Autor: Marzanna Leszczyńska

Muzeum gorzowskie a w nim „pisanki zapisane światy”

O interesującym, bogatym -wielowątkowym wykładzie dr Mirosława Pecucha na temat pisanek i konkursie trwającym już pół wieku w Muzeum Lubuskim im. Jana Dekerta piszę ja – Marzanna Leszczyńska. „Pisanka to wiosenna miniaturowa malowanka, ukształtowana emocjami uczuć, nastrojów wierzeniowych, religijnych, miłosnych. To najszczersza spowiedź wielkanocna tęsknot artyzmu wiejskiej malarki. Na maleńkiej przestrzeni cały świat”. S. Dąbrowski „” Pisanki lubelskie” Lublin 1936 r. Na zdjęciu dr Mirosław Pecuch i Monika Kowalska kierownik filii Zespołu Willowo-Ogrodowego Muzeum im. Jana Dekerta w Gorzowie Wlkp. Ulotka, która leżała na stoliku w kościele przy ulicy Chodkiewicza w Gorzowie Wlkp. podczas mszy rezurekcyjnej ściągnęła mój wzrok, bo tutaj właśnie stanęłam. To dzięki niej dowiedziałam się o wykładzie dr Mirosława Pecucha pt: „Pisanki zapisane światy”, który miał miejsce w Muzeum 12.04.2023r. Idąc na to spotkanie spodziewałam się, że dowiem się wiele o historii pisanki, wzorach, technikach i oczywiście tak było. Dużym zaskoczeniem jednak było dla mnie to, że Gorzów a w zasadzie Muzeum od 50- ciu lat organizuje ogólnopolski konkurs na pisankę. Z inicjatywy Michała Kowalskiego i ze współpracą Koła Związku Ukraińców i Zjednoczenia Łemków konkurs trwa nieprzerwanie od półwiecza. Nie odbył się tylko w 1981, gdy wybuchł stan wojenny i w roku wybuchu pandemii. W pierwszym roku konkursu wzięło udział 7 uczestników a trzy lata później było ich 28, dzisiaj cieszy się ogromną popularnością. Jego specyfiką jest to – że bardzo ważnym kryterium oprócz estetyki jest to, aby odwołać się do swojego regionu- jego specyfiki, historii, znajomości jego odrębności. Wyzwanie to duże, bo huculszczyzna ze swoimi ornamentami geometryczno- abstrakcyjnymi jest po prostu bezkonkurencyjna i jak stwierdził wykładowca: „Wzory huculskie są najpiękniejsze i kto je wykonuje szybko się utwierdza, że nie ma sensu zajmować się innymi”. Ale czy na pewno? Śmiałków powinno nie brakować aby to przekonanie zmienić i udowodnić, że może być inaczej. Najstarsze odnalezione pisanki mają 5000 lat. I doczekały się szacunku wśród ludzi po naszej wschodniej granicy gdyż w Kołomyi wzniesiono muzeum w kształcie pisanki, a w Kanadzie emigranci postawili jej pomnik. Odnajdywano je w grobach, kurhanach. Przywędrowały do nas z Rusi Kijowskiej. Gliniane – pochodzące ze średniowiecza znaleziono we Wrocławiu na Ostrowie Tumskim. I nie tylko jajko kurze było podstawowym materiałem ale używano jaj gęsich, żurawich. Pisanki niosły treści religijne, związane były z obrzędowością. Był to symbol życia, odradzania się ziemi, przyrody na wiosnę. Wierzono, że są dobrym środkiem, aby ustrzec się przed klęskami żywiołowymi, aby przyczyniły się do urodzaju. Ich skorupy odnajdywano na polach, pasiekach, w rzekach i w grobach. Biało- czarne pisanki zanoszono na groby w dowód szacunku dla zmarłego, takie właśnie towarzyszyły zmarłemu w ostatniej drodze. Rola pisanki była różna nie tylko religijna ale też kultowo-magiczna. Barwimy jaja dzisiaj w łupinach cebuli, potem skrobiemy te skorupki, albo oklejamy gotowymi naklejkami ze sklepów i wkładamy do koszyków na Wielkanoc aby je zanieść do kościoła i poświęcić ale czy wiemy co robimy i co chcemy wyrazić przez te ozdoby? Wzory na pisankach to ciekawa symbolika i nie przypadkowa. O tym bardzo interesująco opowiadał w Willi Schroedera dr Mirosław Pecuch. Na tych małych powierzchniach, nie płaskich, na delikatnym materiale jakim jest skorupka aż dziw bierze ile człowiek- artysta może zapisać informacji… Oprócz ornamentów geometrycznych popularne były też botaniczne, zoomorficzne. Większość motywów to były motywy solarne, przedstawiały słońce, które wiosną się budziło. Przedstawiano je jako koła i półkola składające się z kresek, przecinków – promieni. Tak przedstawiano też zorze, gwiazdy. Częstym motywem był motyw kosmogeniczny czyli: krzyże, róże, swastyki. Krzyż był symbolem 4 stron świata, kościoła od, którego przecież się wszystko zaczynało. Symbolika często była różnoraka, niejednoznaczna dlatego wiele razy można było się pomylić w jej objaśnieniach, należało się odnieść do wielu szczegółów, znajomości wielu spraw, aby ją prawidłowo objaśnić. Bardzo popularnym motywem był ptak – oznaczający zgodę, miłość, wzniesienie się do Boga, ptak oznaczał też Ducha Świętego. Tak często goszczący na pisankach kogut zawsze myślałam, że był motywem ludowym, kolorowym motywem, który gościł na każdym wiejskim podwórku. Tymczasem to nawiązanie do religii chrześcijańskiej, przypomnienie zaparcia się św. Piotra („…nim kogut zapieje…”). Często malowany na pisankach jeleń był symbolem czystości i powiązania z innym światem. Malowano berhynie – postacie czuwające nad domem. Spirala była symbolem drzewa życia, przemijania świata. Częsty był motyw trójnoga, gwiazdy 8-ramiennej, deszczu. Pisanki były też obrazami zwyczajów wielkanocnych np. śmingusa dyngusa. Znany artysta ze Strzelec Krajeńskich -Prokop zrobił na pisankach cykl strojów ludowych. Ciekawostką jest to, że swoich prac nigdy nie przysyłał na konkurs. Kolorystyka pisanek miała również znaczenie czerwony kolor to symbol krwi Chrystusa obywającej świat, żółty to kolor księżyca, niebieski oznaczał zdrowie, brązowy to kolor ziemi. W Święta Wielkanocne ludzie obdarowywali się pisankami i był to znak zgody, dowód sympatii, a nawet miłości. Wręczano je z życzeniami. Pisanki na konkurs w Gorzowie napływają z całego kraju, ale jedna przybyła też z Ameryki. Gdy dr Mirosław Pecuch wyliczał regiony i miejscowości to zaczęłam się obawiać, że z lubuskiego nie ma nikogo. Ale są, wymienił: Skwierzynę, Szprotawę, Drezdenko, Strzelce Krajeńskie, Deszczno. Myślę, że rozwijające się prężnie Koła Gospodyń Wiejskich powinny wziąć pod uwagę tę informację o konkursie i już przystąpić do przygotowań aby w przyszłym roku stanąć do zawodów. A my powinniśmy być w przyszłym roku bardziej świadomi tego co też rysujemy, czy też wydrapujemy na pisankach, wybierajmy wzory świadomie i poznawajmy ich symbolikę. Uczmy tej sztuki swoje dzieci. Nie odkładajmy też niczego na później bo jak stwierdziła jedna z uczestniczek spotkania przy herbatce i ciasteczku po wykładzie, że odkładała robótki ręczne na czas aż będzie go miała czyli na czas emerytury, tylko, że gdy czasu przybyło to dobrego wzroku zabrakło. Praca przy tworzeniu pisanki to bardzo precyzyjna robota i jak twierdził wykładowca dr Mirosław Pecuch trzeba do niej przystępować w dobrym humorze i czystych intencjach inaczej po prostu nie powstanie nic pięknego. Marzanna Leszczyńska

Muzeum gorzowskie a w nim „pisanki zapisane światy” Dowiedz się więcej »

ZWIASTUN ART. ” Mierzęcin – o parku zabytkowym – podróż przez stulecia”

Już niedługo ukaże się kontynuacja wspomnień dr Roberta Wójcika o przedziwnym ogrodzie wokół Pałacu w Mierzęcinie. Już niebawem na www.idealzezgrzytem.pl art pt: ” Mierzęcin – o parku zabytkowym – podróż przez stulecia”. Zapraszam.

ZWIASTUN ART. ” Mierzęcin – o parku zabytkowym – podróż przez stulecia” Dowiedz się więcej »

Dokąd prowadzą schody donikąd…

28 lutego 2023 roku Przemek Ciućka w grupie „Gorzów -rozmowy o wszystkim” na fb umieścił zdjęcie Dominanty i zadał pytanie: „ Gorzów ma swoją Wieżę Eiffla! Dlaczego się tak bardzo nie podoba mieszkańcom?” Pod zdjęciem rozgorzała interesująca dyskusja mieszkańców Gorzowa. Pojawiły się szczere i odważne wypowiedzi, z których sporo się można było dowiedzieć, szczerze uśmiać, czasami zadziwić. Muszę przyznać, że Gorzowianie potrafią być dowcipni, mają fantazję, kulturalny dystans do rzeczy na których im zależy, które ich irytują a nie mają wpływu na zmianę, wiele zauważają i naprawdę nie jest tak, że wszystko im jedno -jak się potocznie sądzi. Szczerze pisząc, to gdy czytałam te komentarze robiło mi się na przemian „i śmiesznie i straszno”. Na początku może zacznę od tego co straszne, zatrważające i temat palący a mianowicie „Schody donikąd”. Chociaż tematem zasadniczym była Dominanta, to wysunął się znacząco problem „s. dn.”. Sądzę, że większość mieszkańców nie zdaje sobie sprawy z tego co się święci i zapewne przekonani są, że „s. dn.” czekają na swoją modernizację a na razie są zamknięte ponieważ ciągle brakuje pieniędzy na ten cel. Sprawę wyjaśnił Pan Witold Dopierała i naświetlił politykę miasta w tej kwestii. Powiedział krótko i dosadnie: „ W ogólnopolskiej TV pokazują „s. dn.” i jest to 20-letni wstyd i dowód degradacji miasta”. Na teren „s. dn.” podobno czai się deweloper, a miasto chętnie go sprzeda. Schody donikąd – przyznaję, że bardzo oryginalnie nazwane, zbudowane w latach 70-tych z inicjatywy włodarza miasta – Henryka Kempy, prowadzące na wzgórza Parku Siemiradzkiego dla mieszkańców Gorzowa stanowią dużą wartość sentymentalną. Dwa pokolenia Gorzowian wiąże z nimi wspomnienia, ponieważ przyjęły się w mieście i koło nich dużo się działo, były oblegane zwłaszcza przez młodych ludzi, którzy uwielbiali się tłumnie na nich spotykać, umawiać na randki, spacery. Kiedyś rodzice, potem dzieci. Ileż to osób mi mówiło, że tam poznało swoją przyszłą żonę, męża. Gorzowianie z sentymentem, wspominają swoje recytacje wierszy, śpiewanie piosenek jako dzieci ponieważ przy „s. dn.” odbywało się wiele uroczystości, imprez, również modlitw, religijnych spotkań około świątecznych. Gorzów jest miastem na wzgórzach i właśnie z tego miejsca gdzie są ”s. dn.” widok na Gorzów jest piękny, wejście rewelacyjne i to z serca miasta. Panie Witoldzie nie pozwólmy na to aby było tak, że kiedyś się obudzimy i zobaczymy, że po schodach tych nie ma śladu, a w ich miejscu powstanie szybko nowy apartamentowiec. Wtedy już nic nie da się zrobić. Mieszkańcy nie pozwólcie na to, partie i radni miasta walczcie i pilnujcie sprawy aby teren nie został sprzedany. Czy „schody donikąd” nie powinny doprowadzić co niektórych decydentów w Gorzowie donikąd? Na razie prowadzą donikąd, bo na górce niczego nie ma ale może kiedyś coś powstanie. Były plany: kawiarnia, oranżeria … Przez tyle lat prowadziły na wzgórze i wystarczyło aby zostały pokochane, przyjęły się i były odwiedzane i oblegane. Może wystarczy jak na razie ocalić to miejsce a schody odnowić, albo przerobić na imponujące wejście na wzgórze. Gdy jednak miasto sprzeda teren – powstanie budynek i kropka, koniec. Jeszcze jeden beton, bo czasy takie, że betonuje się wszystko więc Gorzów nie może być niemodny przecież, a że to moda byle jaka… A teraz śmiesznie czyli o Dominancie. To „dzieło” będzie miało niedługo dwadzieścia lat – swoją drogą zobaczymy czy tyle przetrwa, bo być może ktoś zadecyduje o rozbiórce. Takiego zdania jest były główny architekt województwa gorzowskiego, – Jerzy Kaszyca. Dominanta niestety nie została pokochana przez mieszkańców. O ile wokół „s. dn.” tętniło życie miasta kiedyś, to tego samego nie można powiedzieć o Dominancie – wokół niej zawsze było pusto, ciemno i ponuro, nic się nie działo. Sprzedawcy pamiątek z Gorzowa twierdzą, że nikt nie chce kupić kartki z Dominantą, ludzie się oburzają na samo zaproponowanie czegoś z jej wizerunkiem i szczerze powiedziawszy nikt nie robi takich pamiątek. Gorzowianie podsumowali Dominantę w dyskusji na fb chyba odpowiednio. Muszę przytoczyć co niektóre komentarze, bo na pewno warto: – w tym miejscu nic byłoby lepsze – gorzowskie Burj Khalifa – to wygląda jakby zaraz miało wstać i zdemolować miasto – latarnia śródlądowa – zabić zanim złoży jaja – ośmiorniczka gorzowska – wygląda chujowo- pozdrawiam serdecznie (podoba mi się szczególnie zestawienie grzeczności z dosadnym emocjonalnym uniesieniem) – tragedia. Stoi i rdzewieje. Nic tam nie ma, do niczego nie zachęca. – miasto ma swoje barwy, skąd te… – ośmiornica to prawidłowy symbol miasta prawego i nowoczesnego – podczas tej inwestycji zablokowana została możliwość powiększenia sieci tramwajowej o Zawarcie Mieszkańcy zadają sobie pytanie kto zaakceptował projekt Dominanty? Dobre pytanie, chyba nie trudne do ustalenia. Ale doprawdy zadziwiająca jest wypowiedź byłego prezydenta, który dyskusję podsumował krótko twierdząc, że to mieszkańcy są winni tego, że Dominanta stoi bo nie protestowali a jej projekty czekały na krytykę i akceptację….No cóż… winny się znalazł, na kogoś dobrze jest zwalić a na kogo? Zawsze na niewinnego przecież. I to jest wypowiedź – dramat. Powszechnie wiadomo, że gustów wśród architektów się nie ocenia i publicznego krytykowania się w gronie architektów raczej trudno szukać. Jednak sprawa jest idealnie czysta w mieście wtedy, gdy opinia na temat czegoś architektonicznego co ma powstać wyrażana jest na forum samych architektów, gdy mają tak spotkania i gremialnie przystępują do konkursu, który ma określony regulamin. Są też mieszkańcy, którzy twierdzą, że im się ta budowla podoba i doprawdy, nie rozumieją dlaczego inni jej nie akceptują, podejrzewają, że wynika to z małomiasteczkowych kompleksów. Niektórzy Gorzowianie widzą nawet w Dominancie Wieżę Eiffla, podziwiają za to, że jest inna, rzuca się w oczy i jest jak to podkreślają -„spoko”. Wieża Eiffla obroniła się sama, dzisiaj cały świat zjeżdża do Paryża aby ją zobaczyć, ludzie płacą za bilety, stoją w kolejce. Mojej koleżance na wieży Eiffla oświadczył się mąż. Wystarczy porównać i rzeczywiście…- „milczenie jest złotem”. Marzanna Leszczyńska

Dokąd prowadzą schody donikąd… Dowiedz się więcej »

Mierzęcin- dwa lata wspomnień dr Roberta Wójcika

Marzanna Leszczyńska rozmawia z dr Robertem Wójcikiem – autorem wspomnień o nowej historii Mierzęcina i jego administratorem w latach 1998-2008. Marzanna L: …8 marca 2023 roku minęła druga rocznica ukazania się pierwszego artykułu pt: ” Powrót do Mierzęcina” z serii o wspomnieniach dr Roberta Wójcika. To już 2 (dwa) lata, 9 (dziewięć) obszernych artykułów a wspomnienia się nie wyczerpały. W ubiegłym roku w rocznicę podsumowaliśmy rok przygody z piórem o Mierzęcinie w wywiadzie-rozmowie pt: „Mierzęcin -trzy pytania do autora wspomnień” (http://wandamilewska.pl/?p=15417). Z dużą przyjemnością i ciekawością podsumuję drugi rok i zadam trzy pytania autorowi… Pierwsza miła rzecz, która zwróciła moją uwagę to fakt następujący: Rano 8 (ósmego) marca włączam laptop i pod wywiadem: „Mierzęcin – trzy pytania do autora wspomnień wyświetla się równo 4000 ( cztery tysiące) wejść… O zadziwiających sytuacjach i faktach związanych z pisaniem o Mierzęcinie mogłabym już napisać nowy artykuł i nadawałby się do kategorii: „Opowieści niesamowitych”… Ze swojej strony podsumowując ten miniony rok mogę powiedzieć, że w jego połowie nastąpiła rewolucja a mianowicie zmienił się portal na, którym umieszczane są artykuły o Mierzęcinie dr Roberta Wójcika. Powstał fascynujący odcinek o Parku pt: „Mierzęcin o przedziwnym ogrodzie” (http://wandamilewska.pl/?p=16052); o Uroczystym Dniu, w którym otwarto Pałac Mierzęcin, ponieważ minęło od tego czasu 20 lat – art. pt: „Mierzęcin – porcelanowe wspomnienia” (www.idealzezgrzytem.pl/2022/10/31/mierzecin-porcelanowe-wspomnienia/ i wspominaliśmy pierwsze Boże Narodzenie w Pałacu w art. pt: „Mierzęcin – rozbita cukiernica” (www.idealzezgrzytem.pl/2022/12/21/mierzecin-rozbita-cukiernica/). Niezmiennie największym powodzeniem cieszy się odcinek o przodkach: „Mierzęcin i to co zaciera czas” 21 000 (dwadzieścia jeden tysięcy) wyświetleń. Potem jest długo, długo nic a następnie „Mierzęcin -spotkajmy się w dobrym śnie” – przeszło 10 000 (dziesięć tysięcy) wyświetleń a trzecią pozycję zajął art. pt: „Mierzęcin – nie pytaj więcej” – blisko 9 000 (dziewięć tysięcy) wejść. Wszystkie historie i starsze i nowe są ciągle czytane a wejścia wzrastają. I chyba wspomnienia dr Roberta Wójcika są wzorem dla innych, nawet dla znanej youtuberki, bo przyznać muszę, że natrafiłam na materiał o rzadko opracowywanej tematyce, jakim są krzyże pokutne-,a który co tu dużo mówić – jego sposób opracowania jest łudząco podobny. Data powstania świadczy niezbicie, że wspomnienia dr R. Wójcika powstały wcześniej jakieś pół roku. Z drugiej strony cieszy fakt, że ludzie inspirują się naszymi artykułami, drążą temat, szukają, publikują i nagłaśniają fascynujące tematy, wyciągają z zapomnienia. I co Pan na to? Jak wygląda podsumowanie roku z Pana pisarskiej perspektywy? dr Robert W.: Tak prawdę mówiąc -w tym jednym pytaniu- jest kilka pytań, chociaż mam wrażenie, że odpowiedź będzie jasna. Strach ukrycia swoich przemyśleń czy swoich spostrzeżeń , miałem ponad dwadzieścia lat temu i ….dwa lata temu, kiedy Pani mnie namówiła do napisania czegoś o Mierzęcinie – byłem tam tylko zwykłym pracownikiem w jakiejś dużej firmie. Myśli były różne – może kogoś skrzywdzę swoimi wspomnieniami – a może ktoś chce aby ich nigdy nie było? Po co ruszać ten temat, zamieciony skrzętnie pod dywan… No cóż … zaryzykowałem – chociaż cały czas miałem mieszane uczucia co do swojej decyzji – nie jestem polonistą i wypracowania nie były moją mocną stroną – raczej byłem matematykiem i kocham symbolikę liczb – 4 tysiące wejść 8 marca 2023 roku – po dwóch latach widziałem w snach i rankiem jak się budziłem, a było to w lutym tego roku – ale te liczby nie mają żadnego powiązania…To mało ważne – ważne jest to, że zostałem wywołany do lekcji języka polskiego w wieku 62 lat i na dodatek związany z obecną pracą zawodową, która powoli chyli się ku końcowi. Brak czasu. Praktycznie artykuły pisałem po nocach – coś napisać nie jest łatwo, szczególnie wtedy, gdy to idzie w świat. Wyznam szczerze – jestem ogromnie zaskoczony reakcją czytelników, jest mi niezwykle miło – po prostu – gdyby ktoś mi powiedział dwa lata temu, że będzie taka poczytność – nie wierzyłbym w to absolutnie. Może jest tak – że w życiu trzeba kierować się zasadą aby pokazywać swoje uczucia i nie wstydzić się tego – ja w przypadku Mierzęcina użyłbym sentencji : „Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”(Władysław Bartoszewski – ur. 1922 – zm. 2015). Dla mnie najmilsze były sms-y czy maile po publikacjach artykułów, które otrzymywałem od osób związanych z Mierzęcinem w tym czasie kiedy tam byłem. Jest ich bardzo dużo – a fajne jest to, że czekają na następne artykuły… Jest to wszystko wzruszające i pełne ciepła. W rozmowach telefonicznych, po latach – „polały się łzy”. Jak napisała do mnie Pani mgr inż. Barbara Garncarz – główny architekt rekonstrukcji Pałacu Mierzęcin . Cieszę się bardzo, że mogę publikować następne artykuły na nowym portalu – „www.idealzezgrzytem.pl” – dla mnie jest jak „nowo narodzone dziecko” – jest ciekawy w swojej tematyce i niezwykle mnie inspiruje w poznawaniu prawdy i wszystkiego tego co mnie interesuje. Jest inny od wszystkich – może dlatego, że każde wspomnienia nie są „idealne” w swojej treści, a pewne „zgrzyty” należy przemilczeć … Nikt nie jest idealny. W nowym portalu są też inne artykuły wraz z „clipami” i wiele artystycznych zdjęć – warto obejrzeć, a przy tym posłuchać dobrej muzyki – zachęcam. Połączenia tekstu pisanego z obrazem, zdjęciami, muzyką buduje wyobraźnię i emocje. Co do znanej „youtuberki” – niestety dzisiejsze czasy są poszukiwaniem „zaistnienia” i są przesiąknięte komercją. Do tego dochodzi sfałszowany obraz teraźniejszości – przodują w tym media, które wykorzystują to do różnych celów. Niestety, ludzie lubią igrzyska. Świadczy o tym chociażby sam tytuł: „Krwawe krzyże” zamiast „Krzyży pokutnych czy pojednania” . W tym reportażu jest też kilka nieścisłości historycznych. Może niektóre wymienię: -Jedną z głównych funkcji (symboliki) tych krzyży kamiennych była przede wszystkim pokuta i pojednanie (Suhnekreuze) – a nie śmierć i krew – i były związane z dawną jurysdykcją czyli prawem sądzenia. Miały też one zupełnie inne znaczenie – pamiątkowe – na pamiątkę nieszczęśliwego śmiertelnego wypadku, klęski żywiołowej, rozebrania kościoła; dewocyjne – w miejscach straceń, w miejscach jakiegoś tajemniczego kultu…w mniejszym stopniu – graniczne, dekoracyjne, wotywne, nagrobne czy znaki wojskowe. – Nie spotkałem się w żadnych źródłach historycznych o ” tysiącu mszy” (nawet bogaty szlachcic by zbankrutował…). Mówi się tylko o

Mierzęcin- dwa lata wspomnień dr Roberta Wójcika Dowiedz się więcej »

WENECJA -maska, „Caffe Florian” i historia

Przeplatający się ślad obecności w Wenecji w ostatnim dniu Karnawału z historią tego święta i tego miejsca. Poniższy tekst jest rozwinięciem, nawiązaniem do clipu idealzezgrzytem.pl/2023/02/27/ostatni-dzien-karnawalu-w-wenecji/ Ostatni dzień karnawału 2023 r. Rozpoczął się dla mnie na Placu Św. Marka zaraz po północy. Zimowa i zimna lutowa północ, bez śniegu. Może nie było tak zimno a był to tylko efekt 45 – minutowej podróży tramwajem wodnym Kanałem Grande…Podróż wprowadzająca w inny świat, który najlepiej chyba oddały słowa Jarosława Iwaszkiewicza, które nieco sparafrazuję: domy Wenecji biegną za nami jak goniące nas kościotrupy bo jadąc do Wenecji uciekamy od życia i od miasta – do śmierci ,do morza, do miasta, które nie żyje, w jakąś mgłę zielono- granatową. Stanęłam na ogromnym placu; otoczonym potężną, agresywnie wręcz – rażąco oświetloną kolumnadą. I „Ona”! Wspaniała również potężna nie tylko rozmiarem ale też potężna przepychem ozdób – Bazylika Św. Marka – jeden z najpiękniejszych cudów architektonicznych świata. Żadnego samochodu, żadnego znaku drogowego ani roweru czy motoru. Cały Plac zasłany confetti – to znak, że dużo się tutaj niedawno działo… Teraz jest cicho i prawie pusto. I w tym momencie weszłam w bajkę. Allegrija. Włoska bajka, która ma coś z cyrku, coś z Baśni Andersena. Niby pusto ale z różnych zakamarków Placu wyłaniają się co rusz bajkowe postacie. Naprzeciwko mnie idzie wysoki, szczupły mężczyzna w kraciastym płaszczu – pelerynie i cylindrze a la Sherlock Holmes. Za chwilę przemykają dwie damy w białych, długich sukniach do ziemi i białych płaszczach- również długich. Nagle z daleka rozlega się hałas – to hałasują puszki, którymi jest obwieszony ktoś kto wygląda jak luksusowy żebrak. Co rusz mijają mnie na przemian: diabły, zjawy, anioły czasem współcześnie ubrane osoby. Na tle Pałacu Dożów pojawił się ktoś ubrany na biało. Miał perukę, szustokar, sięgające kolan spodnie, pończochy i pantofle. Ubrany jak Król Stanisław Poniatowski. Ruszył wzdłuż Bazyliki Św. Marka a gdy się odwrócił miał na plecach skrzydła. XVIII-wieczny anioł? Zjawił się dokładnie w miejscu, w którym kiedyś między zacumowaną przy nabrzeżu łodzią a kampanilą rozciągano linę, a potem następną między dzwonnicą a Pałacem Dożów. Akrobata przebrany za anioła wspinał się na kampanilę po czym zjeżdżał na dach Pałacu rozsypując po drodze kwiaty. W 1680 roku wielkiego czynu dokonał Scartenador, który wjechał po linie na dzwonnicę, siedząc na końskim grzbiecie! Mimo późnej pory nocą i zmęczenia podróżą w głowie uruchamia się wyobraźnia, przypominają się wiadomości z historii La Serenissima, jakieś marzenia, baśnie i filmy, które obejrzałam i przeczytałam dawno temu. Przemierzam Plac ciągnąc za sobą lekką jak piórko walizkę i oczami wyobraźni widzę co się tutaj działo 700, 600, 500, 300, 200, 100 lat temu. Pomyśleć, że kiedyś: toczyły się tutaj walki byków, odbywały pokazy dzikich zwierząt, zaklinano węże, a w 1761 r. był tu nawet nosorożec. Plac lśnił od fajerwerków. Z gwaru przebijały się donośne głosy znachorów zachwalających swoje eliksiry i ” królewskie wody”, wrzaski tych, którzy dali sobie wyrwać bolącego zęba za pieniądze. Gwar cichł tam, gdzie grajkowie z gitarami i mandolinami dawali swoje koncerty. Nie brakowało wróżbitów i ciekawych wiedzy o swojej przyszłości . Byli czarodzieje – iluzjoniści i ich spektakularne pokazy uruchamiające gremialne oooch!!! widzów, gdy to najpierw pokazywała się rana, tryskająca krwią od dźgań nożem, a za chwilę było zdziwienie na widok zagojonej już rzekomej rany. Co rusz ktoś robił żonglerskie sztuczki, w które trudno było uwierzyć. Gdzieś tutaj odbywały się wyścigi taczek, koni, grano w palanta i walczono na szpady w konkursach. W Wenecji uliczni artyści nie byli spętani rygorystycznymi przepisami ,dlatego przybywali do niej tłumnie. Przybywali tu ludzie żądni wrażeń ale byli tacy, którzy szukali bogactwa a to w ich mniemaniu mogła dać gra w karty, kości i hazard w postaci obstawiania wyników wyboru do senatu i Rady 10-ciu pod Pałacem Dożów, czy na Rialto. Na hazard była zgoda władz miasta, dzięki hazardowi też miasto piękniało. Dwie kolumny na Piazetta powstały w zamian na zezwolenie na hazard. W Wenecji najpierw handel był krwioobiegiem miasta potem stał się nim hazard. Na porażkę i brak szczęścia należało reagować z całkowitą obojętnością. Przegrani czuli się jak wypatroszeni, ukrzyżowani a jednak robili to. Twierdzono, że czymś nadzwyczajnym jest widok , jak z wielkim spokojem i powagą przegrywa się ogromne sumy. Tędy przechodziły pochody makabresek: udawanych pogrzebów, przewożono na taczkach oszpeconych syfilisem. Ciągnę swoją walizkę po wybrukowanych wąskich uliczkach, kompletnie pustych między kanałami zielonej wody i przechodzę przez mosty i mosteczki. Na tych mostkach odbywały się kiedyś wojny na pięści między mieszkańcami różnych dzielnic. W ramach wojny na pięści drużyny spotykały się na wybranym moście, a z ulic i okien domów nad kanałami przyglądały się zawodnikom tysiące widzów. Celem bójki było zrzucenie przeciwników do wody i opanowanie całego mostu. Zawodnicy mieli na głowach hełmy i zasłaniali się tarczami, ponieważ rozgrywki bywały brutalne i nierzadko kończyły się obrażeniami a nawet śmiercią. Zdobycie dwóch kamiennych płyt na koronie mostów stawało się najwyższym celem, zwycięzcy stawali się bohaterami, pokonani okrywali się hańbą. Na placach, które mijam rozpalano niegdyś ogniska, gdy były zwycięskimi i tańczono na znak radości. Zwycięzcy stawali się idolami, w domach wieszano na ścianach malowidła z ich podobiznami. Wenecjanie nigdy nie byli żołnierzami, a swoją wojowniczość właśnie tak przejawiali. W bójkach na pięści było nawiązanie do czasów osiedlania się na lagunie, gdy walczono o terytorium, kanały stanowiły wodne granice – pasy wody między parcelami, parafiami. Jeszcze w XV i XVI wieku ścierały się frakcje. Mieszkańcy jednej parafii stawali na moście i obrzucali sąsiadów wyzwiskami. Zdarzały się tez samotne wypady na teren wrogów i obrzucano ich kijami i kamieniami. Bitwy stanowiły również hołd dla roli mostów we wspólnotowym życiu Wenecji. Mosty były osiami, wokół których obracało się miasto. Chcę się temu wszystkiemu przyjrzeć w ten ostatni dzień karnawału. Czym jest karnawał w Wenecji? Stawiam nie na ilość ale na jakość. Bez pośpiechu. Niech będzie mniej ale za to być może – więcej zauważę. Niesamowite stroje ludzi, którzy pojawiają się na ulicach i mieszają z turystami budzą ogromne zainteresowanie. Muszę przyznać, że są numer jeden, wszystko wtedy blednie i staje się niezauważalne. W Wenecji jest dużo markowych sklepów, wyprzedaże, obniżki cen wystawy w witrynach sklepowych zazwyczaj

WENECJA -maska, „Caffe Florian” i historia Dowiedz się więcej »

Ostatni dzień karnawału w Wenecji

Ostatni dzień Karnawału w Wenecji. Zapraszam na zdjęcia i muzykę. Trochę z atmosfery na Placu Św. Marka oraz z najstarszej i najpiękniejszej kawiarni na świecie „Caffe Florian”. „Caffe Florian” to randez – vious całego świata i współczesna „Wieża Babel”…. Naciśnięcie czerwonego prostokąta z białą strzałką uruchomi krótki film – zdjęcia z muzyką.

Ostatni dzień karnawału w Wenecji Dowiedz się więcej »

BAL W DOBRYM TOWARZYSTWIE

Kończy się karnawał i czas niepowtarzalnych w roku zabaw. Czas już na wspomnienia – gdzie to bawiliśmy się w karnawale 2023 roku?… Miałam w tym roku zaszczyt uczestniczyć w prawdziwym i wyjątkowym balu jaki odbył się w Warszawie w Hotelu Sheraton a zorganizowało go Polskie Towarzystwo Gospodarcze. Powiało wielkim światem a organizatorom imprezy udało się nawiązać do czasów Warszawy okresu przedwojennego dzięki Warszawskiej Orkiestrze Sentymentalnej. Ktoś z uczestników balu stwierdził, że tamten okres był złotym czasem dla mieszkańców stolicy, którzy bawili się wtedy wyjątkowo często i na wyjątkowo dobrym poziomie. Niemal przez cały wieczór dzięki Warszawskiej Orkiestrze Sentymentalnej goście czuli atmosferę z filmu „Vabank” J. Machulskiego a rej w tej orkiestrze wiodły … klarnety. Elegancji dopełnił black tie code obowiązujący uczestników balu gdyż nie często ma się okazję zobaczyć panów w smokingach a panie w eleganckich długich sukniach. Przeważały czarne sukienki, w większości bez negliży. A tak skomplementował panie obecne na balu konferansjer : „mimo, że trwa właśnie Dzień Babci to babć na balu nie widać”. Rozpoczęto polonezem – utworem Wojciecha Kilara z „Pana Tadeusza”. Tak! Przyjął się ten polonez na polskich balach i zawsze mnie wzrusza moment gdy go słyszę jako przywracający pamięć o historii naszego kraju. Polonezem też zakończono bal ale stało się to w sposób niezaplanowany, spontaniczny i warto opisać ten moment bo był efektem pomysłowości gości – po prostu błysnęli oryginalnością i polotem a przede wszystkim pokazali miłość do muzyki i tańca. A jeśli zareagowali na apel wodzireja to tym bardziej należy się im podziw i szacunek. Czas dobiegał końca, a wodzirej, który spojrzał bezradnie na przetrzebioną mocno już salę i oświadczył przez mikrofon, że miał w planie bal zakończyć polonezem ale nie będzie miał już z kogo sformować orszaku. Po tym zabrzmiał utwór Vangelisa i wtedy wyszło dosłownie parę osób, które z gracją zatańczyły poloneza właśnie do tego utworu. Towarzystwo bawiło się aktywnie na parkiecie przez całą noc. Orkiestra grała w ciekawy, nie znany mi dotąd sposób. Polegał on na tym, że grane były trzy kawałki różnych utworów ale tym samym charakterze tanecznym czyli były trzy np. walce, trzy razy cha-cha albo trzy razy jive czy też rock’n’roll. Trzeba przyznać, że przy tych żywiołowych tańcach można się było naprawdę „mocno zgrzać” i z trudem podołać kondycyjnie. Bal połączono z uroczystą galą, na której po raz pierwszy przyznano statuetki najlepszym przedsiębiorcom należącym do PTG w różnych kategoriach. Mnie utkwiły w pamięci dwie oryginalne kategorie: uczciwy przedsiębiorca i największa ekspansja poza granice Polski. Pełna emocji była też aukcja i licytacja biletów i prac plastycznych. Jeden ze zwycięzców licytacji pojedzie na mecz piłki nożnej do Hiszpanii. Formuła tego balu była inna od powszechnie stosowanej. Była dobrze dopracowana. Bal pozwalał na udane spędzenie czasu zarówno towarzysko, zabawowo jak i biznesowo. Goście mogli ze sobą porozmawiać, poznać się, wymienić wizytówkami, zintegrować się, potańczyć. Hotel Sheraton umożliwiał taką formułę gdyż oprócz sali balowej były mniejsze sale, które umożliwiły rozmowy w kuluarach. A rozmowy były różne i tych grupek gości skupionych na rozmowach o polityce, problemach przedsiębiorców, społecznych, życzeniach i planach było sporo. Ale też nie dawało się zauważyć snobistycznego zadęcia i sztywności mimo wydawałoby się sprzyjających warunków. Jak to ktoś powiedział w grupce stojących i pochłoniętych rozmową ze sobą osób: „widzę, że towarzystwo, które się tutaj zebrało jest raczej moralne”, na co ktoś inny zareagował pytaniem „a skąd to wiesz?” otrzymując odpowiedź „Czy widzisz tu dojrzałych przedsiębiorców z 18-latkami?” Ten swoisty charakter balu uczestnicy podtrzymali mimo woli. Wzruszający był dla mnie moment gdy pod koniec balu, na którym pozostało już niewiele par – widziało się ostatnie rozmawiające ze sobą osoby a obok w pokoju z pianinem dało się usłyszeć dźwięki pianina i damskie głosy śpiewające „Dumkę” z filmu „Ogniem i mieczem”. W balu uczestniczyli też goście polskiej sceny politycznej. Było to zrozumiałe jako, że instytucja PTG jest zakotwiczona przecież w określonej misji, której bez współpracy z światem polityki nie da się realizować. Moją szczególną uwagę przykuła obecność Krzysztofa Bosaka. Bardzo podobała mi się jego taka dyskretna obecność (jak i pozostałych polityków), o której nikt nie był informowany czy w jakiś sposób promowany, co jest typowe dla wielu współczesnych imprez z udziałem przedstawicieli władz. Był bez żony, nie tańczył (choć tańczyć potrafi, o czym przekonałam się oglądając Go razem z Kamilą Kajak w „Tańcu z gwiazdami”). Sama byłam świadkiem jego rozmowy z moim mężem i innymi z przedsiębiorcami. Sprawiał wrażenie osoby skromnej jednocześnie wiedzącej o czym i jak mówić na tego typu imprezie aby utrzymać jej charakter. Podsumowaniem balu niech będzie moja tak refleksja. Czułam się na tym balu jakbym była nie tylko na dobrze zorganizowanej zabawie karnawałowej ale jakbym uczestniczyła też w ważnym towarzyskim spotkaniu osób, którym zależy na czymś więcej niż tylko zabawie i że nie chodzi w tym tylko o same pieniądze ale o pewne inne wartości, które powinny towarzyszyć ludziom zaangażowanym w życie gospodarcze kraju. Polskie Towarzystwo Gospodarcze ma dzisiaj siedzibę w Warszawie ale jego początki 6 lat temu związane były z Wielkopolską i pałacem w Brodnicy. To tam rozwijała się myśl, aby powstała organizacja przedsiębiorców, którzy reprezentują polski kapitał lub polską przedsiębiorczość, nie unikający płacenia w Polsce podatków, budujący własne przedsiębiorstwa z uwzględnieniem zakorzenionych w polskiej kulturze wartości, w oparciu o chrześcijański system wartości dbających o interes polskich narodowych wartości i potrzeb wszystkich osób współpracujących i budujących sukces gospodarczy. Twórcom idei zależało na tym aby ludzie o podobnych do siebie poglądach tworzący biznes w Polsce mogli się wzajemnie poznawać, wymieniać doświadczeniem, nawiązywać współpracę tak aby powstawały z tego nowe pomysły i przedsięwzięcia oparte dalej na odpowiedzialnym zarządzaniu zasobami w tym kapitałem ludzkim i aby tacy przedsiębiorcy wpływali na przepisy i ustawy w kraju. O tych ideałach i założeniach PTG opowiadał w Brodnicy w 2017 roku na jednym z pierwszych spotkań tego stowarzyszenia hrabia Jerzy Mańkowski w swoim rodowym Pałacu odkupionym od Skarbu Państwa i odrestaurowanym przez siebie. To w jego posiadłości w Brodnicy odbywały się pierwsze spotkania tej organizacji. Dziś jest honorowym członkiem zarządu PTG obecnie funkcjonującego już jako stowarzyszenie pracodawców, żywo zainteresowany losem PTG, służący mu dalej pomocą . Jak widać jej działalność się rozwija

BAL W DOBRYM TOWARZYSTWIE Dowiedz się więcej »

PORCELANOWA PASJA MARII

Marzanna Leszczyńska rozmawia z Marią Galisiewicz o pasji kolekcjonowania żarskiej porcelany a nawet misji … Marzanna L –Mario, jesteśmy dobrymi znajomymi już od 15 lat. Przeżyłyśmy ze sobą nie jeden wyjazd, nie jedną przygodę, mnóstwo spotkań, wspólnych organizacji ale muszę przyznać, że zawsze będziesz mi się kojarzyć z żarską porcelaną. Nie tylko dlatego, że jesteś posiadaczką imponujących zbiorów, których nie zobaczysz w muzeum, czy na wystawach ale u Ciebie widać miłość do tych przedmiotów, pasję a nawet dostrzegłam misję i o tym właśnie chciałam z Tobą porozmawiać. Ale oczywiście zacząć należy od pytania podstawowego dlaczego nie kolekcjonujesz znaczków, monet, obrazów tylko żarską porcelanę? A jeśli już wybrałaś porcelanę to dlaczego żarską, jest tyle innych pięknych, tańszych, popularnych jak np. rosenthal? Maria G.– Porcelana zawsze mi się podobała. Zwłaszcza w kolorze ecri. Oczywiście ludzie kolekcjonują monety, znaczki i obrazy. Dla mnie zawsze było ważne, aby to były rzeczy piękne ale również do używania a nie tylko do podziwiania. Porcelana jest piękną dekoracją w domu, w kredensie. Jest piękną dekoracją stołu, podbije rangę: uroczystości, świąt, urodzin, imienin czy spotkania towarzyskiego. Z niej obiad i deser na pewno smakuje lepiej niż z duraleksu. Długo wydawało mi się, gdy oglądałam porcelanę w muzeach, że dla mnie jest nieosiągalna, za droga, nie śmiałam o niej nawet pomarzyć. Zawsze ją jednak podziwiałam. Zadecydował przypadek o moim kolekcjonerstwie. Potrzebowałam biurka, ale nie chciałam takiego ze sklepu, chciałam kupić stare, stylowe, może nawet antyk. W tym celu pojechałam na giełdę staroci. Znalazłam takie, które mi się podobało i zaczęłam dobijać targu. Sprzedawca w pewnej chwili powiedział zdenerwowany : ” Mam tu jeszcze komplet porcelany. Niech to pani weźmie za tysiąc złotych. To droga porcelana. Proszę sobie sprawdzić na internecie. Ja tego nie będę już woził, bo ja to ku..a ( tu zaklął siarczyście) w końcu potłukę i tylko będę miał kłopot”. Nie miałam pojęcia, czy to jest tyle warte, tych 12 filiżanek, dwa dzbanki, cukiernica – cały komplet herbaciano-kawowy. Patrzyłam i podobał mi się: niebieskie kwiaty, złote paseczki. To były „Osty Ingrid”. Wahałam się, nawet nie miałam tyle pieniędzy przy sobie. Ale osoba, która mi towarzyszyła przeważyła szalę mojej decyzji i doradziła: „Jak Ci się podoba to sobie kup”. Podjęłam decyzję bardzo niepewnie , miałam wątpliwości czy dobrze zrobiłam. Za mną stał klient, który w milczeniu czekał aż się wycofam. On był zdecydowany, świetnie zorientowany, dla niego to była okazja. Gdybym po wycofaniu się przemyślała i wróciła po pięciu minutach już by tego zestawu nie było. Po powrocie do domu sprawdziłam w internecie na allegro – jedna filiżanka z talerzykiem kosztowała 350 zł. Tak, to był dobry zakup. I jak się okazało zaczęłam kolekcję tak jak zacząć należało, jak radziły podręczniki kolekcjonerskie : ” Zacząć należy od tego co ci się podoba. A potem rozwijasz pasję. Dokupujesz, poszukujesz, sprawdzasz, jednym słowem polujesz”. Dziś trudno o okazję, czyli taką sytuację, że ktoś sprzedaje za bezcen coś wartościowego i nie wie co to jest, ile jest warte. Poszukiwaczy jest wielu, a ci ,którzy sprzedają mają wysokie ceny i posiadają wiedzę. I tak to się zaczęło. Zaczęłam się interesować, szukać wiadomości w internecie, kupowałam książki, katalogi wzorów, patrzyłam na sygnatury. Zaczął się dla mnie dobry czas bo te rzeczy stały się dla mnie dostępne finansowo, było mnie na nie stać. Mogłam je gromadzić czyli zacząć kolekcję. Odwiedzałam giełdy, targi staroci, jeździłam po lubuskim bo jest tyle targów w każdym mieście. Można trafić na ciekawe rzeczy, okazje się zdarzają, ale to też jest praca, czas poświęcony, to trzeba lubić, wstawać wcześnie rano po to aby być na targu o odpowiedniej porze, przejechać 100 -200 km. Na to nie można żałować czasu, to potrzebuje studiów, poszukiwań wiadomości. Kiedyś to była domena ludzi w tym kierunku wykształconych. Dzisiaj jest internet i jego pozytywne, edukacyjne oblicze i to jest dobrodziejstwo bo można zdobywać wiedzę szybko, rozwijać swoje zainteresowania. Teraz nie muszę odwracać filiżanek aby się dowiedzieć co to za porcelana, rozpoznaję jak to się mówi z daleka . Marzanna L.- Jest teraz tyle porcelany współczesnej: Villa Italia, Villeroy & Bosh, Rosenthal, Miśnia. Nasz polski Bolesławiec -znany na całym świecie, Ćmielów, Chodzież itd. Ty pozostałaś przy Sorau. Nie pragnęłaś innych sygnatur, wspierania polskiej przedsiębiorczości? Nie szkoda Ci, gdy kupujesz filiżankę za 500 zł. a ona jest przecież taka krucha, gdy się zbije to przecież człowiek ma ochotę zabić się własną pięścią. Mówi się, że te rzadko używane naczynia, nie dotykane częściej się tłuką, gdy je wyciągamy raz na jakiś czas. Gotowa jestem twierdzić, że coś w tym jest, bo u mnie tak się właśnie stało: zaprosiłam gości, nakryłam stół a potem było zmywanie i wręcz nieprawdopodobne , gdy talerzyk „osty Ingrid” Sorau nagle odłożony na suszarkę i postawiony w jej kolczaste przekładki na moich oczach powoli się zsunął i roztrzaskał w drobny mak… W dzisiejszych czasach gdy są zmywarki a ludzie wygodni, zapracowani to komu chce się chuchać i dmuchać na starocie takie delikatne? Mycie w zmywarce jest nie tylko wygodniejsze ale i tańsze. Niestety porcelany Sorau nie można wkładać do zmywarki, bo ma złocenia, które się ścierają , wzory płowieją a porcelana się rysuje i niszczy. Maria G.-Tak to prawda, Sorau musi być myty ręcznie. Złocenia w zmywarce ulegną starciu. Jeśli mamy porcelanę Sorau ze złoceniami tzn. że wyprodukowano ją przed wojną. W czasie wojny też była produkcja, ale Hitler zabronił złocenia. Wtedy stosowano tzw. malaturę, czyli malowano brązowe paski, ale złoceń nie było, ponieważ był  czas wojny, oszczędności a pieniądze potrzebne były na zbrojenia. Sorau istniał do 1945 r. po czym całą fabrykę zniszczyli Rosjanie, strzelali do tej porcelany, bo to było niemieckie. Na szczęście znaleźli się mądrzy ludzie i wiele naczyń zostało wywiezionych do Niemiec, Rosji. Pozostała porcelana Sorau, która była produkowane do 1945 r. i jest jej coraz mniej. I  jest dla mnie bardzo wzruszające i  mnie właśnie pociąga to – że są to rzeczy ginące, unikaty, których już nikt nie produkuje. Można robić repliki. Np. wzór łabędzi replikuje Miśnia. Oryginału jednak już nie ma. Sorau nie jest reprodukowany, bo fabryka nie istnieje. Na to miejsce powstała w Niemczech jej „siostra”- Reichenbach

PORCELANOWA PASJA MARII Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry