Mieszkańcy wybrzeży Oceanu Spokojnego mogą zamówić usługę otrzymywania informacji na temat aktualnego zagrożenia przez SMS, przez tzw. Zintegrowany System Monitorujący Tsunami. Odnotowane najbardziej tragiczne Tsunami na naszym globie: – 22 grudnia 2018 – tsunami w Cieśninie Sundajskiej po wybuchu wulkanu Anak Krakatau – Zginęło co najmniej 281 osób. – 28 września 2018 – fala

Czy pokonamy fale Tsunami ? Dowiedz się więcej »

Koźli – czy…. diabelski księżyc ?

Zapraszam na ciekawy tekst dr Roberta Wójcika o pełni lipcowego księżyca. Szczypta wiedzy pasjonata klimatu połączona z obserwacją , ale też obawami. Jak zwykle napisana w niezwykły i pasjonujący sposób. Materiałem, który ubogaci tekst jest krótki film z muzyką i przepięknymi fotografiami Marka Każmierskiego z Nowin Wielkich. Przypomnę, że Pan Marek Każmierski został w tym roku przyjęty do Związku Polskich Fotografów Przyrody – Marzanna Leszczyńska Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi film ze zdjęciami i muzyką. Na zdjęciu dr Robert Wójcik W 2024 roku w lipcu pełnia Księżyca pojawiła się na niebie 21 lipca o godz. 12:19. Wtedy do tarcza ziemskiego satelity była w pełnej okazałości, a dla nas – wszystkich ludzi na świecie – nie tylko osób parających się astrologią – ma to ogromne znaczenie. Według mnie – smutne i katastroficzne. Nie wiem czy ktoś wie o tym, ale dni poprzedzające i następne po tej dacie – według mnie – „diabelskie” trzy dni – zostały uznane w obecnym i poprzednim stulecie za najcieplejsze na świecie – średnia globalna temperatura globu przekroczyła ponad grubo – 17 stopni C ( dni od 20 do 22 lipca 2024 roku) . Skrajnie wysokie ( i też niskie temperatury) , które stają się coraz bardziej powszechne na naszym globie wraz z postępującą – katastrofalną zmianą klimatu, są odpowiedzialne za ponad 5 milionów zgonów na całym świecie każdego roku ( lata 2015 – 2024 – w Europie to ponad 1,1 mln/rocznie – w Polsce – średnia od 2020 roku to ponad 50 tysięcy/rocznie osób…). Nie jest temu winna opisywana pełnia Księżyca w lipcu – ale ludzie – My – mieszkańcy naszej ziemi – Ty i Ja. Ale chyba wszyscy mi przyznają jedną rzecz- ta pełnia w dniu 21 lipca – niesie za sobą jakąś „ceremonię” – jakieś przesłanie – coś niesamowicie demonicznego – według mnie – czasowo rozpoznawalnego – czas końca życia ludzi na tej ziemi. Czy tak musi być ? chyba nie – wszystko zależy od nas – ludzi. Pełnia Księżyca od wieków była świętowana przez ludzi czczących naturę, a każda pełnia ma do dziś swoją charakterystyczną nazwę. Ta występująca w lipcu nazywana jest „koźlim Księżycem”. Skąd wzięła się ta nazwa? Pełnia w lipcu nazywana „Koźlim Księżycem” (ang. Buck Moon) ze względu na to, że w tym czasie młode jelenie (ang. buck) zaczynają rozwijać swoje poroże. Ta nazwa pochodzi z tradycji rdzennych Amerykanów ( Ameryka Północna) , którzy nadawali nazwy pełniom Księżyca, aby łatwiej rozpoznawać pory roku i cykle przyrody. Nazwanie lipcowej pełni koźlim Księżycem przypisuje się Indianom, którzy skojarzyli jej występowanie ze wspomnianym powyżej czasem, gdy kozły zrzucają poroże. Zjawisko określane jest też burzową pełnią, ponieważ w czasie, gdy można zaobserwować je na niebie, towarzyszą mu częste wyładowania atmosferyczne- obecnie niezwykle silne i skumulowane – we wszystkich częściach naszego globu – w Europie – szczególnie dotkliwe i tragiczne dla ludzi . To, co odróżnia koźli Księżyc od przeciętnej pełni to wrażenie, że Księżyc jest o wiele większy niż standardowo, a do tego może się wydawać, że wisi tuż nad ziemią. Jest ogromny, przeraźliwie piękny – ale wygląda tak jakby zbliżał się do naszej planety – i chce ją pochłonąć – tak aby na zawsze została pochłonięta… Różne ludy ( plemiona) na Ziemi używały innych nazw na określenie lipcowej pełni księżyca, takich jak Łososiowy, Malinowy czy Burzowy Księżyc. Celtowie nazywali go Księżycem Ziół lub Księżycem Miodu Pitnego, podczas gdy ludy anglosaskie preferowały termin Sienny Księżyc, odnoszący się do lipcowych sianokosów. Jednym z charakterystycznych aspektów letnich (w lipcu to apogeum, ale w innych miesiącach jest to też widoczne – też w czerwcu – 22 dnia tego miesiąca…) pełni Księżyca na półkuli północnej jest fakt, że tarcza naszego naturalnego satelity znajduje się wtedy nisko na niebie. Dzięki temu nasz ziemski Księżyc – wydaje się większy i często przybiera malowniczy, złocisty odcień ( według mnie diaboliczny – szatański) . Jest to spowodowane tym, że odbite światło Księżyca musi przejść przez grubszy obszar atmosfery ziemskiej, która rozprasza krótsze, niebieskie fale światła. Niektórzy w okresie występowania pełni księżyca skarżą się na złe samopoczucie, lecz są też tacy, którzy wyczekują pełni. Może to „wilkołaki” – a może koneserzy tego niezwykłego spektaklu na niebie. Ja osobiście się tego boję – mam złe skojarzenia z tym „światłem kulistym” w lipcu . Bardzo złe, No cóż – oprócz amatorów astrologii, zakochanych ludzi, innych dziwnych ludzi…. do tej grupy należą także miłośnicy fotografii. Ja nie – ta pełnia mnie przeraża – krótko – boję się jej.   Tym, którym nie udało się zaobserwować „koźlego Księżyca” – tego diabelskiego uroku – a chcą – podpowiadamy, kiedy taka pełnia wystąpi w kolejnych miesiącach tego roku: 19 sierpnia, 18 września, 17 października, 15 listopada, 15 grudnia. Do odważnych świat należy – w moim odczuciu – to normalne zjawisko astronomiczne – ale dla mojej „psychy” – anormalne. Jest od wieku wieków opisywane i ma jakieś przesłanie piękna nocy – złowieszczej nocy – przez to, że tak bardzo malowniczo ubarwionej tym światłem . Ma w sobie to światło coś bardzo niepokojącego – mówiącego o jednym- że szybkimi krokami zmierzamy ku końcowi. Wszystko zależy od nas – od ludzi – żyjących w tym układzie słonecznym … Jak długo – A kto to wie…. dr. Inż. Robert Wójcik Czytelniku! Jeśli życzysz sobie nas wesprzeć w zamian za wytrwałe głoszenie prawdy, zachęcam na wejście na stronę https://patronite.pl/idealzezgrzytem.pl i założenie konta, aby nam pomóc działać aktywnie, rozwijać kanał, umożliwiać realizowanie nowych projektów jak np. tłumaczenie artykułów na obce języki.

Koźli – czy…. diabelski księżyc ? Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry