Autor: Marzanna Leszczyńska

WENECJA -maska, „Caffe Florian” i historia

Przeplatający się ślad obecności w Wenecji w ostatnim dniu Karnawału z historią tego święta i tego miejsca. Poniższy tekst jest rozwinięciem, nawiązaniem do clipu idealzezgrzytem.pl/2023/02/27/ostatni-dzien-karnawalu-w-wenecji/ Ostatni dzień karnawału 2023 r. Rozpoczął się dla mnie na Placu Św. Marka zaraz po północy. Zimowa i zimna lutowa północ, bez śniegu. Może nie było tak zimno a był to tylko efekt 45 – minutowej podróży tramwajem wodnym Kanałem Grande…Podróż wprowadzająca w inny świat, który najlepiej chyba oddały słowa Jarosława Iwaszkiewicza, które nieco sparafrazuję: domy Wenecji biegną za nami jak goniące nas kościotrupy bo jadąc do Wenecji uciekamy od życia i od miasta – do śmierci ,do morza, do miasta, które nie żyje, w jakąś mgłę zielono- granatową. Stanęłam na ogromnym placu; otoczonym potężną, agresywnie wręcz – rażąco oświetloną kolumnadą. I „Ona”! Wspaniała również potężna nie tylko rozmiarem ale też potężna przepychem ozdób – Bazylika Św. Marka – jeden z najpiękniejszych cudów architektonicznych świata. Żadnego samochodu, żadnego znaku drogowego ani roweru czy motoru. Cały Plac zasłany confetti – to znak, że dużo się tutaj niedawno działo… Teraz jest cicho i prawie pusto. I w tym momencie weszłam w bajkę. Allegrija. Włoska bajka, która ma coś z cyrku, coś z Baśni Andersena. Niby pusto ale z różnych zakamarków Placu wyłaniają się co rusz bajkowe postacie. Naprzeciwko mnie idzie wysoki, szczupły mężczyzna w kraciastym płaszczu – pelerynie i cylindrze a la Sherlock Holmes. Za chwilę przemykają dwie damy w białych, długich sukniach do ziemi i białych płaszczach- również długich. Nagle z daleka rozlega się hałas – to hałasują puszki, którymi jest obwieszony ktoś kto wygląda jak luksusowy żebrak. Co rusz mijają mnie na przemian: diabły, zjawy, anioły czasem współcześnie ubrane osoby. Na tle Pałacu Dożów pojawił się ktoś ubrany na biało. Miał perukę, szustokar, sięgające kolan spodnie, pończochy i pantofle. Ubrany jak Król Stanisław Poniatowski. Ruszył wzdłuż Bazyliki Św. Marka a gdy się odwrócił miał na plecach skrzydła. XVIII-wieczny anioł? Zjawił się dokładnie w miejscu, w którym kiedyś między zacumowaną przy nabrzeżu łodzią a kampanilą rozciągano linę, a potem następną między dzwonnicą a Pałacem Dożów. Akrobata przebrany za anioła wspinał się na kampanilę po czym zjeżdżał na dach Pałacu rozsypując po drodze kwiaty. W 1680 roku wielkiego czynu dokonał Scartenador, który wjechał po linie na dzwonnicę, siedząc na końskim grzbiecie! Mimo późnej pory nocą i zmęczenia podróżą w głowie uruchamia się wyobraźnia, przypominają się wiadomości z historii La Serenissima, jakieś marzenia, baśnie i filmy, które obejrzałam i przeczytałam dawno temu. Przemierzam Plac ciągnąc za sobą lekką jak piórko walizkę i oczami wyobraźni widzę co się tutaj działo 700, 600, 500, 300, 200, 100 lat temu. Pomyśleć, że kiedyś: toczyły się tutaj walki byków, odbywały pokazy dzikich zwierząt, zaklinano węże, a w 1761 r. był tu nawet nosorożec. Plac lśnił od fajerwerków. Z gwaru przebijały się donośne głosy znachorów zachwalających swoje eliksiry i ” królewskie wody”, wrzaski tych, którzy dali sobie wyrwać bolącego zęba za pieniądze. Gwar cichł tam, gdzie grajkowie z gitarami i mandolinami dawali swoje koncerty. Nie brakowało wróżbitów i ciekawych wiedzy o swojej przyszłości . Byli czarodzieje – iluzjoniści i ich spektakularne pokazy uruchamiające gremialne oooch!!! widzów, gdy to najpierw pokazywała się rana, tryskająca krwią od dźgań nożem, a za chwilę było zdziwienie na widok zagojonej już rzekomej rany. Co rusz ktoś robił żonglerskie sztuczki, w które trudno było uwierzyć. Gdzieś tutaj odbywały się wyścigi taczek, koni, grano w palanta i walczono na szpady w konkursach. W Wenecji uliczni artyści nie byli spętani rygorystycznymi przepisami ,dlatego przybywali do niej tłumnie. Przybywali tu ludzie żądni wrażeń ale byli tacy, którzy szukali bogactwa a to w ich mniemaniu mogła dać gra w karty, kości i hazard w postaci obstawiania wyników wyboru do senatu i Rady 10-ciu pod Pałacem Dożów, czy na Rialto. Na hazard była zgoda władz miasta, dzięki hazardowi też miasto piękniało. Dwie kolumny na Piazetta powstały w zamian na zezwolenie na hazard. W Wenecji najpierw handel był krwioobiegiem miasta potem stał się nim hazard. Na porażkę i brak szczęścia należało reagować z całkowitą obojętnością. Przegrani czuli się jak wypatroszeni, ukrzyżowani a jednak robili to. Twierdzono, że czymś nadzwyczajnym jest widok , jak z wielkim spokojem i powagą przegrywa się ogromne sumy. Tędy przechodziły pochody makabresek: udawanych pogrzebów, przewożono na taczkach oszpeconych syfilisem. Ciągnę swoją walizkę po wybrukowanych wąskich uliczkach, kompletnie pustych między kanałami zielonej wody i przechodzę przez mosty i mosteczki. Na tych mostkach odbywały się kiedyś wojny na pięści między mieszkańcami różnych dzielnic. W ramach wojny na pięści drużyny spotykały się na wybranym moście, a z ulic i okien domów nad kanałami przyglądały się zawodnikom tysiące widzów. Celem bójki było zrzucenie przeciwników do wody i opanowanie całego mostu. Zawodnicy mieli na głowach hełmy i zasłaniali się tarczami, ponieważ rozgrywki bywały brutalne i nierzadko kończyły się obrażeniami a nawet śmiercią. Zdobycie dwóch kamiennych płyt na koronie mostów stawało się najwyższym celem, zwycięzcy stawali się bohaterami, pokonani okrywali się hańbą. Na placach, które mijam rozpalano niegdyś ogniska, gdy były zwycięskimi i tańczono na znak radości. Zwycięzcy stawali się idolami, w domach wieszano na ścianach malowidła z ich podobiznami. Wenecjanie nigdy nie byli żołnierzami, a swoją wojowniczość właśnie tak przejawiali. W bójkach na pięści było nawiązanie do czasów osiedlania się na lagunie, gdy walczono o terytorium, kanały stanowiły wodne granice – pasy wody między parcelami, parafiami. Jeszcze w XV i XVI wieku ścierały się frakcje. Mieszkańcy jednej parafii stawali na moście i obrzucali sąsiadów wyzwiskami. Zdarzały się tez samotne wypady na teren wrogów i obrzucano ich kijami i kamieniami. Bitwy stanowiły również hołd dla roli mostów we wspólnotowym życiu Wenecji. Mosty były osiami, wokół których obracało się miasto. Chcę się temu wszystkiemu przyjrzeć w ten ostatni dzień karnawału. Czym jest karnawał w Wenecji? Stawiam nie na ilość ale na jakość. Bez pośpiechu. Niech będzie mniej ale za to być może – więcej zauważę. Niesamowite stroje ludzi, którzy pojawiają się na ulicach i mieszają z turystami budzą ogromne zainteresowanie. Muszę przyznać, że są numer jeden, wszystko wtedy blednie i staje się niezauważalne. W Wenecji jest dużo markowych sklepów, wyprzedaże, obniżki cen wystawy w witrynach sklepowych zazwyczaj

WENECJA -maska, „Caffe Florian” i historia Dowiedz się więcej »

Ostatni dzień karnawału w Wenecji

Ostatni dzień Karnawału w Wenecji. Zapraszam na zdjęcia i muzykę. Trochę z atmosfery na Placu Św. Marka oraz z najstarszej i najpiękniejszej kawiarni na świecie „Caffe Florian”. „Caffe Florian” to randez – vious całego świata i współczesna „Wieża Babel”…. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką uruchomi krótki film – zdjęcia z muzyką.

Ostatni dzień karnawału w Wenecji Dowiedz się więcej »

BAL W DOBRYM TOWARZYSTWIE

Kończy się karnawał i czas niepowtarzalnych w roku zabaw. Czas już na wspomnienia – gdzie to bawiliśmy się w karnawale 2023 roku?… Miałam w tym roku zaszczyt uczestniczyć w prawdziwym i wyjątkowym balu jaki odbył się w Warszawie w Hotelu Sheraton a zorganizowało go Polskie Towarzystwo Gospodarcze. Powiało wielkim światem a organizatorom imprezy udało się nawiązać do czasów Warszawy okresu przedwojennego dzięki Warszawskiej Orkiestrze Sentymentalnej. Ktoś z uczestników balu stwierdził, że tamten okres był złotym czasem dla mieszkańców stolicy, którzy bawili się wtedy wyjątkowo często i na wyjątkowo dobrym poziomie. Niemal przez cały wieczór dzięki Warszawskiej Orkiestrze Sentymentalnej goście czuli atmosferę z filmu „Vabank” J. Machulskiego a rej w tej orkiestrze wiodły … klarnety. Elegancji dopełnił black tie code obowiązujący uczestników balu gdyż nie często ma się okazję zobaczyć panów w smokingach a panie w eleganckich długich sukniach. Przeważały czarne sukienki, w większości bez negliży. A tak skomplementował panie obecne na balu konferansjer : „mimo, że trwa właśnie Dzień Babci to babć na balu nie widać”. Rozpoczęto polonezem – utworem Wojciecha Kilara z „Pana Tadeusza”. Tak! Przyjął się ten polonez na polskich balach i zawsze mnie wzrusza moment gdy go słyszę jako przywracający pamięć o historii naszego kraju. Polonezem też zakończono bal ale stało się to w sposób niezaplanowany, spontaniczny i warto opisać ten moment bo był efektem pomysłowości gości – po prostu błysnęli oryginalnością i polotem a przede wszystkim pokazali miłość do muzyki i tańca. A jeśli zareagowali na apel wodzireja to tym bardziej należy się im podziw i szacunek. Czas dobiegał końca, a wodzirej, który spojrzał bezradnie na przetrzebioną mocno już salę i oświadczył przez mikrofon, że miał w planie bal zakończyć polonezem ale nie będzie miał już z kogo sformować orszaku. Po tym zabrzmiał utwór Vangelisa i wtedy wyszło dosłownie parę osób, które z gracją zatańczyły poloneza właśnie do tego utworu. Towarzystwo bawiło się aktywnie na parkiecie przez całą noc. Orkiestra grała w ciekawy, nie znany mi dotąd sposób. Polegał on na tym, że grane były trzy kawałki różnych utworów ale tym samym charakterze tanecznym czyli były trzy np. walce, trzy razy cha-cha albo trzy razy jive czy też rock’n’roll. Trzeba przyznać, że przy tych żywiołowych tańcach można się było naprawdę „mocno zgrzać” i z trudem podołać kondycyjnie. Bal połączono z uroczystą galą, na której po raz pierwszy przyznano statuetki najlepszym przedsiębiorcom należącym do PTG w różnych kategoriach. Mnie utkwiły w pamięci dwie oryginalne kategorie: uczciwy przedsiębiorca i największa ekspansja poza granice Polski. Pełna emocji była też aukcja i licytacja biletów i prac plastycznych. Jeden ze zwycięzców licytacji pojedzie na mecz piłki nożnej do Hiszpanii. Formuła tego balu była inna od powszechnie stosowanej. Była dobrze dopracowana. Bal pozwalał na udane spędzenie czasu zarówno towarzysko, zabawowo jak i biznesowo. Goście mogli ze sobą porozmawiać, poznać się, wymienić wizytówkami, zintegrować się, potańczyć. Hotel Sheraton umożliwiał taką formułę gdyż oprócz sali balowej były mniejsze sale, które umożliwiły rozmowy w kuluarach. A rozmowy były różne i tych grupek gości skupionych na rozmowach o polityce, problemach przedsiębiorców, społecznych, życzeniach i planach było sporo. Ale też nie dawało się zauważyć snobistycznego zadęcia i sztywności mimo wydawałoby się sprzyjających warunków. Jak to ktoś powiedział w grupce stojących i pochłoniętych rozmową ze sobą osób: „widzę, że towarzystwo, które się tutaj zebrało jest raczej moralne”, na co ktoś inny zareagował pytaniem „a skąd to wiesz?” otrzymując odpowiedź „Czy widzisz tu dojrzałych przedsiębiorców z 18-latkami?” Ten swoisty charakter balu uczestnicy podtrzymali mimo woli. Wzruszający był dla mnie moment gdy pod koniec balu, na którym pozostało już niewiele par – widziało się ostatnie rozmawiające ze sobą osoby a obok w pokoju z pianinem dało się usłyszeć dźwięki pianina i damskie głosy śpiewające „Dumkę” z filmu „Ogniem i mieczem”. W balu uczestniczyli też goście polskiej sceny politycznej. Było to zrozumiałe jako, że instytucja PTG jest zakotwiczona przecież w określonej misji, której bez współpracy z światem polityki nie da się realizować. Moją szczególną uwagę przykuła obecność Krzysztofa Bosaka. Bardzo podobała mi się jego taka dyskretna obecność (jak i pozostałych polityków), o której nikt nie był informowany czy w jakiś sposób promowany, co jest typowe dla wielu współczesnych imprez z udziałem przedstawicieli władz. Był bez żony, nie tańczył (choć tańczyć potrafi, o czym przekonałam się oglądając Go razem z Kamilą Kajak w „Tańcu z gwiazdami”). Sama byłam świadkiem jego rozmowy z moim mężem i innymi z przedsiębiorcami. Sprawiał wrażenie osoby skromnej jednocześnie wiedzącej o czym i jak mówić na tego typu imprezie aby utrzymać jej charakter. Podsumowaniem balu niech będzie moja tak refleksja. Czułam się na tym balu jakbym była nie tylko na dobrze zorganizowanej zabawie karnawałowej ale jakbym uczestniczyła też w ważnym towarzyskim spotkaniu osób, którym zależy na czymś więcej niż tylko zabawie i że nie chodzi w tym tylko o same pieniądze ale o pewne inne wartości, które powinny towarzyszyć ludziom zaangażowanym w życie gospodarcze kraju. Polskie Towarzystwo Gospodarcze ma dzisiaj siedzibę w Warszawie ale jego początki 6 lat temu związane były z Wielkopolską i pałacem w Brodnicy. To tam rozwijała się myśl, aby powstała organizacja przedsiębiorców, którzy reprezentują polski kapitał lub polską przedsiębiorczość, nie unikający płacenia w Polsce podatków, budujący własne przedsiębiorstwa z uwzględnieniem zakorzenionych w polskiej kulturze wartości, w oparciu o chrześcijański system wartości dbających o interes polskich narodowych wartości i potrzeb wszystkich osób współpracujących i budujących sukces gospodarczy. Twórcom idei zależało na tym aby ludzie o podobnych do siebie poglądach tworzący biznes w Polsce mogli się wzajemnie poznawać, wymieniać doświadczeniem, nawiązywać współpracę tak aby powstawały z tego nowe pomysły i przedsięwzięcia oparte dalej na odpowiedzialnym zarządzaniu zasobami w tym kapitałem ludzkim i aby tacy przedsiębiorcy wpływali na przepisy i ustawy w kraju. O tych ideałach i założeniach PTG opowiadał w Brodnicy w 2017 roku na jednym z pierwszych spotkań tego stowarzyszenia hrabia Jerzy Mańkowski w swoim rodowym Pałacu odkupionym od Skarbu Państwa i odrestaurowanym przez siebie. To w jego posiadłości w Brodnicy odbywały się pierwsze spotkania tej organizacji. Dziś jest honorowym członkiem zarządu PTG obecnie funkcjonującego już jako stowarzyszenie pracodawców, żywo zainteresowany losem PTG, służący mu dalej pomocą . Jak widać jej działalność się rozwija

BAL W DOBRYM TOWARZYSTWIE Dowiedz się więcej »

PORCELANOWA PASJA MARII

Marzanna Leszczyńska rozmawia z Marią Galisiewicz o pasji kolekcjonowania żarskiej porcelany a nawet misji … Marzanna L –Mario, jesteśmy dobrymi znajomymi już od 15 lat. Przeżyłyśmy ze sobą nie jeden wyjazd, nie jedną przygodę, mnóstwo spotkań, wspólnych organizacji ale muszę przyznać, że zawsze będziesz mi się kojarzyć z żarską porcelaną. Nie tylko dlatego, że jesteś posiadaczką imponujących zbiorów, których nie zobaczysz w muzeum, czy na wystawach ale u Ciebie widać miłość do tych przedmiotów, pasję a nawet dostrzegłam misję i o tym właśnie chciałam z Tobą porozmawiać. Ale oczywiście zacząć należy od pytania podstawowego dlaczego nie kolekcjonujesz znaczków, monet, obrazów tylko żarską porcelanę? A jeśli już wybrałaś porcelanę to dlaczego żarską, jest tyle innych pięknych, tańszych, popularnych jak np. rosenthal? Maria G.– Porcelana zawsze mi się podobała. Zwłaszcza w kolorze ecri. Oczywiście ludzie kolekcjonują monety, znaczki i obrazy. Dla mnie zawsze było ważne, aby to były rzeczy piękne ale również do używania a nie tylko do podziwiania. Porcelana jest piękną dekoracją w domu, w kredensie. Jest piękną dekoracją stołu, podbije rangę: uroczystości, świąt, urodzin, imienin czy spotkania towarzyskiego. Z niej obiad i deser na pewno smakuje lepiej niż z duraleksu. Długo wydawało mi się, gdy oglądałam porcelanę w muzeach, że dla mnie jest nieosiągalna, za droga, nie śmiałam o niej nawet pomarzyć. Zawsze ją jednak podziwiałam. Zadecydował przypadek o moim kolekcjonerstwie. Potrzebowałam biurka, ale nie chciałam takiego ze sklepu, chciałam kupić stare, stylowe, może nawet antyk. W tym celu pojechałam na giełdę staroci. Znalazłam takie, które mi się podobało i zaczęłam dobijać targu. Sprzedawca w pewnej chwili powiedział zdenerwowany : ” Mam tu jeszcze komplet porcelany. Niech to pani weźmie za tysiąc złotych. To droga porcelana. Proszę sobie sprawdzić na internecie. Ja tego nie będę już woził, bo ja to ku..a ( tu zaklął siarczyście) w końcu potłukę i tylko będę miał kłopot”. Nie miałam pojęcia, czy to jest tyle warte, tych 12 filiżanek, dwa dzbanki, cukiernica – cały komplet herbaciano-kawowy. Patrzyłam i podobał mi się: niebieskie kwiaty, złote paseczki. To były „Osty Ingrid”. Wahałam się, nawet nie miałam tyle pieniędzy przy sobie. Ale osoba, która mi towarzyszyła przeważyła szalę mojej decyzji i doradziła: „Jak Ci się podoba to sobie kup”. Podjęłam decyzję bardzo niepewnie , miałam wątpliwości czy dobrze zrobiłam. Za mną stał klient, który w milczeniu czekał aż się wycofam. On był zdecydowany, świetnie zorientowany, dla niego to była okazja. Gdybym po wycofaniu się przemyślała i wróciła po pięciu minutach już by tego zestawu nie było. Po powrocie do domu sprawdziłam w internecie na allegro – jedna filiżanka z talerzykiem kosztowała 350 zł. Tak, to był dobry zakup. I jak się okazało zaczęłam kolekcję tak jak zacząć należało, jak radziły podręczniki kolekcjonerskie : ” Zacząć należy od tego co ci się podoba. A potem rozwijasz pasję. Dokupujesz, poszukujesz, sprawdzasz, jednym słowem polujesz”. Dziś trudno o okazję, czyli taką sytuację, że ktoś sprzedaje za bezcen coś wartościowego i nie wie co to jest, ile jest warte. Poszukiwaczy jest wielu, a ci ,którzy sprzedają mają wysokie ceny i posiadają wiedzę. I tak to się zaczęło. Zaczęłam się interesować, szukać wiadomości w internecie, kupowałam książki, katalogi wzorów, patrzyłam na sygnatury. Zaczął się dla mnie dobry czas bo te rzeczy stały się dla mnie dostępne finansowo, było mnie na nie stać. Mogłam je gromadzić czyli zacząć kolekcję. Odwiedzałam giełdy, targi staroci, jeździłam po lubuskim bo jest tyle targów w każdym mieście. Można trafić na ciekawe rzeczy, okazje się zdarzają, ale to też jest praca, czas poświęcony, to trzeba lubić, wstawać wcześnie rano po to aby być na targu o odpowiedniej porze, przejechać 100 -200 km. Na to nie można żałować czasu, to potrzebuje studiów, poszukiwań wiadomości. Kiedyś to była domena ludzi w tym kierunku wykształconych. Dzisiaj jest internet i jego pozytywne, edukacyjne oblicze i to jest dobrodziejstwo bo można zdobywać wiedzę szybko, rozwijać swoje zainteresowania. Teraz nie muszę odwracać filiżanek aby się dowiedzieć co to za porcelana, rozpoznaję jak to się mówi z daleka . Marzanna L.- Jest teraz tyle porcelany współczesnej: Villa Italia, Villeroy & Bosh, Rosenthal, Miśnia. Nasz polski Bolesławiec -znany na całym świecie, Ćmielów, Chodzież itd. Ty pozostałaś przy Sorau. Nie pragnęłaś innych sygnatur, wspierania polskiej przedsiębiorczości? Nie szkoda Ci, gdy kupujesz filiżankę za 500 zł. a ona jest przecież taka krucha, gdy się zbije to przecież człowiek ma ochotę zabić się własną pięścią. Mówi się, że te rzadko używane naczynia, nie dotykane częściej się tłuką, gdy je wyciągamy raz na jakiś czas. Gotowa jestem twierdzić, że coś w tym jest, bo u mnie tak się właśnie stało: zaprosiłam gości, nakryłam stół a potem było zmywanie i wręcz nieprawdopodobne , gdy talerzyk „osty Ingrid” Sorau nagle odłożony na suszarkę i postawiony w jej kolczaste przekładki na moich oczach powoli się zsunął i roztrzaskał w drobny mak… W dzisiejszych czasach gdy są zmywarki a ludzie wygodni, zapracowani to komu chce się chuchać i dmuchać na starocie takie delikatne? Mycie w zmywarce jest nie tylko wygodniejsze ale i tańsze. Niestety porcelany Sorau nie można wkładać do zmywarki, bo ma złocenia, które się ścierają , wzory płowieją a porcelana się rysuje i niszczy. Maria G.-Tak to prawda, Sorau musi być myty ręcznie. Złocenia w zmywarce ulegną starciu. Jeśli mamy porcelanę Sorau ze złoceniami tzn. że wyprodukowano ją przed wojną. W czasie wojny też była produkcja, ale Hitler zabronił złocenia. Wtedy stosowano tzw. malaturę, czyli malowano brązowe paski, ale złoceń nie było, ponieważ był  czas wojny, oszczędności a pieniądze potrzebne były na zbrojenia. Sorau istniał do 1945 r. po czym całą fabrykę zniszczyli Rosjanie, strzelali do tej porcelany, bo to było niemieckie. Na szczęście znaleźli się mądrzy ludzie i wiele naczyń zostało wywiezionych do Niemiec, Rosji. Pozostała porcelana Sorau, która była produkowane do 1945 r. i jest jej coraz mniej. I  jest dla mnie bardzo wzruszające i  mnie właśnie pociąga to – że są to rzeczy ginące, unikaty, których już nikt nie produkuje. Można robić repliki. Np. wzór łabędzi replikuje Miśnia. Oryginału jednak już nie ma. Sorau nie jest reprodukowany, bo fabryka nie istnieje. Na to miejsce powstała w Niemczech jej „siostra”- Reichenbach

PORCELANOWA PASJA MARII Dowiedz się więcej »

CHOINKO PIĘKNA JAK LAS, CHOINKO ZOSTAŃ WŚRÓD NAS

” Jest gałązka, jest bombka. kolorowe sopelki dodają uroku. Zielona choinka pachnie zielenią lasu. Choinka jak promyczek mały, piękny. Prezenty lśnią pod nią jak małe gwiazdeczki, gwiazdeczki, które spełniają marzenia”. (Arturek lat 10, 2004 rok) Wigilia, Święto Bożego Narodzenia 2022 już minęły, ale pozostała jeszcze choinka i będzie z nami jeszcze dłużej lub krócej ale aż do 2-go lutego. Moja choinka? Jaka jest, jaka była? Choinka w moim domu zawsze była żywa: raz był to świerk pachnący raz gęsta jodła kaukaska. Zawsze uwielbiałam ubierać choinkę i do dzisiaj jest tak. Kiedyś, gdy miałam może 10 lat pod nieobecność rodziców rozebrałam choinkę i zaczęłam ją ubierać raz jeszcze, bo tak mi brakowało tego zajęcia. Przerosło mnie jednak to zadanie, bardzo się tym zajęciem zmęczyłam i niestety wszystko się wydało , gdyż rodzice przyjechali a ja jeszcze nie zdążyłam i zrobiło mi się wstyd, że miałam taki pomysł niedorzeczny. Dziwię się tym ludziom, którym się nie chce, którzy mówią, że wystarczy ubrać gałązki świerku, tym którzy potrafią schować do szafy ubraną choinkę i taką wyciągnąć w następnym roku. Na strychu wszystkie bombki, ozdoby, lampki mają duży kufer, przeznaczony tylko na ozdoby choinkowe. Nasza choinka nie jest modna. Modne są kolory, co roku inne – a to czerwone, białe, srebrne bombki itd. U nas wiesza się różne ozdoby, właściwie wszystkie. Mamy sentyment do niektórych bombek, dzieci uwielbiały grzybki i lubiły je samodzielnie zawieszać. Przykro niestety, że wiele z nich się potłukło. W naszej pamięci pozostało wiele bombek z tamtych lat. Bardzo lubiłam te przywiezione z wycieczki szkolnej moich dzieci do fabryki bombek , z imionami. Wrogami bombek choinkowych są niezgrabne ręce, koty i małe dzieci ze swoją ciekawością. Jednego roku , niestety ,choinka „zemdlała” po skoku kota na nią, pozostały zgliszcza z wielu bombek mających po 30 lat. Małe dzieci mają rozumki nie większe niż koty. Co roku wspominam wyczyn Przemka – mojego kolegi, jeszcze z czasów dzieciństwa w latach 70-tych, gdy to przyszedł prezent do jego domu w postaci pudełka przepięknych, ręcznie malowanych wielkich bombek od rodziny z innego miasta (zapewne wystanych gdzieś w kolejce lub z pod lady). Bardzo wtedy zazdrościliśmy im tych bombek, bo my takich nie mieliśmy. Jak poinformowała mama Przemka, Jej synek zamknął się w pokoju i przez pewien czas mama jego myślała, że ma święty spokój i mogła zająć się swoimi obowiązkami, gdy jednak po pewnym czasie otworzyła drzwi pokoju oniemiała, gdy zobaczyła Przemka siedzącego z młotkiem a na stole – wszystkie bombki… potłuczone. Co roku coś z tych bombek ubywa, coś się dokupuje. Ja od paru lat przywożę sobie bombki z dalekich podróży. Pochwalę się jedną, którą przywiozłam z Norwegii. Cała bombka przedstawia rozgwieżdżone niebo nad Tromso z reniferem, zorzą polarną. Ale jej duży atut odkryłam dopiero w domu i jest to bateria w środku, która powoduje, że maleńkie żaróweczki na tym niebie przepięknie świecą. Wszyscy chcą mieć na Święta pięknie ubraną choinkę, bo wprowadza wyjątkowy nastrój, ale powinniśmy wiedzieć, że choinka ma swoją duchowość, a jej ozdoby mają znaczenie. Tylko chrześcijanie mieli w swojej tradycji przynoszenie drzewka i jego ozdabiania – tradycja ta wyrosła z tradycji drzewa rajskiego- i pamiętanie o nim przed samym Bożym Narodzeniem. Bo tradycyjnie ubierano drzewko 24 grudnia w Święto Adama i Ewy ( pierwszych rodziców wygnanych z raju, bo utracili do niego dostęp przez zjedzenie jabłka z drzewa dobrego i złego, do którego skusił Ewę wąż a Ona potem Adama). Drzewo rajskie zostało utracone przez ludzi, ale zostało upragnione. Człowiek zatęsknił do zbawienia. A dostęp do drzewa życia został przywrócony dzięki przyjściu Jezusa na świat. W biblii Prorok Izajasz mówi o drzewie Jessego,” z którego pnia wyrośnie różdżka”. Jesse był ojcem Dawida, a Dawid jest symbolem dobrego rodu i dobrego królestwa, bo to z rodu Dawida pochodzi oczekiwany upragniony przez całe dzieje Izraela -Jezus. Z rodu Dawida pochodzi też Maryja i Józef – opiekun Jezusa. Dlatego w tradycji chrześcijańskiej pod choinką powinien być umieszczony żłóbek, bo on symbolizuje narodziny Chrystusa. Choinka -zielone drzewko to symbol rajskiego drzewka , oświetlona lampkami symbolizującymi Chrystusa, który jest światłością – Jezus, który się rodzi otwiera nam dostęp do drzewa życia. Na początku na choinkach był zawieszany opłatek (symbol Jezusa), a potem zaczęto z niego formować kule, które symbolizowały świat i jego zbawienie przez Chrystusa. Z czasem kule z opłatka zastąpiono szklanymi bombkami. Na choince powinny być aniołki, ponieważ to aniołowie obudzili pasterzy, gdy urodził się Chrystus w stajence. Powinna być też gwiazda sześcioramienna – symbol Gwiazdy Betlejemskiej. Nie powinno zabraknąć jabłuszek nawiązujących do raju. W naszym domu powinniśmy pamiętać o sianku, które powinno przypominać stajenkę a nasz dom powinien być drugim Betlejem. O tej symbolice choinki i tradycji w chrześcijaństwie pięknie pisze ks. prof. Józef Naumowicz w książce ” Choinka . 2000 lat tradycji Bożego Narodzenia” wydawnictwo Biały Kruk z ilustracjami osobistego fotografa papieża Jana Pawła II – Adama Bujaka. Ks. prof. Józef Naumowicz jest historykiem literatury i patrologiem czyli znawcą nauki Ojców Kościoła , działających w ośmiu pierwszych wiekach a zajmujących się dwoma wielkimi obszarami zagadnień: o Bogu i człowieku. Marzanna Leszczyńska Czytelniku! Jeśli życzysz sobie nas wesprzeć w zamian za wytrwałe głoszenie prawdy, zachęcam na wejście na stronę https://patronite.pl/idealzezgrzytem.pl i założenie konta, aby nam pomóc działać aktywnie, rozwijać kanał, umożliwiać realizowanie nowych projektów jak np. tłumaczenie artykułów na obce języki.

CHOINKO PIĘKNA JAK LAS, CHOINKO ZOSTAŃ WŚRÓD NAS Dowiedz się więcej »

WIECZÓR ANDRZEJKOWY Z MUNDIALOWYM AKCENTEM

W Klubie Tańca Towarzyskiego „Fan Dance” Anny i Grzegorza Deptów w Gorzowie Wlkp. odbył się w ostatnią sobotę listopada taneczny wieczorek andrzejkowy dla tancerzy senior hobby. Wszyscy tancerze, którzy zgłębiają tajniki tańca towarzyskiego zdradzane przez sędziego i nauczyciela tej trudnej sztuki Grzegorza Depty wraz ze swoją małżonką posiadającą najwyższą klasę taneczną „S”- Anną ,mieli okazję bawić się wspólnie i ze swoim mistrzem. Spotkali się więc tacy, którzy uczą się od paru miesięcy, tacy którzy uczą się parę lat, a nawet tacy, którzy przychodzą na zajęcia kilkanaście lat, ale… są i tacy, którzy tańczą przeszło 20 lat. Wszyscy spotykają się aby potańczyć, porozmawiać, poznać się, zintegrować i świętować Andrzejkowo. Wosku nie lejemy i nie wróżymy sobie kto wyjdzie za mąż, bo tradycje szanujemy, gdyż są to zabawy dla panien, a w naszym gronie takowych już nie ma. Ale potrafimy się bawić z andrzejkowym akcentem, ponieważ każdy tęskni do lat młodości i lubi przeżyć ten czas na nowo, chce aby coś pozostało z tych lat… Na naszych Andrzejkach ściągałyśmy buty i ustawałyśmy ich sznur do …szampana. Właścicielka pantofelka, którego czubek spotkał się z szampanem została właścicielką butelki. Losowaliśmy też kartki z imionami i to było przeznaczenie, aby zatańczyć na wieczorku z tą właśnie wylosowaną panią, którą być może nigdy nie poprosilibyśmy do tańca, bo np. nie byłoby odwagi, pozwolenia, nie wypadałoby itd. itp. powodów jest baaardzo wiele. Na wieczorku przewodził przede wszystkim taniec i nasze: rumby, cha- che, samby, paso double, jivy, foxtroty, walce, tanga i quick stepy. Parkiet był notorycznie oblegany i brakowało miejsca, choć jest pokaźnych rozmiarów. Nikt nie podpierał ścian i mało kto siedział przy stoliku, co świadczy o tym, że wszyscy potrafią te tańce odróżniać od siebie i potrafią tańczyć, chociażby parę figur. Nasz profesor, szef szkoły , didżej a zarazem wodzirej – Grzegorz Depta wraz ze swoją małżonką Anną zintegrował całe pokaźne towarzystwo i sprawił , że wszyscy się bawili, cieszyli i chętnie we wszystkich tańcach i zabawach uczestniczyli. Tradycyjnie tańczymy po kole salsę, a nie jest to takie proste dla początkujących tancerzy dlatego tancerze bardziej zaawansowani są tutaj niezbędni aby nie było zderzeń bo strach pomyśleć co byłoby gdyby nie było koordynatora ruchu, to jak ulica z samochodami bez znaków i przepisów. Inną wspólną zabawą taneczną jest „miasteczko”, którą jak mówi Grzegorz Depta zna jeszcze z czasów głębokiej komuny, którą przemycono z za żelaznej kurtyny i uczono w Polsce. Zarówno w salsie tańczonej po kole, i „miasteczku” jest coś z tańca dworskiego kiedyś , gdy to tancerze po paru figurach mijali się i przechodzili do kolejnych tancerzy. Są to oczywiście wersje uwspółcześnione, z inną muzyką – dzisiaj przygrywa sam Santana. Ten wieczorek był wyjątkowy, bo właśnie trwał MUNDIAL. Był to szczęśliwy dla nas Polaków dzień, gdyż cieszyliśmy się właśnie wygranym meczem z Arabią Saudyjską. Gospodarze wieczoru nie zapomnieli o tym wydarzeniu i poprowadzili formację taneczną z futbolowym akcentem. Koniecznie trzeba zaznaczyć, że jedna z uczestniczek wieczoru przyznała się do tego, że ma andrzejkowe marzenie, które rzecz jasna powinno się spełnić : Aby Polska zostałą MISTRZEM ŚWIATA w 2022 r. w Katarze. No cóż…Andrzeju, Andrzeju nasz dobrodzieju… Trzeba też przyznać, że akcenty kibicowe dały się zauważyć podczas zabaw andrzejkowych w postaci ostrego dopingu z przymróżeniem oka. A emocje, okrzyki, pomysły i intergracja jakie towarzyszyły temu, aby towarzysz ze stolika trafił pięciogroszówką do szklanego naczynia z odległości dwóch metrów po prostu sięgały zenitu i rozbrajały kompletnie stoliki konkurencyjne śmiechem. Brawo dla dowcipu, pomysłu, dla stolika nr 2, który przychodzi na zajęcia w każdy piątek o godz. 18.45. Zabawa kulturalna, z odrobiną alkoholu, ale bez nadmiaru. Jak zwykle wspaniała muzyka. Był jeden utwór dla mnie ciekawy do zatańczenia, dla tancerzy z inwencją twórczą: „Si, si, no, no. „ Ani jednego disco polo. No.. nie przepadamy. I nikt nie tańczył jak to się mówi: dwa na jeden. Było dwóch prawdziwych Andrzejów, a jedna pani obchodziła w tym dniu swoje urodziny. Nie wiemy które, zresztą czy to ważne? Ale musiała w nagrodę za to że pamiętaliśmy, zatańczyć walca wiedeńskiego ze swoim mężem, a potem z Andrzejami. relację zdała Marzanna Leszczyńska

WIECZÓR ANDRZEJKOWY Z MUNDIALOWYM AKCENTEM Dowiedz się więcej »

Bałtyk z rewalskiego klifu

RETROSPEKCJE Z REWALSKIEGO KLIFU

Rewalski klif – retrospekcje Od 5 lat przyjeżdżam tutaj regularnie. Czasem 2-3 razy w miesiącu, jak dotychczas tylko na 2-3 dni. Przemierzam ten odcinek za każdym razem i nie może mi się to znudzić. Piszę o klifie rewalskim czyli stromej ścianie brzegu morskiego, który utworzył się wskutek podmywania brzegu przez fale. Sięgam do wiedzy z dziedziny geografii, a źródła te podają, że brzeg klifowy ma u swojej podstawy styk z platformą abrazyjną ( czynnik powodujący erozję czyli rodzaj zniszczenia). Na tej platformie abrazyjnej następuje ścieranie podłoża przez luźny materiał przemieszczany przez prądy morskie, falowanie morza, przypływy i odpływy. Na wskutek tego procesu brzeg ulega obtoczeniu. Rewalski klif nie jest imponującej wysokości i gdzież mu tam do klifów światowych np. włoskich czy angielskich…A wędrówki po nim nie są zbyt długie. Ale jest to nasz polski klif i ma swój osobliwy urok, jest urozmaicony, bezpieczny i po prostu śliczny. Szczególną perełką tego urozmaicenia klifu są ruiny kościoła w Trzęsaczu. Właściwie jest to tylko jedna ściana, ściana z czerwonej cegły z gotyckimi łukami. Któż z nas nie słyszał o kościele w Trzęsaczu? Pewnie wszyscy, bo wiadomości na jego temat znajdowały się w podręcznikach szkolnych na lekcjach geografii. Wiedza na temat historii kościoła św. Mikołaja w Trzęsaczu, który zbudowano z cegły w 1270 roku w odległości 2 km. od linii brzegowej morza i niszczycielskiej nieprzewidywalnej działalności Bałtyku jest niezwykle ciekawa i co tu dużo mówić – straszna. Na pewno warto przypomnieć tę historię. Otóż..wtedy gdy powstawał na miejscu drewnianego kościółka -murowany – nikt nie przypuszczał, że morze może zniszczyć kościół i to tak szybko. Jeszcze w XV wieku linia brzegowa była od kościoła nadal w odległości 2 km. Od tego jednak czasu ten dystans zaczął się zmniejszać w szybkim tempie i zostało to zauważone, podjęto próby opóźnienia erozji klifu ale niestety bez rezultatu. W 1758 roku ta odległość wynosiła już tylko 58 metrów a w 1850 kościół od klifu stał już tylko w odległości 5 metrów. 2 marca 1874 r. odbyło się ostatnie nabożeństwo w kościele św. Mikołaja, świątynię zamknięto ponieważ zaistniało niebezpieczeństwo jej zawalenia się, stała ona bowiem 1 metr od osuwającego się klifu. 2 sierpnia 1874 r. całkowicie zamknięto kościół. W 1891 r. morze odsłoniło pierwsze kamienne fundamenty, w 1900 r. zabrało fragment przypory a 9 marca 1901 r. runęła północna ściana kościoła. W 1930 r. z całego budynku pozostała ściana południowa, południowo- zachodni narożnik i przypora oraz resztki prezbiterium. 1 lutego 1994 r. zawaliła się też część ściany południowej. Źródła podają, że dopiero technika XXI wieku zabezpieczyła odpowiednio klif z kościołem przed erozją , chociaż nie ma gwarancji, że zniszczenia nie będą postępować ponieważ nie wiadomo na co Bałtyk będzie jeszcze stać. Moja wędrówka klifem zaczyna się przy ruinach kościoła w Trzęsaczu i powtarzam ją, powtarzam i… powtarzam przy każdym pobycie w Rewalu. Ta droga to ubita ziemia wzdłuż brzegu, na jego krawędzi – nie asfaltowa, nie brukowana, nie betonowa. Idę tą drogą wśród sosen rosochatych, wytarganych wiatrem drzew. Jest to wąskie pasmo drzew, bo za nimi przedzierają się widoki domów Trzęsacza a potem Rewala, ale jest to malownicza trasa. Po lewej stronie mam w zasięgu wzroku morze a od klifowej przepaści oddzielają drewniane poręcze – takie naturalne, koślawe, załamujące się pięknie wzdłuż krętej drogi- bezpiecznie prowadzą pieszych po klifie. Po prawej stronie mam drzewa i krzewy. W pewnym momencie zaczyna się kawałek z potężnymi brzozami, mocno wygiętymi. To szczególny kawałek trasy, o każdej porze roku inny, urokliwy inaczej. Jesienią, gdy leży dużo zgniłych liści, gdy po deszczu tworzą się kałuże to powstaje… smutny krajobraz. Czasem gdy zaświeci słońce i obrócimy się w kierunku przeciwnym i mamy przed sobą te poręcze, w dali ruiny kościoła budzi się we mnie tak bardzo wiele skojarzeń, oglądanych filmów historycznych, scen, czy obrazów malarskich, zwłaszcza tych z czasów zaborów i powstań. Nostalgia. Słońce potrafi czasem zagrać niespodziewanie i na moment a efekty potrafią być tego niesamowite na zdjęciach, gdy się zdąży zareagować, a potrzebny jest tu często refleks rewolwerowca. Latem w gęstwinie zieleni jest tam dużo weselej, a radości dodają kwitnące na biało kwiatuszki jeżyn oplatające koślawy płot służący za poręcze, słychać mewy, często przelatujące nade mną wyżej czy niżej. Nagle gęstwina się urywa na mojej drodze a odsłania się odcinek bez drzew, porośnięty trawą, bardzo odsłonięty, przestrzenny. Tutaj widok na morze jest imponujący . To miejsce lotniarzy, nazwałabym „ lotniarzy dubeltowych”. Jedna grupa to Ci ludzcy, niczym jak jeden czy drugi Ikar, którzy tu trenują i startują w kierunku nieba. Druga grupa lotniarzy to ptaki. Zdaje się, że obie grupy mają konflikt interesów bo ze względu na naturalne środowisko ptaków i ich zagrożenie lotniarze -ludzie mają zakaz uprawiania swoich sportów przez całe lato. Cała ta trasa jest nieoświetlona czyli jest bez lamp, latarni. To krótki, bardzo naturalny odcinek, chociaż niestety upstrzony zbyt wieloma tablicami informacyjnymi, które psują krajobraz, ale widocznie są niezbędne. Potem zaczyna się kawałek lasku i w pewnym miejscu robi się bardzo dziko, nie do przejścia. Trzeba zejść na plażę lub zejść w głąb lądu, w miasteczko z domami gdzie stare wille przemieszają się z nowymi apartamentowcami, hotelami, kafejkami i restauracjami. Tutaj turysta ma możliwość przenocować i wybrać pokój z widokiem na Bałtyk. Zbliżając się do Niechorza brzeg klifu wzmocniony jest granitowymi głazami. Bywają pory, że woda sięga daleko w głąb i nie ma wtedy plaży piaszczystej a przejść można tylko przez te głazy. Nie jest to łatwe dla każdego i nie jest to też krótki odcinek. Wiele osób po prostu zawraca. Skoro już się decyduję na tę wędrówkę to często właśnie tutaj robię sobie odpoczynek. Czasem te kamienie mnie do tego zmuszają a czasem zachęcają. Tutaj też rodzi się wtedy refleksja, zamyślenie i romantyczne skojarzenia z epoką i portretem Adama Mickiewicza pędzla Walentego Wańkowicza. Trudno nie przybrać wtedy pozy poety podpartego na łokciu i patrzącego w dal… Takie wygłupy…ale cieszę się, że mogę się zadumać nie tylko nad tym, że jeszcze niedawno skakałam po kamieniach jak kozica a teraz po prostu już nie, bo coś mnie w biodrze ogranicza. A może gdyby nie było tych zdrowotnych kłopotów to po prostu

RETROSPEKCJE Z REWALSKIEGO KLIFU Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry