Autor: Robert Wójcik

„Wszeteczni” polscy królowie i książęta…

Tekst dr Robert Wójcik Walczyli z rywalami, zdobywali ziemie, rządzili mądrze lub niezbyt mądrze. Polscy władcy to nie tylko dostojne postacie z dawnych malowideł. Najwyższa pozycja w państwie pozwalała im luźniej traktować niektóre moralne nakazy i zakazy. Czasem ku zgorszeniu najbliższego otoczenia, czasami za jego przyzwoleniem. Kim byli najbardziej rozpustni władcy Polski? Postrzeganie władcy w dużej mierze zależało od tego jak go postrzegali jemu współcześni. Jeżeli był lubiany, to patrzyli przez palce na jego wybryki. Król był traktowany jak reprezentacja swojego królestwa. Dla autorów średniowiecznych grzeszność króla ściągała gniew Boga na cały naród. Dlatego czasem niepowodzenia i klęski kraju wiązano ze złym prowadzeniem się władcy. Z drugiej strony jeszcze starszy był archetyp (pierwotny wzorzec lub pierwowzór postaci, motywu, symbolu czy schematu zachowania, głęboko zakorzeniony w ludzkiej psychice i kulturze, wspólny dla wszystkich ludzi niezależnie od epoki czy miejsca) władcy-ojca narodu. Jego potencja seksualna oznaczała płodność i dobrobyt, a zdolność do spłodzenia dużej ilości potomków pozwalała nawiązywać sojusze z innymi krajami i zapewniała ciągłość dynastii. Władcy Słowian przed chrystianizacją praktykowali wielożeństwo, tak jak wielu starożytnych władców wielkich cywilizacji Bliskiego Wschodu. Dla chrześcijańskich kronikarzy to jednak była praktyka „dzikich” pogan, którą należało wyplenić. To zmieniło się w renesansie. W okresie renesansu posiadanie kochanek nie było aż tak silnie potępianie jak w poprzedniej epoce. Nieślubne dzieci mieli szlachcice, królowie i duchowni. Nierzadko zdobywały one wysoką pozycję w państwie czy lokalnej polityce samorządnego miasta. Ten model był powszechny przede wszystkim na Półwyspie Apenińskim. Wielu papieży nie kryło się ze swoimi romansami i promowało otwarcie swoje nieślubne dzieci. Nie było wcale rzadkością, że same matki pchały następców tronu w ramiona doświadczonej kochanki, która zarazem była szpiegiem królowej-matki. Model dotarł i do Polski wraz z włoskimi nauczycielami królewskich dzieci, a przede wszystkim z dworem Bony Sforzy. Przymykanie oka na kochanki królów było jeszcze bardziej powszechne w czasach demokracji szlacheckiej. Wobec możliwości wyboru władcy spośród szlachty potomstwo nie było pierwszym jego zmartwieniem. Ważne, żeby nadawał się do zadań jakie w danym momencie stały przed krajem. W XVIII wieku rozwiązłość na dworach królewskich – tym razem głównie na wzór Wersalu – była po prostu w modzie, a faworyty królewskie miały ogromny wpływ na politykę i decyzje personalne władcy. Średniowieczni władcy Polski byli znani z gwałtownego charakteru, co było uważane przeważnie za dobrą cechę. Do ich wybryków seksualnych kronikarze odnosili się różnie. Bolesław Chrobry – z pewnością dokonał przynajmniej jednego, szczególnie haniebnego gwałtu na kijowskiej księżniczce, kiedy zdobył to miasto. Był to jednak raczej akt polityczny. Wiemy, że Chrobry był człowiekiem bezwzględnym, raczej okrutnym niż rozpustnym. Przecława , którą zgwałcił i uprowadził jako nałożnicę z Kijowa, odgrywała w konflikcie z Jarosławem Mądrym ważną rolę polityczną. W ten sposób nie tylko zdobył kobietę, której pożądał, ale upokorzył swojego przeciwnika i jego sojuszniczkę. Jako oznakę politycznej bezwzględności czyn ten był chwalony przez kronikarza. Władysław Laskonogi – nie tylko słynął z rozpusty, ale zginął z rąk dziewczyny, którą prawdopodobnie chciał wziąć gwałtem. Zabójczyni księcia była Niemką i zdecydowanie ich spotkanie nie miało nic z miłosnej schadzki. W późniejszej kronice Jan Długosz , opierając się na nieznanych źródłach, stwierdził wprost, że Laskonogibył nielubiony z powodu „rozpusty i wszeteczeństw”. Kazimierz Wielki – to chyba najbardziej znany lubieżnik wśród Piastów. Z całą pewnością wiemy, że miał słabość do wielu kobiet, Jan Długosz (choć nie wiadomo na jakiej podstawie) przypisuje mu nawet tworzenie rozbudowanego haremu . Faktem jest, że jeżeli jakaś pani działała na jego zmysły, to nie miało znaczenia czy była chłopką, mieszczką czy szlachcianką, chrześcijanką czy żydówką. Jedna z jego najsłynniejszych kochanek to przecież, na wpół legendarna –Esterka. To z jej powodu miał Kazimierz rozszerzyć prawa Żydów w Polsce. Wcześniej kochanką, a potem żoną króla była czeska mieszczka – Krystyna Rokiczana. Kronikarze wspominają też o córce kasztelana sieciechowskiego – Cudce. Jednym z największych żartów historii było to, że Kazimierz, mając wiele nieślubnych dzieci (w tym zdrowych synów), nie doczekał się prawowitego potomka. Paranoja – a niby taki mądry król – Bo zastał Polskę drewnianą – a zostawił murowaną. Wiemy, że kochanki mieli też Mieszko II, Bolesław Śmiały i książę sandomierski Kazimierz Sprawiedliwy. Jednak to nie rozpusta była główną wadą przedstawicieli tej dynastii. Jagiellonowie na tle innych renesansowych rodów Europy wypadają raczej blado (lub jak kto woli – cnotliwie…). Ten obraz w oczach Polaków utrwalił przede wszystkim Kazimierz Jagiellończyk. Król z pewnością aniołem nie był, ale unikał alkoholu, dbał o higienę i tężyznę fizyczną oraz płodził kolejne dzieci z niezbyt urodziwą, ale prawowitą żoną – Elżbietą Rakuszanką. Maciej z Miechowa twierdzi jednak, że król lubił uciechy łoża i stołu, miał też kochanki. Jednak dbał o wizerunek i nie zatracał się w rozpuście. Był przede wszystkim władcą i odpowiedzialnym politykiem. Kto z tej dynastii zasłużył na miano naprawdę rozwiązłego władcy? Przede wszystkim dwóch królów: Jan Olbracht – nigdy się nie ożenił, ale od miłości cielesnej nie stronił. Lubił też dobrze zjeść, a przede wszystkim obficie wypić. Kronikarze zapisali, że co najmniej raz wdał się w bójkę po pijaku. Przyczyną bezpotomnej śmierci polskiego króla była prawdopodobnie kiła, co jest najlepszym świadectwem „ciekawego” życia jakie prowadził. Możliwe jednak, że tak jak jego ojciec i bracia miał skłonność do udaru mózgu i chorób układu krążenia. Poza tym był człowiekiem renesansu – lubiącym naukę, sztukę, ale i dobrą zabawę. Rozpusta na pewno nie była jego dominującą cechą. Zygmunt II August – być może postać tego króla została uromantyczniona, ale bardziej pasuje do niego określenie „kochliwy” niż „rozpustny”. Mówi się nawet, że w ramionach kobiet szukał ucieczki od swojej depresji, zimnej relacji z matką, a później lekarstwa na liczne dolegliwości. Chociaż nie stronił od kochanek, prawdziwą miłością jego życia była (podobno równie rozwiązła…) Barbara Radziwiłłówna. Ten król jest może bardziej znany jako patron okultyzmu niż rozpustnik. Co czyni go postacią równie ciekawą, ale z zupełnie innych powodów. Chętnie współpracował z ówczesnymi magami, alchemikami oraz astrologami. Jednym z jego celów miało być przecież przywołanie ducha ukochanej Barbary. Zmieniały się czasy, obyczaje i kryteria wyboru władcy. Tylko Wazowie liczyli na zakorzenienie na polskim tronie. Co oczywiście nie powstrzymywało ich przed romansami. Z tej dynastii najbardziej rozpustny był Jan Kazimierz– młodszy syn Zygmunta III Wazy. Jego

„Wszeteczni” polscy królowie i książęta… Dowiedz się więcej »

Trzej Królowie … inaczej …

Dr Robert Wójcik o Trzech Królach w Święto obchodzone co roku 6 stycznia. 6 stycznia, czyli Dzień Objawienia Pańskiego i święto Trzech Króli to jedno z najstarszych świąt w historii, które swoimi korzeniami sięga aż III wieku. Wtedy było ono jednak obchodzone jako rzeczywiste Boże Narodzenie, jedynie pod koniec IV wieku nastąpiło rozłączenie tych dwóch świąt. Od tego czasu chrześcijanie mieszkający na wschodzie Imperium Rzymskiego tego dnia celebrowali przybycie do Betlejem i oddanie pokłonu małemu Jezusowi przez mędrców ze Wschodu oraz ofiarowanie Mu darów: złota (100 gramów złota w formie sztabki kosztuje w grudniu 2025 roku około 50 000 – 54 000 zł brutto) , kadzidła(  symbolizuje boską naturę Jezusa, Jego godność kapłańską oraz rolę pośrednika między Bogiem a ludźmi, a jego dym wznoszący się ku niebu symbolizował modlitwy) i mirry( wonna, gorzka żywica pozyskiwana z drzew balsamowca – Commiphora – – rosnących w Afryce i na Bliskim Wschodzie, znana od starożytności jako cenny dar, kadzidło, lek i środek balsamujący. Ma ciepły, balsamiczny zapach, a jej właściwości antyseptyczne, przeciwzapalne i kojące znajdują zastosowanie w aromaterapii, medycynie ). Imiona – wiele dyskusji od wieków wywołuje także kwestia imion trzech mędrców. Najczęściej mówi się jednak o imionach takich jak Kacper (Jaspar, Gaspar, Gathaspa, Jaspas), Melchior (Melichior) i Baltazar (Balthasar, Balthazar, Balthassar, Bithisarea).  Pochodzenie – Kacpra (Gaspara) najczęściej określa się jako króla Indii, Melchiora jako władcę Persji, zaś o Baltazarze niekiedy mówi się jako o królu Arabii lub Etiopii. Dary – prezenty przekazane przez królów Jezusowi są różnie interpretowane, dlatego niezmiernie ważna jest ich symbolika. Złoto to symbol godności królewskiej Chrystusa – poprzez to królowie udowodnili, że naprawdę traktują Go jako prawdziwego króla. Kadzidło to natomiast symbol godności kapłańskiej Jezusa – znak tego, że nie jest on zwykłym człowiekiem. Z kolei mirra podobno symbolizowała męczeńską śmierć, która czekała Go w dorosłym życiu. Ciekawostka – wokół przyszłości darów krąży wiele legend. Jedna z najciekawszych mówi o kradzieży złota przez dwóch złodziei, którzy zostali później ukrzyżowani razem z Jezusem, natomiast ta najpopularniejsza przekazuje, że złoto zostało wykorzystane przez Marię i Józefa, kiedy musieli uciekać z Betlejem przed Herodem, który, jak wiemy, chciał zamordować Jezusa. Nie tylko złoto ma swoje ciekawe historie. Istnieje także opowieść mówiąca o tym, że mirrę wykorzystano do namaszczenia ciała Chrystusa po Jego ukrzyżowaniu.  W klasztorze św. Pawła na górze Athos w Grecji znajduje się pochodząca z XV wieku skrzynia z umieszczonymi w niej rzekomymi darami mędrców… Trzej Królowie – według niektórych badaczy w przenośnym znaczeniu mają oni utożsamiać trzy etapy życia człowieka, a także trzy aspekty etniczne. Najczęściej możemy zauważyć starszego człowieka przedstawianego z białą brodą, który ofiarowuje złoto – Kacpra. Melchiora widzimy jako człowieka w średnim wieku, który przekazuje Jezusowi kadzidło, natomiast Baltazar, najczęściej czarnoskóry, to młody człowiek, który składa w darze mirrę. Mogli być zaratusztriańskimi kapłanami,(„Zaratusztrianizm” – także mazdaizm – był religią ludów posługujących się językami irańskimi, które przybyły z Azji Środkowej ok. 1000 lat p.n.e. i osiedliły się na Płaskowyżu Irańskim), albo też astrologami wnikliwie obserwującymi niebo. Niektórzy twierdzą, że byli bogaczami z różnych zakątków świata. Mogli też w ogóle nie istnieć, a opowieść o nich jest jedynie symboliczną legendą biblijną. Kim byli Trzej Królowie i dlaczego ich święto było jednym z najważniejszych w Kościele? Jak to zazwyczaj bywa w historii, o trzech królach wiemy znacznie więcej niż znaleźć możemy na ich temat w źródłach. Tradycja dopisała wspaniałą opowieść o bogatych monarchach z różnych stron świata– Kacprze, Melchiorze i Baltazarze – którzy za wskazaniem gwiazdy przybyli do betlejemskiej stajenki, aby oddać hołd nowonarodzonemu Chrystusowi i wręczyć mu wspaniałe dary. W takiej formie wyobrażenie o niezwykłych przybyszach utrwaliło się w kulturze chrześcijańskiej i narracji o narodzinach Jezusa. Zwyczajowo świętem Trzech Króli nazywane jest też obchodzone 6 stycznia święto Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego. W tych dniach ani żadne jasełka, ani rozliczne atrapy groty bożonarodzeniowej nie mogą obyć się bez tajemniczych wędrowców w bogato zdobionych szatach. O śpiesznie dążących do Betlejem monarchach mówi też tekst znanej polskiej kolędy. Problem w tym, że najbardziej pierwotny ze znanych nam przekazów dotyczących ich wizyty – nie mówi ani o królach, ani o imionach, ani – co więcej – nie określa żadnej liczby. Pierwszą – i jedyną w Nowym Testamencie – wzmiankę opisującą to wydarzenie znajdujemy w Ewangelii według św. Mateusza. Ewangelista pisze o nim tak: „Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon». Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela». Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny”. W polskim tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia, skąd pochodzi powyższy fragment, przybysze nazywani są nie królami – jak nakazywałaby tradycja – lecz mędrcami. Nie jest to w polskich tłumaczeniach pojęcie nowe. Jeśli bowiem sięgniemy do Wulgaty (łacińskie tłumaczenie całej Biblii, stworzone głównie przez św. Hieronima w IV/V wieku, które stało się oficjalnym i powszechnie używanym przekładem Pisma Świętego w Kościele Rzymskokatolickim przez wiele wieków, aż do czasów współczesnych), albo – być może pierwotnej – greckiej wersji ewangelii, to tam również nie znajdziemy słowa o monarchach, lecz

Trzej Królowie … inaczej … Dowiedz się więcej »

Mierzęcin- zaczarowane choinki Alicji

W pewien grudniowy, zwyczajny, słoneczny dzień 2025 roku udałam się do pałacu w Mierzęcinie specjalnie po to, aby zobaczyć jak jest udekorowany na Święta Bożego Narodzenia. Zachęcam, aby samemu zobaczyć nie tylko jak jest w środku pałacu, ale również w obejściu. W tym roku przy fontannie do pałacu zaprasza zielona świerkowa brama przystrojona czerwonymi bombkami, które jakby rozsypały się na bukszpanowy żywopłot. Przy drzwiach stoją jak żołnierze na warcie dwie doniczki z ostrokrzewem na nóżce. Wypatruję jak zwykle tego co nie komercyjne, wykonane ludzkimi rękami, inne – taka już jestem. Pani Izabella Serafin – pracująca jako grafik komputerowy, która wykonała tak wiele karykatur i portretów kiedyś tak powiedziała o Pałacu w Mierzęcinie – „ Tam jest na tyle pięknie, że za wiele nie trzeba”… W pierwszych latach funkcjonowania pałacu zaraz po odbudowie było inaczej, naturalnie. Jeszcze dzisiaj po niemal dwudziestu latach często słyszę, że dekoracje w tamtym czasie były niesamowicie piękne i zadziwiały swoją oryginalnością i tym, że były naturalne. Ludzie zjeżdżali z okolic, aby je zobaczyć, z dalekiego Gorzowa Wielkopolskiego również, bo wieść się niosła – chociaż nie było jeszcze mediów społecznościowych. Chcę napisać i przypomnieć, że tak bajkowo było dzięki Pani Alicji Wójcik, która pracowała tam wtedy jako „specjalista do spraw terenów zieleni”a potem dodano jej funkcję kierownika hotelu. To Pani Alicja jest twórcą całego założenia parkowego w obiekcie Pałac Mierzęcin i oczywiście ogrodu japońskiego (który niestety nie doczekał się nazwy własnej). Na zdjęciu Alicja Wójcik Dzisiaj zapraszam w podróż w latach 2000- 2008 i na krótkie wspomnienia dr Roberta Wójcika ( męża Alicji Wójcik) o tym jak te przepiękne dekoracje Bożo-Narodzeniowe przed Wigilią wtedy powstawały. Zapraszam na zdjęcia dekoracji świątecznych w Pałacu – nie są idealnej jakości, ale to dokument tamtych czasów – ,które się przecież już nie powtórzą. Tutaj w świątecznym klipie z muzyką K. Praisnera. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką uruchomi krótki film z przeszłości – Marzanna Leszczyńska Tekst dr Robert Wójcik „Wszystko było planowane praktycznie już od listopada ,a w zasadzie od lipca – ponieważ trzeba było już zbierać pewien materiał roślinny . Wszystko było planowane – szkice, rysunki – i najważniejsze było to – czy to jest wykonalne?. Alicja bardzo często rozmawiała z załogą parkową. Był podział – Panowie – kwestie techniczne – Panie– ogromna pomoc w stworzeniu tych dekoracji. Ja byłem tylko odpowiedzialny za materiał – aby to zrobić i stworzyć – absolutnie nie uczestniczyłem w żadnych pracach – byłem tylko – dostawcą odpowiednich materiałów czy towarów. Autorką, pomysłodawcą wszystkich dekoracji była tylko Alicja – Natomiast Panie tzw. „ parkowe” – ogromnie jej pomagały i uczestniczyły we wszystkim – to była potężna praca zespołowa – od rana do wieczora – Jaki tam był duch … jaka atmosfera – to było ogromnie budujące dla tych naszych pracowników – a my z nimi też ogromnie to przeżywaliśmy i cieszyliśmy się. Nam zależało przede wszystkim na tym – aby wszystkich zaskoczyć – i żeby było „ bajkowo” . I tak zawsze było . Co roku był inny pomysł i inne kompozycje. Staraliśmy się jak tylko było to możliwe. Zawsze było pięknie – i ludzie podziwiali – nie tylko z Gorzowa – z całej Polski. Ale wszystko ma swój koniec. Co do ludzi – ekipa męska – to byli Panowie Robert, Darek, Jurek, Marcin, Władek. Pan Robert zawsze był odpowiedzialny za wszystkie iluminacje świetlne – na jego barkach spoczywała słynna choinka umieszczona w środku fontanny – tam było zawsze około 3000 lampek – wyglądało jak w baśni. Co do Pań , które pracowały z Alicją były to Panie – Hania, Grażyna i Ania. Jednak jeszcze bardzo ciekawa rzecz- do pracowni – gdzie powstawały te wszystkie cuda świąteczne – uwielbiały przychodzić dzieci naszych pracowników. To było magiczne jak Alicja ze swoimi koleżankami ( paniami pracownikami) uczyła ich robić różnego rodzaju stroiki, choinki, dekoracje. Wiem jedno, że niektóre dzieciaki zamiast iść do szkoły – robiły sobie wagary – i już od rana siedziały w pracowni – Jaki tam był klimat…. Ile tam było radości, twórczości – jak te dzieciaki były dumne z tego , że pomagały robić dekoracje „ dla pałacu”. I jeszcze jedno – wszystkie choinki które były w obiekcie – a było ich zawsze kilkanaście – były wybierane z lasu . Miałem dobre układy z leśnikami – np. z Panem Karpińskim – razem z ekipą męską „parkową” – jechałem traktorem do lasu – i je wybieraliśmy . Takie to były czasy. Ważną rzeczą jest też to – że zawsze ekipa parkowa z Alicją– dekorowała kościół na Święta Bożego Narodzenia – uważaliśmy to za nasz obowiązek i wręcz stało się to taką tradycją w tym czasie kiedy tam byliśmy ( Alicja i Ja) . A ksiądz Henryk Wojnar – na pasterce – zawsze dziękował tzw. „Pałacowi „ za dekoracje – Kościół w Mierzęcinie zawsze błyszczał – i wielu ludzi z innych wsi przyjeżdżało podziwiać dekoracje – jakie tam były. Nie da się ukryć – te wszystkie rzeczy – tworzenie, strojenie, dekorowanie obiektu „ Pałac Mierzęcin” zajmowały dużo czasu – to było około trzech tygodni bardzo wytężonej pracy – ale to bardzo wytężonej pracy. Ale ile było w tym wszystkim radości. Z drugiej strony – Alicja jako kierownik hotelu – musiała tez czuwać nad wieloma innymi sprawami związanym z jego funkcjonowaniem – kuchnia, personel sprzątający, recepcja, Zawsze wszystko było przygotowane na „tip – top”. Kulminacją tego wszystkiego była wigilia dla pracowników ( wszystkich) firmy Novol i zaproszonych gości – zawsze był około 250 osób. Tradycją było goszczenie znaczących ludzi w gminie i powiecie – od starostów po wójtów, leśniczych , księży, nauczycieli … itp. Itd. I takie to były wigilie w Mierzęcinie w latach 2000 – 2008. Łza się w oku kręci . Nawet stajnia w Mierzęcinie miała specjalne dekoracje – a koniki to uwielbiały – bo wyżerały sianko, czy jabłuszka z tych dekoracji … jakie były zadowolone…„ Robert Wójcik

Mierzęcin- zaczarowane choinki Alicji Dowiedz się więcej »

Oczy patrzące w Prezydenta…

Tekst – dr Robert Wójcik Dziś będzie ta moja opowieść wigilijna – o Niwku – którego przyrównuję do Pana Jezusowego Burka. Malutka psinka – która miała przepiękne oczy, która gdzieś tam na Kaszubach, chyba była uwiązana na łańcuchu – była tak wychudzona – że odczepiła się z tego łańcucha – tak ta jego szyjka była cienka i chuda. Poszła w świat –…. i ktoś dobry ją przygarnął – napił, nakarmił, zaopiekował się nią, leczył, wychodził na spacery – wiem jedno – Bardzo ją kochał – nie tylko On – czyli mój były Szef – ale paru ludzi dobrej woli. A gdy umarła ta psinka ( ciężko chorowała) – mówię o Niwku – to miała godny pochówek – i jest nawet kamień na jej pochówku – odeszła do swojej krainy na Kaszuby… Są ludzie, którzy potrafią kochać – dziękuję im za to z całego serca. To piękne – i budujące w ten czas … Kochać trzeba umieć – niestety nie każdy to potrafi – a przecież powinniśmy w tym okresie przed Bożo – Narodzeniowym wyzbyć się wszelkich nienawiści – powinniśmy uczyć się miłości… Teraz inaczej … 13 listopada 1924 roku Akademia Szwedzka przyznała Literacką Nagrodę Nobla Władysławowi Reymontowi za powieść „Chłopi”. Akademicy docenili „uniwersalizm powieści, archetypiczność postaci, harmonię kompozycji, epicki rozmach, plastyczność obrazowania”, uznając „Chłopów” za „prawdziwy epos prozą”. W uzasadnieniu werdyktu z 1924 r. Komitet Noblowski pisał, że „Chłopi” jako arcydzieło, pisane – prawdziwy epos prozą – podkreśla uniwersalizm powieści, archetypiczność postaci, harmonię kompozycji, epicki rozmach, plastyczność obrazowania. Ujęła akademików prawda o polskim ludzie – jakkolwiek ją rozumieli – oraz prawda o człowieku w ogóle- jego namiętnościach, lękach, nadziejach, pragnieniach, troskach i szacunku do zwierząt. Dostrzegli w „Chłopach” mocną wiarę w potęgę życia, do wszystkich żyjących na tym świecie – pisano, że to – potężny hymn na cześć życia. Chłopi są powieścią wybitną – w 1924 r. Komitet Noblowski uznał, że najwybitniejszą” Wielu Literaturoznawców podkreśla znaczenie bogactwa języka, jakim zostali napisani „Chłopi”; w ich opinii same opisy przyrody są w powieści tak dynamiczne, że mogłyby zastąpić najbardziej wyrafinowane dialogi. Według mnie – To musiało zachwycić – mnie zachwyciło… szczególnie opowieść jednego z bohaterów tej powieści – Rocha– o psie Pan Jezusowym – Burku. Jak to można wszystko przyrównać do Niwka – tej psinki , którą opisałem na początku tego artykułu – i do tej autentycznej sytuacji – literackiej i teraźniejszej… Przeczytajcie Drodzy czytelnicy … „ Roch milczał chwilę, a potem podniósł siwą głowę, okoloną długimi, równo nad czołem uciętymi włosami, utkwił blade, jakby wypłakane oczy w ogniu i ozwał się cicho, przebierając palcami ziarna różańca…W owy czas daleki…Kiej Pan Jezus jeszcze po ziemi chadzał i rządy nad narodem sam sprawował, stało się to, coć wam rzeknę…Szedł se Pan Jezus na odpust do Mstowa, a drogi nikaj nie było, ino piachy srogie a parzące, bo słońce przypiekało i gorąc był taki, jak kieby przed burzą… A cienia nikaj ni osłony.Pan Jezus szedł z cierpliwością wielką, bo do lasu było jeszcze kawał drogi, ale że już tych świętych nóżków nie czuł z utrudzenia i pić mu się okrutnie chciało, to se raz w raz przysiadał na wydmach, chocia tam i barzej przygrzewało, i rosły same ino koziebródki, a cienia było tyla, co od tych poschniętych badyli dziewann, że i ptaszek by się nie schronił….Ale co przysiadł, to i nie odzipnął nawet rzetelnie, bo zaraz Zły, jako ten jastrząb paskudny, co bije z góry w ustałego ptaszka, tak ci on zapowietrzony bił racicami w piach, a tarzał się jako to bydlę, że taka kurzawa, taka ćma się podnosiła, co i świata widać nie było…Pan Jezus, choć mu piersi zapierało i ledwie się już ruchał, to wstawał i szedł, a ino się pośmiewał z głupiego, bo przeciech wiedział, że Zły chciał mu zmylić drogę, coby nie szedł na odpust na zbawienie grzesznego narodu…I szedł. Pan Jezus… szedł… aż i przyszedł do lasu…Odpoczął se w cieniu niezgorzej, ochłodził wodą i coś niecoś z torby przegryz, potem wyłamał niezgorszy kijaszek, przeżegnał się i wlazł w bór. A bór był stary i gęsty, a błota nieprzebyte, a chrapy i oparzeliska takie, że musi sam Zły tam domował, a gąszcze, że i niektóremu ptakowi łacno przemknąć się nie było. Jeno Pan Jezus wszedł, a tu kiej Zły borem nie zatrzęsie, kiej nie zacznie wyć, kiej nie pocznie łamać chojarów a wiater, jako że to jeno parob piekielny, pomagał w te pędy i rwał suszki, rwał dęby, rwał gałęzie i huczał, i hurkotał po borze jako ten głupi. Ciemność się stała, że chocia oko wykol – a tu szum,a tu trzask… a tu zawierucha… a tu jakieś zwierzaki, pomioty diabelskie wyskakują i szczerzą kły… i warczą…i straszą… i świecą ślepiami, i… ino… ino chycić pazurami. ale juści, że nie śmiały, bo jakże by… Pan ci Jezus był w swojej świętej osobie…Ale i Panu Jezusowi dość było tego głupiego strachania, i że pilno na odpust, to przeżegnał bór i zaraz wszystkie Złe i ze swoimi kumami przepadli w oparzeliskach. Ostał się ino taki dziki pies, bo w ony czas pieski nie były jeszcze z ludźmi pobratane. Ten ci to pies ostał i leciał za Panem Jezusem, szczekał, to docierał do świętych nóżek Jego, to udarł zębami za porteczki, to kapot Mu ozdarł i za torby chytał, i sielnie się dobierał do mięsa… ale Pan Jezus, jako że był litościwy i krzywdy nijakiemu stworzeniu zrobić by nie zrobił, a mógł go kijaszkiem przetrącić abo i zasie samym pomyśleniem zabić, to ino powieda:- Naści, głupi, chlebaszka, kiejś głodny – i rzucił mu z torby. Ale pies się rozeźlił i zapamiętał, że nic, ino kły szczerzy, warczy, ujada, a dociera i całkiem już psuje Jezusowe porteczki. Chlebam ci dał, nie ukrzywdził, a obleczenie mi rwiesz i szczekasz po próżnicy. Głupiś, mój, piesku, boś Pana swego nie poznał. Jeszcze ty za to człowiekowi odsłużysz i żyć bez niego nie poradzisz… – powiedział Pan Jezus mocno, aż pies siadł na zadzie, potem zawrócił, ogon wtulił między nogi, zawył i kiej ogłupiały pognał w cały świat. A Pan Jezus przyszedł na odpust.Na odpuście narodu jak

Oczy patrzące w Prezydenta… Dowiedz się więcej »

BOHATER POLSKIEGO HYMNU … HISTORIA PRAWDZIWA

motto : Ojczyznę kochamy nie dlatego że jest wielka, ale dlatego, że nasza. Słowa Mazurka Dąbrowskiego napisał w 1797 roku polski pisarz i polityk Józef Wybicki. Pierwotnie utwór był znany jako Pieśń Legionów Polskich we Włoszech. Bardzo szybko zdobyła dużą popularność nie tylko wśród samych legionistów, ale również wśród Polaków, mieszkających na terenie wszystkich trzech zaborów. Autor melodii do dziś pozostaje nieznany. W 1927 roku Mazurek Dąbrowskiego został hymnem Polski. Co jednak interesujące, z oryginalnego tekstu Józefa Wybickiego wybrano cztery zwrotki, choć pierwotnie było ich sześć. Również niektóre słowa w tekście zostały zmienione, podobnie zresztą jak kolejność zwrotek. „Brakujące” zwrotki… Każdy Polak ( ja w to nie wierzę, że każdy – chociażby „ kibole” i wielu innych „ pariotów” ) od dziecka zna oficjalne zwrotki hymnu państwowego. Zgodnie z uchwaloną wersją brzmią one: Jeszcze Polska nie zginęła, Kiedy my żyjemy. Co nam obca przemoc wzięła, Szablą odbierzemy. Marsz, marsz, Dąbrowski, Z ziemi włoskiej do Polski. Za twoim przewodem Złączym się z narodem. Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, Będziem Polakami. Dał nam przykład Bonaparte, Jak zwyciężać mamy. Marsz, marsz, Dąbrowski… Jak Czarniecki do Poznania Po szwedzkim zaborze, Dla ojczyzny ratowania Wrócim się przez morze. Marsz, marsz, Dąbrowski… Już tam ojciec do swej Basi Mówi zapłakany – Słuchaj jeno, pono nasi Biją w tarabany. Marsz, marsz, Dąbrowski… Oryginalny tekst różnił się pod kilkoma względami. Chodzi przede wszystkim o dwie dodatkowe zwrotki: Niemiec, Moskal nie osiędzie, gdy jąwszy pałasza, hasłem wszystkich zgoda będzie i ojczyzna nasza oraz: Na to wszystkich jedne głosy: „Dosyć tej niewoli mamy Racławickie Kosy, Kościuszkę, Bóg pozwoli” Zmiany nie dotyczą tylko ilości zwrotek… Ponadto warto wspomnieć o pewnych różnicach w tekście. Na przykład pierwsza zwrotka oryginalnego tekstu zaczyna się słowami „Jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy”. Podobnych różnic jest kilka. Zresztą zmieniono również kolejność zwrotek. W oryginalnym tekście zwrotka nawiązująca do Stefana Czarneckiego jest druga, natomiast w hymnie zamieniono ją miejscami ze zwrotką, zaczynającą się od słów „Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę”. Do Wszystkich Polaków – Hymn Polski jest chroniony przez konstytucję oraz ustawę o godle, barwach i hymnie, a także rozporządzenia. Warto o tym pamiętać, ponieważ każdy przejaw braku szacunku dla polskiego hymnu może skutkować konsekwencjami prawnymi. To ważne – bardzo ważne. A teraz inaczej o Mazurku Dąbrowskiego – tak historycznie na podstawie faktów. Bo uważam, że niewielu Polaków wie o bohaterze naszego hymnu… Zanim gen. Jan Henryk Dąbrowski (1755–1818) został twórcą Legionów Polskich we Włoszech i bohaterem polskiego hymnu, był targowiczaninem. O mały włos za to nie zawisł. Pytanie ? – czy gen. J. H. Dąbrowski zasłużył na to, by stać się bohaterem naszej najważniejszej pieśni? Wielu czytelników jest pewno zaskoczonych tym pytaniem ? Samo przystąpienie do konfederacji targowickiej nie było problemem, bo po przegranej wojnie w obronie Konstytucji 3 maja w 1792 r. podobnie uczyniła większość szlachty, w tym oficerów Rzeczypospolitej. Sęk w tym, że J. H. Dąbrowski, powołany przez sejm grodzieński w skład Komisji Wojskowej, wcielał w życie plan redukcji armii polskiej do jedynie 15 tys. żołnierzy, przyjęty przez ten sejm i opracowany w lutym 1794 r. pod naciskiem Rosji. Polityka Katarzyny II wobec Rzeczypospolitej po II rozbiorze była brutalna. Caryca nie chciała rozmów z Polakami. Wiemy o tym z raportów gen. Osipa Igelströma, ministra pełnomocnego Rosji w Polsce. Przeanalizował je białoruski historyk dr Vadzim Anipiarkou i ustalił, że Rosja interesowała się Polską głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, traktowała ją jako strefę buforową i miejsce konfrontacji w przypadku wojny z Prusami. A po drugie, chciała mieć w swoich szeregach jak najwięcej polskich żołnierzy. Armia Rzeczypospolitej podczas wojny w 1792 r. pokazała, że umie walczyć. Była przy tym stosunkowo młoda, ponieważ służyło w niej wielu żołnierzy niedawno wcielonych. Przecież dopiero Sejm Wielki (1788–1792) uchwalił aukcję wojska do 100 tys., w efekcie czego osiągnęło ono w 1792 r. stan około 50 tys. żołnierzy gotowych do walki. Działania O. Igelströma zmierzały więc do tego, by polską armię maksymalnie wydrenować. Część oficerów dobrowolnie szła do rosyjskiego wojska i przyprowadzała ze sobą żołnierzy, za co otrzymywała gratyfikację finansową, ale większość nie chciała służyć Katarzynie II. Redukcja armii oznaczała utratę środków utrzymania, co miało zachęcać do wstępowania w szeregi wojsk rosyjskich. Polacy przyjęli ją z oburzeniem, bo oznaczała to – de facto likwidację narodowej armii. Ludzi związanych z Komisją Wojskową, powołaną do jej przeprowadzenia, w tym J. H. Dąbrowskiego, uznano za zdrajców, choć on sam starał się chronić kadrę oficerską. Swoją drogą gen. Jana Henryka Dąbrowskiego uważano chyba także za obcego. Wprawdzie urodził się w Pierzchowie koło Krakowa, ale gdy miał 11 lat, wyjechał z rodziną do Saksonii, gdzie zarówno jego dziadek Jan Stanisław, jak i ojciec Jan Michał służyli w wojsku. Jan Henryk uczył się początkowo w kolegium w Kamenz, a w wieku 14 lat zaczął służbę jako chorąży w pułku szwoleżerów księcia Alberta Sasko-Cieszyńskiego, syna króla Polski Augusta III. Od pierwszych chwil J. H. Dąbrowski wykazywał duży talent wojskowy: świetnie jeździł konno, dobrze fechtował i celnie strzelał. W 1774 r. otrzymał awans na podporucznika, a w 1777 r. był już porucznikiem. Uczestniczył w wojnie o sukcesję bawarską (1778–1779), ale nie dostał w niej okazji, żeby się wyróżnić. Po ślubie w 1780 r. ze szlachcianką Gustawą Małgorzatą von Rackel został przeniesiony do saskiej gwardii konnej, w której służył jako adiutant szefa gwardii Maurycego hr. Bellegarde’a, a potem jako rotmistrz (kapitan) w kompanii. W Rzeczypospolitej był chyba traktowany jak obcy. W armii saskiej wtopił się w środowisko niemieckojęzyczne, dlatego słabo mówił po polsku, miał zresztą z polszczyzną problemy do końca życia. Zaskakujące – ale prawdziwie – nasz bohater hymnu – słabo znał język polski. Nasuwa się pytanie – Jak traktowali go polscy oficerowie, gdy wstąpił do armii Rzeczypospolitej: jak najemnika czy patriotę, który chce walczyć za ojczyznę? Nie nazwałbym gen. Jana Henryka Dąbrowskiego najemnikiem. Tamtych czasów nie można oceniać współczesną miarą. Pod koniec XVIII w. dopiero kształtowała się idea narodowości rozumianej jako zbiorowość połączona językiem, kulturą, tradycją i wspólnymi wydarzeniami historycznymi. O tożsamości decydowała przynależność terytorialna. Na przykład Jakub Jasiński, bohater insurekcji kościuszkowskiej, urodził się w Wielkopolsce, kształcił się w Szkole Rycerskiej w Warszawie, ale później w Wilnie organizował Korpus Inżynierów w armii Wielkiego Księstwa Litewskiego i

BOHATER POLSKIEGO HYMNU … HISTORIA PRAWDZIWA Dowiedz się więcej »

Listopadowa zaduma nad samym sobą …

Tekst dr Robert Wójcik Listopad to czas pamięci o tych, którzy odeszli. O naszej historii opowiadają nagrobne płyty, daty i inskrypcje przywołują czas, w jakim osoba zmarła … żyła. Zatrzymanie się i zaduma nad konkretnym grobem to jak „dotknięcie” czasu przeszłego. To też taka zaduma nad tym – jacy jesteśmy. Przecież też tam kiedyś się znajdziemy – na cmentarzu . Może to dziwne co napiszę – ale to taka historia, która powinna się zaczynać i kończyć pt. „ O sobie samym”… Czy ktoś z żyjących uświadamia sobie – gdzie będzie pochowany i jak będzie wyglądał jego pogrzeb ? Zaręczam, że nikt – my ludzie żyjemy w tych dziwnych czasach czymś innym – nie mamy czasu o tym myśleć. Zazwyczaj myślimy w rodzinie o tych najstarszych – naszych dziadkach, matkach, ojcach. Rzadziej o bliskich osobach w naszym kręgu towarzyskim – kolegach, koleżankach, przyjaciołach, sąsiadach… Bardzo się cieszę , że jest to święto – Święto Zmarłych , które przypada na dzień pierwszego listopada – każdego roku. Ono dodaje mi pewną refleksję o przemijaniu i o tym jak nasze życie jest ulotne – wręcz chwilowe. Opowiem Wam – a w zasadzie opiszę dwie moje historie , które praktycznie wczoraj przeżyłem. Zaczynam … Dziś jest smutek w mej duszy – koniec października – upiornie deszczowo, pochmurnie, ulice zapłakane deszczem, wieje wiatr. Nie ma radości na ulicach. Ludzie się kryją pod połamanymi parasolami. Ale widzę w autobusie – jak starsza Pani jedzie na cmentarz – nie wiem do kogo – zmarłego męża czy kogoś innego ze swoich bliskich. Wypchana siatka ze zniczami i wkładami do nich – w rękach, a w zasadzie na kolanach – doniczka z pięknymi chryzantemami ( białymi). W siatce jeszcze jakieś mini grabki, haczka i butelka z wodą. Pomogłem jej wsiąść do autobusu – fajne jest to, że ludzie natychmiast ustąpili jej miejsce siedzące – ja zaproponowałem jej odbicie biletu – miała tzw. PK kartę – sama to zrobiła. Tak sobie pomyślałem – nie wiem gdzie jedzie i na jaki cmentarz . Ale sobie pomyślałem jedno – będą z nią jechał nie do mojego punktu docelowego ( tak między nami do mojej mamy , która ma 95 lat i jestem u nie codziennie od kilku lat…) – tylko tam gdzie Ta Pani będzie wysiadać. Okazało się , że to tylko przystanek dalej . Przy wysiadaniu zaproponowałem pomoc – absolutnie się nie opierała – chyba dlatego , że wyglądam na starszego człowieka – no cóż – siwe włosy , siwa broda – robią swoje. Patrząc na jej wypchane siatki i torby – zaproponowałem jej , że pomogę i doniosę wszystko do cmentarza. Bardzo mi podziękowała i powiedziała , że się zgadza. Jak razem szliśmy – nie kleiła się rozmowa – ja nie chciałem – może inaczej – nie narzucałem się – Ta Pani chyba też – było potwornie zimno i deszczowo – a ja mając w jednej ręce parasol, którym osłaniałem tą Panią – w drugiej ręce miałem jej torby. Ona tylko miała tą doniczkę z chryzantemami. Doszliśmy do miejsca – do cmentarza, do jego bramy … Stary – znany w Poznaniu … tam jest pochowany mój tata – O Boże ! tak sobie pomyślałem – przecież ja tu wczoraj byłem. Przy wejściu – Pani mi serdecznie podziękowała – nie była wylewna. Powiedziała mi tylko jedno – Niech Panu Bóg wynagrodzi… bardzo mi Pan pomógł – czy coś się należy ? Powiedziałem jej jedno – „wie Pani – jestem szczęśliwy , ze mogę komuś pomóc” Widziałem w jej oczach wzruszenie – w starych oczach to widać. Przekazałem torby – uścisk dłoni – i tak się rozstaliśmy … Po godzinie od tego miejsca – cmentarza – byłem już u swojej mamy. Ale miałem inne wydarzenia, które za chwilę opiszę … Swoją drogą – Tak sobie pomyślałem – abym nigdy nie miał takiej sytuacji – jak ta Pani – według mnie samotna, zamknięta , skromna, ale mająca w sobie coś wielkiego. Ogromnie (do dzisiaj – a było to dwa dni temu…) się cieszę , że ta kobieta mi w jakiś sposób zaufała – przecież byłem nieznajomym z autobusu czy ulicy . Jeszcze raz podkreślę – zaufała mi w mojej pomocy. Chociaż nie powinna. Wiadomo jacy są dziś ludzie. Tak, ludzie są okrutni i nie widzą tego co nas otacza. To zdarzenie w moim życiu będę pamiętał do końca życia. W jakiś sposób, w ten deszczowy dzień – psychicznie się odbudowałem i zacząłem wierzyć od tych dwóch dni – że jeżeli chce się komuś pomóc – ale tak naprawdę – to można. Trzeba tylko chcieć i to realizować. W życiu miałem wiele różnych sytuacji, kiedy pomagałem ludziom – czy to finansowo, czy to na zasadzie pewnych prac wykonanych dla tych ludzi. Było różnie z odbiorem – ale to jest mało ważne. Zawsze myślę, że ludzie są tylko ludźmi – mają różne emocje, różne doświadczenia, różne uczucia, różne doznania. Ale to zdarzenie, które opisałem i teraz mnie spotkało dosłownie „ wczoraj” w moim życiu, kiedy jestem na emeryturze już od niedawna, dało mi wiarę w to – że warto żyć i kochać i przede wszystkim pomagać ludziom. Tak ! – warto pomagać ludziom. Ten dzień się nie skończył tak mile jak piszę . Może nie mile – ale inaczej – jak wracałem do mojego domu, do mamy , która ma 95 lat – zauważyłem na przystanku leżącego człowieka na ławce. To był młody człowiek – nie starzec – Obrośnięty, brudny , bez butów , jego ubiór wskazywał na to , że jest bezdomny – nie wyczułem od niego „woni” alkoholu. Ludzie na przystanku patrzyli na mnie jak na idiotę – ktoś powiedział – „ Panie – to menel i pijak – daj sobie Pan spokój – niech zdycha” O Boże ! – zadałem temu gościowi pytanie – „ Czy Pan wie – że to człowiek – i trzeba mu pomóc” Odwrócił się – nic nie powiedział – było mu głupio… Sprawdziłem tętno tego człowieka – mężczyzny – było w granicach 100 impulsów . Miał wysoką gorączkę – był nieprzytomny . Ludzie obserwujący moje zachowanie patrzyli

Listopadowa zaduma nad samym sobą … Dowiedz się więcej »

Mierzęcin – krótki tekst o przemijaniu

13 września 2025 roku minęła 23 rocznica uroczystego otwarcia pałacu w Mierzęcinie. Dokładnie trzy lata temu artykułem „Mierzęcin – porcelanowe wspomnienia” otworzyliśmy portal http://www.idealzezgrzytem.pl , w którym dr Robert Wójcik opisał huczną uroczystość otwarcia pałacu, a ja udałam się w to miejsce, aby opisać ten dzień dokładnie dwadzieścia lat później. W tym roku zapraszamy na spacer i refleksje autora wspomnień o pałacu w Mierzęcinie, które tworzą się już przez 4 lata i powstało ich już 30. Są to artykuły, rozmowy z autorem, słuchowiska z muzyką i zdjęciami. Historia, ale też teraźniejszość oraz połączenie tego co było z tym co wydarza się jeszcze i zaskakuje. Bo rzeczywistość się zmienia, nierzadko rozczarowuje tymi zmianami, ale wspomnienia są zapisem cudownego czasu, do którego można wrócić dzięki temu, że znalazł się człowiek, który z pasją , dużą wiedzą i talentem je opisał . Tą osobą jest dr Robert Wójcik. Tylko u nas na : http://www.idealzezgrzytem.pl https://idealzezgrzytem.pl/category/mierzecin-wedlug-wspomnien-dr-roberta-wojcika/. Przypominamy krótki film powstały z okazji 20 rocznicy odbudowy pałacu, w którym są zdjęcia z otwarcia pałacu, czasów początków jego funkcjonowania – Marzanna Leszczyńska Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film. dr Robert Wójcik No i co mam napisać …że jest mi smutno i tęsknię za tamtym czasem i przeżywam … Tak jest mi smutno jak byłem w moim ukochanym miejscu. Nie poznaję go. Jest zimno i inaczej. Park smutny. Winnica zarośnięta. W koszach parkowych wysypują się śmieci. Nie ma radości, nie ma gospodarza. Mury się sypią, pękają …. mój ukochany dąb – wycięty – ten przy oficynie czy centrum konferencyjnym. Nie ma kwiatów w parku …w ogrodzie, w pałacu. Smutne … meble nowoczesne w salach na parterze. Zimno…. nowocześnie. Zegar przy recepcji zakurzony – nie tyka już od wielu lat… wyjątkowy zegar. Rozmawiałem z nim jak z moim ukochanym drzewem – ucięto mu koronę – to tak jakby komuś ucięto głowę. Mojej załogi też już nie ma. Dziwni ludzie – mało sympatyczni . W ich oczach widziałem smutek i tylko to, aby mieć jakąkolwiek pracę. Och jak dobrze , że nikt mnie nie zaczepił …. nie poznał. Po prosu nie mógł – bo już nikt mnie tam nie zna – to jakiś inny garnitur ludzi – też ich nie znam. Zmiana dziesięcioleci – na 100 %. To już inny świat – nie mój i mojej żony. Ile tam oddaliśmy sił i swojego serca. Jakie to wszystko smutne. Ale taka jest rzeczywistość – wszystko ma swój koniec. Dlaczego tak jest, że nic nie trwa wiecznie. Tam już nie ma uczuć, dobrego ducha, entuzjazmu, radości – jest szara rzeczywistość, której nikt nie chce ubarwić. Barwi już tylko przyroda. Kończąca się wieczność wymyślona została chyba po to, by przypominać o przemijaniu. Zegar, kalendarz…wszystko to przypomina o czasie i nie pozwala żyć w jedynej wieczności jaką mamy – w teraźniejszości. Nie mamy nad nią kontroli, możemy tylko jak Goethe zakrzyknąć: „Chwilo, trwaj!”. Pamięć jest już tylko moją radością i niestety smutkiem – wręcz wrogiem. Uzmysławiam sobie, że coś zdarzyło się w naszym życiu już tak dawno temu. Albo – co gorsza – że się nie przydarzyło i pamięć o tym nieprzydarzeniu boleśnie odzywa się we mnie. Tak czy inaczej, żyjemy i w czasie i w wieczności. Wieczność, czyli teraźniejszość, jest jedyną dostępną nam realnością. Czas jest sposobem na uświadamianie sobie przemijania. Jednak czas i wieczność to dwa aspekty tej samej rzeczywistości, zwanej życiem. Słowa Staffa są pisane z perspektywy pamięci, ale przecież dobrze wiemy, że na przykład w młodości – albo też w późniejszych latach – przydarzały się nam takie bardziej absolutne chwile teraźniejszości. „Już? Tak prędko? Co to było? Coś strwonione? Pierzchło skrycie? Czy się młodość swą przeżyło? Ach, więc to już było…życie?” Mam za sobą sześćdziesiąt pięć lat ulotnych chwil absolutnej teraźniejszości, czasem pięknej, czasem strasznej. Był to istny rollercoaster życia, którego pęd udało mi się jakoś, jak dotąd, przetrwać. Co będzie za rok? Zobaczymy, jazda trwa, światełka migają, wagoniki czasu toczą coraz szybciej i szybciej, orkiestra na „Titanicu” gra coraz głośniej, ludzie coraz bardziej rozczarowują i wkurzają. Jedyne co pozostaje to radosne wspomnienia – ale okazuje się, że to były tylko chwile w życiu… Robert Wójcik

Mierzęcin – krótki tekst o przemijaniu Dowiedz się więcej »

ZŁOTY POCIĄG, BURSZTYNOWA KOMNATA… i poszukiwacze skarbów

Dr Robert Wójcik zabiera czytelników w tajemniczy, ale jakże pasjonujący świat poszukiwaczy prawdziwych skarbów. Dorośli nie różnią się od dzieci. Mają w sobie marzenia i pragną znaleźć się w świecie jak z bajki, tylko skrywają to w sobie. Większość dorosłych realizuje te poszukiwania czytając książki i dociekając prawdy, która potrafi być skrywana za niezliczoną ilością zamkniętych drzwi. Otwarcie ich to łamigłówki, ryzyko i poświęcony czas swojego życia. Wreszcie są praktyczni poszukiwacze uzbrojeni w detektor metalu , odwagę , wiedzę i gotowość na prawdziwe odkrycie np. ..złotego pociągu czy bursztynowej komnaty. ..Swoimi indywidualnymi przemyśleniami, dociekaniami i zaskakującymi wnioskami dzieli się dr Robert Wójcik . Jest to oryginalne, samodzielne i pozbawione sensacji spojrzenie na cały zgiełk i szum medialny wokół poszukiwań legendarnego złotego pociągu ze skarbami, który wyjechał 80 lat temu i nie wiadomo gdzie dokładnie jest – Marzanna Leszczyńska Do słowa pisanego wprowadza clip ze znaną muzyką filmową i fotografiami Marka Kaźmierskiego, które pochodzą z Dolnego Śląska. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką na obrazie poniżej uruchomi krótki film. dr Robert Wójcik zaprasza do lektury Ochrona dziedzictwa archeologicznego, kulturowego, dzieł sztuki, kosztowności, jest niezwykle złożonym zagadnieniem i powiedzmy sobie szczerze – tajemniczym. Poszczególne jej aspekty znacząco się różnią, ale też na wielu płaszczyznach wzajemnie się przenikają. Artykuł jest poświęcony problematyce związanej z działalnością „poszukiwaczy skarbów”, która współcześnie stanowi jedno z największych zagrożeń oraz wyzwań dla materialnej spuścizny przeszłych pokoleń, którą zajmuje się archeologia i nauki pokrewne. Dlaczego tak to interpretuję – pewno dziwnie. Dlaczego ? – mam takie wrażenie, że lepiej czasami wiedzieć mniej niż więcej. Lepiej zachować pewne tajemnice – lub ich nie rozwiązywać. Ale człowiek, który odkąd tylko uświadomił sobie własne przemijanie, dokładał wielu starań aby pozostawić ślad po sobie i swoich osiągnięciach, uczynkach – niestety – rzadko dobrych ( kiedy kierował się zyskiem i bogactwem) – czyli złych… Ale na pewno są też prawi „poszukiwacze skarbów” – i chwała im za to. Podziwiam ich i w skrytości ducha – zazdroszczę. Dociekania, poszukiwania w wielu przypadkach nie prowadzą do celu – ale jest też wiele już opisanych i namacalnych prawdziwych zdarzeń – gdzie wytrwałość została nagrodzona… Ktoś powie, że wakacyjny okres to taki „sezon ogórkowy” na różnego rodzaju sensacje. A jak już są związane z poszukiwaniem skarbów – przyciąga jak magnes. „Złoty Pociąg” czy Bursztynowa komnata – te skarby zagrabione przez hitlerowców ( tak do końca nie wiadomo kto zagrabił…) na naszych ziemiach – szuka od dziesiątek lat wielu poszukiwaczy skarbów. Poszukiwacze z grupy „Złoty Pociąg 2025” po raz kolejny sprawili, że o okolicach Wałbrzycha mówi się w Polsce w kontekście poszukiwań zaginionych skarbów. Legendy na temat niemieckiego złota w Polsce są jednak dużo starsze. Kiedy grupa poszukiwaczy „Złoty Pociąg 2025” ogłosiła, że otrzymała zgodę Lasów Państwowych na przeprowadzenie pierwszego etapu swojego planu, polska „gorączka złota” powróciła z pełną mocą. Ów plan zakłada jedynie „sprawdzenia terenu detektorami metalu w celu usunięcia wszelkich metalowych przedmiotów z obszaru badań”, ale dla wielu jest to nowa nadzieja. Mieszkańcy Wałbrzycha i okolic podkreślają, że o „Złotym Pociągu” ( trzech wagonach wypchanych złotem i kosztownościami) słyszeli od dziecka. Ileż to osób było już na jego tropie? Czy to legenda? Niemal każdy w niego wierzy, choć nikt go nigdy nie widział. Jest jak potwór z Loch Ness. Historia poszukiwań „Złotego Pociągu” jest o wiele dłuższa. Miała zacząć się w 1944 roku, gdy Trzecia Rzesza zażądała od ludności Dolnego Śląska, by zdeponowała oszczędności w bankach. Na „złoto Wrocławia” miało składać się ponad 50 dużych metalowych skrzyń oraz liczne mniejsze, drewniane… same skarby, obrazy, dzieła sztuki, sztabki złota… W kwietniu 1945 roku wspominany ładunek miał zostać zapakowany na pancerny pociąg i ruszyć w kierunku Wałbrzycha, by umknąć przed Armią Czerwoną – sowietami. Pierwszy „skarbową gorączką” dotknięty został Tadeusz Słowikowski, który szybko zaczął zarażać nią swoje otoczenie. O złocie miał usłyszeć od Niemców, z którymi po wojnie pracował w kopalni w Wałbrzychu. W latach 70. Słowikowski poznał kolejarza o nazwisku Schulz, który pracował jako dróżnik na 61 kilometrze . Od swojego poprzednika miał dowiedzieć się, że niektóre pociągi wyjeżdżały ze Świebodzic, ale nie dojeżdżały do Wałbrzycha… Nikt ich potem nie widział – znikały jak kamfora. Dolny Śląsk, aż do 1944 roku uznawano za najbezpieczniejszy rejon III Rzeszy. W tamtym okresie nie docierały w okolice naloty bombowe, przeprowadzane przez aliantów w przemysłowych rejonach Niemiec od dwóch lat. W regionie krążyło wiele historii o ukrytych skarbach i dziełach sztuki. Najczęściej wskazywane miejsce ukrycia pociągu to 65. kilometr linii kolejowej Wrocław-Wałbrzych, w pobliżu zamku Książ i kompleksu Riese (Góry Sowie) – sieci podziemnych tuneli budowanych przez Niemców z udziałem więźniów. Co ciekawe – mało kto wie , że „Złotego Pociągu” szukało też wojsko w komunistycznych czasach na polecenie generała Jaruzelskiego – to były bardzo szeroko zakrojone badania. Ale one też nie przyniosły rezultatu. Grupy poszukiwacza „Złoty Pociąg 2025”, ogłosiła, że otrzymała zgodę Lasów Państwowych na przeprowadzenie pierwszego etapu swojego planu, czyli  sprawdzenia terenu poszukiwań detektorami metalu w celu usunięcia wszelkich przedmiotów z obszaru badań. Mimo entuzjazmu grupy poszukiwaczy, eksperci powątpiewają w możliwość odnalezienia „Złotego Pociągu”. – Rozsądek podpowiada, żeby w niego nie wierzyć. Ukrycie składu tak, jak chcą tego poszukiwacze w swoich marzeniach, wymagałoby istnienia dość dużych rozmiarów tunelu. Pociąg musiałby zostać do niego wprowadzony w odpowiednim momencie i to jeszcze w czasie wojny.  Zawsze przy tego typu czynnościach są ( lub powinni być) świadkowie, powinny być też dokumenty. W historiach o „Złotym Pociągu” na nic takiego nie natrafiono. Prawdopodobieństwo, że taki tunel istnieje, jest bardzo małe, wręcz znikome. Jednak sama legenda „Złotego Pociągu” i jej nagłaśnianie może napędzać do działania, a z tego mogą płynąć pozytywne efekty. Przypominam, że w XIX wieku szukano Troi i wydawało się, że to jest jeden wielki mit. A okazuje się, że właśnie takie miasto odnaleziono… istniało , było – mimo, że wielu twierdziło, że to jest tylko legenda. I jak tu nie wierzyć w cuda i Opatrzność Boską ? Jeszcze jedna ciekawa rzecz – co niektórzy uważają, że w „ Złotym Pociągu” też znajduje się Bursztynowa komnata” – ??? Nie mam pojęcia skąd te przypuszczenia. Reasumując – szanse na odkrycie są niewielkie, natomiast legendy jakiś sens mają, bo zachęcają do działania. Może nie „Złoty Pociąg” , ale coś innego, co jest równie intrygujące i ciekawe. Poszukiwacze występują pod nazwą „Zespół Złoty Pociąg 2025” zapewniają, że mają nie tylko precyzyjne dane lokalizacyjne, ale też dokładny plan działania. Nadleśnictwo Świdnica wydało zgodę na rozpoczęcie badań z „małym zastrzeżeniem” – poszukiwacze mogą korzystać tylko z łopat, szpadli i saperek. Mogą być używane tylko punktowo – do wykopów o maksymalnych wymiarach 30 na 30 cm i głębokości do 50 cm. O ciężkim sprzęcie nie ma mowy. Życzę im sukcesu w poszukiwaniach – ale osobiście mam inną teorię. Poszukiwacze podkreślają, że dysponują precyzyjnymi współrzędnymi GPS opisującymi przebieg i kształt tunelu. Ich oświadczenie brzmi „ Poprzez

ZŁOTY POCIĄG, BURSZTYNOWA KOMNATA… i poszukiwacze skarbów Dowiedz się więcej »

Śmierć – ciemna strona księżyca …

„Memento mori” to łacińska sentencja, która dosłownie oznacza „pamiętaj o śmierci”. Jest to filozoficzne przypomnienie o nieuchronności śmierci, mające na celu skłonienie do refleksji nad życiem i jego ulotnością. W kulturze, sztuce, religii różnych wyznań – ten motyw często przybiera formę symboli takich jak czaszki, krzyże, trumny, klepsydry, ogniska, tratwy ze zmarłymi, ogień czy zwiędłe kwiaty, mających unaocznić przemijanie. Czasami okrucieństwo – to we wschodnich religiach. Dziwny jest ten świat. Czy My o tym myślimy, zdajemy sobie z tego sprawę – co to jest śmierć ? Czy się zastanawiamy – co będzie z nami czy z naszymi bliskimi ? Chyba nie w młodości – przyjmujemy życie jak wypieczoną , pyszną kromkę chleba z masłem w ręce. – a w zasadzie wzrokiem w komórce. Śmierć – jest też kromką chleba, która przypomina drugą – tą ciemną stronę księżyca. Dlaczego? Bo dopiero na starość coś nasz rusza i zaczynamy o tym myśleć. Poznajemy jej dobry smak – smak przemijającego życia, który już nie wróci na starość. Taki jest ten dzisiejszy dziwny świat. Tak zwana – chwila życia – strasznie mnie to martwi i boli moje uczucia. Opowiem tak … Byłem przy śmierci swojego taty – walczyliśmy wspólnie z siostrą i rodziną przez wiele lat – codziennie – i jestem z tego dumny – aby jeszcze żył – był z nami. Dziś się zastanawiam nad jednym – czy nie cierpiał w czasie tej ostatniej przygody życia … nie wiem. Wiem jedno – robiliśmy wszystko – aby żył jeszcze… To nie było cierpienie – może w ostatnich chwilach.   Śmierć czeka każdego z nas. Nikt nie wie, kiedy jego czas się skończy, ale szacuje się, że każdego roku umiera 56 mln ludzi. Według GUS, w 2021 r. przeciętna długość życia mężczyzn w Polsce wyniosła 71,8, a kobiet 79,7 lat. Eksperci medyczni wyjaśniają, jak wyglądają ostatnie etapy życia człowieka w sędziwym wieku. Śmierć jak każdy proces ma etapy, które warto poznać – głupio napisałem … – zapoznać się z nimi, by przygotować się na odejście siebie czy bliskiego . To trudny temat, który jest odrzucany przez nas – staramy się nie myśleć o tym – ale on powraca co jakiś czas. W naszych myślach czy snach. Co powinniśmy wiedzieć o umieraniu ? Nie ma chyba osoby, która czasami nie zadaje sobie takich pytań. Szczególnie w obliczu śmieci kogoś bliskiego. Co się dzieje z nimi czy z nami po śmierci? Jak ona będzie wyglądać? Jaki chcemy mieć pogrzeb ? Czy śmierć oznacza koniec wszystkiego, czy dopiero początek naszej drogi? Ludzie od wieków próbują odpowiedzieć na te pytania. Wbrew powszechnemu przekonaniu śmierć  z powodu starości w rzeczywistości nie jest spowodowana fizycznym zużyciem lub rozpadem organizmu. Jest to zwykle połączenie chorób, które kumulują się z czasem, powodując niewydolność narządów i ostatecznie śmierć. Wraz z wiekiem – ciała starszych osób stają się słabsze, co czyni je bardziej podatnymi na dolegliwości fizyczne, takie jak np. choroby serca, udar mózgu czy inne dolegliwości — to najczęstsze przyczyny śmierci ludzi w podeszłym wieku. Inne zagrożenia, na jakie narażone są osoby starsze – takie jak każdy może je mieć ( i nie wiedzieć o tym… ), to rak, demencja, cukrzyca  czy problemy z oddychaniem — wszystkie z nich mogą przyczynić się do naszej śmierci w ciągu kilku lat lub nawet miesięcy. Nieodpowiedni styl życia, czyli zła dieta, brak ruchu, papierosy , nadmierne picie alkoholu, nadużywanie narkotyków i  dzisiejszy stres życia ma na to ogromny wpływ w połączeniu z czynnikami związanymi z wiekiem. Krótko mówiąc, śmierć z powodu starości niekoniecznie jest spowodowana jednym konkretnym czynnikiem – to wynik wielu problemów związanych ze starzeniem się organizmu. Ale możemy temu w jakiś sposób pomóc, zapobiec. Przez co ? przez miłość do swoich bliskich – babć, dziadków, rodziców – mamy czy taty, starych cioci, wujów czy miłych sąsiadów czy sąsiadek – tylko trzeba chcieć – nie zapominać o nich . Być przy nich do końca ich dni … pocieszać, wspierać, pielęgnować, karmić… – być przy nich!!! – Do końca – trzymać ich rękę w agonii – Oni potrzebują tego – mam wrażenie po swoich przeżyciach – że tego bardzo potrzebują – nie chcą być samotni jak odchodzą – chcą żeby ktoś z nimi był – bliska osoba. Ale Ona – ta śmierć – musi być radosna – musi kochać to rozstanie – chociaż łzy jej po policzku płyną … bo już nic nie może zrobić. Ociera tylko twarz swojej mamy, taty, babci czy dziadka … zwilża wodą usta – bo taka jest ta śmierć – paskudna, okrutna. A jak my będziemy umierać – czy ktoś się nad tym zastanowił ??? Z technicznego punktu widzenia nikt nie umiera ze starości. Wraz z wiekiem nasze ciała w naturalny sposób zaczynają być mniej sprawne, zarówno pod względem wydolności fizycznej, jak i poziomu energii. Wynika to z procesu starzenia, który jest niezwykle złożonym cyklem zmian biologicznych, jakie zachodzą powoli w czasie. Wraz z wiekiem komórki zaczynają się rozkładać i stają się mniej wydajne, co prowadzi do osłabienia mięśni, wolniejszego czasu reakcji i ogólnego zmniejszenia sprawności fizycznej lub umysłowej. Starsi ludzie są bardziej podatni na choroby, takie jak przeziębienie czy grypa ze względu na osłabiony układ odpornościowy. Zdolność organizmu do zwalczania infekcji również zmniejsza się z czasem, co może prowadzić do innych komplikacji zdrowotnych, takich jak rak lub choroby serca. Innym czynnikiem przyczyniającym się do śmierci ze starości jest po prostu stopniowa degradacja układów organizmu w miarę upływu czasu. Może to być przyspieszone przez czynniki związane ze stylem życia. Ale ostatecznie nawet zdrowi i wysportowani ludzie nie mogą uciec przed skutkami starzenia się organizmu, bo możliwości fizyczne się kurczą i doprowadzą do ostatecznego zgonu. Dzieje się tak niezależnie od tego, czy ta przyczyna została wykryta wcześniej, była leczona bez powodzenia czy też zaniedbana latami. Za śmiercią zawsze stoi jakiś stan chorobowy, nawet jeśli ludzie umierają we śnie. Koniec życia jest czymś, z czym wszyscy kiedyś będziemy musieli się zmierzyć- i chociaż nie ma sztywnych reguł określających, jak powinien się ona się potoczyć, niektórzy uważają, że proces ten może przebiegać etapami. W zależności od naszej kultury etapy te mogą obejmować: – oddalenie się fizycznie i emocjonalnie, –

Śmierć – ciemna strona księżyca … Dowiedz się więcej »

Duchy , Zmory, Wizje ….

Dzieci też miewają wizje i jako dorośli po latach, doświadczeniach różnych przeżyć – „łączą kropki”. Z pamięci wydobywają się na światło dzienne różne skojarzenia i niesamowite historie. Któż z nas tak nie miał… Podobno, gdy wchodzi się w drugą połowę „lata starości” ( po 65 roku życia ) puzzle wspomnień zaczynają układać się w wyraźną całość, a tajemnice się odkrywają. Gdy wiedza, inteligencja łączy się z tym co niepojęte – wtedy robi się naprawdę ciekawie… Zapraszam na kolejną opowieść, na http://www.idealzezgrzytem.pl dr Roberta Wójcika z cyklu „Opowieści niesamowite ” https://idealzezgrzytem.pl/category/opowiesci-niesamowite/ – Marzanna Leszczyńska Na zdjęciu : autor dr Robert Wójcik z jednym ze swoich pupili Muszę to opisać – to było dziwne – wydarzyło mi się w moim dzieciństwie – miałem może dziesięć lat ( może mniej) – ale pamiętam to – to były przepowiednie czegoś – czego należy unikać w życiu. Mam pamięć fotograficzną – i to będę pamiętał do końca życia… Fakt. Tak – ktoś był wtedy przy mnie – jak spałem – o Boże! – nie wiem czy spałem – ale widziałem pewne sytuacje, które doświadczyłem – to była taka wizja – obrazy z przyszłości – niebezpieczne dla mego życia. To się wszystko sprawdziło . Były trzy – pierwszy – że mam unikać skoku na główkę do jeziora z pomostu – w nieznanym miejscu. I była taka sytuacja – pierwsze „samodzielne wakacje” – przyjechałem z kolegą na dwutygodniowe wakacje – miałem dokładnie – 15 lat – lipiec – ciepło – gorąco – jezioro zachęcało do kąpieli. Wbiegłem na pomost – nikogo nie było. No to skok do wody – tak sobie pomyślałem . Ale wtedy coś mi się przypomniało – ta wizja we śnie – Nie ! – nie skacz do wody – to było bardzo gwałtowne – niesamowicie gwałtowne ! – przypomniałem sobie ten dziwny sen ( wtedy kiedy miałem dziesięć lat) – a może nie sen – ale to co ta dziwna postać – dziwna- która była przy moim łóżku i mi wkładała te obrazy do głowy. I widziałem obraz pewnej tragedii. Nie… nie wskoczyłem wtedy do jeziora – skacząc z pomostu na tzw. „główkę”. Zrobił to ktoś inny – na drugi dzień – widziałem to . Przyjechała grupa starszych chłopców z obozu wioślarzy, którzy rezydowali po drugiej stronie tego jeziora. Byli opiekunowie – kąpiel, skoki z pomostu – i raptem krzyk jednego z nich – nie ma Roberta !!! – gdzie jest Robert !!! – przecież on skakał do wody. Potworne zamieszanie – jeden z opiekunów grupy – dorosły barczysty mężczyzna – wskoczył do wody – nurkował i widać było , że ma przeszkolenie ratownicze. To trwało z pięć … może więcej minut. Nagle widać było jak wyłania się z wody – i trzyma kogoś w rękach. To był ten Robert – reanimacja na brzegu – ktoś pobiegł szybko do recepcji ośrodka, aby zadzwonić po pogotowie ratunkowe ( wtedy nie było jeszcze komórek)… Po godzinie przyjechała karetka pogotowia, policja – Niestety – Robert – nie żył – złamany kręgosłup – i za długo był pod wodą … To był mój imiennik – ja też mam na imię Robert. I jak tu nie wierzyć w przepowiednie, które się zdarzają w nocy ? Pamiętam jedno – wtedy kiedy miałem te dziesięć lat i miałem te wizje- leżałem nieruchomo, oczy chyba miałem szeroko otwarte, ale nie mogłem nic powiedzieć, krzyknąć. Czułem, że ktoś – lub coś – stoi tuż obok. Nie mogłem się poruszyć – paraliż zupełny. To nie był sen. Przerażająca podróż w głąb ludzkiej świadomości. I ta dziwna postać – jeszcze coś ona do mnie mówiła … i te obrazy z przyszłości , które widziałem … Czy to tylko była neurologiczna usterka… czy może kontakt z czymś, co wykracza poza naukę? Rzekomo współczesna nauka potrafi wyjaśnić wiele mechanizmów ludzkiego snu. Wciąż istnieją doświadczenia czy dowody, które balansują na granicy prawdy czy fałszu – jawy i czegoś, co trudno nazwać inaczej niż „inna rzeczywistość”. Jednym z nich jest tzw.  paraliż przysenny – zjawisko równie dobrze udokumentowane, co nie do końca zrozumiane. W jednej chwili człowiek budzi się świadomy, ale całkowicie sparaliżowany, często w towarzystwie cieni, szeptów i przytłaczającego strachu. I są wizje – ale wizje przyszłości – zdarzeń , które będziesz doświadczał, widział , które mogą Cię spotkać. W starożytności mówiono o demonach, zmorach i Lilith ( ta ostatnia – w folklorze żydowskim upiorzyca groźna dla kobiet w ciąży i niemowląt w pierwszych tygodniach ich życia…) Dziś mówi się – o zaburzeniach fazy REM (czyli faza snu z szybkimi ruchami gałek ocznych – z ang. rapid eye movement, to jeden z etapów snu, podczas którego występują marzenia senne. W tej fazie aktywność mózgu jest intensywna, przypominająca stan czuwania, ale ciało jest wiotkie i rozluźnione. Faza REM jest ważna dla przetwarzania emocji, konsolidacji pamięci i regeneracji mózgu). Nie pamiętam czy mi mrugały oczy, czy powieki – wiem jedno – a w zasadzie pamiętam – widziałem tą dziwną postać , która siedziała obok mnie. Kto ma rację – sen, wizja, przepowiednia, czy ta dziwna postać ? A może wszystkie strony dotykają tylko części większej prawdy – powiedzmy sobie szczerze – tajemniczej i dziwnej. Ja tego doświadczyłem – jak nie wierzycie – opiszę swoją drugą wizję … To widziałem wtedy ( w wieku dziesięciu lat) – ten ktoś mi to pokazywał . Było to trochę zamazane – byłem wtedy już dorosły – miałem mundur – nie widziałem siebie – twarz miałem jakby niewidoczną – ale ten mundur wojskowy pamiętam – jakiś zgiełk – Widziałem żołnierzy, którzy wchodzą do samochodu – to był ciężarowy samochód z tzw. paką do przewozu ludzi – chyba „Star” Jakiś wojskowy namawiał mnie abym pojechał z nimi – mówił , że będzie fajnie – żołnierze zrobią sobie zakupy – pamiętam dokładnie – to była sobota. I wtedy coś znów sobie przypomniałem z tego swojego dziwnego snu – Nie !!! – nie jedź z nimi !!!. Nie pojechałem – wolałem siedzieć na miejscu – w ohydnych koszarach – w zasadzie barakach wojskowych. Oni pojechali do miasteczka – widziałem we śnie jak ten samochód wyjeżdża z koszar. Potem widziałem i słyszałem

Duchy , Zmory, Wizje …. Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry